Wysokie ProgiTekst

Z serii: Magda Nieczajówna #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wysokie Progi
Wysokie progi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,80  35,84 
Wysokie progi
Wysokie progi
Audiobook
Czyta Hanna Kamińska
19,90  15,72 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Wysokie progi

Warszawa 2013

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział I

Ksawery Runicki przygryzł wargi i umilkł. Rozłożone łaskawym i bezradnym gestem ręce prezesa Niesiołowskiego i jego twarz, niemal kwadratowa w obwisłych fałdach policzków, wyrażały zawziętą kamienną stanowczość zaledwie maskowaną konwencjonalnym ubolewaniem.

Runicki wstał. Jakże chętnie rzuciłby mu teraz wprost w oczy, że niczego innego nie spodziewał się w ogóle ani po Towarzystwie Kredytowym Ziemskim, które zamiast służyć interesom ziemiaństwa, tylko je gnębi, ani po jego prezesie, nadętym synekurzyście, który nie może współżyć z ziemianami, bo jest wnukiem zwykłego karczmarza. Byłby to policzek mocny i celnie wymierzony. Nie przydałby się jednak na nic. I tak Wysokie Progi za półtora miesiąca pójdą na licytację. Jedynym ratunkiem byłoby wpłacenie Towarzystwu zaległej raty z odsetkami w kwocie trzydziestu dwóch tysięcy. Na pokrycie tej sumy Runicki miał w kieszeni zaledwie osiem, a o zdobyciu skądkolwiek bodaj jeszcze kilku tysięcy nie było co marzyć.

– Bardzo żałuję – mówił Niesiołowski, ściskając na pożegnanie rękę Runickiego – ale i tak zrobiliśmy maksimum ustępstwa.

Chciał jeszcze dodać jakąś zdawkową radę czy pociechę, lecz Runicki skłonił się i wyszedł. W ogromnym hallu było kilkadziesiąt osób, oczekujących na podobne wyroki, lub mających nadzieję coś wytargować. Zapewne spotkałby tu znajomych, narażając się na wypytywania i wyrazy współczucia. Przecież każdy mógł zajrzeć do zwisających na łańcuszkach książek powiatowych, gdzie wypisywano z jakąś idiotyczną dokładnością terminy wszystkich licytacji, jakby Towarzystwu zależało na kompromitowaniu własnych członków. Że zaś zaglądał każdy przez głupią ciekawość i chęć nacieszenia się kłopotami innych, to było pewne. Sam Runicki za każdej swej bytności w „Tekazecie” robił to zawsze.

Nie chcąc witać się z nikim, wysoko podniósł głowę i przeszedł szybko do wyjścia z miną niemal wesołą. Zbiegł po szerokich marmurowych schodach i portierowi, który podał mu palto, demonstracyjnie rzucił srebrną dwuzłotówkę.

Pomimo pierwszych dni kwietnia na dworze padał śnieg, zmieszany z deszczem. Asfalt ulicy Kredytowej pokryty był gęstą maźliwą kaszą. Zza nagich gałęzi drzew sterczała kopuła ewangelickiego kościoła. Jak na złość nie było ani jednej taksówki, a nie cierpiał przychodzenia do Bristolu piechotą i chociaż było stąd do hotelu kilka tylko minut drogi, zawrócił w przeciwną stronę i wsiadł do samochodu na rogu Jasnej.

W hotelu służba, jak zawsze, powitała go entuzjastycznie. Portier raportował, że neseser przywieziono z dworca przed godziną; że numer na pierwszym piętrze jest przygotowany, w ciągu ostatnich kilku dni dopytywał się o pana dziedzica pan hrabia Komorowski, że przed tygodniem telefonował antykwariusz z Wierzbowej z zawiadomieniem, że wyszukał renesansowy ekran do kominka, że...

– Dobrze, dobrze... – przerwał Runicki. – Proszę mnie teraz połączyć z Wysokimi Progami. Będę u fryzjera.

– Słucham pana dziedzica.

Skinął głową i poszedł do fryzjera. Pan Ryszard, który zawsze osobiście obsługiwał Runickiego, golił właśnie kogoś minorum gentium, z kim widocznie w zakładzie nie liczono się zbytnio, gdyż pan Ryszard kazał się zastąpić któremuś z pomocników, a sam już był na usługi „szanpana dziedzica”. Wiedział spryciarz, że pachnie to grubym napiwkiem.

Po niemal dwutygodniowej niebytności w Warszawie włosy Runickiego wymagały wielu zabiegów. W domu, w Wysokich Progach, golił się sam, w Grójcu zaś fryzjerom nie dowierzał.

Mycie głowy, strzyżenie, golenie, podcięcie wąsików, by na całej długości górnej wargi wyciągnęły się równiuteńką linią, lecz ani o jeden milimetr nie wysunęły się poza kąciki ust, co psułoby cały styl uśmiechu. Poza tym nikt nie umiał podczernić wąsów i brwi z taką dyskrecją, jak Ryszard, ani tak zręcznie ostrzyc, by podkreślić tę niewielką ilość siwizny na skroniach. Zresztą nie tylko dlatego lubił go Runicki. Pan Ryszard w każdym zwrocie, w każdym ruchu czy ukłonie miał ten doskonały ton czci, podziwu i famulusowskiej poufałości, których przede wszystkim należało wymagać od służby. A że bynajmniej nie dla wszystkich był taki, zasługiwało to na tym większe napiwki.

Włosy zostały uczesane z niezmiennym, chociaż na wsi z trudem dającym się utrzymać na poziomie doskonałości rozdziałkiem, sięgającym niemal do karku, wypomadowanym najlepszą brylantyną i przyprasowanym rurkami. Podczas masażu twarzy panna Nelly szybko i sprawnie robiła manicure. Właśnie operacja była skończona, gdy wpadł boy:

– Wysokie Progi, panie dziedzicu. Czy pan dziedzic rozkaże przełączyć do kabiny?

– Nie, nie trzeba, pomówię z recepcji.

Nie spiesząc się zbytnio, by nie posądzono go o obawę zapłacenia za kilka zmarnowanych minut połączenia telefonicznego, uregulował należność, zostawił resztę na kontuarze kasy dla pana Ryszarda i, żegnany „uszanowaniami” całego personelu, poszedł do portierni. Zawsze z domem stąd rozmawiał. Po pierwsze, przy służbie mówił po francusku (chociaż służba hotelowa wybornie znała ten język), ale swego akcentu nie miał się co wstydzić. Mówił jak rodowity Paryżanin. Po wtóre umiał w ten sposób pokierować rozmową, by nikt obecny z jego odpowiedzi nie mógł się zorientować w temacie.

Tym razem wyjątkowo trudno było wytłumaczyć matce tak spreparowanymi zdaniami, że nie ma żadnej nadziei, że Towarzystwo na dalsze ustępstwa nie pójdzie i że licytacja jest nieunikniona. Jak na złość matka była tego dnia wyjątkowo niepojętna. Gdy wreszcie zrozumiała, krzyknęła na całe gardło:

– To znaczy, że pójdziemy z torbami!

I krzyknęła tak głośno, że Runicki musiał zakaszlać się, by portier tego horrendum nie usłyszał. Potem zaczęła biadolić i rozczulać się nad synem.

– Jak ty, biedaku, musisz się tym denerwować! No, nie przejmuj się, proszę. Zabaw się, rozerwij się, moje ty życie.

Próbował jeszcze wyłożyć matce, by pojechała do wuja Tomasza i postarała się wycisnąć zeń potrzebne pieniądze, lecz pani Runicka co kilka zdań powtarzała:

– A po cóż ja mam do tego gbura jeździć?...

– Zatelefonuję jeszcze raz wieczorem – wściekły, chociaż wciąż uśmiechnięty, zakończył Ksawery.

Położył słuchawkę i spojrzawszy na zegarek, wydał dyspozycję portierowi. Kazał przynieść do swego numeru te rzeczy, które stale trzymał w Warszawie, to jest miejskie futro, frak, smoking, żakiet, wizytowe ubranie, odpowiednią bieliznę, obuwie, słowem wszystkie części garderoby, potrzebne w mieście podczas ciągłych przyjazdów i nieraz kilkudniowych pobytów.

Apartamencik na pierwszym piętrze składał się z salonu, alkowy i łazienki. Runicki przede wszystkim rozebrał się i wziął kąpiel. W Wysokich Progach już od dwóch dni wodociąg był zepsuty i do kąpieli trzeba było grzać wodę w pralni.

Właściwie mówiąc, niepotrzebnie kazał przygotować swoje rzeczy. Po wiadomości otrzymanej w Towarzystwie Kredytowym stracił ochotę do wszystkiego. Zamierzał złożyć kilka wizyt w Warszawie i zaprosić kogoś ze znajomych na obiad do Bristolu, ale teraz wolał być sam.

Wyciągnął się w szlafroku na kanapie i zaczął rozmyślać.

Sytuacja była bez wyjścia. Na dwóch tysiącach morgów Wysokich Progów wisiało więcej długów niż sam majątek przy dzisiejszych skandalicznie niskich cenach ziemi był wart. Dotychczas, a ściślej mówiąc, do ubiegłej jesieni, spychało się najpilniejsze rzeczy drobnymi pożyczkami, jakie jeszcze skądkolwiek, od znajomych, krewnych, od Żydów z Grójca, dały się wyciągnąć.

Wszyscy oni w razie licytacji oczywiście grosza nie dostaną. Po Towarzystwie i należnościach podatkowych, na hipotece figuruje prawie milion Banku Gospodarstwa Krajowego. Wszyscy drobni wierzyciele, a tych będzie pewno na drugi milion, odejdą z kwitkiem.

Nie tylko własna ruina, ale i kompromitacja. Wprawdzie wylatują z majątków nie jedni Runiccy, ale zerwanie niektórych osób jest wprost nieznośnie upokarzające. Zwłaszcza tych znajomych, od których on sam, Ksawery Runicki, brał gotówkę i ręczył słowem za zwrot.

– Właściwie należałoby sobie palnąć w łeb – pomyślał, a po chwili powiedział głośno: – palnąć w łeb.

Zirytowała go ta myśl. Przecież to nie sztuka uciec od życia. Sztuką... sztuką jest... Sztuką, tak, nielada sztuką byłoby znalezienie w przeciągu czterdziestu kilku dni panny z takim posagiem, by można było – spłacić połowę długów. Chodzi przecież o gotówkę. Kto dziś ma taką gotówkę!?

Zaczął w pamięci wyliczać znane i zasłyszane nazwiska. Nie może przecież ożenić się tak, jak wuj Tomasz, z Żydówką.

Chociaż i Żydzi teraz nie mają pieniędzy. Jeżeli by jednak znalazła się taka?... Kazio Laszkowski bywa w takich domach, zna ich wszystkich. Przecież muszą jeszcze być bogaci ludzie.

Zerwał się i zaczął chodzić po pokoju. Oczywiście może kiedyś ożenić się dobrze, ale na ratowanie Wysokich Progów będzie już wówczas za późno.

 

– Sprzedadzą. Na pewno rozparcelują...

Zresztą i o partię będzie trudniej. Pan Ksawery Runicki z Wysokich Progów, to zawsze więcej niż po prostu Ksawery Runicki... Zupełnie inne kwalifikacje. Rzucił okiem na paczkę pieniędzy, którą położył na stole. Osiem tysięcy kilkaset złotych. Resztki. W domu zostało zaledwie dwieście. Osiem tysięcy to nic. Wpłacenie ich do Towarzystwa byłoby zwykłym głupstwem. Zastanowił się: ładnym i prawdziwie pańskim gestem byłoby urządzenie ogromnego pijaństwa, na cały Bristol, na całą Warszawę. Sprosić wszystkich znajomych, pokazać im, jak się robi przyjęcia, potem co do grosza uregulować rachunek i zastrzelić się przy stole. To byłaby klasa! Jakiś grecki patrycjusz przecież przy uczcie przeciął sobie żyły.

Runicki wzruszył ramionami:

– Tylko nie grajmy przed sobą komedii.

Przeliczył pieniądze i zabrał się do ubierania. Dochodziła czwarta. Przede wszystkim należało zjeść obiad.

O małżeństwie zresztą niepodobna było myśleć teraz, chociażby przez wzgląd na Mirę: Wdał się w ten romans najniepotrzebniej w świecie. Właściwie mówiąc, nigdy nie podobała mu się zbytnio, a po dwóch latach stała się wręcz ciężarem, kulą u nogi. Gdyby była bogata, gdyby wreszcie diabli wzięli tego jej stryja, wszystko by ułożyło się prosto i jasno. Niestety nie zanosiło się na to wcale. Przeciwnie. Stryj Miry zamyślał sam o małżeństwie, a dla bratanicy nie zrobi nic, zwłaszcza po tym jej niedorzecznym rozwodzie z Pawłem.

Runicki przy każdej sposobności podkreślał w okolicy i wobec wszystkich znajomych, że Mira rozwiodła się bynajmniej nie dla niego. Po prostu niezgodność charakterów. Dla zaakcentowania tej sytuacji wyrażał się nawet o Pawle, którego w gruncie nie cierpiał, z najwyższym uznaniem. Ile razy spotkali się, umyślnie i demonstracyjnie prowadził z nim długie rozmowy. Pomimo to nie należało się łudzić. W powiecie nikt w to nie wierzył, i nie wierzył przede wszystkim Paweł.

Nie dalej, jak przed tygodniem Mira powiedziała głośno na imieninach u Mańkiewiczów:

– Nie po to rozwiodłam się, by znowu wyjść za mąż. Nie ma na świecie takiego mężczyzny, któremu mogłabym zaufać, a zresztą najbardziej mi odpowiada samotność.

Formalnie zatem wszystko było w porządku. Widywali się po dawnemu z tą różnicą, że teraz nie trzeba było kryć się przed Pawłem. Formalnie nikt nic nie mógł zarzucić. Jednak, żeniąc się z kimś innym, Runicki naraziłby się na całkiem niedwuznaczny osąd swego postępowania, i to osąd powszechny.

Przeklinał teraz w duchu ten swój najgłupszy krok w życiu, kiedy przez chęć zaimponowania sąsiadom zaczął zabiegać o względy Miry. Okrzyczano ją jako najładniejszą. Poza tym była jedyną kobietą wykształconą naprawdę, jedyną w okolicy, posiadającą tytuł doktora filozofii. Ambicje Ksawerego podniecał i fakt, że Paweł był naprawdę pięknym mężczyzną. A że Wysokie Progi sąsiadowały o miedzę z Borychówką, zabiegi o względy młodej mężatki poszły, psiakrew, łatwiej, niż tego by pragnął.

Pozory były nadal po jego stronie, ale czuł, rozumiał, wiedział, że pozory tu nie wystarczyłyby.

Przez chwilę zaczął obliczać wartość Borychówki. Nie była zadłużona zbyt wysoko. W ciągu trzyletniego gospodarowania na majątku posażnym Paweł, naprawdę dzielny rolnik, zdołał zrobić niejedno. W najlepszym wszakże wypadku wyciągnęłoby się przy sprzedaży Borychówki śmieszną kwotę stu pięćdziesięciu do dwustu tysięcy.

– Absurd – wzruszył ramionami z najwyższą irytacją.

Zresztą ona sama musi to zrozumieć. Najlepiej byłoby pogadać z nią otwarcie. Powiedzieć coś o ratowaniu ojcowizny, o obowiązku spadkobiercy nazwiska, o tym, że Wysokie Progi już od trzystu lat są w rodzinie Runickich. Musi zrozumieć!... Przecież nie przestaną się kochać, przecież ożeni się tylko dla pieniędzy... Jest dość inteligentna, by właściwie to ocenić. Kwestia prostej logiki! A jednak – był pewien, że Mira nie potrafi pogodzić się nawet z oczywistą słusznością.

– Więc niech się nie godzi! – wybuchnął.

Cóż mu może zrobić? Nic, absolutnie nic!... Ale nie o to mu chodziło. Żadnych formalnych zobowiązań wobec Miry nie miał. Nigdy nie przyrzekał jej małżeństwa, od rozwodu starał się ją odwieść. Jest w zupełnym porządku... Do niczego przyczepić się nie może, nie ma prawa i zresztą na pewno się nie przyczepi. Jeżeli też bał się podobnej rozmowy, to dlatego, że wiedział, jak nań wówczas spojrzy. Owo „jak” już w samej wyobraźni było dotkliwsze od policzka.

– Niech to wszyscy diabli! – zaklął. – Nie mogę myśleć o tych wszystkich rzeczach, nie mogę!...

Z wściekłością zaczął się ubierać i dopiero przy głębszym zastanowieniu się nad wyborem odpowiedniego krawata poczuł jakąś ulgę. Pomimo to postanowił samotnie zjeść obiad i wypić przy nim dużo alkoholu. Na dole w restauracji umyślnie usiadł w kącie, chociaż dostrzegł przy dwóch stolikach znajomych: Płaszowskich z Pomiechowa i Taraszkiewicza zajmującego w Warszawie jakieś intratne stanowisko w liniach okrętowych, czy w czymś takim. Ukłonił się z daleka i usiadł sam. Dyrektor sali i dwaj kelnerzy podbiegli natychmiast. Od innych stolików wszystkie oczy zwróciły się ku Runickiemu. Wiedział, że ci i owi informują się u służby o nim. Każdy kelner z szacunkiem wyjaśniał tonem podkreślającym pozycję nowego gościa:

– To pan Runicki z Wysokich Progów.

Ksawery, ile razy dobiegała jego uszu nazwa rodzinnego majątku, cieszył się już samym brzmieniem tej nazwy. Pocieszki liczyły aż cztery tysiące morgów, Michałówka jeszcze więcej, ale nie zamieniłby się na nie przez wzgląd na ten wielkopański akcent, jaki tkwił w Wysokich Progach.

I teraz wystawiono na licytację! Była w tym oburzająca niewspółmierność i Runickiego dręczyła myśl, że wszyscy spoglądający ku niemu, a już na pewno Płaszowscy i Taraszkiewicz, wiedzą o tym. Dlatego zamiast koniaku kazał podać czystą wódkę, którą zresztą wolał zawsze, a także siedział z miną kamienną: by nie zachęcić nikogo z nich do rozmowy.

Jednak po pewnym czasie Taraszkiewicz, który jadł obiad z kilkoma panami i paniami, wstał i skierował się ku Runickiemu. Lubili się wzajemnie, kolegowali kiedyś w gimnazjum. Ojciec Taraszkiewicza miał kiedyś duże dobra pod Kozienicami. Od szeregu lat spotykali się wyłącznie na terenie Warszawy i nieraz bawili się razem, oczywiście, na koszt Runickiego. Sytuacja finansowa Tolka Taraszkiewicza była niezła, pozwalała mu utrzymać się na powierzchni życia towarzyskiego i życia w ogóle, jednakże umiał za każdym razem akurat o tyle zwlekać z sięgnięciem do kieszeni, by Ksawery zdążył naprzód sięgnąć do swojej. Sięgał zaś z prawdziwą przyjemnością. Bynajmniej nie przez rozrzutność, tylko po prostu dlatego, że kosztem tych kilkuset złotych zapewniał sobie ów mały, ale wyraźny dystansik między nimi, między tymi wszystkimi, za których płacił a sobą. On wyznaczał knajpę, na niego czekano, do niego zwracała się służba o dyspozycje i z rachunkami. Chociażby towarzystwo miało być największe, stolik zawsze rezerwowano na jego nazwisko. Nawet jeżeli siadał przy cudzym – od razu stawał się gospodarzem. Nie pieniądze odgrywały w tym wyłączną rolę, lecz i sposób bycia, ale na taki właśnie sposób bycia pozwala możność wydawania pieniędzy.

Zaraz po pierwszych „jaksięmaszach” okazało się, że Taraszkiewicz wie już o licytacji.

– Zresztą, komu dziś to nie grozi – machnął ręką – u ciebie, stary, jeszcze chyba najlepiej. Familia czcigodna ruszy kabzą i już. Prawda?

– Jakoś się to zrobi – skrzywił się Runicki.

– Zapewne. Mówiono mi, żeś był dziś w Tekazecie. Na długo przyjechałeś?

– Jeszcze nie wiem. Psują mi humor te idiotyczne sprawy.

– A jakże tam stary?... Wciąż siedzi w rewolucji francuskiej?... Szczęśliwy człowiek... Maman zdrowa?

– Dziękuję ci.

– Nie jesteś rzeczywiście w najlepszym humorze. Napijmy się. Pozwolisz?... Jestem wprawdzie po obiedzie, ale... kieliszek czystej nigdy nie zawadzi.

Kelner uprzedził go i napełnił kieliszki.

– Sam przyjechałeś? – znacząco zapytał Taraszkiewicz.

– Przecież zawsze sam przyjeżdżam – z przymusem uśmiechnął się Runicki.

– No tak. Twoje zdrowie... Cóż porabia pani Mira?

– Nie wiem. Dawno jej nie widziałem – skłamał Runicki. – Zresztą, tak mi już obrzydły stosunki na wsi...

– Hm... Więc posiedź w Warszawie...

– I Warszawa znudziła mi się ostatecznie. Ten klimat, ten obrzydliwy klimat!

Taraszkiewicz strzelił palcami:

– Wiesz! Mam dla ciebie pomysł!

– No?

– Nie musisz teraz wracać do Wysokich Progów?

– No... niekoniecznie...

– Machnij się zatem na naszą wycieczkę morską. Będziesz miał wszystko: inny klimat, zmianę wrażeń, miesiąc beztroskiego życia. Jak Boga kocham. Szczerze cię namawiam. Sam pojechałbym z przyjemnością, gdybym mógł. Prawie trzy tygodnie na morzu, tydzień w Paryżu, poza tym Londyn, Sewilla, Paryżanki, Hiszpanki... Jak Boga kocham warto!

Runicki zainteresował się i Taraszkiewicz obszernie musiał poinformować go o szczegółach. Wycieczka pojutrze odjeżdża z Gdyni wielkim okrętem „Sarmatia”. Morzem do Londynu, trzy dni pobytu, zwiedzanie albo w grupach, w ogólnym koszcie, albo na własną rękę. Później do Marsylii, stamtąd koleją na tydzień do Paryża, przejazdy i hotele opłacone, wycieczki, zwiedzanie, utrzymanie – wszystko. Ale ma się rozumieć można zupełnie odseparować się od całej bandy rodaków. W powrotnej drodze Hiszpania, Sewilla, Kordoba, ewentualnie Grenada, walki byków. I znowu wypoczynek na morzu aż do Gdyni.

– W tym wszystkim trzy przewagi nad indywidualną podróżą. Po pierwsze znacznie taniej, po drugie, żadnych kłopotów, ani tu na miejscu z paszportem i wizami, ani w drodze, bo wszystko jest świetnie zorganizowane, a poza tym przymus oderwania się od wszelkich trosk i boskie morze. Miesiąc błogiego farniente...

Runicki zapalił się do tego pomysłu. Perspektywa oderwania się od rozpaczliwej rzeczywistości, od beznadziejnych i bezpłodnych biadań nad sytuacją materialną, od dręczącego stosunku z Mirą Czerską – pociągała go silnie. Ostatecznie matka z rządcą dadzą sobie radę w bieżących sprawach, co zaś dotyczy kwestii utrzymania się przy Wysokich Progachna to nikt nie poradzi. Poza tym Runicki nigdy nie podróżował okrętem i to zachęcało go bodaj jeszcze bardziej, niż możność poznania Hiszpanii i Anglii.

Rozmowa skończyła się tym, że Taraszkiewicz pożegnał się ze swoim towarzystwem i obaj z Runickim pojechali do biura linii okrętowej. Tutaj, po obejrzeniu fotografii okrętu i kabin, po wyłowieniu z listy pasażerów kilkunastu bardzo dobrych nazwisk i po oświadczeniu Taraszkiewicza, że może staremu przyjacielowi służyć znaczną zniżką ceny – rzecz została załatwiona.

Runicki ani się opatrzył, gdy znalazł się przy kasie i zapłacił za bilet. Zawartość portfela poważnie zeszczuplała, za to kieszeń wypełniła się prospektami, mapami, rozkładami jazdy itp. Wszystkie formalności tego jeszcze dnia miał załatwić Taraszkiewicz.

Dopiero znalazłszy się na ulicy Runicki zastanowił się nad tym, że właściwie popełnił głupstwo. I to znowu przez tę swoją manierę przeprowadzania spraw od ręki, bez głębszego namysłu, bez rozważenia wszystkich stron projektu.

Wyjazd na cały miesiąc, ba, na miesiąc i kilka dni w takim okresie był co najmniej świadectwem lekkomyślności. Zapewne niektórzy mogą to ocenić jako gest dobrej klasy. Ale większość zrobi z tego nowy zarzut. Powiedzą jeszcze, że pojechał puścić resztki... A cóż u licha ma zrobić z tymi resztkami?!

Zły na siebie poszedł na pocztę. Wolał stąd mówić z Wysokimi Progami. W hotelu zawsze zachodziła obawa, że panienka z centrali może rozmowę usłyszeć, a teraz należało z matką i z rządcą Pieczyngą pogadać wyczerpująco i otwarcie.

Pani Runicka zapłakana i piorunująca na wierzycieli przyjęła szczegółową relację syna z pełnią wiary, że przecież wuj Tomasz, do którego zaraz jutro pójdzie, nie pozwoli im zginąć. Natomiast ucieszyła się z zamiaru Ksawerego.

– Jedź synku, oczywiście, jedź!... Doskonale ci to zrobi – odpowiadała na jego tłumaczenia.

Obiecała też najbliższym pociągiem wysłać walizkę z letnią garderobą i z wszelkimi niezbędnymi do dłuższej podróży rzeczami.

Pan Pieczynga natomiast przeraził się i zaczął odwodzić Ksawerego od zamiaru. Argumentów mu nie brakowało – zatargi z nieopłaconymi ludźmi, szereg terminów na licytację bydła, uprzęży, koni, a nawet mebli.

– Ja tu chyba się powieszę, proszę pana!

– Cóż ja panu pomogę? – bronił się Ksawery.

 

– Nie będziemy mieli co, czym, ani kim siać! – ryczał w telefonie Pieczynga.

– O, Boże! Więc niech pan nie sieje, niech pan nic nie robi. A co do licytacji ruchomości, to najlepiej przepędzić krowy do Borychówki. Meble i maszyny może pan też gdzieś po sąsiadach polokować. No, panie Stefanie, już jakoś pan to zrobi. Ja doprawdy do tego wszystkiego nie mam już nerwów, ni zdrowia. No, do widzenia. A niech pan przypomni mojej matce, by zapakowano ze trzy pary tenisowych spodni. Napiszę z podróży. Tylko dajcie mi wytchnąć.

Odłożył słuchawkę, rzeczywiście wyczerpany tą rozmową do reszty.

Pieczynga miał prawdziwy talent w psuciu humoru Runickiemu. Gdyby nie to, że rzeczywiście był doskonałym rolnikiem i że w rodzinie Runickich pracował już od lat przeszło trzydziestu, a na Wysokich Progach od dziesięciu, Ksawery rozstałby się z nim od dawna. Właściwie mówiąc w całym domu jedyną osobą, z którą należałoby się naprawdę liczyć, był właśnie ten rządca, czy raczej administrator.

Ojciec, istotny winowajca fatalnej sytuacji całej rodziny, nie liczył się wcale. Zresztą nie chciał mieć żadnego wpływu ani na dom, ani na syna. Zagrzebany w starych szpargałach, obłożony stertami książek, interesował się tylko tą swoją anegdotyczną w okolicy rewolucją francuską.

Matka, najlepsza w świecie kobieta, którą trzeba było znać tak, jak znał ją Ksawery, by wybaczyć jej wszystkie ekstrawagancje i ten sposób bycia, nie umiała jednak rzeczowo i systematycznie zajmować się sprawami majątku, ani prowadzeniem gospodarstwa kobiecego, chociaż przy nim się upierała.

W tych warunkach największe wysiłki Pieczyngi rozpełzały się wniwecz. Wszyscy w domu czuli w nim jakby nieuprawnionego a wiecznie niezadowolonego kontrolera. Zdawał się mścić na Runickich za to, że sam nic nie posiadał. Wszystko, cokolwiek miało służyć wygodzie, co stanowiło o lepszym poziomie egzystencji, o zaspokojeniu zamiłowań Runickich, lub o reprezentacji Wysokich Progów – uważał za zbytki, za luksus, za rozrzutność. O każdy grosz trzeba było z nim walczyć, pilnować, by zainkasowanymi za sprzedaż zboża pieniędzmi nie pokrywał jakichś zobowiązań, które mogły czekać, by nie odwoływał wydanych zamówień i nie targował się tam, gdzie nie wypadało.

Taki stan rzeczy zastał Ksawery już przed sześciu laty, kiedy zrezygnowawszy z przeciągających się i w gruncie zbędnych studiów w Wyższej Szkole Gospodarstwa Wiejskiego w Poznaniu, za namową stryja Marka osiadł na wsi i przejął z rąk matki zarząd Wysokich Progów.

W początkowym zapale przyznawał nawet rację panu Pieczyndze i współpracowali zgodnie. Był to okres gwałtownej poprawy w koniunkturze rolniczej. Ceny zboża zwyżkowały, kredyty były niemal nieograniczone. Kto żyw napraszał się i lokował kapitał w majątkach ziemskich. I tu między rządcą a Ksawerym zaczęła się różnica poglądów. Podczas studiów poznańskich Ksawery zapoznał się z bliska z wielkopolskim ziemiaństwem i z tamtejszymi sposobami prowadzenia gospodarki. Były to sposoby nowoczesne polegające na wielkich wkładach i wielkim zysku. Melioracje, sztuczne nawozy, najwyższe gatunki zbóż, kosztowna uprawa, maszyny, traktory, naukowa hodowla bydła, nierogacizny, drobiu, ryb. Skuteczność tej metody widział na własne przecież oczy. Właściciele obszarów o połowę, ba, trzykrotnie mniejszych od Wysokich Progów mieszkali w pałacach, utrzymanych na bardzo wysokim poziomie, otoczonych wspaniałymi parkami. W majątkach posiadano wodociągi, kanalizację, elektryczność, centralne ogrzewanie, trzymano samochody.

Dlatego po rozejrzeniu się w rodzinnych Wysokich Progach Ksawery orzekł, że wszystko należy zmienić. Zaczął od gruntownego wyremontowania pałacu z nadbudowaniem drugiego piętra, od elektryfikacji, wodociągów, centralnego ogrzewania, przebudowy stajni cugowej, obór i chlewów. Jednocześnie sprowadził najnowsze maszyny rolnicze, przeplanował ogród i parki według projektów sprowadzonego z Anglii specjalisty, wyszlamował i wybetonował oba stawy dawne i wykopał trzy nowe, gdzie rozpoczął racjonalną hodowlę ryb i raków.

Olbrzymie te inwestycje pochłaniały równie olbrzymie kwoty. Pieniędzy jednak nie brakowało. Ceny wciąż szły w górę, wartość ziemi rosła.

Pan Pieczynga, rolnik starej daty, walczył z każdą innowacją. Ostrzegał przed przesadnymi, jego zdaniem, inwestycjami, krakał, że zbyt intensywna gospodarka w razie zmiany koniunktury musi przynieść nieproporcjonalnie ciężkie deficyty.

Najlepszym dowodem, że nie miał racji, były trzy następne lata. Dochodowość Wysokich Progów wprawdzie jeszcze nie mogła wzrosnąć nadmiernie, ale sama ich wartość właśnie dzięki poczynionym wkładom podniosła się bardzo. Widomym wyrazem tego była wzrastająca łatwość w uzyskaniu pożyczek na dalsze numery hipoteki, lub po prostu na weksle.

Pan Pieczynga musiał siedzieć cicho. Nie przyznawał, przez upór, że woli gospodarować w Wysokich Progach w nowych warunkach, lecz wdrożył się w nie i wszystko szło o tyle sprawnie, że sam Ksawery mógł więcej czasu poświęcić życiu osobistemu i towarzyskiemu.

W owym czasie grał sporo i szczęśliwie na wyścigach, a to zachęciło go do zafundowania sobie własnej stajni wyścigowej. Wprawdzie zbytnio na koniach się nie znał, lecz jakoś szło, stajnia zaś dawała w stolicy swego typu pozycję właścicielowi.

Zresztą i w okolicy wielki rozmach gospodarki Ksawerego zapewnił mu stanowisko poważne. Został wiceprezesem powiatowego związku ziemian, sąsiedzi nieraz zasięgali jego opinii w różnych sprawach. Wprawdzie po cichu i za plecami pokpiwano też podobno z wielkopańskich innowacji w Wysokich Progach, ale na to nie zwracał uwagi.

W każdym razie stopa życiowa domu podniesiona została znacznie. Zamiast starej Klemensowej w kuchni zainstalował się kucharz, doskonały kucharz, dawniejszy zastępca szefa kuchni w Bristolu, dwaj lokaje, stangreci, szoferzy, wszyscy w liberiach.

W duchu Ksawery przyznawał rację panu Pieczyndze, że może istotnie zbyt wiele szło na wyjazdy do Warszawy, na urządzanie polowań i przyjęć w Wysokich Progach. Ale wymagały tego stosunki, trudno zaś było odmawiać sobie najzwyklejszych przyjemności, które po prostu były potrzebą.

I gdyby nie kryzys... Gdyby nie kryzys... Tego nikt nie umiał przecież przewidzieć. Taki stryj Marek, czy inni jemu podobni, którzy jeszcze mocno trzymają się ziemi, a teraz chwalą się swoją ostrożnością i oszczędnością, nie dlatego prowadzili i do śmierci prowadzić będą gospodarkę ekstensywną, że umieją przewidywać, tylko z powodu braku inicjatywy, braku aspiracji, z powodu lenistwa, no, i prymitywnych potrzeb.

Łatwo im teraz krytykować. Ale, jakby wyglądali, gdyby nie popsuła się koniunktura?.

– Teraz będą psy wieszać na mnie – gryzł się Ksawery. – Niech ich wszyscy diabli!

Ponieważ po prostu bał się jakiejkolwiek rozmowy na temat licytacji Wysokich Progów i głupich pytań na temat, co zamierza zrobić, od kilku tygodni unikał już sąsiadów i znajomych, naturalnie o tyle tylko, o ile to było możliwe.

I obecnie ta niechęć do spotkania kogokolwiek była powodem zrezygnowania z odwiedzania znajomych. Umyślnie na kolację wstąpił do niedużej restauracji, tuż przy bocznej ulicy, w przekonaniu, że nie zastanie tu nikogo.

Toteż cofnąłby się od drzwi, gdyby już nie było za późno: w sali, w samym środku, ucztowało towarzystwo, coś z siedem osób, sami znajomi.

Wejście Runickiego powitali głośnymi wiwatami.

– Wery! Patrzcie, Wery!

– Witaj, złotko! – krzyczał pan Trelicki.

– Cóż za dobre bogi przyniosły cię do nas?

– Przyjechałeś?

– Niech pan tu siada!

– Służba! Nakrycie!

– Gdzieś się podziewał, kuzynku? – zataczał się pan Runicki, jakiś podobno daleki krewny Ksawerego.

Zresztą wszyscy byli mocno pod gazem. Okazało się, że były to imieniny Franka Lupowskiego, który w dodatku miał oblać swój awans, gdyż został adiutantem dowódcy brygady.

Na szczęście humory już były w tym stadium, kiedy zamiłowanie plotkarskie i wścibianie nosa w cudze sprawy nikogo nie dręczy.

Po dłuższym pobycie w restauracji uchwalono przenieść się „do innego Żyda”. Całe towarzystwo ulokowało się w dwóch samochodach i pojechało do Wilanowa, stamtąd do nocnego dancingu, potem do drugiego.

Gdy Ksawery nad ranem znalazł się w hotelu i przeliczył pozostałą gotówkę, okazało się, że wydał coś ponad tysiąc złotych.

Próbował robić sobie z tej racji wyrzuty, lecz senność przemogła. Spał do czwartej po południu i obudził się z nieznośnym bólem głowy.