Trzecia płećTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Trzecia płeć

Warszawa 2013

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział I

W poczekalni był tłok. Nie spodziewała się tego i teraz wolałaby zaraz stąd się wycofać, nie czekając na swoją kolejkę. I tak było to beznadziejne.

Już z obojętnego wyrazu twarzy woźnego, sprawdzającego datę wezwania, już z jego lekceważącego kiwnięcia, którym wskazał jej wolne krzesło, wróżyła sobie najgorzej. Jeżeli wszyscy ci panowie również ubiegają się o posadę, lepiej od razu machnąć ręką na te kilkadziesiąt złotych wydanych na bilet kolejowy i wracać do Poznania.

Uspokoiła się dopiero po dłuższej chwili. Ostatecznie trzeba próbować szczęścia. A nuż wywoła szczególnie dobre wrażenie? Zresztą i przygotowanie ma na pewno nie gorsze od większości tych panów. Zaczęła się im przyglądać. Przeważnie byli to ludzie starsi o nienagannej powierzchowności i przyzwoitym sposobie bycia. W ich spojrzeniach, którymi oceniali ją jako kobietę i jako współzawodniczkę, nie dostrzegała ani zachwytu, ani obawy. Widocznie nie brali jej współzawodnictwa w rachubę, a zbyt byli pochłonięci oczekiwanym posłuchaniem u dyrektora, by zwrócić więcej uwagi na jej urodę, wdzięk i nowy, cudownie skrojony, wspaniały kostium, w którym przecie wyglądała świetnie.

W kącie pod oknem siedziała jeszcze jedna kobieta, starsza już i źle ubrana, a naprzeciw druga, przesadnie wymalowana i wciąż uśmiechająca się niedorzecznie.

Wzdłuż lewej ściany przechadzał się wysoki, szczupły brunet w granatowym ubraniu. Ilekroć otwierały się drzwi i woźny ospale wymieniał czyjeś nazwisko, brunet zatrzymywał się i wtedy dopiero jego rysy zdradzały niepokój i podniecenie, które ledwie dawały się dostrzec w nierównym i twardym kroku. Miał duże ciemne oczy i bardzo ładne ręce. W jego sposobie trzymania się było coś, co przypominało jej męża. Tylko Karol był niższy i bardziej ociężały. Właśnie ta ociężałość najwięcej mu w życiu psuła. Po prostu wątpił o celowości każdego wysiłku, zanim zdobył się na postanowienie. Gdy w odpowiedzi na swe podanie otrzymała wezwanie do stawienia się w „Mundusie”, wzruszył ramionami. Może zresztą i nie bez słuszności.

Brunet stawał często przed wielobarwnymi plakatami, którym bez reszty pokryte były ściany, i idąc za jego wzrokiem bezmyślnie odczytywała jaskrawe napisy, zachwalające w słodkich wyrazach urok Dalmacji, fiordów, Biarritz, Kairu, Andaluzji, Wenecji, Alp, Tatr, Karpat, jezior szkockich i augustowskich, palmowych gajów Maroka i rozlewisk czarnomorskich. Tak łatwo to wszystko zobaczyć! Zobaczyć za tanie pieniądze. Oto podróż z Triestu do Algieru kosztuje na wspaniałym okręcie tylko dwanaście dolarów, a przelot olbrzymim płatowcem z Berlina do Wenecji tylko dziesięć.

W hotelu „Majestic” apartament z łazienką wynosi zaledwie osiemdziesiąt franków dziennie. I nie ma żadnych kłopotów: wszystko można załatwić, przygotować, uplanować i opłacić już tu, na miejscu, w „światowym biurze podróży Mundus”.

Otworzyły się drzwi i woźny powiedział:

– Pani Anna Leszczowa!

Zerwała się, obciągnęła kostium i zaciskając szczęki przeszła przez pokój, czując na sobie niechętne spojrzenia. Z poczekalni wchodziło się do małego pokoiku, gdzie pracowały dwie maszynistki, a stąd do dużego gabinetu. Przy wielkim amerykańskim biurku siedział zażywny starszy pan, inżynier Minz, naczelny dyrektor Towarzystwa „Mundus”. Ciężko podniósł się i podając rękę, zapytał z pewnym zdziwieniem:

– Czy to pani?

– Anna Leszczowa – zapewniła go.

Podniósł wysoko brwi.

– Ileż pani ma lat, proszę darować niedyskretne pytanie?

– Nie ma w tym żadnej niedyskrecji – uśmiechnęła się – mam dwadzieścia osiem.

Mruknął coś pod nosem i wskazał jej krzesło. Przed nim zobaczyła rozłożone odpisy swoich świadectw i dyplomów.

– Czy pani całkiem biegle włada angielskim i francuskim także i w piśmie? – zapytał dyrektor Minz.

– Zupełnie biegle, proszę pana. Pozwoliłam sobie załączyć dyplom szkoły języków obcych...

– Tak, tak... hm... Zna pani zatem równie dobrze niemiecki, włoski i rosyjski?...

– Tak jest, panie dyrektorze.

– Nadto ma pani... zaraz, zaraz... Wynotowałem to sobie... Otóż: doktorat prawa Uniwersytetu Warszawskiego, ukończoną Szkołę Nauk Politycznych, Wyższe Kursy Handlowe, Kursy stenografii i pisania na maszynie, Liceum gospodarstwa wiejskiego... Uff, to zdaje się już wszystko! Kiedy pani, na miły Bóg, zdążyła zrobić tyle tego?! I do licha, po co? Pytam: po co?... Przecie pani nie może połowy, ba, dziesiątej części zapamiętać tego, czego się pani nauczyła!

– Myli się pan – odpowiedziała chłodno. – Wszystko pamiętam doskonale.

Spojrzał na nią spod krzaczastych brwi i poprawił się w fotelu.

– Niech się pani na mnie nie gniewa – powiedział pojednawczo. – Zbyt często mam do czynienia z kandydatkami na posady. Wszystkie mają potworne ilości dyplomów i nic nie umieją. Majątek wydały na kształcenie się w najzbędniejszych kierunkach. To choroba naszego wieku. Nie odpowiadałbym też na pani ofertę, gdyby nie to, że jej świadectwa pracy są wyjątkowo dobre, no i że zna pani technikę roboty w biurach podróży. Czy bardzo pani zależy na otrzymaniu posady?

– Bardzo, panie dyrektorze.

– Pani jest żoną adwokata?

– Tak. Ale mój mąż niestety bardzo mało zarabia – odpowiedziała cicho i spuściła oczy, gdyż bała się, by z jej wzroku nie wyczytał prawdy. Przecież Karol nie zarabia nic. Od szeregu miesięcy nie przyniósł do domu ani grosza. Gdyby nie zapomoga z Zakładu Ubezpieczeń Pracowników Umysłowych, którą otrzymywała od czasu redukcji w Ajencji Turystycznej, nie mieliby na najkonieczniejsze wydatki, nawet na mleko dla Lituni.

– Mieszka pani stale w Poznaniu? – zapytał Minz.

– Tak, panie dyrektorze. Dosłownie o sto kroków od filii „Mundusu”.

– To jest do niczego. Nie mogę powierzyć pani kierownictwa tej filii...

– Ja przyjmę każde warunki – przerwała z pośpiechem.

– Nie – potrząsnął głową – na razie nie mogę tego zrobić. To jest wykluczone. Stanowisko trzeba byłoby objąć natychmiast, ja zaś zbyt mało wiem o pani zdolnościach.

Przygryzła wargi i pomyślała, że sceptycyzm Karola był uzasadniony. Dyrektor bębnił grubymi palcami po papierze. Palce były żółte od papierosów, biurko zasypane popiołem, a powietrze pełne dymu. Zaczął wypytywać ją o różne rzeczy nie tylko mające związek z jej znajomością przedmiotu. Zorientowała się, że dyrektor egzaminuje ją. Po pół godzinie była tym już zupełnie zmęczona, gdy powtórzył:

– Nie mogę powierzyć pani kierownictwa filii... – chrząknął i dodał: – Ale miałbym dla pani coś innego. Trudnością jest to, że musiałaby pani zamieszkać w Warszawie... Ustępuje właśnie kierownik działu turystycznego naszej centrali. Stanowisko to jest nawet lepsze od dyrekcji filii... hm... Można by zrobić miesięczną próbę. Ale skoro pani mieszka w Poznaniu...

Serce zabiło jej mocno.

– To nic, panie dyrektorze, mogłabym... to jest moglibyśmy się przenieść do Warszawy.

– Nie zrobi to pani różnicy?

– Żadnej, panie dyrektorze – zapewniła stanowczo, chociaż od razu zdała sobie sprawę z tego, że jest wprost przeciwnie.

Karol nie będzie mógł opuścić Poznania, póki żyje jego ojciec, wymagający nieustannej opieki. Poza tym adwokatowi nie tak łatwo przenieść się do innej apelacji, zwłaszcza do stołecznej. Zresztą tam mają bezpłatne mieszkanie w willi ojca i ogród tak konieczny dla Lituni. Musiałaby przenieść się sama i zamieszkać u ciotki Grażyny. Ostatecznie Poznań nie jest tak daleko... Zresztą, czyż ma tutaj wybór?... Powinna z pocałowaniem ręki przyjąć propozycję.

– Kwalifikacje pani – mówił dyrektor – wydają się wystarczające. Jest pani dostatecznie obeznana z branżą. Próba jednak jest konieczna. To moja zasada. Dziś mamy czternastego maja. Od jutra mogłaby pani rozpocząć pracę, co tym bardziej byłoby wskazane, że pan Komitkiewicz, dotychczasowy kierownik działu turystycznego, za dwa tygodnie wyjeżdża. Zatem miałby czas zapoznać panią z bieżącą robotą. Jak pani wyobraża sobie wysokość pensji?

– Ja nie wiem – uśmiechnęła się.

– W swojej ofercie pisze pani, że zgodzi się na każde warunki. Nie zamierzam pani wyzyskiwać, ale czasy są ciężkie, ruch w interesach mały, podatki kolosalne. Na próbny miesiąc otrzyma pani trzysta pięćdziesiąt złotych, a później pogadamy. Zgoda?

W myśli obliczyła, że przy pewnej oszczędności będzie mogła u ciotki otrzymać pokój i utrzymanie za jakieś sto pięćdziesiąt, niech nawet sto siedemdziesiąt złotych. Trzydzieści powinno wystarczyć na drobne wydatki. Karolowi będzie wysyłała sto pięćdziesiąt. To zawsze coś.

– Zgoda, panie dyrektorze.

– No, to świetnie.

Nacisnął guzik dzwonka i rzucił woźnemu:

– Pana Komitkiewicza!

Gdy woźny wyszedł, dyrektor Minz wydobył z szuflady stos prospektów i rozkładając je przed Anną zaczął objaśniać, na czym będą polegały jej obowiązki. Słuchała uważnie, chociaż przedmiot znała na wylot. W Ajencji Turystycznej wprawdzie nie załatwiała tych rzeczy samodzielnie, lecz do dziś dnia umiała na pamięć adresy różnych zagranicznych przedsiębiorstw podobnego rodzaju, wiedziała, jak się organizuje wycieczki zbiorowe, jak oblicza się koszty i prowadzi się korespondencję. W tym, co mówił dyrektor Minz, przestraszała ją tylko osobista odpowiedzialność za każde postanowione przedsięwzięcie. Poza tym była przekonana, że z łatwością da sobie radę.

 

Wkrótce zjawił się Komitkiewicz, przystojny, rudawy blondyn, pachnący „loriganem” i ubrany z wyszukaną elegancją. Widocznie domyślał się, z kim ma do czynienia, gdyż przedstawił się Annie z koleżeńską swobodą. Wysłuchawszy krótkiego polecenia szefa, zapytał układnie:

– Czy chciałaby pani zaraz obejrzeć dział?

– Jeżeli to jest możliwe... – powiedziała niezdecydowanie, zwracając się do Minza.

– Owszem, owszem – kiwnął głową. – Oczywiście. Takie spojrzenie z lotu ptaka... Hm... a jutro prosiłbym panią przyjść od rana. Nasze godziny biurowe są od dziewiątej do drugiej i od czwartej do siódmej. Obowiązuje to cały wyższy personel. Do widzenia pani.

Wstał i podał jej rękę.

– Służę pani – szarmancko otworzył drzwi Komitkiewicz.

Znowu przeszli przez pokoik, gdzie siedziały dwie maszynistki, i przez poczekalnię. Tutaj sam fakt przeprowadzenia jej przez urzędnika wywołał sensację. Z zaniepokojonych spojrzeń poznała, że wszyscy się domyślali, iż została zaangażowana. Brunet w granatowym ubraniu raptownie odwrócił się od czytanego po raz setny plakatu i obrzucił ją jakimś niedobrym wzrokiem.

Zbyt była przejęta biegiem zdarzeń, by móc zdawać sobie dokładnie sprawę ze swego stanu wewnętrznego, a przecież natychmiast stłumiła automatyczny uśmiech i przyśpieszyła kroku.

– Jakie to szczęście – myślała – że właśnie ja, że właśnie ja. Cóż mogę na to poradzić, że dla wszystkich nie ma miejsca?

– Tędy pani będzie łaskawa – wprowadził ją Komitkiewicz do wielkiej sali, urządzonej jak hale bankowe.

Sala o bardzo wysokim suficie pełna była różnorodnych hałasów. Terkot arytmometrów, stemplarek, maszyn adresowych i maszyn do pisania, dzwonki telefonów i trzask liczydeł mieszały się z jednostajnym szurgotem nóg, monotonnym huczeniem setek głosów i głuchym turkotem kołowrotu drzwi, znajdujących się w nieustannym ruchu. W powietrzu pachniało drukarską farbą i wagonem kolejowym. Wzdłuż oszklonego kontuaru, biegnącego wokół sali, gęsto ustawione były biurka, z tamtej strony przy okienkach stały grupki interesantów, gdzieniegdzie wyciągając się w dłuższe ogonki.

– Ależ to ogrom! – powiedziała z podziwem i odrobiną strachu.

Komitkiewicz jednak nie dosłyszał jej okrzyku. Szli wąskim chodnikiem, aż otworzył przed nią drzwi oszklonego boksu.

– Oto gabinet dotychczas mój, a obecnie pani – powiedział z niezmienną uprzejmością. – Proszę bardzo.

Mała oszklona klitka, przezroczysty kiosk, a wewnątrz dwa obszerne biurka, szafa i kilka krzeseł.

– Pan opuszcza firmę? – zapytała stojąc i bezradnie rozglądając się dokoła.

Zaśmiał się i przysunął jej krzesło.

– Niezupełnie, proszę pani, ale coś w tym rodzaju: raczej zostaję „opuszczony”.

Zrobiło się jej przykro.

– Z tego, jak wyrażał się o panu pan dyrektor – odezwała się nieśmiało – odniosłam wrażenie, że bardzo pana ceni...

– Prawdopodobnie tak jest w rzeczywistości – kiwnął głową – jednak kwota, jaką przeznacza dla zadokumentowania tej oceny, nie pokrywa mego budżetu... Niech mnie pani źle nie zrozumie. Bynajmniej nie robię z tego zarzutu panu Minzowi. Zresztą wszystkie pensje zostały zredukowane... Nie każdy jednak mógł na to się zgodzić.

– To takie przykre – westchnęła.

– Tsss!... – przyłożył do ust palec z komiczną miną. – Tu, w gabinecie szefa działu turystycznego, w gabinecie maitre’a de plaisir, słowo przykrość jest wykreślone raz na zawsze.

Zaczął objaśniać ją co do rozmieszczenia poszczególnych działów. Tu z prawej i z lewej turystyczny, dalej kasy biletowe, za nimi informacje, biuro zamawiań, dział paszportów i wiz, reklamacje i kantor wymiany. Naprzeciw, po drugiej stronie, bilety lotnicze, morskie, dział bagażowy, wynajem autokarów i samochodów oraz budki telefoniczne. W kiosku przy drzwiach głównych mieści się agencja wynajmu letnisk.

– Ogółem zatrudniamy tu w centrali sześćdziesiąt osób. Przeciętna frekwencja publiczności dochodzi do pięciuset osób dziennie. Roboty więc pani nie zabraknie, zważywszy, że pani dział jest największy i najrentowniejszy. Jutro przedstawię pani jej podwładnych i będę miał przyjemność rozpocząć zaznajamianie swojej następczyni z robotą. Czy pani nic nie ma przeciw temu?

Podziękowała mu jak umiała najserdeczniej, obiecując sobie, że wywdzięczy się za jego uprzejmość całą życzliwością.

Gdy znalazła się na ulicy, ogarnęła ją jakaś wprost dziecinna radość. I słoneczny, ciepły dzień, i gęsty tłum zapełniający chodniki, i pierwsza zieleń drzew – wszystko to wydało się jej nagle znowu tak bliskie, jak za dawnych lat, kiedy jeszcze była studentką. Królewską doszła do rogu Marszałkowskiej i tu wsiadła do tramwaju. Gdyby nie wstydziła się, uśmiechałaby się do wszystkich.

– Tak, tak – myślała – może to nawet nieładnie z mojej strony, ale jednak cieszę się, że zostanę w Warszawie.

Z czasem może Karol też tutaj się przeniesie. To byłoby najlepsze. A wreszcie nie jest przecie nieprawdopodobne, że i ona po pewnym czasie otrzyma zarząd filii poznańskiej.

Ciotka Grażyna mieszkała przy Polnej i Anna wysiadła na rogu Śniadeckich. Znała tu każdy występ muru, każdą bramę. Przez dwa pierwsze lata studiów na Uniwersytecie mieszkała u ciotki, a chociaż po ślubie Kubusia musiała się wyprowadzić, nadal bywała tu prawie codziennie. Była przywiązana do ciotki i jej całego domu, a jeżeli w tym przywiązaniu nie było nadmiaru sentymentu, nie było też i krytycyzmu. Zresztą ciotce Grażynie zawdzięczała wiele, bardzo wiele, może nawet wszystko to, czym była, i w zupełności podzielała ten szacunek, a raczej tę cześć, jaką zewsząd otaczano wspaniałą, posągową postać pani senatorki Grażyny Jelskiej-Szermanowej.

Ze wszystkich ludzi, jakich Anna znała, jedynie świętej pamięci jej ojciec, ilekroć przyjeżdżała doń na wakacje, pozwalał sobie na pobłażliwe żarciki o ciotce Grażynie.

– I cóż tam porabia Grażynka? – zapytywał, mrużąc swoje kochane siwe oczy. – Czy zawsze prosi o przysunięcie maselniczki przy stole takim tonem, jakby była amerykańską Statuą Wolności, która prosi o przysunięcie Grenlandii?

Albo zapytywał:

– Czy ciotka wciąż chodzi, jak procesja w jednej osobie?... Biedny Szerman. Dlatego pewno umarł, że zmęczył się noszeniem nad Grażynką rodowego parasola Szermanów, który awansował do roli baldachimu.

Ojciec Anny nigdy wprawdzie tego nie mówił, ale było wiadome, że miał szwagierce za złe małżeństwo z wujem Szermanem, którego wyraźnie nie lubił, nie omijając żadnej sposobności zrobienia przytyku do jego semickiego pochodzenia. Annę bolało to zawsze. Jeżeli w domu ciotki żywiła do kogoś cieplejsze uczucie, był to właśnie wuj Antoni. Miał sam miękkie serce i był czuły dla całej rodziny, nawet dla ojca Anny. Wzruszał się wszystkim, chociaż starał się to ukrywać, zwłaszcza przed żoną i przed synową, która umiała być tak niedelikatna, że na troskliwość odpowiadała głośnym narzekaniem na „żydowską czułostkowość”. W ogóle w domu tym niewiele było miejsca dla sentymentów i nie istniała ich potrzeba. Kubuś, ciężki i ospały, pochłonięty lekturą kryminalnych powieści i układaniem pasjansów, jego żona, wpadająca do domu między dancingiem a boiskiem sportowym, a już zwłaszcza sama pani Grażyna – nikt nie oczekiwał, nie pragnął i nie dawał nikomu powodu ani prawa do rozczulania się nad sobą. Na jedną Wandę przychodziły takie okresy, ale ta zawsze była w domu gościem, odkąd zaś wyszła za mąż, na Polnej zjawiała się bardzo rzadko.

Od śmierci wuja Antoniego, to jest od czasu, gdy Kubuś musiał zająć się prowadzeniem interesów, mieszkanie bywało przez cały nieraz dzień puste i Anna obawiała się, że nikogo nie zastanie.

Drzwi otworzył jej nowy służący, co zresztą nie było dla niej niespodzianką, służba bowiem zmieniała się u ciotki Grażyny bardzo często.

– Pani starszej nie ma w domu – powiedział lokaj – a pani młodsza bardzo się spieszy i pewno nie będzie mogła...

– Józefie! – rozległ się z daleka głos Żermeny. – Józefie, kto to przyszedł?!

– Jak się masz, Żermeno! – zawołała Anna. – To ja, Anka!

– To ty?!... Co ty mówisz! Przyjechałaś?...

Jednocześnie z tymi słowami Żermena wpadła do przedpokoju. Miała na sobie jaskrawą zieloną pidżamę i siatkę na włosach. Wyglądała wciąż na młodą pannę, chociaż już wtedy, gdy rozwodziła się ze swoim drugim mężem i wychodziła za Kubusia, miała trzydzieści najmniej, a to było przed czterema laty, czyli musi mieć przynajmniej trzydzieści pięć.

– Dzień dobry, droga Anko, ślicznie wyglądasz – ściskała ją, nie wypuszczając z ręki owalnego lustra. – Tylko zanadto przytyłaś! Cóż porabia Karol? Szalenie się śpieszę, wybacz najdroższa, ale Kurbel zaraz zajedzie po mnie... a może już czeka? Nie stoi tam przed bramą takie czerwone torpedo?... Wiesz, ten Kurbel, co wziął na Olimpiadzie drugie miejsce w maratońskim... Chodźże tutaj, nie gniewasz się, że przy tobie będę się ubierała?... Józefie, niech Bronka zaraz przyniesie rurki i żeby nie były za zimne!... Chodź, najdroższa, tutaj. Ubieram się w gabinecie, bo u mnie taki nieład, ach, ta służba!...

Co prawda i tu wszystko było wywrócone do góry nogami, co zresztą nie zdziwiło Anny. Kiedyś, gdy mieszkała u ciotki, próbowała z tym walczyć, chociaż należałoby z góry skapitulować, wobec tego, że wszyscy z wyjątkiem samej pani Grażyny zupełnie pozbawieni byli zmysłu porządku. Tylko w pokojach ciotki, w których nie wolno było grasować nikomu, w sypialni i w salonie, przeznaczonym na herbatki, sesje i posiedzenia, panował zawsze muzealny ład.

Żermena, nie krępując się obecnością Anny, zrzuciła pidżamę i kręciła się po pokoju całkiem naga w czerwonych nocnych pantoflach na bardzo wysokich obcasach, dzięki którym jej długie, muskularne łydki wyglądały wprost sugestionująco. Anna wiedziała dobrze, że Żermena umyślnie demonstruje przed nią swoją nagość, po trosze wstydziła się tego (sama za żadne skarby nie potrafiłaby tak się komukolwiek pokazać), a jednak przyglądała się jak urzeczona nieprawdopodobnej smukłości i giętkości tych kształtów. Nie zazdrościła ich Żermenie, gdyż – Boże broń, bez żadnej zarozumiałości – uważała siebie za dostatecznie ładną, a nad kuzynką odczuwała swoją przewagę, przewagę bliżej nie określoną, może polegającą na fakcie istnienia Lituni, a może na tym, że w gruncie rzeczy tryb życia Żermeny uważała za bezcelowy i naganny. Ze swej strony Żermena znacznie ostrzej potępiała Annę za jej „mieszczańską solidność” i bez obsłonek wytykała jej to przy lada sposobności.

– Marnujesz się w tym Poznaniu – mówiła i teraz, wyginając przed lustrem swoje ciało dziewiętnastoletniej dziewczyny – marnujesz się. Zawsze miałam uprzedzenie do ludzi o rybim nazwisku. Karol zleszczył cię, zrybił. I ta atmosfera poznańska! Boże!... Świniobicie, o jedenastej całe miasto śpi, nudy piekielne... Nie wiem, ja stałabym się chyba ostrygą, gdyby zmuszono mnie tam mieszkać... Nie znajdujesz, że mi trochę piersi zeszczuplały?

– Owszem... A co do Poznania... Właśnie przenoszę się do Warszawy.

– To skutek masażu. Co drugi dzień godzina i gimnastyka. Radzę ci, zrób to samo. Aha! Przenosisz się do Warszawy?... Brawo!

– Znalazłam tu posadę – smutno uśmiechnęła się Anna.

– Masz zupełną rację. Puść go w trąbę. Właśnie wczoraj mówiłam o was z mamą. To skandal, żeby Karol nic nie zarabiał. Mama jest zupełnie tego samego zdania.

– ciocia nie lubi Karola i nie zawsze bywa dlań sprawiedliwa.

– Ślamazara i tyle.

W istocie Anna po cichu sama tak myślała, uważała jednak za konieczne wystąpić w obronie męża, zwłaszcza przed Żermeną. Przecież to nie jego wina, że bankrutują największe przedsiębiorstwa. Był radcą prawnym takiego dużego banku, jak Bank Wielkopolski, i prowadził sprawy kilku dominiów. Że bank zlikwidował się, a ziemianie sami nie mają nieraz na wypłatę dla fornali, to wina kryzysu. Karol zaś stara się o nową klientelę, robi, co może.

– Nie, nie, moja droga – oponowała Żermena – on należy do gatunku niedorajdów. Znam dobrze ten typ. Przykładów nie potrzebuję daleko szukać. Twój czarujący kuzynek jest jeszcze gorszy. Wprost nie rozumiem siebie, jak mogłam wyjść za mąż za takiego ciamajdę! Boże! Już kwadrans po drugiej! Oczywiście pojadę rozczochrana!... Kurbel wścieka się na dole!... Bardzo cię przepraszam!...

 

Z błyskawiczną szybkością dokończyła toalety, nakładając najpierw pończochy, później berecik, kombinezkę, suknię i rękawiczki. Kolejność tych czynności i sposób, w jaki się ubierała, sprawiały na Annie wrażenie przykre i żenujące. Chociaż nie cierpiała pruderii, w ubieraniu się Żermeny uderzało ją zawsze coś nieskromnego. Nawet całkowicie ubrana wydawała się nagą i jakby tylko przystrojoną. Anna nie robiła jej z tego zarzutu. Znała przecie wiele kobiet, a zwłaszcza młodych panien, wywierających takież wrażenie. Widocznie jej własna na tym punkcie wstydliwość była nienaturalna i chorobliwa.

Żermena jeszcze w przedpokoju krzyknęła „do widzenia” i zatrzasnęła za sobą drzwi. Gdyby nie to, że Anna znała dobrze zwyczaje tego domu, czułaby się skrępowana tym, że zapomniano ją nawet prosić, by się rozgościła.

Przede wszystkim należało porozumieć się telefonicznie z Karolem. Zabrała ze sobą tylko mały neseserek. Na powiadomienie męża o otrzymanej posadzie wystarczyłby list, ale nie mogła się obyć bez bielizny i kilku sukienek. Niestety telefon w mieszkaniu był wyłączony, jak objaśniał służący, już od dwóch dni. Pani starsza ma teraz posiedzenie w senacie i powiedziała, że załatwi to pan Jakub, a pan Jakub wciąż zapomina.

Nie było innej rady i trzeba było pójść na pocztę. Na szczęście szybko uzyskała połączenie i zastała Karola w domu. Zdziwił się nowiną bardzo. Oczywiście nie pominął okazji do wyrażenia wątpliwości, czy po upływie miesiąca „Mundus” zatrzyma ją nadal. Rzeczy obiecał wysłać jeszcze dziś, przyjął ucałowania dla siebie i dla Lituni i położył słuchawkę. Dopiero gdy wychodziła z poczty, uprzytomniła sobie, że mąż wcale się nie zmartwił tym, że nie będą razem. Prędko usprawiedliwiła go jednak. Cóż on albo oni oboje mogą na to poradzić? Na pewno Karol równie przykro jak i ona będzie odczuwał rozstanie, tylko jemu na pociechę zostanie Litunia.

Serce Anny ścisnęło się na wspomnienie tej jasnej buzi i mikroskopijnych rącząt, które kochała ponad wszystko na świecie. To, że musiała rozstać się z Litunią, było jednak koniecznością, i to koniecznością dla dobra tego najdroższego maleństwa. Za pieniądze, które mamusia tu zarobi, Litunia będzie miała dobrą fachową freblankę i zdrowe mleko, i kakao, i owoce. Anna teraz silniej niż kiedykolwiek poczuła, że zbliża się do ideału kobiety takiej, która nie jest tylko pociągowym zwierzęciem domowym, lecz współtwórczynią rodziny, na równi z mężczyzną ponosząc ciężar odpowiedzialności za jej byt, za przygotowanie społeczeństwu nowego pokolenia.

Jak pięknie, jak mądrze, jak wzniośle mówiła o tym ciotka Grażyna! Wyglądała wówczas rzeczywiście jak Statua Wolności! Anna już wtedy wiedziała, że nigdy nie zapomni tej chwili: wielka sala, wypełniona po brzegi tłumem kobiet i posągowa postać siwej spokojnej damy, przemawiającej z estrady swoim metalicznym głosem o kryształowej dykcji, polszczyzną tak piękną, stylem tak marmurowym, jak mógł mówić chyba tylko Ciceron. Wówczas nie była to już ciotka Grażyna, lecz trybun, wódz, Prometeusz, który Annie i tysiącom takich jak Anna kobiet otwierał dostęp do prawdziwej mądrości, prostował drogi i wskazywał cele!

– Największym dobrem kobiety jest rodzina. Kobieta dotychczas była biernym jej narzędziem. Czas najwyższy, by świadomie dźwignęła na sobie odpowiedzialność za jej byt moralny i materialny, by ramię w ramię z mężczyzną podjęła trud służby społecznej, głosząc niezachwianą prawdę trwałej budowy narodu na zdrowych fundamentach rodziny. Jak płomień łaknie tlenu, tak nasze domowe ognisko łaknie tchnienia twego ducha, kobieto, któraś o tyle szczęśliwsza od swoich babek i prababek, że zjawiasz się przy tym ognisku nie jako posługaczka ani jako zwierzę domowe, które li tylko wygrzewa się przy nim i pasożytuje, lecz jak wolna, świadoma kapłanka, która wnosi tu na równi z mężczyzną dobra swego charakteru, inteligencji, wiedzy i poczucia ważności swej roli, swego posłannictwa!

Anna zbierała skrzętnie wszystkie mowy ciotki Grażyny, drukowane w różnych pismach i umiała je prawie na pamięć. Wiele jej koleżanek postępowało tak samo, a Anna o tyle od nich była szczęśliwsza, że ilekroć zachodziła tego potrzeba, mogła zawsze korzystać z osobistych rad i wskazań tej kobiety o niepospolitym umyśle. Jej to obecnie zawdzięczała też swoją posadę, gdyż właśnie dzięki ciotce, rozumiejąc wartość wiedzy ogólnej i praktycznej, mogła skutecznie rywalizować swymi kwalifikacjami z niejednym mężczyzną, a przede wszystkim umiała stanąć w obronie zagrożonego bytu rodziny i wziąć na swe barki trud jej ratowania własną pracą.

Z góry cieszyła się myślą o pochwale z ust ciotki, z góry wiedziała, jaką jej sprawi radość, gdy stanie przed nią, ona, żywy przykład owocności tych haseł, które odbudują ludzkość.

Nie omyliła się. Gdy wróciła na Polną, pani Grażyna była już w domu. Właśnie podawano do obiadu. Pani Grażyna w salonie zajęta była przeglądaniem grubych maszynopisów. Przywitała Annę z tą czarującą serdecznością, która wprawdzie onieśmielała, lecz jednocześnie dawała pewność przychylnego i łaskawego wysłuchania zwierzeń.

– Cieszę się, żeś przyjechała, moje dziecko – pocałowała ją w czoło pani Grażyna – jakże tam w poznańskim Społecznym Zjednoczeniu Kobiet?

– Właśnie jutro mają być wybory i głosowanie nad rezolucją.

– To musi być przeprowadzone – zaczęła ostro pani Grażyna – nie wątpię, że potrafisz tego dopilnować. O której wracasz?

– Ja nie wracam, ciociu. Rezolucja na pewno przejdzie. Pani Hopferowa dopilnuje. Co do mnie zaś... Zostaję w Warszawie.

– Jak to?

Anna opowiedziała wszystko, tłumacząc się, że nie pisała dotąd o trudnościach pieniężnych Karola, nie chcąc cioci zabierać czasu, że jednak sądzi, iż postąpiła zgodnie z obowiązkiem. Pani Grażyna wysłuchała wszystkiego ze skupioną uwagą, po czym wstała i uścisnęła siostrzenicę.

– Wzruszyłaś mnie, Anko. Zachowałaś się jak kobieta godna tego imienia. Niedaleki już jest czas, kiedy posiew idei da powszechne i obfite plony.

Chrząknęła i dopowiedziała innym tonem:

– Swoją drogą, twoje przeniesienie do Warszawy ma jedną złą stronę: poznańskie Zjednoczenie straci jedną z najlepszych członkiń. Czy jesteś zupełnie pewna Hopferowej?

– Najzupełniej, ciociu.

– To dobrze. Z tych trzech adwokatek; które przeszły nasz kurs instruktorski, ona jest najpracowitsza. Jakże jej się powodzi?

Anna wzruszyła ramionami.

– Owszem, prowadzi kancelarię i coś niecoś zarabia. W każdym razie, jak na dzisiejsze ciężkie czasy możliwie. Za to Pela stoi świetnie, bo otrzymała radcostwo prawne w magistracie przez protekcję posła Czerwińskiego. Kuszlówna po trochu biedę klepie, ale jakoś żyje.

Pani Grażyna zapatrzyła się w jeden punkt i powiedziała:

– I właśnie taką kobietę, jak Pela, rzucił mąż. Tak, moje dziecko, mężczyźni pod wieloma względami stoją znacznie niżej od nas. Choćby twój Karol...

Anna próbowała bronić męża, lecz w duchu musiała godzić się z potępiającym osądem. Pani Grażyna nie żałowała słów surowych, które nabierały posmaku nagany skierowanej do Anny, jakby za to, że została żoną takiego człowieka. Wejście służącego przerwało ich rozmowę. Zameldował przybycie pani Markiewiczowej.

– Proś – odpowiedziała mu pani Grażyna i zwracając się do Anny, dodała: – zaprosiłam tę osobę na obiad.

Anna znała panią Markiewiczową z widzenia od lat wielu. Każdy, kto bodaj raz jeden wpadł na pół czarnej do cukierni „Mazowieckiej”, musiał zapamiętać kwadratową postać jej właścicielki, czuwającej i czujnej od świtu do późnej nocy, wszechobecnej i wszystkowidzącej. Dla Markiewiczowej zaproszenie na obiad do osobistości tak znakomitej, jak senatorka Jelska-Szermanowa, prezeska i protektorka wielu towarzystw, dama przyjmowana w najwyższych sferach – było zaszczytem godnym czarnej aksamitnej sukni i sobolowej etoli oraz kilku większych brylantów. Wszystko to niezbyt dekoracyjnie na niej wyglądało, lecz Anna wiedziała, że Markiewiczowa istotnie jest dzielnym człowiekiem, a to przecie najważniejsze. W chwili, gdy otwierała swą cukiernię, na ulicy Mokotowskiej było sześć przedsiębiorstw tego typu, a obecnie została jedynie „Mazowiecka”, jedynie ona przetrwała kryzys.