Świat pani Malinowskiej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Świat pani Malinowskiej

Warszawa 2013

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział I

Spadło to nań jak grom z jasnego nieba. W pierwszej chwili chciał wprost powiedzieć pannie Sobczykównie, że to kłamstwo, nowa obrzydliwa plotka biurowa i że nie powinna zajmować się powtarzaniem podobnych nowin. Bo ona to nazwała nowiną:

– Czy pan referent słyszał w Zakopanem o naszej nowinie? Pani Bogna wychodzi za pana Malinowskiego.

Uczuł przypływ krwi do twarzy i pochylił się nad otwartą szufladą. Jednocześnie spostrzegł swoje ręce, bezcelowo przewracające blankiety i opanował się.

– Nie słyszałem – odpowiedział.

– Na jesieni ma być ich ślub. To niby tajemnica, ale i tak wszyscy wiedzą. Myślałam, że pan naczelnik pisał panu o tym. Kto by się to spodziewał! Chociaż panu Malinowskiemu nic zarzucić nie można... Owszem...

Borowicz przełknął ślinę, stanowczym ruchem zasunął szufladę i zapytał:

– Czy to wszystkie kosztorysy?

– Tak, proszę pana, oprócz tych, które podczas pańskiego urlopu załatwił sam pan naczelnik Jagoda.

– Dziękuję pani.

Gdy wyszła, zerwał się i podszedł do otwartego okna. Tego się nie spodziewał. Wracając z urlopu oczywiście przewidywał, że podczas jego nieobecności mogły zajść jakieś zmiany. Odczuwał nawet swego rodzaju obawę przed nimi. To właśnie nie dało mu spać w nocy, a z rana wcześniej kazało pójść do biura. Po drodze uspokoił się jednak zupełnie. Widniejący z daleka gmach Funduszu Budowlanego, niewzruszony jego kontur, wyrastający z zieleni drzew w jasnym słonecznym dniu i niezmienna tożsamość Warszawy nasunęły mu nawet uśmiech pobłażania dla własnych obaw.

W gruncie rzeczy czegoż bardziej mógł pragnąć niż zmian, jakichkolwiek zmian, bodaj listu z wymówieniem, który nareszcie przerwałby bezsensowną wegetację kłaczka mchu, wrośniętego w jeden z kącików wielkiej betonowej bryły. Ale to spadło nań jak grom z jasnego nieba. Od początku wiedział dobrze, że Sobczykówna mówiła prawdę. Przypomniał sobie oba listy Jagody. Były tam pewne napomknienia, do których nie przywiązywał wagi.

– Do których nie chciałem przywiązywać wagi – poprawił siebie z jakąś złośliwą przyjemnością.

Jagoda zbyt prosto, zbyt praktycznie patrzy na życie, by mógł pisać o rzeczach nieistotnych, o drobiazgach bez znaczenia. Pisał: „Malinowski wyrychtował sobie kajak i cały dzień siedzi na Wiśle razem z panią Bogną Jezierską, którą uczy wiosłować...” A innym razem przesyłał ukłony od „p. Jezierskiej i Malinowskiego”.

– Czyżby przypuszczał, że mnie to może obchodzić?... Nonsens!

Spojrzał na jego wspaniałe biurko, wznoszące się w środku pokoju niby wielki ołtarz. Jagoda istotnie traktował ten mebel z pietyzmem. Celebrował przy nim, a podobieństwo do ołtarza podkreślał surową symetrią ustawionych na nim przedmiotów: dwie lampy, dwa kałamarze, dwie suszki, dwa kubki z ołówkami, dwa aparaty telefoniczne (wewnętrzny i miejski), z jednej strony nożyce, z drugiej linia, dwie popielniczki, a w środku, oczywiście w samym środku, blok białego papieru. Biurko to stanowiło centrum egzystencji i oś zainteresowań Jagody i Borowiczowi nie przyszłoby na myśl, że ten człowiek mógłby w gmachu Funduszu Budowlanego poświęcić bodaj odrobinę uwagi czemuś, co nie należało do zakresu obowiązków służbowych. A jednak Jagoda widział więcej, a nawet podejrzewał widocznie, że zbliżenie pani Bogny do Malinowskiego ma dla Borowicza jakieś znaczenie, że będzie to dlań gromem z jasnego nieba.

– No, nie przesadzajmy – pomiarkował się Borowicz.

Porównanie z „gromem” przyszło mu do głowy w pierwszej chwili. Właściwie mówiąc była to tylko rzecz niespodziewana. I przykra, bardzo przykra. Nie miał żadnego prawa już nie tylko wobec pani Bogny, ale i wobec samego siebie żywić jakiekolwiek pretensje do losu. W gruncie rzeczy nic go nie upoważniało do zajęcia jakiegokolwiek stanowiska w stosunku do tego zdarzenia. Lubił panią Bognę, cenił, znał, znał prawie od jej pensjonarskich czasów, bywał u niej, ale to i wszystko. Nigdy nie rościł sobie żadnych zamiarów, które wykraczałyby poza sferę dobrej przyjaźni. Zresztą nie miał żadnych zamiarów. Nie chciał mieć. W ogóle o tym nie myślał. I nagle ten Malinowski! Co za głupstwo! Będzie się nazywała: pani Ewarystowa Malinowska i będzie sypiała z nim w jednym łóżku.

Borowicz wzruszył ramionami i z tępą niechęcią pomyślał, że Malinowski zaraz nadejdzie, że będzie musiał pocałować się z nim na powitanie, a później znosić jego twarz przez siedem codziennych godzin biurowych. Biurka ich były zsunięte i korzystali z wspólnej kartoteki. I wyobrazić sobie, że na początku, gdy otrzymał posadę w Funduszu, cieszył się z tego bliskiego sąsiedztwa. Może nie cieszył się, ale było mu przyjemnie, że tuż obok ma uniwersyteckiego kolegę, z którym zna się od szeregu lat. Wprawdzie na uniwersytecie nie łączyły ich żadne serdeczniejsze stosunki, ale nic ich też nie dzieliło. Borowiczowi zdawało się nawet, że czuje dla Malinowskiego rodzaj obojętnej sympatii, chociaż na ogół nie lubiano go i uważano za zero.

Na plus Malinowskiego w każdym razie należało zapisać jego skromność i moralność. Należał jako student do harcerstwa, nie brał udziału w koleżeńskich pijatykach, ubierał się zaledwie przyzwoicie, ale zawsze czysto, utrzymywał się ze szczupłej pensyjki, przysyłanej przez matkę, która miała aptekę w jakimś małym miasteczku w Sandomierskiem. Po śmierci matki przerwał studia i znikł z horyzontu. Borowicz spotkał go dopiero tu, w Funduszu Budowlanym. Jak na uniwersytecie, tak i tu Malinowski nie cieszył się powodzeniem u kobiet. Był ładny, tak, obiektywnie należało przyznać, że był bardzo ładny, ale z kobietami nie umiał się obchodzić, unikał ich i Borowicz nigdy nie słyszał o żadnym jego romansie. Za lat studenckich dawało to nawet temat do zjadliwych żartów, obecnie ma się rozumieć o podobnych kwestiach nie było między nimi mowy.

Borowicz nie zdawał sobie sprawy, dlaczego właściwie wiadomość o małżeństwie pani Bogny z Malinowskim wydała mu się nieprzyzwoitością. Tkwiło w tym coś niedorzecznego, że ona wybrała sobie właśnie Malinowskiego. Każdy inny mężczyzna, bodaj Jagoda, nie wywołałby tak silnego wewnętrznego protestu w Borowiczu.

– Nie chodzi mi o nią, lecz o jej wybór – sprecyzował sobie przyczynę swego wzburzenia i to go znacznie uspokoiło.

Poza tym do jesieni wiele może się zmienić. Miesiąc czasu to bardzo dużo. Zresztą może to nie jest jeszcze takie pewne?... W biurze byle co, byle pogłoskę przerabia się w aksjomat. Tak czy owak, dobrze się stało, że dowiedział się o wszystkim nie z ust Malinowskiego.

Na korytarzu rozległy się szybkie, ciężkie kroki, drzwi otworzyły się gwałtownie i na progu stanął Jagoda. Jego małe, wąskie usta rozsunęły się w uśmiechu, czerwona twarz o nierównej cerze nabrzmiała i stała się błyszcząca:

– Jak się macie – wyciągnął małą, mocną rękę – dobrze zrobiliście, żeście przyjechali. Roboty huk. W Zakopanem ładnie?

– Dziękuję. Pogoda była śliczna – serdecznie ścisnął jego dłoń Borowicz.

– Po górach nie łaziliście? Co?... – zaśmiał się krótko. – Już ja was znam!

– Nie mylicie się.

Właściwie byli ze sobą na pan, ale czasami w przypływie większego rozrzewnienia Jagoda mówił doń per ty, tym koleżeńskim wojskowym tonem, który brzmiał trochę jak rozkaz i trochę jak poufałość. Były chwile, gdy ten sposób rozmowy sprawiał Borowiczowi nie dającą się określić satysfakcję.

– Widziałem waszego brata – zaczął Jagoda, rozpakowując wypchaną skórzaną tekę – niezły chłopak. Tylko nerwus. Stara się o odroczenie służby wojskowej.

– Byliście w Krakowie?

– Byłem. Powinniście mu to wybić z głowy. Studia studiami, a takiej szkoły, jak daje wojsko, nie znajdzie nigdzie. Malinowski jeszcze nie przyszedł?

– Nie.

– Ostatnio lubi się spóźniać – bez nacisku powiedział Jagoda, zaczerpnął powietrza, jakby chciał coś dodać, lecz tylko chrząknął i wziął słuchawkę telefonu.

Borowicz zabrał się do przeglądania zaległości. Były to plany i kosztorysy prywatnych domów nie czynszowych, których właściciele zabiegali o długoterminowe pożyczki na ukończenie budowy. Ten dział należał do niego tylko o tyle, że badał każdą sprawę z punktu widzenia estetyki i użyteczności budowli oraz jej trwałości. Stronę prawną i finansową opracowywał Malinowski, opinię zaś dawał Jagoda, po czym akta szły do prezesa, gdzie zapadała decyzja.

Przed dwoma laty, gdy Borowicz otrzymał tę posadę, interesowały go jeszcze sprawdzania planów, styl, rozplanowanie i celowość budowli. Wdawał się w korespondencję z petentami, żądał zmian, przeróbek, ulepszeń, te zaś projekty, którymi się zachwycił, usiłował przeforsować. Obecnie odrabiał swe obowiązki mechanicznie. Sprawdzał, liczył, notował, po czym w prawym górnym rogu aktu przyczepiał spinaczem kartkę: „Niezgodne z paragrafem 23-cim Ustawy z dnia takiego-to, nie dotrzymane punkty 3-ci, 7-my i 14-sty przepisów rozporządzenia z dnia takiego-to, nie zastosowane do regulaminu Funduszu Budowlanego, artykuł 9-ty, ustęp c”.

Często Jagoda, który był fanatykiem ruchu budowlanego, zwracał mu podanie:

 

– Panie Borowicz, tak nie można. Niech pan wezwie klienta i objaśni mu braki. Tu widoczna jest nieświadomość przepisów. Nie możemy wpadać w biurokrację.

– Ale dom już jest wyciągnięty pod dach, na zmiany za późno – oponował Borowicz.

– Więc będziemy musieli zrobić jakieś ustępstwa.

– Wbrew ustawie?

– Ustawa jest dla ludzi, nie ludzie dla ustawy – ucinał Jagoda.

Czasami dodawał jeszcze:

– Przez tę austriacką formalistykę diabli wszystko wezmą.

A sam był jednocześnie jeżeli nie formalistą, to przynajmniej rygorystą. Wszystkie ustawy i przepisy znał na pamięć i pochodził z zaboru austriackiego. Może dlatego właśnie tak nie cierpiał wszystkiego, co mu przypominało Austrię. Było to słabostką Jagody powszechnie znaną. Jeżeli zapędził się w jakiejś dyskusji, a znienacka wysunięto mu przed oczy austriackość jego poglądu – cofał się natychmiast.

Borowicz już drugą opracowaną teczkę odkładał na biurko Malinowskiego, gdy ten nadszedł. Był w jasnym, zbyt jasnym jak na biuro ubraniu i w jaskrawym niebieskim krawacie. Przywitał się z Borowiczem w zwykły sposób z tą nieobowiązującą serdecznością:

– Przyjechałeś! Pysznie wyglądasz! Stęskniliśmy się tu za tobą. Przychodził do ciebie dwa razy baron Denhoff. Czarujący człowiek. Pan z panów... Tak. Piękną mamy pogodę. No i cóż słychać u ciebie?

Nie czekając na odpowiedź zwrócił się do Jagody:

– Serwus, Kaziu! Nie miej mi za złe, że się spóźniłem. Widzisz, tramwaje bardzo często tego...

Jagoda w milczeniu podał mu rękę i wrócił do pracy. Dopiero po dłuższej chwili odezwał się:

– Nie uważa pan, panie Borowicz, że niektórzy to do śmierci nie oduczą się sztubackich wykrętów.

– To ty do mnie, Kaziu? – żachnął się Malinowski.

– Do ciebie.

– No, wiesz!...

– Wiem.

Borowicz rzucił okiem na zastygłe w oburzeniu dłonie Malinowskiego. Na palcu prawej ręki błyszczał szafir w starej renesansowej oprawie: pierścionek pani Bogny. Było to niesprawiedliwie bolesne, nieprawdopodobne i krzywdzące. Krzywdzące panią Bognę – skorygował swą myśl. I niespodziewanie napłynęła gorzka refleksja: – dlaczego?... Skoro taki człowiek został przez nią wybrany, widocznie zasłużył w takiej mierze na nią, jak i ona na niego. Widocznie odnalazła w Malinowskim wartości, które uznała za godne własnych wartości, czy zatem błąd nie tkwił w przecenianiu tej kobiety?...

– Stefku, wzywam cię na świadka – zwrócił się do Borowicza Malinowski – widzisz, jak hierarchia przygniata!

– Jeżeli chcesz z tej beczki – niecierpliwie odpowiedział Jagoda – nie przypominaj mi, że jestem twoim zwierzchnikiem, lepiej nie przypominaj!

– Chyba mnie do kąta nie postawisz?

– Nie, ale żądam, byś się zjawiał punktualnie. Nie chcę więcej słuchać wykrętów. Rozumiesz?

– Ależ kochany Kaziu – miękko zaczął Malinowski – nie masz o co się gniewać. Żartowałem. Sam wiesz, że żartowałem. Jeżeli jednak dotknęło cię to – bardzo przepraszam.

Spojrzał na Borowicza i mrugnął okiem.

– Nie masz po co przepraszać – skrzywił się poirytowany Jagoda – przepraszają tylko dzieci. Jeżeli się jest mężczyzną, to albo się coś robi i ponosi się za to odpowiedzialność, albo nie robi się tego wcale. Tak przynajmniej ja myślę.

Wstał, głośno odsuwając fotel, poprawił jedną z suszek, która przesunęła się ku środkowi, zgarnął plik papierów i wyszedł.

– Tak on myśli – porozumiewawczo uśmiechnął się Malinowski.

Borowicz nie odrywał oczu od planu i nic nie odpowiedział, wobec czego Malinowski chrząknął i po pauzie dodał:

– Co to jednak znaczy gminne pochodzenie. Brak wszelkiej kultury.

Nawet na żartach się nie zna... Wciąż siedzi w nim oficer. Oficerowie lubią rozkazywać. Ale ja nie jestem rekrutem, który musi przed panem majorem wyciągać się na baczność.

– Powiedz to jemu – krótko uciął Borowicz.

– Co?

– Przecie słyszałeś.

– Że mam mu to w oczy powiedzieć?... Po co, po co mam sobie psuć stosunki. Ja tam nie mam zamiaru tresować ludzi bez kultury. Jego ojciec pracował jako giser w fabryce Schulca na Podgórzu. Czegóż wymagać?! Phi!...

Wzruszył ramionami i zapalił papierosa.

– Dla syna gisera takie biuro i naczelnikostwo to szczyt aspiracji – ciągnął dalej – jak on to mówi: – „wytężona praca na swoim odcinku”... Cha, cha, cha... Nie uważasz, że to brzmi dwuznacznie?... A propos, znasz już anegdotkę o Żydzie, który chciał uzyskać prolongatę?...

– Nie lubię anegdotek – odburknął Borowicz.

– Smutny jakiś jesteś? Co?... Powrót z łona natury do miejskiego gwaru. Tak, rozumiem.

Borowicz zmarszczył brwi.

– Przepraszam cię – starał się mówić spokojnie – mam tu trudne obliczenie.

Malinowski skinął głową i umilkł. Wziął się też do roboty, ale po chwili zaczął z cicha gwizdać pod nosem. Podnosząc od czasu do czasu wzrok, Borowicz przyglądał się jego pełnym, czerwonym ustom, zaokrąglonemu owalowi twarzy wysokiemu, pięknie sklepionemu czołu i z lekka rzednącym jedwabistym i falującym włosom. Bodaj po raz pierwszy przyjrzał mu się tak uważnie. W urodzie Malinowskiego, w urodzie bez wątpienia szlachetnej, kryło się jednak coś impertynenckiego, coś trywialnego. Gdzieś w tych prawie klasycznych rysach zdawało się czaić jakieś kłamstwo. Pod gładko wygoloną skórą, pod jasnym czołem, a nawet pod małymi, przystrzyżonymi wąsikami była jeszcze jakaś inna warstwa! Nie widział teraz jego oczu, ale starał się przypomnieć sobie ich wyraz. Były wspaniałe. Ciemnoorzechowe, o niezwykłym połysku, z czarnymi jak smoła rzęsami. Tylko ich wyrazu nie podobna było uchwycić.

Nagle uprzytomnił sobie rozmowę z panią Bogną. Było to jeszcze w zimie. Powiedziała wówczas:

– On ma oczy wprost niezrozumiale piękne.

– Ale bez wyrazu – zauważył obojętnie.

Wtedy zaśmiała się i rzuciła od niechcenia:

– To zależy na kogo patrzy.

– Na panią oczywiście słodko i z zachwytem.

Nic nie odpowiedziała, ale gdyby Borowicz wówczas zwrócił na to zamilknięcie uwagę... Kiedyż to było? W styczniu, bodaj w styczniu. Przed powrotem prezesa. Odnosił wówczas do jego gabinetu wnioski do podpisu. Pani Bogna już wtedy była zajęta Malinowskim.

I jakie to pospolite: sekretarka prezesa i referent Malinowski... Tak... mają zawiadomić, że ich ślub odbędzie się dnia tego i tego... Brrr... Jaki wyraz mogą mieć oczy tego cymbała, gdy na nią patrzy: oczywiście głupi wyraz, najordynarniejszy wyraz. Chciałby ją mieć i tyle. A dla kobiety, tak, dla kobiety, będzie to najmądrzejszym wyrazem. Wszystkie są tym samym. Nie ma indywidualności wśród kobiet. Różnice zachodzą tylko między zewnętrznością psychiki, grunt pozostaje identyczny: służyć gatunkowi, rozpładzać się, dobierać najprzydatniejsze do tego celu egzemplarze samców. Pani Bogna jest rozumna, inteligentna, subtelna. Tego jej odmówić nie można. A jednak wszystko to milknie, ulatnia się, przestaje działać, gdy odezwie się zwykły instynkt, najprymitywniejsza wszechwładna siła plazmy, zamknięta w...

– Jak myślisz, Stefku, obraził się?

Borowicz spojrzał na Malinowskiego półprzytomnie:

– Kto?

– No Jagoda! Jest jakiś oschły. Nie chciałbym go sobie narazić. On jednak może dużo zaszkodzić.

– Dajże spokój – oburzył się Borowicz – jak można Jagodę posądzać o coś podobnego. Jestem przekonany, że sam w to nie wierzysz. W przeciwnym razie byłoby to bardzo brzydkie z twojej strony.

– Zapewne, zapewne – szybko zgodził się Malinowski – mówiłem tylko tak sobie, bo zresztą teraz mogę zbytnio nie przejmować się Jagodą. Sam stary jest ze mnie bardzo zadowolony i mogę ci ręczyć, że będzie wciąż bardziej zadowolony.

Roześmiał się i odkładając pióro zapytał:

– Pewno już słyszałeś?...

– O czym? – obojętnie mruknął Borowicz.

– Hm... Nie mówię o tym nikomu, ale tobie jako przyjacielowi mogę. Żenię się z Bogną.

Borowicz chciałby zerwać się i krzyknąć mu w nos, że wyprasza sobie nazywanie go przyjacielem i że pani Bogna nie może większego idiotyzmu zrobić.

– Winszuję ci – wycedził.

– Patrz – wyciągnął rękę Malinowski – oto rękojmia szczęścia.

Tuż przed oczyma Borowicza błysnął duży szafir.

– Ładny kawałek, co? – zapytał Malinowski – trzysta lat w jednej rodzinie! Wart parę fajgli? Co?... I ładnie na ręku wygląda. No, nie na każdym. Wyobraź sobie taki pierścionek na palcu Jagody. Niczym kwiatek przy kożuchu. Te krótkie palce i białe paznokcie. Ale na twoim ręku będzie pierwsza klasa. Masz, nałóż.

– Nie, nie – z hamowanym obrzydzeniem odsunął pierścionek Borowicz.

– Dlaczego? Takie pierścionki to tylko do rasowych rąk. A ty masz bardzo rasową. Spróbuj.

– Dajże spokój!

– Ach, pewno jesteś przesądny? – zabrał pierścionek Malinowski – ale rękę masz rasową. Ja mam ładniejszą, ale ty bardziej rasową...

Przyglądał się swoim rękom, bębniąc palcami po papierach, Wreszcie zapytał:

– Jak myślisz, chyba nie popełniam głupstwa, żeniąc się z Bogną?

– Nie rozumiem – zaczął Borowicz, zaciskając szczęki i urwał.

– No, bo widzisz, ona nie ma żadnego posagu. Grosze. A ja przecie nie mogę pozwolić, by moja żona pracowała. To oczywiście bajki, że prezes w niej się kocha. Ale w ogóle nie chcę, by moja żona była jakąś urzędniczką, bo...

– Mój drogi – przerwał Borowicz – wybacz, ale to są tak osobiste sprawy, że ja... Zresztą nie mam w tych rzeczach wprawy, nie znam się... I... żenuje mnie ten temat.

Malinowski chciał coś odpowiedzieć, ale właśnie zadzwonił telefon. Wzywano Borowicza do prezesa. Wstał i szybko wyszedł. Na korytarzu zatrzymał się, otarł pot z czoła i odetchnął.

Prezes urzędował na drugim piętrze. Trzeba było przejść długi korytarz, zejść szerokimi, marmurowymi schodami, minąć dwie wielkie sale, pełne hałasu maszyn, wspaniałą poczekalnię, gdzie siedziało kilka osób, i wejść do sekretariatu. Urzędnicy wchodzili do gabinetu prezesa Szuberta nie przez poczekalnię, lecz tędy. Borowicz skonstatował, że pani Bogny nie ma przy biurku, przywitał się z wyblakłą blondyneczką, stukającą na maszynie i zapukał do wielkich drzwi, chociaż nad nimi paliła się czerwona lampka, znak, że prezes jest zajęty.

Gabinet Szuberta, ogromna sala o dwóch oknach, sięgających od sufitu do podłogi, wywierał na Borowiczu zawsze wstrząsające wrażenie. Wzywano go tu dość rzadko, nie mógł więc oswoić się z tym nagromadzeniem kontrastów. Między oknami, zakrytymi tanimi firankami, rozpięty był na ścianie sztandar z białym orłem, poniżej wisiały dwa portrety dostojników państwa oddzielone od siebie skrzyżowanymi rusznicami. Przy ciężkim, gdańskim biurku z czarnego dębu stał żółty amerykański fotel na śrubie i trzcinowy koszyk na śmiecie. Na ścianie, wprost, rozwieszony był przepiękny gobelin, wyobrażający Afrodytę, wychodzącą z muszli i właśnie nagość bogini w partii najbardziej drastycznej, przesłaniało skrzyżowanie starej karabeli ze zwykłą szablą w żelaznej pochwie. Nad gobelinem w owalnej, secesyjnej ramie Kościuszko przysięgał narodowi na krakowskim rynku, pod gobelinem stał mahoniowy stoliczek i na nim wielki, japoński wazon z pękiem przeźroczystych celofanowych kwiatów, pod stolikiem rozesłany był łowicki pasiak, na którym wygodnie rozpierały się dwa czerwone klubowe fotele. W prawym kącie gabinetu, bliżej biurka, na perskim dywanie sterczał amerykański stolik z maszyną do pisania, obok wolterowski fotel, na którym siadywał prezes, ilekroć dyktował, a dalej też amerykańska szafa z rolowaną żaluzją. W lewym za to kącie było coś w rodzaju buduaru: garnitur nowoczesnych mebelków, szeroki tapczan, drewniana, stojąca lampa, nakryta batikiem i okrągły, orzechowy stół, na którego szklanym blacie rozłożone były pomnikowe wydawnictwa. Kąt ten wyglądałby prawie zalotnie, gdyby nie dwa popiersia, wyrastające ponad tapczanem na wysokich palisandrowych kolumnach: gipsowy Sokrates i brązowy Napoleon. Z sufitu, na grubym łańcuchu zwieszał się gotycki świecznik krzyżacki, kuty w czerwonej miedzi. Na ścianach, na barwnych kilimach lub wprost na złocistej tapecie obficie rozwieszono plany, fotografie i szkice gmachów, kościołów, fabryk i domów, wybudowanych dzięki poparciu Funduszu Budowlanego.

Pod jednym z takich planów stał właśnie prezes, pani Bogna w czarnej sukience i naczelnik Jagoda. Mężczyźni sprzeczali się zawzięcie, zaś pani Bogna śmiała się i rozpaczliwie załamywała ręce. Zeszczuplała, i jej jasne, popielate włosy, zdawało się, jeszcze bardziej zjaśniały przy opalonej twarzy.

 

– Przyszła pani Malinowska – pomyślał, lecz ogarnęło go jakieś bezsensowne rozczulenie. Gdy odwróciła głowę i uśmiechnęła się doń, od razu przestał wierzyć w te zaręczyny, w Malinowskiego, w kajak. Zapomniał o tym.

– Jest pan Borowicz – zawołała.

Zanim jednak zdążył z nią się przywitać, Szubert podskoczył jak na sprężynie.

– Borowicz? Chodź pan tu! Powiedz pan sam, czy to nie jest idiotyzm! Majorze, nie przeszkadzaj! Chodź pan, panie Borowicz!

– Moje uszanowanie panu prezesowi – ukłonił się Borowicz, wyciągając dłoń w kierunku również wyciągniętej bokiem ręki prezesa. Ten jednak tego nie spostrzegł, natomiast chwycił go za ramię i popychając ku ścianie, puknął w ramę planu:

– Patrz pan! Jagoda chce im pozwolić wyciąć ten las i wybudować stację sportową...

– Stadion – poprawił Jagoda.

– Wszystko jedno. Ale to jest zapaskudzenie Wisły! Już i tak daliśmy tym lekkoatletom masę pieniędzy na schronisko, innym znowu na klub. A teraz oddać im to...

– Nie możemy im oddać – rzeczowo odezwał się Jagoda – bo to ich własność, panie prezesie. Ale las i tak wytną...

– Otóż nie wytną, jeżeli nie damy im na budowanie – gniewnie wytrzeszczył oczy prezes. – Ja panu powiadam, majorze, że nie wytną!

Jego siwe, krótko przystrzyżone włosy na okrągłej czaszce zdawały się jeżyć, sinoczerwony nos rozpęczniał, a gruby, mięsisty tułów zachwiał się w przód i w tył na rozkraczonych, krótkich nogach. Wyglądał jak urżnięty i wściekły ekonom, który za chwilę rzuci się na przeciwnika z pięściami. I Borowicz tak się tym porównaniem zasugestionował, że dopiero po chwili przypomniał sobie, że ten pijany gbur jest gołębiego serca człowiekiem, który nigdy w życiu kropli alkoholu nie miał w ustach, który w swej niekształtnej głowie, ostrzyżonej maszynką, nosi kolosalną wiedzę, a tymi grubymi rękami napisał najpiękniejsze dzieło o botanice, które czyta się jak poezję. Borowicz nie lubił Szuberta. Nie lubił, gdyż nie mógł się w nim rozeznać. Był takąż mieszaniną przeciwieństw, jak jego gabinet. Był hałaśliwy, zaczepny, apodyktyczny, nieporządnie ubrany, każdym dźwiękiem, każdym ruchem raził. A przy tym znany był z jakiejś wprost dziecinnej dobroci, umiał godzinami chodzić po swoim ogródku na kolonii Lubeckiego i w uśmiechniętym zamyśleniu przyglądać się kwiatom. Jeżeli kogoś obraził, co mu się często zdarzało, czym prędzej starał się przeprosić obrażonego albo w ogóle kogoś, kto mu się obrażonym wydał.

O tym wszystkim Borowicz mniej wiedział z własnego doświadczenia, najwięcej zaś od pani Bogny, która i teraz odciągnęła go na bok.

– Wypoczął pan, panie Stefanie? – zapytała.

– Dziękuję. Ale czy prezes...

– Ach nie, już zapomniał, że pana tu wezwał. Zresztą sam wie z góry, że zgodzi się z Jagodą, a co najzabawniejsze, że i Jagoda też nie ma w tym względzie najmniejszych wątpliwości.

Borowicz spojrzał ku nim. Oddalili się obaj już dość znacznie, a oddalali się coraz bardziej, gdyż Szubert z furią następował, a Jagoda cofał się w porządku na z góry upatrzoną pozycję. Pozycją tą było biurko prezesa, gdzie leżał gotowy do podpisu akt subwencji na budowę stadionu.

– Jednego nie rozumiem – odezwał się Borowicz – czemu Jagoda tak poważnie argumentuje, skoro skutek będzie ten sam?

– Major? Ależ on musi wszystko traktować poważnie! Czułby się nieszczęśliwy, gdyby ktoś mógł go posądzić o lekceważący stosunek do zwierzchnika. Woli wierzyć, że naprawdę z trudem zdobył u prezesa tę subwencję i że go przekonał. Czyż pan nie wie, że przynajmniej raz na miesiąc Jagoda podaje się do dymisji. To zawsze jest ostatni argument. Staje na baczność i powiada: wobec zasadniczej różnicy poglądów, panie prezesie, proszę o zwolnienie mnie z zajmowanego stanowiska. – I mówi to z grobową, ale szczerze grobową miną, chociaż z góry wie, że Szubert swojej opozycji wcale nie uważa za mur nie do obalenia.

Borowicz słyszał, co mówiła, lecz nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie mógł oderwać oczu od jej ust, poruszających się w słowach i uśmiechach, od oczu, których spojrzenie promieniowało ciepłem i jasnością.

– Nie, nie – konstatował w myśli – ja jej nie kocham. Tylko jest mi droga, jest mi potrzebna jak powietrze. W jej pobliżu inaczej czuję, myślę, rozumuję. I nie tylko w pobliżu.

Wręcz sama świadomość istnienia pani Bogny stwarzała jakąś magnetyczną aurę, sięgającą aż tam, do Zakopanego. Każde odebrane wrażenie, każde odkrycie, obserwacja, wniosek myślowy, nabierały przez to znaczenia, że będzie mógł o tym mówić z nią. Nieraz łapał siebie na uśmiechu, z jakim rozmyślał o jakiejś spostrzeżonej przez siebie właściwości ludzkiej, drobnej, zdawało się, nieistotnej, i wiedział, że nikt inny poza panią Bogną nie potrafi ocenić tej perełki, nie potrafi cieszyć się nią i znaleźć w tym tematu do rozmowy. Często odnajdywała w tym, co już uważał za proste i ostateczne – nowe, złożone znaczenia, często w rzeczach dziwnych umiała wykryć ich życiowe, jakże naturalne jądro. Zawsze, odkąd sam nauczył się patrzeć na świat i nauczył się myśleć, w rozmowach z panią Bogną znajdował tę niezwykłą rozkosz, jaką daje poznawanie rzeczy. A właśnie dzięki pani Bognie otwierał się dlań nowy, nieznany dostęp do rzeczywistości. Wśród rozgałęzień zawiłych dróg, jej drogi zdumiewały krótkością, bezpośredniością. Była to jej subtelna, jak sejsmograf czuła inteligencja i zdumiewająca intuicja. Sama w tym tylko doszukiwała się swoich plusów, kategorycznie protestując, ilekroć mówiło się o jej rozumie.

– Pewna gimnastyka umysłu – twierdziła – nie przeszkadza mi być bardzo niemądrą. To trzeba rozróżnić: funkcja i narząd.

Podnosiła palec wskazujący do góry, przechylała głowę i z uśmiechem wypowiadała:

– Wszelkie badanie zaczynać się winno od dysocjacji elementów.

Tak świetnie naśladowała swego ojca. W takich momentach Borowicz wprost widział profesora Brzostowskiego, stojącego przed katedrą, widział wypełnioną aulę i siebie, opartego w kącie o ścianę i rysującego na szkicowniku profile, nieskończoną ilość profilów kobiecych. Właściwie mówiąc, jeżeli studiując na tak ciężkim i wymagającym tyle pracy wydziale, jak architektura, zdobył się na ukończenie wydziału filozoficznego, zawdzięczał to ojcu Bogny. W ich domu nauczył się zagłębiać w zagadnienia filozoficzne i nawet pasjonował się nimi. Sam profesor, pani Brzostowska, istna encyklopedia podręczna i współpracowniczka swego męża, wreszcie ich goście z profesorem Jezierskim na czele, była to grupa wyizolowana od życia codziennego, od życia, które właśnie przewalało się wtedy wściekłymi falami przez świat pocięty ranami frontów. Ilekroć Borowicz zjawiał się w tym domu rozpłomieniony jakąś groźną czy radosną wieścią, z nadzwyczajnym dodatkiem w kieszeni swego gimnazjalnego munduru, po kilku już minutach zapominał o wstrząsającym wydarzeniu i zatapiał się w tej atmosferze intelektu, gdzie sub specie aeternitatis największe zdarzenia dnia schodziły do roli przyczynków w argumentacji.

Cóż dziwnego, że Bogna, wychowana w takim środowisku, miała tę gimnastykę umysłu, o której odzywała się z odrobiną lekceważenia. Raczej wypadało się dziwić, że nie zatraciła tam zdolności ludzkiej karmienia się chlebem dnia powszedniego, że chociaż zdecydowała się na małżeństwo z świętej pamięci profesorem Jezierskim, umiała nawiązać kontakt z rzeczywistym życiem, ba, że w tym życiu znalazła się od razu zorientowana, zasymilowana i potrzebna.

– Potrzebna innym, prezesowi, instytucji, krewnym, znajomym, a mnie potrzebna jak powietrze – myślał patrząc na nią i słuchając dźwięku jej głosu.

Z końca gabinetu dolatywały wykrzyki prezesa Szuberta i od czasu do czasu krótkie, siekane, tonem wojskowego raportu wypowiadane odpowiedzi Jagody.

– Oczywiście, przyjdzie pan dziś do mnie na herbatę, panie Stefanie? – zapytała Bogna.

– Z przyjemnością – skinął głową Borowicz, lecz w tej samej chwili uprzytomnił sobie, że spotka tam Malinowskiego i zaciął się – tak, z przyjemnością... Ale jeszcze nie wiem... Ja zatelefonuję.

– Co za głupstwa – oburzyła się – musi pan przyjść.

– ...o zwolnienie mnie z zajmowanego stanowiska – doleciał ich uroczysty głos Jagody.

Pani Bogna roześmiała się:

– No, to już sprawa skończona. Niech pan patrzy!

Rzeczywiście prezes chwycił pióro i powtarzając w najwyższym oburzeniu: – „To czort wie co, to czort wie co” – podpisał dokument. Jagoda rzeczowo zbierał z biurka rozsunięte papiery i oglądał się na Borowicza.