Prokurator Alicja HornTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Prokurator Alicja Horn
Prokurator Alicja Horn
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 25,45  20,36 
Prokurator Alicja Horn
Prokurator Alicja Horn
Audiobook
Czyta Włodzimierz Press
19,95  14,76 
Szczegóły
Prokurator Alicja Horn
Prokurator Alicja Horn
E-book
34,90  24,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sala zapełniła się znowu po brzegi.

Wśród zupełnej ciszy przewodniczący odczytał wyrok: dożywotnie ciężkie więzienie.

Oskarżony nie drgnął nawet.

Wychodząca publiczność napełniła korytarze gwarem głośnych dyskusji.

Przyjaciele czekali na Alicję - tak, jak było umówione - na dole w sieni.

Łęczycki wypytywał o szczegóły rozprawy, doktor niechętnie odpowiadał. Zdumienie adwokata nie miało granic.

— Żebym wiedział, psiakość - klął z zacięciem - to bym się postarał o przesunięcie mego terminu. Coś niesłychanego! Żeby taki cyniczny numer zemdlał! Psiakość! W jej przemówieniu musiało być, do diaska, wiele ekspresji, hm, sugestywności...

— I okrucieństwa - cicho dodał Czuchnowski.

— Ach, ty sentymentalny staruszku - roześmiał się mecenas - przecież to był zbrodniarz!

— Tak, bez kwestii.

— I stało się zadość sprawiedliwości! Z tego, co mówisz, miarkuję, że gdyby nie mowa pani Alicji, wypuszczono by łotra na wolność.

— Ja nic nie mówię - bronił się Czuchnowski - ja sam nie wiem właściwie... Ale mnie w tym wszystkim coś po prostu przeraża.

— Furda, chłopie!...

— Ja rozumiem... ale...

— Mój drogi Władku, jakże ty możesz być lekarzem? A jak trzeba pacjentowi nogę uciąć, to co? Albo, dajmy na to...

Nie dokończył.

Po schodach szybkim, elastycznym krokiem schodziła Alicja.

— Jestem głodna - powiedziała wesoło, witając się z nimi - zabieram was do siebie na obiad, a właściwie na kolację. No, chodźmy.

Wyszli na ulicę.

— Winszuję pani - mówił mecenas - sukces niezwykły, jak na debiut. Co mówię, niezwykły! Triumf, zwycięstwo na całej linii! Serdecznie winszuję.

— Straszne jednak to - ze smutkiem westchnął doktor Czuchnowski - że człowiek do końca życia będzie gnił w więzieniu.

— Zwariowałeś?! - spojrzał nań z irytacją mecenas Łęczycki.

— Władek, mecenasie - lekceważącym tonem powiedziała Alicja - powinien zostać franciszkaninem.

— Po pierwsze - irytował się Łęczycki - nie będzie do śmierci gnił w więzieniu, bo przychodzą wciąż różne amnestie, przychodzą redukcje kary za przyzwoite odsiadywanie ciupy itd. Więc posiedzi jakieś dziesięć lat i już. A po drugie, mój drogi, cóż do ciężkiego pioruna! Szuja ostatniego gatunku, padalec, ohydny zbrodniarz!... Gdyby go na pal wbito, jeszcze nie byłoby dla niego dość. Sam zresztą prosił o karę śmierci.

— Ale przecież przyznał się - oponował Czuchnowski.

— Tak, przyznał się, lecz tylko dzięki pani Alicji. Gdyby go nie zdemaskowała, pewno zostałby w ogóle zwolniony.

— Nie przeczę. Lecz to właśnie mnie przybija, że dzięki Alicji.

Alicja wybuchnęła śmiechem. Łęczycki zaś zatrzymał się na środku chodnika i rozłożył bezradnie ręce.

— Panowie - powiedziała Alicja ze złośliwym błyskiem oczu - dla uczczenia mojej pierwszej wiktorii mam zamiar spędzić dziś wieczór wesoło.

— Brawo! - zawzięcie przytaknął Łęczycki - brawo, pani Alicjo. Tym lepsza się zdarza racja biby, że i ja dziś właśnie wygrałem piękny proces.

Czuchnowski nie odezwał się ani słowem.

Pojechali taksówką. Podczas drogi Alicja opowiadała mecenasowi o przebiegu rozprawy, o gratulacjach, jakie złożyli jej koledzy i o pochwale prokuratora Martynowicza.

Julki jeszcze nie było w domu. Odrabiała dziś lekcje z dwiema koleżankami. Zaraz po obiedzie wyszła i miła wrócić przed dziewiątą. Dowiedzieli się tego z kartki, zostawionej na stole. Józefowa bowiem kończyła właśnie popołudniową porcję pacierzy i za skarby świata nie powiedziałaby ani słowa.

Jej zwiotczałe i pomarszczone wargi poruszały się drobnym falującym ruchem, mówiąc nabożne słowa, ale gdy podawała obiad, z jej złośliwych spojrzeń nietrudno było odgadnąć niezadowolenie z powodu tak znacznego spóźnienia się pani na obiad. Jakże - pieczeń wyschła, a jabłka w cieście wystygły.

Nie zepsuło to natomiast apetytu ani Alicji, ani Łęczyckiemu. Tylko doktor był pochmurny, co zdawało się napełniać jego narzeczoną tym zajadlejszą wesołością.

Zanim wypili kawę, była ósma.

Na kolację iść stanowczo się nie opłacało.

— Wiecie co? - zaproponował Łęczycki - pani Alicja przebierze się, my obaj na szczęście jesteśmy w czarnych marynarkach, pojedziemy do kina na Marlenę Dietrich, a później na lumpę do "Argentyny"! Co?...

— Dobry pomysł. Film podobno wyborny, a o tej "Argentynie" słyszałam, że tam świetnie się bawią.

— A ja słyszałem - odezwał się Czuchnowski - że właśnie piekielne nudy.

— Były! Były, przyjacielu - z miną znawcy odparł mecenas - teraz kupił tę budę jeden Amerykanin i on dopiero pokazał, jak się powinno takie rzeczy robić. Pierwsza klasa! Amerykanie mają to wyczucie interesu!...

— Więc pojedziemy - zdecydowała Alicja - tylko zaczekamy na małą. Muszę ją ucałować na dobranoc.

Doktor niecierpliwie kręcił się na krześle, wreszcie wyrzucił z siebie:

— A mnie się zdaje, że komu jak komu, ale tobie, Alu, nie wypada pokazywać się w takich lokalach.

— A to dlaczego? - spojrzała nań niechętnie Alicja.

— No, na takim nocnym dancingu - zaśmiał się nieprzyjemnie - prokurator?

— Władku, nie zawracaj głowy. Jestem takim samym człowiekiem, jak i każdy inny. Mój drogi, nie sądź, że dla swego urzędu zamierzam stać się archaniołem.

— Tak - upierał się - ale właśnie dziś... po tej strasznej sprawie i po tym wyroku...

— Oj, Boże, jaki on nudny.

Mecenas klepnął go po kolanie:

— Nie bądźże ciotką, do diaska. Ministrowie chodzą do knajp...

— No, dobrze, dobrze - bronił się Czuchnowski - jeżeli Alę nie razi ten kontrast nocnego lokalu z wyrokiem dożywotniego więzienia, to cóż?... Jednak nie zapominajcie, że we wszystkich niemal pismach zamieszczono jej fotografię i że zjawienie się prokuratorki Horn zwróci uwagę całej publiczności!...

Alicja skinęła głową.

— Tu masz rację.

— I tego można uniknąć - zawołał Łęczycki. - W "Argentynie" są loże położone znacznie ponad poziomem sali i osłonięte. Możemy przejść wprost z szatni na górny korytarz.

Spojrzał na zegarek.

— Jeszcze za wcześnie, ale za godzinkę zadzwonię i poproszę o zarezerwowanie loży. Znam osobiście tego Winklera, on mi to załatwi.

— To ten Amerykanin? - zapytała Alicja.

— Tak. Polak, ale urodzony i wychowany w Ameryce.

Wróciła Julka i ze śmiechem wpadła wprost do jadalni w botach, w futerku i w aksamitnym bereciku, w którym było jej tak ślicznie. Jej oczy iskrzyły się, zarumieniona buzia promieniała.

— Alu! Alu! - zawołała - nie masz pojęcia, co miałam za emocje! Dzień dobry panu, dzień dobry doktorku. Wyobraź sobie, że... ale panowie nie będą się śmiać?

— Nie będziemy, któż by się odważył?! - zapewnił z powagą mecenas.

— Otóż, ledwo pożegnałam się na rogu Śniadeckich z Kurką...

— Z kim?

— Kurka to jedna moja koleżanka. Ledwo się z nią pożegnałam, a tu zbliża się do mnie taki młody i bardzo, no bardzo elegancki facet, w takim, wiesz, brązowym futrze, uchyla kapelusza i bardzo poważnie pyta: - Czy pani nie wie czasem, która godzina? - Oczywiście, powiadam, krótko: - Nie wiem. - Myślę, że tak wypadało, nie?... A on wówczas, wyobraź sobie, wyciąga taki cieniutki, cieniutki złoty zegarek i powiada: - To ja pani powiem, jest za dziesięć ósma... To łotr, co?...

— No, i cóż dalej?

— Rozśmieszył mnie, bo taki sprytny. A zęby, powiadam ci, miał białe, że no! Widziałam, bo uśmiechał się, szelma, że mnie nabrał. I powiada: - A widzi pani, że jestem bardziej od niej uprzejmy, więcej - powiada - bo gotów jestem uprzejmość swoją posunąć aż do tego, by nie napastować już pani i odejść - ale - powiada - wiem, że pani sprawiłoby to przykrość, dlatego też poświęcę się i kawałeczek panią odprowadzę. - To bezczelny! Co?...

— A cóż ty, stałaś i słuchałaś? - z niezadowoleniem zapytała Alicja.

— Alu, jak możesz nawet tak myśleć? Wcale nie słuchałam.

Obaj panowie wybuchnęli śmiechem.

— Nie słuchałaś, ale pamiętasz każde słowo.

— No, przecież uszu sobie zatkać nie mogłam.

— Więc cóż mu odpowiedziałaś?

— Oczywiście, powiedziałam, że pójdę sama i że to jest bardzo brzydko zaczepiać kobiety na ulicy. To on powiada, że rzeczywiście, że zawsze był tego samego zdania, że takich co zaczepiają kobiety on sam obiłby laską (wcale nie miał laski), ale że ja przecież nie jestem kobietą, tylko aniołem (uważasz?!), a on nie jest takim, co zaczepia, tylko bardzo samotnym i nieszczęśliwym sierotą, a sierotami i wdowami trzeba się opiekować, że jeżeli go odpędzę w daleką, zimną dal, to pójdzie z rozpaczy upić się, a jak tylko się upije, to go później głowa boli, a ja nie wyglądam na taką, co chciałaby cierpień bliźniego i tak gadał, że pojęcia nie macie.

— No, ty oczywiście nie odpowiadałaś mu wcale?

— Iiii... Bardzo mało.

Doktor Czuchnowski skrzywił się i powiedział:

— Bardzo źle, panno Julko. Należało zwrócić się do policjanta i poprosić, by uwolnił panią od natręta.

— Kiedy on wcale nie był taki natrętny - z oburzeniem zaprzeczyła Julka. - Taki przystojny brunet z małymi wąsikami. Inżynier, pracuje w fabryce czekolady! Nigdy nie wiedziałam, żeby do robienia czekolady potrzebni byli inżynierowie. Prawda?

— Rzeczywiście, po prostu kłamał.

— I ja mu tak powiedziałam, a on wówczas zaczął mi dowodzić, że są potrzebni do kontroli maszyn i do organizacji pracy i czegoś tam jeszcze i opowiadał, jak się robi czekoladę i czy ja lubię czekoladę, bo jeżeli lubię, to on mi może przysłać bardzo dużo, bo jego to prawie nic nie kosztuje i odprowadził mnie pod sam dom i chciał się przedstawić, ale ja powiedziałam, że nie i idę tu do babci, bo babcia chora jest na tyfus i żeby poczekał kilka minut, to wyjdę i pójdziemy na spacer.

 

— Juleczko! - ze zgrozą zawołała Alicja.

— Poczekajże! Otóż, wchodzę na schody (a on powiedział, że dobrze, że będzie czekał, ale po tym tyfusie to mu się od razu mina zmieniła), wchodzę na schody i patrzę przez okno ukradkiem, a mój facet wieje!... Aż się kurzy!...

Klasnęła w ręce i śmiała się do rozpuku.

— Dobrze mu dałam bobu, co?

— Tak, Julko - odezwała się Alicja - ale na przyszłość stanowczo proszę cię, byś nie pozwalała się zaczepiać. Absolutnie sobie tego nie życzę. Pomówimy zresztą o tym obszerniej jutro. Jakże ci lekcje dziś poszły?

— Dziękuję, dobrze. Pytali mnie z łaciny i z matematyki. Ach, Alu, a nic mi nie mówisz, czy ten proces skończył się?

— Tak, skończył się.

— I co?...

— Został skazany na bezterminowe więzienie.

— Panno Julko - bolesnym głosem powiedział doktor - któż to widział pół godziny grzać się w futrze i botach...

— Zapomniałam - roześmiała się i wybiegła do przedpokoju.

Czuchnowski i Łęczycki asystowali Julce przy kolacji, podczas gdy Alicja przebierała się.

Mecenas załatwił telefonicznie lożę w "Argentynie" i o wpół do dziesiątej pojechali do kina na Marlenę Dietrich.

Julka, gdy wyjeżdżali, pluskała się w łazience i pożegnali ją przez drzwi.

— Stanowczo, Alu - powiedział doktor, gdy wsiedli do taksówki - powinnaś krócej trzymać Julkę. Z jej pobudliwością i temperamentem o nieszczęście, nie daj Boże, nietrudno.

— Przyznaję ci rację. Chociaż umiem docenić jej silnie rozwinięte ośrodki hamujące i roztropność, jednak przygody w rodzaju dzisiejszej nie zlekceważę.

Film rzeczywiście był interesujący i miał szereg momentów o wysokiej wartości artystycznej.

Najmniej podobał się Czuchnowskiemu:

— Nie interesują mnie postacie patologiczne - mówił. - W sztuce chcę mieć ludzi żywych i normalnych.

— Przeciętnych, chciałeś powiedzieć? - zapytał mecenas.

— Chociażby, byle takich, jakich spotykamy w życiu.

Alicja wzruszyła ramionami:

— Mój przyjacielu, a czy w życiu często spotykamy ludzi niepatologicznych? Niemal każdy ma większe lub mniejsze zniekształcenie psychiczne... Ale dajmy temu spokój. Władek jest zły - zwróciła się do Łęczyckiego - że idziemy do "Argentyny" i dlatego wszystko mu się nie podoba.

Na Hortensję było tak blisko, że poszli pieszo. W przeciwieństwie do olbrzymich reklam neonowych, opiewających zalety "Argentyny" na wszystkich wielkich arteriach miasta, istnienie samego lokalu na Hortensji zdradzał tylko mały szyldzik alabastrowy z rytymi na nim literami: "Argentyna". We dnie napis ten był zupełnie niewidoczny, dopiero o dziesiątej zapalały się ukryte za alabastrem kolorowe lampki i wówczas występował napis.

Po szerokich, marmurowych schodach, zasłanych puszystym, białym dywanem, wchodziło się do hallu, stąd zaś bocznymi schodami do lóż.

Służba witała mecenasa Łęczyckiego jak starego znajomego. Lożę, oczywiście, zarezerwowano, i to całe szczęście, bo już teraz nie było ani jednej wolnej.

Orkiestra murzyńska w białych smokingach grała bostona.

Loża była tak osłonięta, że z sali, położonej o trzy prawie metry niżej, niepodobna było do niej zajrzeć. Natomiast Alicja widziała wszystko. Urządzenie sali przypominało okrągły podwórzec hiszpańskiego pałacu, loże - okratowany balkon, porośnięty winem. Służba w strojach argentyńskich kowbojów uwijała się z brzękiem ostróg między niskimi, masywnymi stolikami.

Publiczności było jeszcze niewiele, lecz wciąż jej przybywało.

— No, jak się pani podoba ta buda? - zacierał ręce Łęczycki.

— Owszem, bardzo tu miło.

Podano moc zimnych zakąsek, koniak, wermut i czerwone wino.

— Gorącej kuchni tu nie prowadzą - objaśnił mecenas - głównie ze względu na zapach potraw, ale pomimo to bywa w "Argentynie" gorąco.

Wyjrzał na salę i dodał:

— O, niech pani zobaczy - w tej loży nad fontanną teraz nie ma nikogo, ale koło pierwszej zjawi się Powiniecki. Nie było jeszcze wypadku, by nie wywołał awantury...

— Winszuję - wzruszył ramionami Czuchnowski.

— Właśnie, że bardzo się cieszę - na złość mu zaakcentowała Alicja.

— A tam - ciągnął mecenas - koło baru, widzi pani tego z goździkiem w klapie?...

— Widzę...

— To major szwoleżerów, baron Szegenyj, Węgier, ale w naszej służbie. Jak się trochę urżnie, śpiewa węgierskie piosenki, a głos ma kolosalny.

— Jak to - irytował się Czuchnowski - i pozwalają tu na takie wybryki?

— A dlaczego nie? Ty byś chciał cmentarz zrobić z nocnego lokalu, czy trupiarnię? Właśnie wybornie, że ludzie się tu bawią.

— A to kto? - zapytała Alicja.

— Który?

— Ten blondyn, co rozmawia z Węgrem.

— Aaaa!... - ucieszył się mecenas - to jest właśnie właściciel "Argentyny" i jej główny magnes, dyrektor Winkler.

— Ten Amerykanin?...

— Tak. Podoba się pani?

— Owszem, niebrzydki. Dlaczego pan pyta?

Mecenas Łęczycki roześmiał się szeroko.

— Dlatego, pani Alicjo, że wszystkie kobiety za nim szaleją! O, niech pani spojrzy po stolikach. Widzi pani? Wszystkie główki zwrócone są w stronę tego szczęściarza.

Alicja wzruszyła ramionami:

— Przykro mi, mecenasie, że mogło panu bodaj przez chwilę wydawać się, że należę do typu kobiet "szalejących" za kimkolwiek. Jedzmy.

— Dobrze, jedzmy - skapitulował Łęczycki. - Zresztą Winkler obchodząc loże odwiedzi nas. Może koniaczku?

— Dziękuję - ponuro odsunął swój kieliszek Czuchnowski.

Alicja spojrzała nań zimno.

— Władku, jeżeli masz poświęcać się i psuć nam nastrój, to lepiej idź spać. Nie jestem przyzwyczajona do znoszenia czyichkolwiek fum.

Wypiła duszkiem kieliszek i zwróciła się do mecenasa:

— Więc powiada pan, że ten właściciel odwiedza loże?

— Tak, proszę pani, ma taką zasadę, że wszystkich swoich gości zna osobiście. Zobaczy pani, jaki to miły człowiek.

"Miły człowiek" nie dał na siebie długo czekać. Po kilku minutach kotara odchyliła się i usłyszeli za sobą niski, głęboki głos:

— Dobry wieczór państwu. Czy nie przeszkodzę, jeżeli podziękuję drogiemu panu mecenasowi za popieranie "Argentyny"?

— Ależ, kochany dyrektorze, proszę, proszę - zawołał, wstając Łęczycki. - Czy pani pozwoli?... Pan Winkler, pani Horn... - Czuchnowski - mruknął pod nosem doktor, podając przybyłemu rękę.

Ten, nie czekając na zaproszenie, usiadł przy stole:

— Nie nudzą się państwo? Teraz jeszcze pustawo, ale za pół godziny zaczynają się tak zwane produkcje artystyczne. Jak się pani podoba u mnie? - zwrócił się do Alicji.

— Bardzo... przyjemny lokal - przyjrzała się dyrektorowi uważnie i pomyślała, że już gdzieś, kiedyś, na pewno go widziała. Tak, tak, zaraz... było to bodaj w jakiejś cukierni.

— Wydaje mi się, że kiedyś już widziałam pana - powiedziała, jakby na usprawiedliwienie swego milczenia.

— Z całą pewnością - roześmiał się Drucki - poznałem panią już przed kwadransem, z dołu.

— W cukierni na Nowym Świecie? - zapytała - kilka miesięcy temu?

— Tak. Byłem wówczas tak niezgrabny, że strąciłem ze swego stolika popielniczkę.

— Prawda, prawda! - uśmiechnęła się. - Pamiętam. Nawet wówczas odniosłam wrażenie, że pańska twarz nie jest mi obca.

— Zaraz! - zawołał Łęczycki - i ja pamiętam. Byliśmy wówczas w tym samym komplecie.

— Aha? - zdziwił się Drucki - więc to pan, mecenasie pstrykał wówczas czeczotkową papierośnicą?... O, jest corpus delicti?

Śmieli się wszyscy, oprócz doktora, który udawał, że jest zajęty przecieraniem szkieł.

Zamienili jeszcze kilka zdań i Drucki wstał:

— Czy pozwolą państwo, że jeszcze raz ich odwiedzę?

Alicja skinęła uprzejmie głową, a Łęczycki hałaśliwie upominał go, by tylko nie zapomniał.

Widzieli go następnie, jak wchodził do lóż naprzeciwko, jak chodził po sali i wesoło witał się ze wszystkimi.

Tymczasem rozpoczęły się "atrakcje".

W kolorowych reflektorach tańczyła trójka zgrabnych, muskularnych chłopców, później na tanecznym ringu zjawiła się signorita Fiametta i w nieprawdopodobny sposób wyginała niemal nagie ciało w akrobatycznym tańcu. Po hucznych oklaskach znowu publiczność zapełniła ring zbitą masą, drgającą w takt "rumby".

Czuchnowski pod wpływem wypitego alkoholu stał się rzewny i ze łzami w oczach błagał Alicję, by mu przebaczyła. Tak gorliwie przy tym zapewniał, że już będzie wesoły, że aż się całkiem rozpłakał.

Alicja śmiała się serdecznie, patrząc na jego minę i na żywy kontrast w osobie Łęczyckiego, który przytupywał i z fantazją zagarniał czuprynę.

Setki różnobarwnych baloników napełniły salę. Gwar buchał z dołu, z lóż rzucano kwiaty w tańczących.

I znowu były dwa występy: trzy tancerki przebrane za myszki fleischerowskie, Mickey i przekomiczny niedźwiedź (oczywiście aktor), grający na saksofonie i tańczący taniec marynarski.

Gdy z kolei rozpoczął się dancing, w loży Alicji zjawiła się egzotycznie ubrana kwiaciarka i położyła przed nią pęk białych róż.

Czuchnowski przestraszył się, a mecenas wydobył banknot stuzłotowy.

— Dziękuję - dygnęła kwiaciarka - ale to od dyrekcji.

— Jakże to - zastanowił się po jej wyjściu doktor - prezenty?

Alicja odsunęła kwiaty, lecz mecenas podał je jej znowu:

— Niechże pani weźmie, tu jest taki zwyczaj, że paniom rozsyła się kwiaty.

Alicja wzięła róże i powiedziała:

— Wspaniałe. A pachną! Ten pański znajomy, mecenasie, zrujnuje się, jeżeli wszystkim paniom rozsyła takie luksusowe kwiaty.

— Nie ma obawy - usłyszała za sobą niski głos - rodzaj i piękność kwiatów dostosowuje się bowiem zawsze, proszę pani, do urody moich klientek.

Przyjrzała mu się. Wyraz twarzy miał poważny i rzeczowy, taki, jakby załatwiał w tej chwili handlowy interes. Nie zauważyła nic, co wyglądałoby na poufałość ze strony tego Amerykanina i dlatego powiedziała:

— Dziękuję panu. Przepiękne róże. Dużo też pan rozsyła takich bukietów co wieczór?

— Takich? - zrobił minę, jakby się namyślał. - Hmm... O ile mnie pamięć nie zawodzi... odkąd wprowadziłem ten zwyczaj, taki jest pierwszy...

Alicja nic nie odpowiedziała, natomiast Łęczycki, lubiący stawiać rzeczy konkretnie, zaopiniował:

— Wcale się temu nie dziwię. Do diaska! Niech się panu nie zdaje, dyrektorze, że powiedział pan komplement o jotę lepszy, niż zrobiłoby to pierwsze z brzegu lustro.

Straszny hałas w loży nad fontanną i wybuch ogólnego śmiechu na sali odwrócił ich uwagę.

Widok był niezwykły: elegancki, młody człowiek w smokingu, trzymany za nogę przez kilka osób, a zwieszony przez parapet loży głową w dół, usiłował dosięgnąć do strumienia fontanny trzymanym w ręku damskim pantofelkiem i nabrać wody.

Tylko Alicja zauważyła, że dyrektor Winkler wybiegł.

Tymczasem, po kilku nieudanych próbach, młodzieńcowi udało się zaczerpnąć wody i ogłuszające brawa zagłuszyły orkiestrę.

— Idiota! - skrzywił się Czuchnowski.

— Szampana! - zawołał Łęczycki.

— Szampana! - powtórzyła Alicja.

— Państwo rozkażą? - skłonił się kelner, podając kartę.

— Pozwoli pani, droga pani Alicjo - pochylił się ku niej z miną znawcy mecenas - że wypijemy "Nexy" sec?

— Doskonale!

— Zamrozić butelkę "Nexy" - kiwnął na kelnera, a gdy ten ukłoniwszy się wychodził, zatrzymał go. - Czekaj pan! Zamrozić dwie! Jak szaleć, to szaleć!

W płaskich kryształach zapienił się pachnący płyn. Na sali nagle zapanowała cisza i usłyszeli głos dyrektora Winklera:

— Proszę państwa! Dzisiaj bawimy się w koty!

— Co? Co?... rozległy się pytania.

— Bawimy się w koty! Nie jest to mój wynalazek, ale przecież tak dobry, jakby to był mój własny!

— Brawo! Brawo! - posypały się oklaski. - Jak to w koty?

— Proszę państwa! W Yacht_clubie na Filipinach jest zwyczaj, że orkiestra gra pewne tango, a wszyscy obecni miauczą!

— Brawo! Brawo! Miauczeć!

— Proszę państwa! Tylko miauczeć w rytmie! Kto wykaże najwięcej muzykalności, oryginalności i znajomości prawdziwej kociej muzyki, otrzyma ten oto order Złotego Kota pierwszej klasy! Uwaga! Zaczynamy!

Orkiestra uderzyła mocnym akordem i popłynęła cicha, namiętna melodia.

 

— Miauuu - odezwał się cieniutki głosik kobiecy.

— Miau! - odpowiedział mu przy końcu frazy chrapliwy głos męski.

Buchnęła fala śmiechu, lecz amatorzy miauczenia opanowali sytuację. Kto żyw, rozdzierał się wniebogłosy, prychał, furczał, orkiestra zeszła do roli dyskretnego akompaniamentu, wśród miauczących stopniowo następowała selekcja i zabawa szła coraz sprawniej.

Czuchnowski zdjął okulary i szeroko otwartymi oczyma krótkowidza ze zdumieniem obserwował salę. Łęczycki literalnie wisiał na parapecie i miauczał, jak opętany. Alicja też wyjrzała na dół.

W środku ringu na taborecie stał Winkler i z pasją dyrygował, niczym kapelmistrz. Właśnie w tej chwili spojrzał ku ich loży i przywitał utkwione w sobie oczy Alicji łobuzerskim uśmiechem i przeciągłym koloraturowym miauknięciem.

Cofnęła się i przyciskając do ust zmiętą serwetkę zamiauczała. Nie mogła wytrzymać! Nastrój udzielał się przemocą. Roześmiała się sama z siebie: miauczący prokurator! A to ładna historia! Wypiła kieliszek szampana duszkiem. Trochę kręciło się jej w głowie. Co za pyszna zabawa!...

Tango się skończyło, lecz na gremialne, a hałaśliwe żądanie publiczności, powtórzono je jeszcze raz, po czym przez aklamację przyznano order Złotego Kota ogromnemu, siwemu panu, jak się okazało, angielskiemu dyplomacie, który rzeczywiście był mistrzem w tym koncercie.

Aktu dekoracji dokonała z wyboru odznaczonego młodziutka, miniaturowa brunetka - jak objaśnił Łęczycki - żona znakomitego automobilisty Winiarskiego. Musiała wspiąć się na palce, by dosięgnąć butonierki laureata.

Ten wygłosił krótkie przemówienie po angielsku i z dostojną miną zajął miejsce przy swoim stoliku.

Zagrano bluesa i ring znowu zapełnił się tańczącymi.

Alicja spojrzała na zegarek i z żalem stwierdziła, że już czwarta.

Czas było jechać do domu.

Uregulowali rachunek, przy czym Alicja wyjątkowo zgodziła się nie zapłacić swojej trzeciej części. Łęczycki upierał się, że on funduje, a jeżeli nie pozwolą mu zapłacić całości, przyniesie mu to pecha w sądzie.

— Jak Boga kocham - zaklinał się - ile razy nie obleję wygranego procesu, tyle razy przegrywam następną sprawę, jak amen w pacierzu!...

Była w tak świetnym humorze, że nie spierała się o to.

Odwieźli najpierw zasypiającego Czuchnowskiego, później mecenas odprowadził Alicję.

— No, pani Alicjo - powiedział z przechwałką, żegnając ją przed bramą - warto było pójść do "Argentyny"? Co?

— Bardzo wesoło spędziłam czas. Od dawna nie bawiłam się tak dobrze.

— Ba! Ten Winkler umarłego by rozruszał! Bajeczny, prawda?

— Dobranoc, mecenasie - podała mu rękę - dziękuję i dobranoc.

Na palcach przeszła do swego pokoju, szybko rozebrała się, zapaliła gaz w łazience, umieściła róże w kryształowym wazonie i po chwili wahania postawiła je przy łóżku.

Już świt był na dworze.