Prokurator Alicja HornTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Prokurator Alicja Horn
Prokurator Alicja Horn
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 25,45  20,36 
Prokurator Alicja Horn
Prokurator Alicja Horn
Audiobook
Czyta Włodzimierz Press
19,95  14,76 
Szczegóły
Prokurator Alicja Horn
Prokurator Alicja Horn
E-book
34,90  24,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Ależ z przyjemnością. Jeżeli nie zrobi ci to kłopotu, Karolu.

— Bynajmniej. Zatem, chodźmy.

Drucki widział wewnętrzną rozterkę profesora i gwałt, jaki ten musiał sobie zadać, by zdobyć się na to zaproszenie. Udawał jednak, że niczego nie spostrzega.

Przed kliniką stała wielka, czarna limuzyna.

— Cóż za wspaniały wóz! - zawołał Drucki i nagle wydało mu się, że już kiedyś to auto widział.

— Podoba ci się? Owszem... To mój najświeższy nabytek. Szofer, tęgi drab w niedźwiedzim futrze, wyskoczył i otworzył przed nimi drzwiczki. Profesor zwrócił się do niego:

— No, jakże motor?

— Jak dotychczas, proszę pana, pracuje doskonale, ale po trzech dniach trudno zmiarkować...

— Kupiłem okazyjnie, używany, ale jeszcze w bardzo dobrym stanie - powiedział Brunicki, sadowiąc się obok Bohdana. - Znasz tę markę?

— "Reenclar"?

— Tak, ośmiocylindrowy.

— Dobry wóz, ale kosztowny w eksploatacji - zaopiniował Drucki. - Mój znajomy, pewien brazylijski plantator kawy, który zmieniał wozy jak rękawiczki, był zdania, że "Reenclar" jest wręcz bezkonkurencyjny.

Rzeczywiście, auto, pomimo bardzo silnego mrozu, ruszyło z miejsca lekko i cicho, i szło jak lalka.

W niespełna kwadrans byli na miejscu.

Willa profesora Brunickiego teraz, przy dziennym świetle, zdała się jeszcze większa niż wówczas, w nocy.

Gospodarz wyjął klucze (widocznie furtka nawet w ciągu dnia była zamykana) i po chwili znaleźli się w przedpokoju. Na ich widok z krzesła porwał się służący, ów brodacz o ponurej twarzy.

— Mamy gościa na obiedzie - odezwał się profesor - zadzwoń do pana doktora i możesz podawać.

Znaleźli się w obszernym hallu, znanym już Druckiemu z poprzedniej wizyty.

Wciąż te koty!

Niemal na każdym meblu było ich pełno. Czarne, bure, białe, angory, syjamskie, syberyjskie - wszystkie ogromne, leniwe, spasione.

Brunicki przeprosił gościa i znikł za drzwiami, osłoniętymi grubą kotarą.

Zaczynało się ściemniać. Drucki wziął do ręki książkę, leżącą na stole, zaledwie do połowy rozciętą i chciał ulokować się w fotelu przy oknie. W tym celu zamierzał spędzić z niego wielkiego, szarego kota. Zwierzę jednak ani się ruszyło i już je miał trzepnąć książką po łbie, gdy wrócił profesor.

— Chodźmy do jadalni - wskazał Druckiemu białe drzwi na lewo. - Co to, przeglądałeś tę pracę? Bardzo zajmująca, wprost rewelacyjna... Obserwacje Scheringa nad wpływem hormonów zwierzęcych na rozwój roślin.

Z hallu przechodziło się przez gabinet, utrzymany w stylu gotyckim, bibliotekę, od wysokiego sufitu aż do podłogi pokrytą półkami pełnymi książek, i wchodziło się do małej, białej jadalni.

W środku stał okrągły stół z trzema nakryciami, pod ścianą niski kredens i kilka krzeseł.

— Daruj, Karolu - odezwał się Drucki - ale, dalibóg, nie mam pojęcia o tych rzeczach. No, wiem, że hormony to jest wydzielina gruczołów... Hm, wyobrażam to sobie jako... witaminy organizmu ludzkiego czy zwierzęcego...

Drzwi naprzeciw uchyliły się cicho i wszedł doktor Kunoki.

Uprzejmie przywitał się z Druckim:

— Jakie są skutki mojej operacji? - zapytał swoim melodyjnym głosem. - Zagoiło się prawidłowo?

— Dziękuję, panie doktorze, zagoiło się doskonale.

Brodacz zjawił się z tacą. Przed Brunickim i gościem postawił miedziane rondelki z jakimś zapiekanym mięsem, przed Japończykiem kilka małych salaterek z jarzynami.

— Pan jest jaroszem, doktorze? - zainteresował się Drucki.

Doktor Kunoki uśmiechnął się:

— Za dużo miałem do czynienia z mięsem, bym je lubił jadać.

— Właśnie - chrząknął profesor - mówiliśmy z panem... Winklerem o hormonach z powodu obserwacji Scheringa.

— Ach, więc pan się tym zajmuje? - zainteresował się doktor Kunoki.

— Niestety, doktorze, jestem kompletnym laikiem, kieruję się w tych kwestiach, jak w lesie, wyłącznie intuicją.

— Nie umniejszaj roli intuicji - odezwał się profesor - odgrywa ona w nauce olbrzymią i twórczą, najbardziej twórczą rolę.

— Wie doktór - zwrócił się do Japończyka - że pan Winkler przed chwilą powiedział, że wyobraża sobie hormony jako witaminy roślinne. Ciekawe, co?

— Nie maltretujcie mnie, panowie - roześmiał się Drucki - odrobinę łaski dla profana!

Doktor Kunoki podniósł oczy na sufit i wycierając końce palców o serwetkę, powiedział:

— Profana?! Jakże wiele zawdzięczałaby takim ludziom mądrość oficjalnej nauki, gdyby zdobyła się na rozsądek!

— To brzmi jak paradoks w ustach uczonego - zauważył Drucki.

— Nie, panie - pokiwał głową doktor Kunoki - mówię poważnie. Oficjalna nauka przez całe wieki zamykała sobie pogardą dostęp do wielkich prawd, tkwiących często w najciemniejszych na pozór zabobonach różnych ludów.

— Chyba pan doktor nie chce powiedzieć - zdziwił się gość - że teraz nauka "zwraca" się ku tym zabobonom?

— Nie zwraca się - powiedział profesor - lecz częstokroć spostrzega ich słuszność. Nie zmienia to faktu, że niektóre są wręcz absurdalne.

— Mądry Wolter - odezwał się doktór, nakładając sobie maleńką porcyjkę brukselki - podrwiwał z Murzynów, którzy zjadają surową wątrobę zabitego lwa sądząc, że w ten sposób podnoszą swoją odwagę. Tymczasem okazuje się, że wątroba produkuje niezwykle czynny hormon, który powoduje niezmiernie szybki wzrost czerwonych ciałek krwi.

— A czy to wpływa na zwiększenie odwagi? - zapytał Drucki.

— Pośrednio tak. W medycynie już dziś hormon wątroby skutecznie zwalcza najostrzejszą anemię.

— Zdumiewające! W jakiż sposób dzicy na to wpadli?

Profesor podniósł brwi, a doktor rozłożył ręce:

— To już dziedzina intuicji, przypadku lub też czynników w połączeniu z doświadczeniem wielu setek pokoleń.

Brodacz podał zupę.

— Takich zabobonów jest więcej - ciągnął Japończyk - na przykład czarownicy niektórych plemion słowiańskich i fińskich leczyli liszaje i brodawki tak zwanymi "zamawianiami", a dziś sugestia jest w tych wypadkach powszechnie stosowana przez lekarzy, i z równym skutkiem. Na południu Rosji chłopi, a w Patagonii Indianie leczą różne dolegliwości dając chorym surowe nerki i śledzionę bydlęcą, czyli organy zawierające swoiste hormony, używane już teraz przez oficjalne lecznictwo.

— Fenomenalne! - zdumiewał się Drucki.

— Mój drogi - dodał profesor - a czyż nie słyszałeś na przykład, że i nasz lud od wieków za najskuteczniejszy środek na osłabienie uważa srom zajęczy lub bobrowy?

— Owszem, nieraz obijało mi się o uszy, że wszyscy znachorzy skupują to od kłusowników.

— Otóż środek ten jest prymitywem szczepień stosowanych przez Woronowa, który okólną drogą doszedł do starej prawdy, uważanej za przesąd. Jak tu, tak i tam chodzi o wprowadzenie do organizmu hormonów, wydzielanych przez gruczoły seksualne.

— Zatem - zawyrokował Drucki - nauka powinna poświęcić więcej uwagi przesądom ludowym i zbadać ich wartość.

Profesor Brunicki uśmiechnął się blado i spojrzał znacząco na doktora.

Druckiego uderzyła nagła myśl:

— A zapatrzenie?

Już chciał powtórzyć głośno, gdy wstrzymało go niejasne uczucie, że należy milczeć.

— Są jednak, jak słusznie powiedział profesor - odezwał się doktor Kunoki - zabobony wręcz niedorzeczne. Takie nawet, które zalecają środki wręcz przeciwnie działające, niż się pragnie. Na przykład w wiekach średnich w Lombardii znachorki wymyśliły napój miłosny, którego recepta rozpowszechniła się wkrótce w całej Europie, a nawet zawleczona została do Ameryki. Kobieta, dając ten eliksir do wypicia młodzieńcowi, rzekomo miała w nim wzbudzić gorącą miłość.

— Jakieś zioła?

— Nie. Napój składał się z wody źródlanej, czerpanej z różnymi, oczywiście zaklęciami i z krwi monarrhagii.

— Tam do diabła! - zaklął Drucki. - Tym chyba można wyprawić na tamten świat!

— Nie - zaprzeczył Japończyk - ale spowodować pewne zaburzenia można. Godne zaś uwagi jest to, że krew ta zawiera właśnie w sobie ogromne ilości hormonu, zwanego follikuliną. Otóż, hormon ten, aczkolwiek u kobiety wywołuje gwałtowny popęd seksualny, na mężczyznę działa wręcz odwrotnie. Powoduje mianowicie zanik gruczołów rozrodczych, a nawet występowanie drugorzędnych cech płciowych kobiecych.

— Oczywiście - dodał profesor Brunicki - tylko przy zastrzykach follikuliny osobnikom męskim dają się skonstatować te objawy. Czy podana z pokarmem follikulina działa równie silnie - dotychczas nie stwierdzono.

— Tak - kiwnął głową doktor Kunoki - ale follikulina nie podlega działaniu zasad i kwasów, zatem możemy przypuszczać, że w żołądku ani w jelitach się nie rozkłada. Co więcej, należąc do grupy wyższych alkoholi, zostaje szybko wessana do krwi.

— No dobrze - roześmiał się Drucki - zatem stosując ten hormon można bez operacji produkować eunuchów?

— Tak.

— Fenomenalne!

— Doświadczenia wykazały, że u niektórych gatunków zwierząt, jak na przykład u kogutów, już po tygodniowym stosowaniu follikuliny zaczyna zanikać grzebień, odpowiednie organy, zdolność piania, a rodzą się natomiast instynkty kurze, jak chęć wysiadywania jaj.

— A u ludzi? - zapytał Drucki.

Japończyk spojrzał na profesora i wzruszył ramionami.

— Na ludziach nie wolno dokonywać doświadczeń... Prawo zabrania.

— Jednakże...

— No, tak, niektórzy lekarze próbują po cichu w swoich klinikach i szpitalach mniej niebezpiecznych dla zdrowia pacjentów eksperymentów, lecz zawsze ryzykują, że znajdą się za kratkami.

Profesor Brunicki oparł głowę na ręku i powiedział:

— Ludzie żądają od medycyny cudów, a swoimi mądrymi ustawodawstwami uniemożliwiają jej studia nad organizmem człowieka. Nie tak dawno, przecież doktor Fracksham został skazany na dziesięć lat więzienia za to, że w swojej klinice w Melbourne, mając pacjenta, dzikiego krajowca, w dodatku bandytę, ośmielił się robić na nim doświadczenia naukowe...

 

Doktor Kunoki zaśmiał się ironicznie i dodał:

— I to doświadczenia niezwykłej doniosłości!

— Skoro zagrażały życiu pacjenta... - odezwał się Drucki.

— Pacjenta? Pacjent został starannie wyleczony z krzywd, jakie mu zrobił zbrodniczy lekarz, po czym stanął przed sądem za bandytyzm i w trzy dni go powieszono. Zresztą, nie tylko człowieka tknąć nie wolno. Raz po raz jakieś idiotyczne stowarzyszenia podnoszą gwałt w obronie szczurów, królików i świnek morskich. Głupota jest wieczna.

— W obu narodach, do których należę - z niezmiennym uśmiechem mówił doktor Kunoki - tak w japońskim, jak i polskim, tradycja bohaterstwa każe poświęcać często życie tysięcy żołnierzy dla dobra ojczyzny. Ale gdy chodzi o dobro całej ludzkości, o zdrowie i życie wielu pokoleń, nie wolno nauce zażądać od kilku czy kilkunastu zaledwie jednostek bohaterstwa, poddania się doświadczeniom. W innych krajach jest zresztą tak samo...

Drucki potrząsnął głową:

— Niezwykle skomplikowane zagadnienie. Nie podjąłbym się rozstrzygnięcia w tę czy w inną stronę.

Kawę pili w bibliotece, gdzie było o tyle przyjemniej niż w hallu, że kotów tu widocznie nie wpuszczano. Rozmowa toczyła się dalej wokół kwestii naukowych.

Zbliżała się już szósta, gdy Drucki wstał:

— Zanudzałem panów swoją ciekawością ignoranta. Darujcie, ale to jest piekielnie ciekawe.

— Miło nam będzie, jeżeli pan zechce częściej nas odwiedzać - zaczął Japończyk, podając gościowi rękę na pożegnanie. Nie dokończył jednak. Gdzieś, w jednym z dalszych pokoi, rozległ się cichy dzwonek. Doktor szybko spojrzał na zegarek i syknął.

Profesor zbladł, powiedział coś po łacinie i wziąwszy Bohdana pod rękę, odezwał się:

— No, doktor jest zajęty, nie przeszkadzajmy mu. Czy pozwolisz, że odprowadzę cię kawałek?

— Ależ, proszę cię, Karolu.

Pożegnali się na najbliższym postoju taksówek i Drucki pojechał na Nowolipie.

Mieszkanie Załkinda wyglądało dziś jak kwiaciarnia. Ogromne kosze chryzantem, wielkie pęki purpurowych róż, wspaniałe orchidee, istne krzaki białego bzu - i stojąca nieruchomo, w środku salonu, Luba - wiotka, piękna, egzotyczna, pachnąca...

Szedł ku niej i widział tylko jej wpółotwarte oczy i lekko drgające usta z czarnym meszkiem na górnej wardze...

Leniwie wyciągnęła do niego obie ręce i nic nie powiedziała.

— Luba! Jakaż pani jest cudna! - wybuchnął. - To jest nieludzkie być aż tak śliczną! Widzę, że cała Warszawa ogołociła się z kwiatów dla pani, ale nie ma tak pięknych na świecie, jakie ja pragnąłbym pani dać!

Teraz dopiero zdobyła się na uśmiech:

— Kapitanie...

Jej głos drgał wzruszeniem.

— Kapitanie... Jakże mi dobrze, że widzę pana i że... pan mnie widzi... Kwiaty, to od Borysa, zawsze mnie tak psuje na powitanie...

Teraz dopiero Drucki zauważył Załkinda, siedzącego w fotelu i wpatrzonego w żonę, jak w słońce.

Mocno podał mu rękę, mówiąc:

— Jack! Słuchaj pan! Nigdy nie zostawiaj mnie sam na sam z twoją kobietą!

Borys roześmiał się wesoło:

— Nie boję się, kapitanie, nie nastraszy mnie pan sobą.

— Do diabła, czy jestem takim starym koniem?!

— Starym... przyjacielem - podchwycił Załkind.

— Ależ ona wypiękniała! Pani Lubo! To tak ma wyglądać poważna matka dzieciom? - wołał żartobliwie. - Nie, stanowczo, Jack za bardzo mi ufa!

— Za bardzo i mnie - roześmiała się Luba.

— No, no! Moi państwo! - protestował z oburzoną miną mąż.

— A gdzież wasz następca tronu?

— Już śpi - rozczuliła się Luba - bardzo zmęczony był, biedactwo, ale muszę go kapitanowi pokazać, chodźmy, tylko na palcach.

Wzięła Druckiego za rękę i wszyscy troje przeszli do dziecinnego pokoju. W białym łóżeczku spał snem sprawiedliwego szczupły, czarny jak smoła, chłopak.

— Ładny? - zapytała matka.

— Bardzo - potwierdził Drucki.

— A podobny i do mnie, i do Luby, prawda? - odezwał się Załkind.

Bohdan chciał się przyjrzeć jeszcze lepiej, więc Luba zapaliła jeszcze jedną lampę.

— Tak, czoło, włosy i nosek po matce, a usta i owal twarzy po ojcu - zaopiniował. - Uderzające podobieństwo...

— A z usposobienia - zachwycił się Załkind - to jestem wykapany ja. Aż czasem śmiech bierze.

Pod działaniem zbyt blisko trzymanej lampy, długie rzęsy drgnęły i chłopak nagle otworzył oczy.

Były to ogromne, niebieskie oczy o fenomenalnie ciemnozłotych źrenicach.

— Śpij, maleńki, śpij - pogłaskał go ojciec i zgasił lampę - idźcie, moi drodzy, on zaraz zaśnie, skarb mój najdroższy.

Drucki przetarł czoło i szedł za Lubą, jak nieprzytomny. W głowie wirowały mu myśli.

Gdy znaleźli się w salonie, uważnie spojrzał na Lubę. Blady uśmiech otaczał jej usta.

— Pani Lubo... Co to znaczy, co to może znaczyć?!

Położyła mu obie dłonie na piersiach i powiedziała szeptem:

— Ma twoje oczy, kapitanie, ma najpiękniejsze oczy na świecie!

— Boże drogi!

— Czy żałujesz ich jemu, kapitanie?...

— Ale jak? Jakim cudem? Czyżby jakieś przekleństwo wisiało nade mną! Skąd to wasze dziecko ma te oczy?!...

Luba złożyła ręce:

— Ze mnie, ze mnie, John...

— Ależ to jakieś czary!

— Czary - skinęła głową. - Po cóż rzuciłeś, kapitanie, czary na mnie, wówczas na pokładzie, kiedy drżałam jak liść, gdy twoje ręce ściskały aż do bólu strasznego przeguby moich rąk...

— Szaleństwo!

— Rzuciłeś czary - mówiła coraz prędzej - potężne czary, kapitanie... Wypiłam wówczas twoje oczy, twoje najpiękniejsze, najdziwniejsze oczy... Tak, kapitanie, błagałam cię wówczas o ciebie całego...

— Cicho! - syknął Drucki.

— Borys wie...

— Jak to, wie? Czy spostrzegł to podobieństwo?

— Nie. Ale wie, że wówczas kochałam ciebie, kapitanie.

Drucki przygryzł wargę.

— Nie wiedziałam wtedy, że już noszę pod sercem syna Borysa i że dam mu twoje oczy, kapitanie.

— Ale jak? Jak?! Jakim sposobem?!

— Ludzie prości powiedzieliby, że "zapatrzyłam się" w te oczy.

— Więc ty w to wierzysz? Wierzysz! co za szczęście! - zawołał nagle. - Mam teraz niezbity dowód dla Karola! Luba! Wiwat!

Stała zdumiona, nie rozumiejąc powodu jego radości. Z sąsiedniego pokoju rozległy się kroki Borysa.

— Cicho, Luba, kiedyś to pani wytłumaczę. No, co - zwrócił się do wchodzącego Załkinda - syn śpi?

— Śpi, moja pociecha. Luba, a może byś tak nam dała coś do przegryzienia?

Drucki był w świetnym humorze. Popijając herbatę opowiadał im, jak idzie "Argentyna", jak stale powiększa się frekwencja i kasa, i jak jest zadowolony, że interes stał się złotym jabłkiem.

— Naprawdę, moglibyście przyjść kiedy, ręczę, że zabawicie się wesoło - namawiał.

— Nie, kapitanie - potrząsnął głową Borys - ja nie lubię obnosić po lokalach swego kalectwa. Ale, jeżeli pan chce zabrać Lubę, to i owszem. Niech się rozerwie.

Drucki zrobił gest oburzenia:

— To już skandal! Człowieku, znęcasz się nade mną! Jak można wymyślać tak wyrafinowane tortury. To tak, jakbyś pan pijakowi dał butelkę najlepszego koniaku i powiedział: "Wiem, że mi go nie wypijesz, więc możesz go nosić w kieszeni!".

Śmieli się wszyscy, później Luba opowiadała, jakie miała powodzenie w Rabce, a następnie w Krynicy, wreszcie Drucki wstał:

— No, czas mi do pracy! Jadę.

Nie zatrzymywali go wiedząc, że kapitan Winkler tego nie lubi.

— Dziś nie pojadę z panem - powiedziała na pożegnanie Luba - ale innym razem nie uda się kapitanowi tak łatwo mnie pozbyć.

— To trudno! Już jakoś przecierpię.

Wybiegł na ulicę i znowu z całą wyrazistością uprzytomnił sobie, że nareszcie zdobył możność udowodnienia Brunickiemu, że Piotr słusznie nosi nazwisko Brunicki!

Zatrzymał się i zdjąwszy kapelusz z głowy podrzucił go w górę:

— Hurra! - krzyknął. - Hura!

Przechodnie czym prędzej schodzili mu z drogi.

— Hurra!...

Na rogu stała taksówka. Drucki ostatni raz podrzucił kapelusz i wpakowawszy go zawadiacko na bakier, zapytał szofera:

— Wolny?...

Szofer spojrzał na niego nieufnie i odwrócił głowę:

— Wolny, ale motor zepsuty - odezwał się po chwili wahania.

— Bierzesz mnie pan za wariata? Nie bój się pan! Już mi lepiej! A tu oliwa do motoru - wyjął kilka drobnych banknotów i wetknął w rękę taksiarzowi.

— Jazda, panie gazda! Dobry dziś mam dzień.

Usiadł i zatrzasnął drzwiczki.

— Do "Argentyny", Hortensja.

Samochód ruszył.

Rozdział 6

Sala Sądu Okręgowego pełna była po brzegi. Publiczność szczelnie wypełniła ławki, przy stole prasy brakło miejsca i niektórzy sprawozdawcy stojąc robili notatki.

Za stołem sędziowskim ustawiono dużo krzeseł, zajętych teraz przez wielu sędziów, nie biorących udziału w rozprawie, członków prokuratury, wyższych urzędników z Ministerstwa Sprawiedliwości i wybitnych prawników.

Dziś z miejsca oskarżyciela publicznego po raz pierwszy przemawiać miała kobieta - podprokurator Alicja Horn.

Sensacja ta była spotęgowana faktem, że sprawa Zygmunta Orczyńskiego po trzech dniach rozprawy przedstawiała się równie zagadkowo, jak i na samym początku śledztwa. Przewód sądowy nie zdołał ustalić ani winy oskarżonego, ani jego niewinności i wyrok równie dobrze mógł opiewać na długoterminowe, może nawet dożywotnie więzienie, jak i uwolnić od kary tego przystojnego, o tragicznym wyrazie twarzy, młodego człowieka.

Przewodniczący rozprawy prezes Turczyński odezwał się krótko:

— Głos ma pani prokurator.

Alicja Horn wstała. Salę zaległa zupełna cisza. Ogarnęła wzrokiem gęsto stłoczone głowy, setki par oczu wpatrzonych w nią, zaciekawionych, chciwych, natrętnych.

Nie miała jednak tremy.

Gdy odezwała się, głos jej zabrzmiał czysto i metalicznie:

— Wysoki Sądzie! Jeden z panów obrońców nie bez słuszności zaznaczył, że brak w tej sprawie jakichkolwiek dowodów winy oskarżonego Orczyńskiego. Istotnie, nie mamy dowodów materialnych, nie mamy też naocznych świadków zbrodni. Jedynym dowodem jest psychika oskarżonego, jedynym świadkiem strasznego czynu jest on sam. Świadek ten odmawia nam zeznań, które byłyby dostatecznie wiarygodne. Musimy zatem wydobyć je wbrew jego woli.

Przewód sądowy dał nam możność poznania tego człowieka. Wiemy, że w życiu był zawsze zimny i wyrachowany, że głównym motorem jego działań był pieniądz. I nagle, przed czterema miesiącami, zmienia się nie do poznania.

Dlaczego?... Dlaczego spotkawszy na swej drodze naiwną, ubogą dziewczynę, dziewczynę, nie odznaczającą się ani urodą ani inteligencją, oświadcza się jej i robi wszystko, by ślub przyśpieszyć? Nie z miłości przecież, bo wiemy, że ani na chwilę nie zerwał z kochanką. Nie z miłości, bo sam w dniu ślubu kpi z "sentymentalnego osła Borkiewicza" w rozmowie z Puszkowskim. Nie z miłości, bo matka zamordowanej miała przecież jej list, pełen rozpaczy, list, który w niewykryty sposób zaginął właśnie po wizycie Orczyńskiego w domu teściowej.

— Oczywiście, mógł nie wiedzieć o milionowym spadku amerykańskim, lecz tylko mógł! A to jeszcze nie znaczy, że nie wiedział! Po cóż upierał się przy sporządzeniu intercyzy ślubnej? Jeżeli chodziło mu o zabezpieczenie żony na wypadek własnej śmierci, wystarczyłby zwykły testament. Lecz Orczyński, człowiek zamożny, żąda intercyzy, która gwarantowałaby mu dziedziczenie majątku żony, nie posiadającej jeszcze wówczas nic poza hipoteką i skromniutką biżuterią. Oskarżony Orczyński nie należy do ludzi, którzy nie wiedzą co i po co robią.

— Wysoki Sądzie! Niepodobna sobie wytłumaczyć też pobudek, dla jakich ten człowiek, nienawidzący manifestowania czułostkowości, człowiek nie utrzymujący życia towarzyskiego, nagle po ślubie zaczął demonstracyjnie obnosić się ze swymi uczuciami do żony, składać wraz z nią wizyty u najdalszych znajomych i obsypywać żonę, niekochaną żonę, podarkami - podczas gdy nawet dla kochanki zdobywał się tylko na jeden prezent w roku!

— W aktach sprawy znajduje się list oskarżonego do dyrektora firmy, której był prokurentem. W liście tym Orczyński usprawiedliwiając się z tego, że tak długo załatwia umowę na dostawy, pisze:

 

"Nie umiem nic robić na "aby zbyć". Mój system polega na dokładnym zbadaniu terenu, poznaniu ludzi, ustawieniu figurek na szachownicy, na drobiazgowym opracowaniu planu i na wyczekaniu najodpowiedniejszego momentu. Wówczas dopiero działam. Dzięki temu nawet w drobnych transakcjach zawsze wygrywam, a tu przecież chodzi o przeszło trzysta tysięcy. Gruby kusz, wart miesiąca solidnej roboty".

— Wysoki Sądzie, tutaj kusz wynosił półtora miliona złotych i wart był czterech miesięcy solidnej roboty!...

Przez ławy publiczności przeszedł głośny szmer. Adwokaci pochylili do siebie głowy i coś szeptali.

Podprokurator Alicja Horn zrobiła pauzę i zaczęła znowu.

— A robota ta była precyzyjna. Oskarżony zmienił mieszkanie nie dla własnej profesji, lecz za radą lekarza. Opowiadał wszystkim, że lekarz stanowczo radził jego żonie przenieść się na przedmieście, gdzie jej wątłe płuca nie będą narażone na wchłanianie takiej ilości kurzu. Prawda. Doktor Baranowski potwierdził przed sądem tę swoją radę, lecz stanowczo utrzymywał, że nie było potrzeby wynoszenia się na przedmieście, i że tylko na pytanie Orczyńskiego powiedział: - owszem, radziłbym, jeżeli to państwu różnicy nie robi.

— I oto oskarżony Orczyński, nie znoszący jazdy tramwajem, a żałujący sobie na taksówki, sprzedaje swoje mieszkanie na Senatorskiej i kupuje inne, aż na Wierzbnie. On, nie cierpiący chodzenia po schodach, dla niekochanej żony, dla drobnego niedomagania jej płuc, decyduje się na mieszkanie aż na piątym piętrze! Kiedy właściciel kamienicy proponuje mu takie samo mieszkanie na drugim, Orczyński upiera się przy piątym. Czystsze powietrze - powiada. Zamieszkuje w niewykończonym domu, naraża się na wiele, bardzo wiele niewygód. Zapytuję: cóż go tam pociąga?

Zniżyła głos, i skandując każde słowo, odpowiedziała na swoje pytanie:

— Pociąga go czarna przepaść windy... Pociągają go otwarte, niczym nie osłonięte paszcze framug wiodących do pustej, czterdziestometrowej studni, zakończonej betonowym dnem! Jeżeli ktoś znajdzie się na progu czarnego otworu na piątym piętrze, wystarczy lekko go pchnąć! Nie ma dlań ratunku! Napełni czarną studnię rozpaczliwym krzykiem i runie w dół, a na twardym dnie betonu legnie krwawą miazgą!

— Oskarżony słyszał ten krzyk, oskarżony widział tę miazgę już wtedy, gdy klęczał na stopniach ołtarza!

Podniosła rękę do góry i zawołała przejmującym głosem:

— Wsłuchiwał się w jej głos, przysięgający mu miłość i głos ten zmienił się w jego uszach w krzyk śmierci, patrzył na biel ślubnej sukni i widział krew! Człowieku! Tyś już wtedy był mordercą!...

Salę zaległa śmiertelna cisza.

Oskarżony zerwał się z ławy, na twarzy białej jak papier wystąpiły krople potu. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, wyciągnął ręce, zatoczył się i upadł na ziemię...

Zemdlał.

Gdzieś z kąta rozległ się spazmatyczny śmiech. Ktoś krzyknął: - Boże!... Kilka osób zbliżyło się do zemdlonego, skropiono mu twarz wodą.

— Zarządzam piętnastominutową przerwę - zabrzmiał drżący głos przewodniczącego.

Sąd wyszedł. Sala opustoszała. Oskarżonego wyniesiono do pokoju dla podsądnych, dokąd też zaraz udali się adwokaci.

Pozostała tylko Alicja Horn. Coś notowała na wąskim pasku papieru. Mechanicznie wstała, gdy ostro zabrzmiał dzwonek.

Sędziowie zajęli swoje miejsca, wprowadzono oskarżonego. Wciąż był blady, lecz z jego twarzy znikła już maska bólu. Usta zaciśnięte były w ironicznym uśmiechu.

— Wysoki Sądzie! - zabrzmiał znów metaliczny głos podprokurator Alicji Horn. - Przewód sądowy wykazał, że oskarżony Orczyński wprawdzie nigdy nie był karany, lecz zamieszany był wielekroć w sprawy wręcz brudne. Nadto szereg małych i nikczemnych podłostek, z których zawsze umiał się wykręcić, ukazuje nam jego spryt, precyzyjny chłód, spryt o zawsze rozległej maszynerii.

Mówiła dalej o zeznaniach świadków, o protokole wizji lokalnej, o sposobie reagowania oskarżonego w różnych wypadkach i w danym.

Głos jej napełniał metalicznym drganiem salę. Wszystkie oczy przylgnęły wzrokiem do jej pięknych, nieprawdopodobnie bogatych rysunkiem ust, z których padały słowa bezlitosne, ciężkie, zabójcze.

Ci, którzy po to przyszli na rozprawę, by przyjrzeć się tej kobiecie, podobno niezwykle pięknej, widzieli teraz przed sobą jakąś groźną i daleką boginię.

Czuchnowski, zaszyty w kącie, dosłownie drżał całym ciałem. Napełniło mu pierś jakieś przerażenie, jakiś lęk, jakby chęć ucieczki od nowego wizerunku tej, którą tak kochał. Kurczył się za każdym razem, gdy głowa Alicji odwracała się ku sali i kiedy przesuwały się po ławach publiczności płomienne, czarne oczy.

Zachwyt i strach zwarły się w mózgu Czuchnowskiego w nie dający się rozerwać węzeł.

Tymczasem Alicja kończyła swą mowę krótkim wywodem prawniczym, żądała zastosowania paragrafu 455 kodeksu karnego, a wobec niezwykle obciążających okoliczności uwzględnienia artykułu 15 przepisów przechodnich.

Czuchnowski odetchnął, gdy usiadła.

Zaczęły się mowy obrońców.

Jeden z sąsiadów Czuchnowskiego zwrócił się doń szeptem: - Przepraszam pana, ale czy pan nie wie, jaką karę przewidują te paragrafy?

— Nie wiem - odparł doktor.

Pochylił się ku nim jakiś pan w średnim wieku:

— Paragraf 455 za morderstwo żony przewiduje od dziesięciu do piętnastu lat ciężkiego więzienia - objaśnił - a piętnastka z przepisów przechodnich to podwyższenie kary aż na dożywocie, albo nawet na tamten świat!

Jakaś pani informowała sąsiadkę, że wie od policjanta, że oskarżony, jak go ocucili z omdlenia, wcale nie chciał z nikim gadać, nawet do swoich adwokatów nie odezwał się słowem.

Czuchnowski przecisnął się i wyszedł na korytarz zapalić papierosa. Gdy wrócił na salę, mówił już drugi adwokat. Później krótko replikowała Alicja.

Z kolei oskarżonemu przysługiwało prawo ostatniego słowa.

Wstał zimny, spokojny, opanowany, podniósł głowę i powiedział cicho, ale dobitnie:

— Przyznaję się do popełnienia morderstwa na osobie mojej żony Felicji. Proszę o karę śmierci.

Zapanowało głuche milczenie. Niespodziewane przyznanie się winowajcy zrobiło wstrząsające wrażenie, które odbiło się na wszystkich twarzach.

Tylko prokurator Alicja Horn siedziała nieruchomo. Nie była zaskoczona: jedyny świadek zbrodni musiał przemówić i przemówił.

Sąd udał się na naradę. Oskarżonego wyprowadzono. Salę napełnił gwar rozmów.

Jeden z obrońców zbliżył się do Alicji:

— Niebezpiecznym jest pani przeciwnikiem. Pani mowa była imponująca. Bałbym się dostać w ręce pani.

Uśmiechnęła się do niego niemal zalotnie:

— Czyż moje ręce są tak okropne?

Adwokat spojrzał na jej długą, rasową rękę o subtelnych, lekko zaróżowionych palcach i potrząsnął głową:

— Pani wie, że są piękne. Za piękne, jak na prokuratora.

— A jednak boi się ich mecenas?...

Zajrzał jej w oczy i westchnął:

— Boję się. Robią na mnie takie wrażenie, jak wzrok węża na...

Szukał porównania.

— Na gazelę? - podpowiedziała.

Machnął ręką:

— Gdzież tam, po prostu na starego muła.

Alicji skłonił się woźny i zameldował, że pan prokurator Martynowicz prosi do siebie.

Na korytarzu ujrzała w tłumie doktora Czuchnowskiego. Był skulony i blady. Niedostrzegalnie wzruszyła ramionami i udała, że go nie widzi.

Czuchnowski spostrzegł ją, gdy już znikała za drzwiami. Spojrzał na zegarek i mruknął:

— Z Łęczyckim to tak zawsze. Umówi się i nie przychodzi.

Mylił się jednak, bo mecenas Łęczycki z grubą teką przepychał właśnie swój równie gruby tułów wśród publiczności, szukając doktora.

Okazało się, że bronił właśnie w apelacyjnym i sprawa przeciągnęła się dłużej, niż przypuszczał.

— Ale nie żałuję tego, bo wygrałem gruuuby proces. Kapnie mi z tego paręnaście tysiączków. No, cóż jesteś taki przybity, Władku? Czyżby twoja narzeczona zblamowała się?

Czuchnowski nic nie odpowiedział.

— No, nie martw się, stary - pocieszał go Łęczycki - o ile wiem z gazet i od kolegów, sprawa tego Orczyńskiego była jasna: żadnych dowodów, uniewinnienie murowane. Ale to nic. I tak musimy dziś oblać debiut pani Alicji, no i moją wygraną. Kiedy wyrok?

— Nie wiem. Ma być wkrótce.

Istotnie, nie upłynęło wiele czasu, a dzwonek zawiadomił wszystkich, że sąd wchodzi.