Ostatnia brygadaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatnia brygada
Ostatnia Brygada
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,85  35,88 
Ostatnia Brygada
Ostatnia Brygada
Audiobook
Czyta Ryszard Nadrowski
19,95  15,76 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Ostatnia brygada

Powieść współczesna

Warszawa 2013

Spis treści

Część pierwsza

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Część druga

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Część trzecia

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Część czwarta

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Część pierwsza

Rozdział I

Ostatnie łomoty kół na zwrotnicach, ostatnie światełka sygnałowe granicznej stacji i ekspres zanurzył się w czarnej, wilgotnej nocy.

W miękkich bombonierkach przedziałów wysiłek jego pędu łagodniał od stłumionego pogwaru kół, niezmordowanie powtarzających swoje hasło:

Paryż–Warszawa, Paryż–Warszawa...

Pani Lena oderwała wzrok od czarnej tafli szyby przecinanej smugami iskier i spojrzała na zegarek.

– Dwadzieścia minut – szepnęła. – Czas.

Odrzuciła pled, szybkim ruchem nałożyła pantofelki i po chwili stała półpochylona nad neseserem.

Książka, ilustracje, przybory toaletowe i... oto są! Małe paczki w białych kopertach. Na każdej kilka liter i kilka cyfr.

Przeliczyła. Jedenaście. Teraz wyjęła z torebki mały karnecik i na każdej kopercie dopisała jeszcze po jednej liczbie. Zamknęła neseser, paczki wsunęła pod kołdrę i stanęła przed lustrem.

Spod burzy czarnych włosów i rozpiętych łuków brwi patrzyły wielkie, nieco skośne, zielone oczy. Małe, kształtne, może zbyt wąskie usta rozchyliły się teraz w uśmiechu dla inspekcji dwóch szeregów małych, ostrych zębów.

Gdy tak stała wyprężona, w piżamie uwydatniającej sprężystość jej smukłych kształtów i starannie nakładała tłusty karmin na wargi, pociąg zaczął zwalniać biegu.

Tak. To tu, zaraz będzie most.

Hamulce jęczały. Uderzenia o spoidła szyn były coraz rzadsze. Później głuchy odgłos żelaznego rusztowania mostu, przeciągły gwizd i tempo znów wzrasta, czarną taflę szyby znowu przecinają ogniste struny iskier.

Usiadła w kącie i czekała.

Chwila, druga... I oto z wolna rozsuwają się drzwi.

Wysoki, barczysty mężczyzna. Badawczy wzrok zza czarnych rogowych okularów i przyciszony baryton:

– Przepraszam, omyliłem się. Pani daruje?

– Nie daruję, co najmniej przez tydzień.

Uśmiechnął się i szybko wsunął się do przedziału, zamykając drzwi na zatrzask i łańcuch.

Usiadł obok niej i wziął jej rękę.

– Nie wiedziałem, że Prol aż tak piękne hoduje kwiaty.

Wybuchnęła cichym śmiechem.

– Jak to? Nie widział pan nigdy moich fotografii w pismach?

– Może, ale nie zwracałem na nie uwagi. Nie wiedziałem przecież, że pani jest nasza.

– A zna pan moje nazwisko?

– Nie, tylko rysopis i numer.

– Na imię mi Lena, a panu Władysław?

– Tak. Więc pani wie?...

– Trochę...

Skinął głową i spojrzał na zegarek.

– Ale śpieszmy, za pięć minut stacja.

Uchyliła kołdrę i wskazała na paczki:

– Bierz pan.

Koperty szybko znikały w kieszeniach. Pociąg zaczął zwalniać.

Ucałował jej rękę i otworzył drzwi. Zatrzymał się na chwilę.

– A... my?... Nie zobaczymy się już więcej?...

– Za tydzień wezwą pana do Warszawy.

Pokazał mocne, żółte zęby w uśmiechu i raptownie się odwrócił. Korytarzem przechodził jakiś mężczyzna. Lena nie zdążyła nawet przyjrzeć się mu, gdy Władysław drzwi zatrzasnął.

Doleciał ją jeszcze szmer zamykanych drzwi sąsiedniego przedziału i w oknie zalśniły latarnie stacji.

Pani Lena spała świetnie. Po raz pierwszy bodaj od wyjazdu z Monte. Tydzień paryski z dniami rozbieganymi po tysiącu sklepów i z nocami spienionymi w szampanie zmęczył ją i nawet, o dziwo, z sympatią myślała teraz o Warszawie, o mężu, o znajomych. Świeża, wypoczęta poszła na śniadanie.

W wagonie restauracyjnym przy jej stoliku siedział już ten pan, którego zauważyła na dworcu Północnym w Paryżu. Wyglądałby na Hiszpana czy Włocha, gdyby nie gładkie blond włosy, zaczesane do góry. Cerę miał spaloną na brąz.

Pomyślała, że jest przystojny i że takie usta świadczą nieomylnie o zmysłowości. Ubrany wzorowo, je przyzwoicie.

Pewno jakiś hiszpański dyplomata – zakończyła swe obserwacje konkluzją. – Na pewno w Warszawie go poznam.

Los jednak zrządził inaczej.

Sięgając po masło, przewróciła dzbanek z mlekiem.

– Och, pardon, monsieur! – zawołała, ze współczuciem patrząc, jak jej sąsiad ratuje się przed białą powodzią improwizowaną tamą z serwetki.

On jednak rzekł z uśmiechem:

– O, taki drobiazg, proszę pani.

– Pan jest Polakiem? – zapytała. I z tak szczerym zdumieniem spojrzała mu w oczy, że wybuchnął śmiechem.

– Panią wprowadził w błąd kolor mojej skóry. Wzięła mnie pani za Araba?

– Nie. Za Hiszpana lub Włocha. Ale tym niemniej bardzo pana przepraszam za moją niezręczność.

– Ach, drobiazg...

– Zniszczyłam panu ubranie.

– Głupstwo – jeden rękaw.

– Pan musi być zły. Takie ładne ubranie – ale pan jest gentlemanem, dlatego...

– Proszę pani. Anglicy twierdzą, że prawdziwy gentleman zaczyna się od mężczyzny, który – gdy mu kobieta parasolem wykole oko – uspokaja ją, mówiąc:

– Nic nie szkodzi, madame, mam jeszcze drugie.

– Wie pan!

– Ja, niestety, mogę tu jedynie powiedzieć, że przecież mam drugi rękaw.

Zaśmiała się.

– Będzie pan jednak musiał zmienić ubranie.

– Nie będę mógł tego zrobić, gdyż przy rewizji celnej tak mi wygnieciono wszystkie rzeczy, że niepodobna ich włożyć. Pewno i pani wspomina granicę niezbyt mile?

– Na szczęście nie. Ja, widzi pan, jeżdżę bardzo często i za paszportem dyplomatycznym. Poza tym mój mąż zajmuje bardzo wybitne stanowisko... rozumie pan.

– Ach tak? Więc to uwalnia od rewizji celnej?

– No nie, ale im jakoś nie wypada rewidować na przykład żonę ministra.

– Aa... więc pani małżonek jest ministrem?

– Nie. Mój mąż jest prezesem Banku Głównego.

– Wobec tego, że teraz znam pani nazwisko, pani pozwoli, że się przedstawię. Dowmunt, Andrzej Dowmunt.

Podała mu rękę.

– A dlaczego pan do mnie odezwał się po polsku? Przecież chyba nie mam słowiańskiego typu?

– Istotnie, pani ma urodę wschodnią, ale wczoraj wieczorem, przechodząc obok pani przedziału, słyszałem, jak pani po polsku żegnała się z jakimś panem, obiecując mu, że będzie za tydzień wezwany do Warszawy. Stąd moja domyślność.

Lena zmieszała się nieco i wyjaśniła, że był to pewien przemysłowiec śląski, który zabiega o pożyczkę w Banku Głównym. Popsuło jej to jednak humor i już chciała wstać, gdy Dowmunt żartobliwie dorzucił, że jest bardzo dyskretny w sprawach handlowych. Na tym ostatnim słowie położył szczególny nacisk, co natychmiast zorientowało Lenę, że podejrzenia jej towarzysza idą w zupełnie niegroźnym kierunku.

 

Zapytała więc z dawną swobodą:

– Na miły Bóg, gdzie się pan tak piekielnie opalił? Na jakiej plaży słońce jest tak nielitościwe?

– Na najmodniejszej plaży Atlantydy.

– Nie rozumiem.

– Według najnowszych plotek, w czasach bardzo dawnych, za króla Ćwieczka, a może jeszcze wcześniej, istniał kontynent zwany Atlantydą.

– Wiem, wiem! Był nawet taki film, w którym królowa Atlantydy miała coś w rodzaju męskiego haremu.

– Tak? Możliwe. Otóż według tychże badań najmilszym miejscem wypoczynku Atlantydy była dzisiejsza Sahara.

– Sahara? A cóż pan tam robił?

– Niestety nie byłem w męskim haremie królowej. Handlowałem, plantowałem, fabrykowałem.

– Więc pan mieszka w Afryce?

Zaczął opowiadać. Służba już dawno sprzątnęła nakrycia, pociąg wciąż mijał nowe stacje. Lena z wielkim zaciekawieniem słuchała jego opowieści. Jej zielone oczy, utkwione w wargi Andrzeja, połyskiwały płomykami.

Dowmunt mieszkał w Afryce, ale już nie mieszka. Był tam okrągłe lat dziesięć... O, Polskę zna dobrze, chociaż urodził się na dalekich kresach, które dziś są w ręku Rosji. Ba, sam walczył o nie. Był ułanem, lecz na wiele się nie przydał, gdyż już w miesiąc po wyruszeniu na front został ranny i kontuzjowany.

Lekarze niemal sparaliżowanego wysłali na Południe. Jak najdalej na Południe. Kair, Algier, Biskra, Tunis, Chartum, Kongo...

Najpierw kuracja, nasycanie ciała płynnym ultrafioletem słońca, później rekonwalescencja, wreszcie szara płachta „Tempsa” z szczegółami Traktatu Ryskiego... Granice odcięły jego majątek. Jeszcze przez parę miesięcy nadchodziły z Warszawy pieniądze (coraz mniej), w końcu przyszła depesza... To była ostatnia depesza.

Andrzej przygryzł wargi i wpatrzył się w okno. Lena milczała. Za szerokimi taflami szyb przesuwała się namiękła wiosną ziemia. Tłuste połcie odwalonych skib pęczniały w ciepłej, wilgotnej mgle, na zrudziałych łąkach chlupotała woda. Ziemia przygotowywała się do porodu.

– I nie chciał pan wrócić do kraju? – przerwała ciszę Lena.

– Nie mogłem. Pierwej nie mogłem, a później... Później dowiedziałem się, że tam bezrobocie, że ciężko o kawałek chleba, że na próżno rząd zabiega o pożyczki. Zresztą od owej depeszy – nie miałem w kraju nikogo. A przywieźć do Polski jeszcze jedną pustą kieszeń?...

A w Afryce szczęście mu sprzyjało. Szperając w starych ruinach rzymskich i fenickich znalazł jakąś wazę i jakiegoś nieboszczyka sprzed dwóch tysięcy lat, i to z całym „umeblowaniem”. Stąd drobny kapitalik.

Następnie małe transakcje: daktyle, kawa, mąka. Powstanie Riffenów i dostawy dla armii hiszpańskiej. Słowem szło.

Podróże, umowy, filie... Bóg jeden wie, ile kropel potu wsiąkło w piasek pustyni, ile razy – niewdzięczny – klął spieczonym językiem słońce i samum, i febrę rozprażonej dżungli, i obłe grzbiety wielbłądzie, i kolorowych dzikusów, i cały Czarny Ląd, który go tak hojnie darzył.

– A teraz?

– Zmogła mnie nostalgia. No i teraz nie wracam z pustą kieszenią. Większość interesów zlikwidowałem. Teraz osiądę w kraju i rozejrzę się.

– Zapewne za towarzyszką życia?

– Może. Lecz przede wszystkim praca. Dużo pracy. Robić, tworzyć, harować, organizować, fabrykować, handlować!

– Człowieku! Wygląda pan na lat trzydzieści pięć, a nie wspomniał pan wcale o zamiarach poszukiwania rozrywek w przerwach między jednym interesem a drugim.

Żywo zaprzeczył. Przecie nie jest trapistą, ale nawet nie będzie miał z kim. Wszak dziesięć lat nie był w kraju i nie miał z nim żadnego kontaktu.

Rozmowa przeszła na życie towarzyskie Warszawy. Pani Lena opowiadała dużo drobiazgów i szczególików, które dla Andrzeja stanowiły prawdziwą egzotykę.

Wracając do swego przedziału była już zdecydowana na zawarcie bliższej znajomości. Podobał się jej nie tylko swą śmiałą urodą, nie tylko urokiem egzotycznej kariery i oryginalnym, a ujmującym sposobem bycia. Instynktownie czuła do niego pociąg, znajdowała specyficzną, trudną do określenia przyjemność w odczuwaniu emanacji jego siły.

Toteż pożegnała go wyrażeniem nadziei, że ją odwiedzi, a gdy ekspres sapiąc wparł się w stłoczoną na warszawskim peronie ciżbę, powtórzyła zaproszenie dodając, że przyjmuje w piątki.

Andrzej jadąc do hotelu, myślał o nowym etapie życia, o wielkomiejskim rozwoju Warszawy i o skośnych zielonych oczach.

Rozdział II

Wyspany i świeży wyszedł już o dziesiątej rano. Pragnął nałykać się miasta, Polski, swojskości. Słońce złociło wilgotne dachy kamienic, pobłyskiwało w szybach rozpędzonych aut, migotało w bryzgach wody wyciskanej z asfaltu przelotnym naciskiem pneumatyków.

U zbiegu ulic, witając się przejmującym śpiewem szyn, wymijały się czerwone tramwaje. I w tupocie nóg przechodniów, i w klaskaniu kopyt na jezdni, i w urwanych na samogłosce okrzykach chłopców sprzedających dzienniki – słyszał, widział, czuł rozpierającą go radość powrotu.

Nie próbował nawet analizować gamy uczuć zlewających się w krzyk, co nie mogąc zerwać się z warg – zapalił się w źrenicach.

Krakowskie, Nowy Świat, Jerozolimskie, Marszałkowska i stary, sękaty Ogród Saski. Usiadł w słońcu na ławce i wyjął notatnik. Były tam adresy. Dawno zapomniane, na wpół zatarte.

Andrzej wiele sobie po tej chwili obiecywał. Może dlatego teraz, gdy nikłość tych adresów, przygnieciona kontrastem niedawnego wybuchu szczęścia, ukazała się w całej swej bezwartościowości, doznał tak ostrego zawodu.

Cóż go obchodzili dalecy krewni Truszkowscy czy ciotka Strumiłłowa? A Bielawscy! Ohyda! Pozwolili jego macce dogorywać, bez grosza, w nędznym hoteliku...

Boże! Jakże mógł zapomnieć!

Zerwał się i biegł do najbliższego auta.

Na Powązki!

W kancelarii cmentarnej długo wertowano spisy.

– Nie. Tutaj takiej nie pochowano.

– Niemożliwe. Pan źle sprawdzał. Maria Dowmuntowa... Przed dziesięciu laty...

Urzędnik poskrobał się w purchawkowaty nos i flegmatycznie oświadczył:

– Ja panu nie stworzę nieboszczyka, jak go nie ma. A może nie katoliczka była?

– Katoliczka.

– To może na Bródnie? Bo tu to tylko zamożniejsi.

Dowmunt pojechał na Pragę. Znowu kancelaria i flegmatyczny urzędnik. „Owszem. Jest pochowana. Kwatera taka a taka. Zresztą chłopiec zaprowadzi”.

Mała, porosła darnią, zapuszczona mogiłka. Czarny krzyż z zardzewiałą blachą, na której kiedyś było napisane, że tu leży jego matka, jego najdroższa na ziemi istota... Mała, siwa staruszka o filigranowych dłoniach...

Andrzej wpił wzrok w zrudziałą darń, chciał w niej zobaczyć refleks, nie – zrozumienie tragedii jej odejścia.

Nie umiał.

Wówczas przestrzeń, a dziś czas złagodziły, zatarły, zmiękczyły cios, zdawałoby się najstraszniejszy.

Zdawał sobie z tego sprawę, lecz czuł do siebie żal i niechęć. Powracał z wolna z rosnącym uczuciem samotności. Skrupulatnie i rzeczowo wyjaśnił urzędnikowi, jak ma być urządzony grób, zamówił pomnik i zapłacił, choć cena wydała mu się wygórowana.

Ciotka Strumiłłowa mieszkała na Miodowej. Była to stara panna zakonserwowana w naftalinie i lawendzie, od których aż dusiło w przeładowanym meblami mieszkanku. Uchodziła za dewotkę, a jej gorliwość religijna znana była szeroko z tego, że spowiadała się jednego dnia u dwóch księży, wychodząc z założenia, że jeden może się mylić. Kompilując obie zadane pokuty, znajdowała ich średnią proporcjonalną i tę sumiennie wykonywała.

Filantropię uważała za grzech śmiertelny, za pomniejszanie liczby kandydatów do Królestwa Niebieskiego, toteż starannie jej unikała, hojnie natomiast darząc potrzebujących bliźnich naukami moralnymi i szturcha licami, jeżeli tamowali jej dostęp do ławki przy wielkim ołtarzu.

Poza tymi objaśnieniami Dowmunt niczego więcej od ciotki Klotyldy nie dowiedział się.

Z początku nie poznała go i wzięła za sekwestratora z Kasy Chorych, z kolei przeraziła się, że Andrzej powrócił do kraju, „gdzie bez pracy nie ma kołaczy”, a ona, stara ciotka, sama nie ma z czego żyć, a jeszcze jej służąca dwa talerze i kryształowy lichtarz zbiła.

Uspokoiła się dopiero, gdy Andrzej zapewnił ją, że ma zamiar kupić majątek, założyć fabrykę, czy w ogóle pomyśleć o ulokowaniu kilku milionów złotych. Wówczas rozpogodziła się i podreptała po konfitury z róży. Zamiast konfitur przyniosła jednak listę składek na budowę ambony w którymś kościele. Andrzej wszakże odmówił, co wywołało dłuższą tyradę na temat rodu Dowmuntów, który niejeden kościół ufundował.

Andrzej miał już dość i naftaliny, i ciotki, i rodu Dowmuntów. Pożegnał się i poszedł na obiad. W restauracji poprawił mu się humor. Śledź, barszcz, gęś z jabłkami – jakie to dobre po francuskiej kuchni, do której przez lat dziesięć nie mógł nabrać przekonania.

Jednocześnie spostrzegł, że jego opalenizna robi furorę. Przyglądano mu się – zwłaszcza kobiety – zawzięcie i dość natarczywie.

Nie siedział długo, bo musiał przebrać się i pojechać do Truszkowskich.

Na Chmielnej dowiedział się od stróża, że nie ma po co iść na czwarte piętro, „bo takie mieszkali, ale już trzy czy cztery roki jak wyprowadzili się na Wolę”. Nawet miał zanotowany adres „bo to dla kumornika musioł wysukać”.

Młynarska, brudna czarna uliczka, odrapana kamienica, strome schodki w drewnianej parterowej oficynie. Wejście przez kuchnię.

Przyjęli go serdecznie. Oboje na przemian zasypywali go tysiącem pytań i podsuwali wszystkie krzesła. Odpowiadał z uśmiechem na co dziesiąte „czy kuzyn?”, „jak kuzyn?...” Później zaczęli mówić o sobie.

– Ciężko, bardzo ciężko. Z początku żyli resztkami, później dostał posadę w banku, ale bank zrobił plajtę. Zosia utrzymywała dom lekcjami angielskiego i francuskiego, ale rozchorowała się, biedactwo, i byliby chyba na żebry poszli, gdyby nie poczciwy Piotruś...

– Jaki Piotruś?

– Ano, Bielawski. Dał mi posadę.

– W swojej fabryce?

– Eee, nie. Mówił, że mu nie wypada i że miejsca nie ma, ale dał mężowi posadę w Magistracie. Bądź co bądź 230 złotych miesięcznie.

Truszkowski zaśmiał się smutno.

– Dawniej za kolacyjkę tyle rubli się płaciło, a dziś, co tu gadać, widzisz kuzyn? Nędza. Na jeden zbytek sobie pozwalam – to na ubranie. – Wstał i obrócił się na pięcie. – Co, dobrze leży?!... Bo, jak to mówią, jak cię widzą, tak cię piszą!

– Nie, kochanie – przerwała pani Truszkowska. – Już niedługo tej nędzy. Dziś w gazecie było, że na Ukrainie bunt. Tylko patrzeć, a przyjdzie kontrrewolucja i stary porządek.

Tu zaczęli wzajemnie przekonywać się i sypać argumentami. Sama komuna, gdyby mogła je usłyszeć i rozważyć – rozsypałaby się w proch.

Niestety, słyszał je tylko Andrzej. Miał gorycz w ustach i nie wiadomo dlaczego zawstydził się swego trzeźwego realizmu wobec tych dwojga nędzarzy. Jął gwałtownie szukać w myśli możności przyjścia im z pomocą.

– Kuzynie – zaczął – ja tu nie tylko z wizytą, ale i w interesie. Przypomina kuzyn pewnie tę czwórkę kasztanów, które jeszcze matka moja od kuzyna kupiła?

– Co? Kasztany! Niczego były szkapiny. Już to truszkowskiej stadniny nie potrzebowałem się wstydzić.

– Otóż – ciągnął Andrzej – wówczas matka nie zapłaciła.

– Eee? Czyżby? Mam wrażenie...

– Na pewno nie zapłaciła. A należało się po tysiąc rubli. Cztery tysiące rubli to znaczy dwa tysiące dolarów.

– Ależ zapłaciła! Zresztą kasztany zginęły i ruble... O czym tu gadać, ot...

Andrzej przerwał:

– Zaraz, kuzynie. Ja z całą pewnością wiem, że nie zapłaciła, a na szczęście jestem dziś w możności dług zwrócić. Czekajcie!... Ja nie znoszę długów, a wam pieniądze przydadzą się.

Byli zalęknieni i zażenowani; protestowali coraz słabiej. Wreszcie Andrzej uściskał ich i wyszedł.

Na stole zostawił mały błękitny czek.

Truszkowski przyglądał mu się tępo.

Pani Zofia ucałowała go w czoło i powiedziała:

– Uspokój się, kochanie. Andrzej pewno lepiej pamięta.

– Może, może. Jest jeszcze młody... – wyszeptał i szloch targnął jego ramionami.

 

Przecie wiedział.

Pani Zofia stała nad nim nieruchoma, zapatrzona w żółty płomień naftowej lampy, lampa filowała i wylatywał z niej rój czarnych płatków, j osiadając na brudnej serwecie, na siwych głowach, na dobrze skrojonym ubraniu i na niebieskim kwadraciku kłamstwa...

Rozdział III

Salon pani Leny Kulczowej był niewątpliwie pierwszym salonem stolicy.

Wysokie stanowisko jej męża, piastującego godność prezesa Banku Głównego, bogactwo, a nade wszystko zadziwiający talent towarzyski samej pani Leny i jej niezwykła uroda sprawiły to, że wyrosły przed kilku laty jak grzyb po deszczu, jej dom otwarty stał się centralnym boiskiem, na którym przy dźwiękach muzyki i szeleście jedwabiu rozgrywały się mecze o sławę, wpływy i pieniądze.

Tu szczęśliwcy bili rekordy w wyścigu kariery, a pechowcy skręcali kark na przeszkodach. Tu częstokroć ważyły się losy traktatów zawieranych przez państwo, przyszłość ministrów i dygnitarzy, tu kształtowały się kursy akcji i obligacji, ceny zboża i węgla, i kompromisy międzypartyjne.

Przy zielonych stolikach brydża czy w takt bluesa snuły się intrygi, zawiązywały porozumienia i kontrporozumienia.

Od godziny siódmej zapełniać się zaczynały salony.

Piątkowe „fixy” pani Leny zgromadziły wszystko, co w Warszawie miało jakiekolwiek znaczenie.

Spotykało się tu dygnitarzy Rzeczypospolitej obok znakomitych artystów, karmazynów i magnatów o hetmańskich nazwiskach obok wpływowych hien wyborczych, czcigodne matrony obok pięknych pań, o których zbyt wiele mówiono.

Goście napływali.

Oto już pod portalem kominka zwarte koło otacza małego, kiełbaskowego generała Wilczura, człowieka władającego bezgranicznymi wpływami i powszechnie nienawidzonego.

Milczy, raz po raz pokręcając leniwym ruchem swoją koźlą bródkę, która twarzy sfinksa jeszcze więcej dodaje okrucieństwa. Bez drgnienia powieki patrzy białymi źrenicami na nieszczerze życzliwe miny otaczających.

W hallu na tle dębowej boazerii roztacza wspaniałość twych fioletów i entuzjazm płomiennych oczu dostojnik Kościoła, ksiądz biskup Koturski, słynny z patetycznych kazań i miłości dla zbrojnego bractwa... Obsiadła go grupa pań w czarnych koronkach, podczas gdy młodsze otoczyły uwijającego się w środku znanego zawadiakę, komandora Brzechwę, zwycięsko pobrzękującego orderami i od niechcenia rozdzielającego szarmanckie komplementy.

Obok, w fumoirze, znany powieściopisarz, ongi rewolucjonista – dziś sędziwy żniwiarz swej przeszłości, Władysław Barciszewski, usiłował wbić w kolosalny tułów generała Kuropatkiewicza zasługi roku 1905.

Ten jednak z zakłopotaniem pstrykając swoją hiszpanką po każdym argumencie twierdził:

– A wszystko taki, lepiej znaczy się spokojnie. Łopnąć, a rewolucji nie robić. Bunt – znaczy się nieporządki. Choć połóżmy, te i przydali się, a ot ja pamiętam, jak ja jeszcze sztabskapitanem był na japońskim froncie, woła mnie pułkownik i powiada:

– A wiesz – powiada – że i twoje Polaczki buntują się, miatieże w Warszawie robią?

– Tak, mówię panu, i serce mnie ścisnęło się, ale i ręka zaświerzbiała. Toż i twierdzę: łopnąć, a buntu nie robić.

Otoczyło ich grono osób, do których Barciszewski bezradnie rozłożył ręce potrząsając siwą bródką.

– Próżne wysiłki, mistrzu – odezwał się chudy redaktor Kicza o jastrzębiej twarzy – generał za bardzo pozostał sztabskapitanem, on, widzi pan, zrezygnowałby z wszystkich rewolucji, nawet z ostatniej, chociaż jej zawdzięcza, że zamiast „odstawki” ma dziś dygnitarskie stanowisko.

Ogólny śmiech był dopełnieniem zakłopotania generała, który Kiczy bał się jak ognia.

Wymokły blondyn, mecenas Wielkoncki, nachylił się i klepnął go po kolanie.

– Więcej giętkości pojęć i zasad, generale, więcej pobłażliwości do przeszłości. Tylko o to chodzi. Jeżeli chodzi o dzisiaj, to wszyscy zgadzamy się z panem: łopnąć, a nie dopuścić do jakiegokolwiek buntu.

W gabinecie głośny poeta proletariacki Stanisław Rzecki, młodzieniec o czarnych oczach i rozwiązłych ruchach, robi gorzkie wyrzuty demonicznej pani Oldze Kałmanównie:

– Wstyd mi za panią. Nie umie pani oderwać się od tego zjełczałego świata. Namalowała już pani tyle obrazów i ciągle te kłamliwe motywy kościelne!

– Gorliwość neofitki – zauważyła z ironią.

– Po prostu kłamstwo. Czemu pani nie pójdzie naprzeciw jutru? Precz z tą całą rupieciarnią burżujską! Nędza chłopa zdychającego w gnoju, brudna rozpacz żydowskiego getta, gruźlica robotnika, przeżartego acetylenem! Oto tematy.

– A cóż pan powie, jeżeli teraz zastosuję do pana: gorliwość neofity. Tak, tak, neofity...

– Niby dlaczego?

– Jak to? To pan nie jest hrabią? To pan nie urodził się w pałacu? A może teraz gnije pan z chłopem w gnoju, a może acetylen wyżera panu płuca? Ot – po prostu kłamstwo. I to platoniczne.

Jeszcze kilka osób przyłączyło się do dyskusji.

Gości było coraz więcej, zapełniali już hall i turecki fumoir, i galerię obrazów. W sali lustrzanej ktoś pokazywał dziwne „pas” nowego tańca. W żółtym buduarze pośpiesznie poprawiały toaletę panie, w karcianym pokoju rozkładano karty do brydża.

A goście napływali. Salon pani Leny gromadził bowiem wszystkich, co mieli w Polsce jakiekolwiek aktualne znaczenie.

Toteż szary tłum, mieszkańcy stolicy, nie dziwili się już, gdy w piątki okna apartamentów prezesostwa Kulczów rozjarzały się światłem, a przed podjazdem ongi hetmańskiego pałacu ustawiał się rząd lśniących może zbyt świeżym lakierem aut i powozów.

Tymczasem w pełnej odurzającej mieszaniny perfum sypialni Lena kończyła swą toaletę.

Gdy tak stała w seledynowej kombinezce, uwydatniającej wąskie, ruchliwe biodra, spływające w smukłą linię ud i łydek, wyglądała na lat osiemnaście. I naprawdę wprawnym trzeba było być obserwatorem, by w kącikach jej oczu z niewidocznej jeszcze siateczki zmarszczek wyczytać trzydziestkę.

Nie była sama. Oprócz rumianej pokojowej, zapinającej ostrożnie atłasowe pantofelki, znajdowała się tu jeszcze jedna osoba, której obecność w tym zbytkownym pokoju zdawała się nie do wytłumaczenia.

W kącie, na niskim pufie, siedziała sztywno niska opasła dama, której bardzo czerwone policzki opadały na kołnierz skórzanego płaszcza. Potwornych rozmiarów zad zwisał z pufu, nie mogąc się na nim pomieścić.

Byłaby może śmieszna, jak niezgrabny walec, ulepiony przez dziecko z czerwonej plasteliny, a mający wyobrażać kobietę. Byłaby może śmieszna, gdyby nie małe, zapadłe oczy, matowe, nieokreślonego koloru, oczy, których spojrzenie miało w sobie coś niesamowitego, imperatywnego, obezwładniającego.

Pokojowa Antosia nienawidziła jej całą duszą. Ile razy ten potwór przychodził (i to zawsze przez kuchnię!), tyle razy pani traciła swój dobry humor, z wszystkiego była niezadowolona, a nawet potrafiła służbę bić po twarzy. Antosia nie lubiła tej obrzydliwej kobiety jeszcze dlatego, że zawsze z panią rozmawiały po rosyjsku, którego to języka Antosia ani w ząb nie rozumiała.

Zdołała skombinować tylko, że owa czarownica jest z jej panią na ty i że pani robi wszystko, czego czarownica od niej zażąda. Służba nazywała ją, nie wiadomo dlaczego, grubą Ruchlą, chociaż ta zawsze kazała siebie meldować jako „pani Zuzanna”.

Teraz też mówiła po rosyjsku:

– To jedno. Ten dureń musi być przeniesiony do innego garnizonu i to do przyjazdu Prola. Drugie, to paszport dla Kurmana.

Lena z pasją rzuciła puszek na ziemię.

– Cóż ty sobie myślisz, że Tymiński wyda mu paszport?! Zwariowałaś! Już i tak boję się, że zacznie podejrzewać.

– Głupia jesteś – skonstatowała pani Zuzanna. – Tymiński niech lepiej sam uważa, żeby jego nie zaczęto podejrzewać o dostawę cegły na spółkę z Minbergiem. A zresztą...

– Och, już po dziurki od nosa mam tej parszywej roboty! – wybuchła Lena.

W tej chwili rozległo się pukanie i nie oczekując na pozwolenie do pokoju wszedł tęgi jegomość.

Pani Zuzanna zerwała się i z miłym uśmiechem zawołała łamaną francuszczyzną:

– Och, pardon, mosje le presiden, moa tut siuit, tut siuit. Set kestją de mod są si zentersan pur le fam. O rewoar onadam, o rewoar mosje le presiden.

– Antosiu! – rzuciła pani Lena – odprowadź panią Zuzannę.

– Kiedy nareszcie przestaniesz wpuszczać do domu tę obrzydliwą babę? – zapytał zirytowanym głosem, gdy zostali sami.

– Mój drogi, już proszę cię, nie wtrącaj się do spraw mojej garderoby. Pani Zuzanna ma doskonały gust i często wolę jej toalety, niż Myszkorowskiego, czy Zmigrydera. Czy dużo jest osób?

– Naturalnie. Już prawie ósma. Spiesz się.

Stanął jeszcze przed lustrem, strzepnął kilka pyłków z klap smokinga, poprawił „pożyczkę wewnętrzną” na kopulastej czaszce i wyszedł. Po chwili i pani Lena ukazała się w salonach, witana przez jednych z niemym zachwytem, przez innych z namaszczonym szacunkiem, lub z hałaśliwym entuzjazmem.

Wszędzie, gdzie się zbliżała, następowało ożywienie. Zdawało się, metaliczny szelest jej sukni z blado seledynowej mory miał własność elektryzowania nastroju.

Jednocześnie zabrzmiał sygnał saksofonu i z sali balowej bluznęła skłócona fala dźwięków.

Jazz!

Pani Lena, wymijając z uśmiechem pary śpieszące do tańca, rozglądała się uważnie. Nie mogła sobie przypomnieć kogo szuka, ale wiedziała, że przecież w tym tłumie musi być ktoś, na znalezieniu którego jej zależy. Wzrok jej przesuwał się z grupy na grupę, gdy zbliżył się do niej wypłowiały inżynier Chodźko.

– Królowo! Jednego stępa!

Lena tańczyła, później przeszła do jadalni, gdzie przy bufecie służba robiła ostatnie przygotowania.

Andrzej Dowmunt przyjechał koło dziewiątej.

Dał ogłoszenie o poszukiwaniu mieszkania i musiał dziś obejrzeć kilkanaście lokali oprowadzany przez gadatliwych i narzucających się pośredników.

Znalazłszy się w atmosferze salonu, podniecony gwarem i hałasem jazzu, przestał odczuwać zmęczenie, natomiast snując się wśród tłumu obcych twarzy, dotkliwiej odczuł swoje osamotnienie niż tam, na Czarnym Lądzie, gdzie nie miał do kogo ust otworzyć.

Szukał burzy czarnych włosów i skośnych, zielonych oczu. Wreszcie zrezygnowany usiadł w gabinecie i zapalił papierosa. Jacyś trzej panowie, stojąc w pobliżu rozmawiali o dostawach i spierali się o wysokość prowizji. Jeden z nich po chwili zbliżył się do biurka, by zgasić niedopałek cygara.

Andrzej poznał go od razu. Tak. To był Piotr Bielawski. Postarzał trochę, nabrał jeszcze więcej senatorskiej powagi w ruchach i lisiego wyrazu w twarzy. Andrzej siedział nieruchomo, udając, że go nie poznaje. Tamten może nie poznał Dortmundka naprawdę, a może jeszcze zręczniej od niego ukryć umiał wrażenie.