Czeki bez pokryciaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czeki bez pokrycia
Czeki bez pokrycia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,85  35,88 
Czeki bez pokrycia
Czeki bez pokrycia
Audiobook
Czyta Ryszard Nadrowski
19,95  15,76 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Czeki bez pokrycia

Warszawa 2013

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział I

Express-Lux wolno ruszał z dworca głównego w Warszawie. Kilku cudzoziemców i paru urzędników MSZ żegnało tych dziesięć osób, opuszczających dnia tego stolicę w drodze na Zachód.

Jana Nawreckiego nikt nie odprowadzał. Przyjechał w ostatniej chwili. Zmęczony przygotowaniami do wyjazdu na czas dłuższy, z zadowoleniem wyciągnął się w pustym, wygodnym coupe wagonu paryskiego. Zapalił papierosa i porządkował myśli. Robił to z tą radością życia, którą dają okresy powodzenia. Ani chmurki na horyzoncie. Kłopotów materialnych żadnych. Piękna renta, zabezpieczona na nieobdłużonym, ogromnym majątku brata w Kutnowskiem, trochę kapitałów w Szwajcarii, mandat poselski z listy B. B., uzyskany głosami dziewięćdziesięciu pięciu procent wyborców, maszerujących do urny z orkiestrą – i nareszcie – po długich, dawniej bezowocnych spacerach w korytarzach MSZ, pierwsza poważna misja zagraniczna. Jeśli zaś dodać do tego doskonałe zdrowie i to „coś”, wypróbowane w szermierce z płcią piękną, czym nieraz już doprowadzał przeciwniczki do składania broni, to nic dziwnego, że Nawrecki mógł być z siebie i z życia zadowolony.

Kołysany miarowym stukotem kół, konstatował z satysfakcją, że już teraz droga do kariery dyplomatycznej stoi przed nim otworem. Miał dwie rzeczy, które mu ją otworzyły: majątek i pewność siebie, a nie miał trzeciej, która jest zawadą: przekonań politycznych. Cenił w sobie wysoko tę umiejętność dostosowywania się. Za czasów przedmajowych omal nie wpisał się do Piasta, by należeć do stronnictwa, które wyłoniło w sejmie prezesa komisji spraw zagranicznych. Dziś z uśmiechem politowania myślał o czasach, kiedy to do nazwiska wielkiego obszarnika trzeba było dorabiać teorię tężyzny chłopa, który Polskę karmi i broni. Był rad, że mało kto o tych jego zabiegach wiedział, gdy maj otworzył nowe horyzonty. Okazało się, że i bez chłopa można się obejść, a robić karierę. Nie bez uznania dla swej bystrej orientacji przypominał sobie, że był jednym z pierwszych, którzy zwęszyli, iż huzia na endecję i składki na właściwe cele to najskuteczniejsza metoda wyjścia z korytarzy MSZ na szeroki świat. No i nie omylił się.

Jedzie teraz do Paryża, by wziąć udział w specjalnej misji, wysłanej dla zbadania spraw związanych ze stanem polskiego wychodźstwa we Francji. Potem do Genewy, jako jeden z członków delegacji polskiej na obrady Ligi Narodów. W dalszej perspektywie nadzieja na otrzymanie stanowiska dyplomatycznego na Bałkanach. W Warszawie ma mocne plecy, te i owe zasługi polityczne za sobą, trzydzieści pięć lat, czyli ani za dużo, ani za mało, by pójść ostro w górę, a że piąć się potrafi, więc kto wie, co może przynieść niedalekie jutro!

Wstał i spojrzał w lustro. Wcale nieźle. Postawa i wzrost, twarz o regularnych, rasowych rysach, włosy wprawdzie już trochę zaczynają rzednąć nad czołem, ale to nawet dodaje powagi młodej twarzy. Przymknął oczy i widział już siebie z piękną wstęgą i paru gwiazdami.

Przetarł czoło, jeszcze raz przejrzał się w lustrze i nieco się zaniepokoił. Tak, cera trochę za żółta. I oczy z lekka zaczerwienione, z wyrazem zmęczenia. Ten wczorajszy dzień nie miał najmniejszego sensu. Głupia historia z tą Helenką. Czy nie lepiej było nic jej nie mówić o wyjeździe? Ach, te łzy kobiece! Żebyż kobiety zrozumiały, że nic tak nie odstręcza, jak te szlochania, te mokre, rozpalone policzki i monotonne wycieranie zaczerwienionego nosa. No, ale stało się. Jest młoda, zapomni.

Mignęła mu w pamięci chwila, gdy szeptał jej kiedyś na ucho, że nigdy nie widział tak cudnej dziewczyny. Ale w gruncie rzeczy... Miała bardzo ładną twarzyczkę, tylko stanowczo za grube nogi. Był prawie pewien, że to nie on, ale te nogi ponosiły główną winę jej spazmów.

Mały wysiłek i obraz Helenki znikł.

Ale za to księżna Nelly – to bajeczna kobieta! Nie wiadomo dlaczego tak się zawsze składało, że drogi jej i jego dotąd się rozchodziły. Czymś go onieśmielała. A jaka była inna przed paru dniami, na tym balu w ambasadzie! Najwyraźniej go kokietowała. Ta ma nóżki! Co za linia ramion! I do tego – taki mąż. Prevost miał świętą rację mówiąc, że nie ma kobiet zdradzających, tylko są mężczyźni, którzy urodzili się z rogami. Ten pusty przedział obok. Żeby tak ona tu jechała!

A pociąg mknął w przeciwną stronę, coraz to oddalając się od wabiących nóżek księżny.

Dzień zeszedł dość szybko. Wagon restauracyjny, gazety, książki, drzemka.

Friedrichstrasse!

Gwar i zgiełk. Fala ludzka, ujęta mechanicznie siłą dyscypliny. Co chwila pociąg.

Tragarz podaje przez okno konduktorowi wagonu sypialnego walizki. Jedna tekturowa, nowa, i druga stara, wytarta. Gdzie położy?

Przedział obok.

Nawrecki rozejrzał się niespokojnie. Na peronie, w oddali stała para, żywo rozmawiająca. On młody, krępy brunet, jakiś w ruchach niezgrabny, ona wysoka, smukła, lat trzydziestu paru. Ładna. Nawet bardzo ładna. Tragarz podszedł do nich i wskazał wagon Nawreckiego.

A więc to on – albo ona pojedzie w sąsiednim przedziale.

Chwila emocji. Zbliżyli się do wagonu, ale nie słychać, w jakim mówią języku. On coś jej opowiada z ożywieniem, ona słucha uważnie i przytakuje. Stanęli przy wagonie. Duże, czarne oczy pięknej nieznajomej spoczęły przelotnie na Nawreckim, czatującym w oknie. Podała towarzyszowi rączkę do pocałunku, a potem zwinnym, pełnym dziwnej harmonii ruchem wspięła się na stopnie wagonu.

Pociąg ruszył. Hałas zamykanych drzwi – i Nawrecki tego dnia, pomimo najprzebieglejszych manewrów, towarzyszki podróży nie zobaczył.

Napiwek wsunięty konduktorowi wagonu sypialnego pozwolił mu wziąć do rąk jej paszport. Rosjanka. Paszport nansenowski. Ewelina, córka Oskara, Nikolska, z domu baronówna Etberg, wdowa po oficerze gwardii Michale Nikolskim. Urodzona w Rewlu, w roku 1898.

Patrzył na fotografię. Nic z czaru tych oczu, które na chwilę jak gdyby potrafił zatrzymać wzrokiem. Mała, zła fotografia.

Był wściekły.

Wrócił do przedziału, rozebrał się i położył. W sąsiednim singlu cisza, widocznie piękna Ewelina śpi. Bez wielkiej nadziei chrząknął i zakaszlał. Cisza. Jak widać, nocnych przygód sąsiadka nie szukała.

Gdy rano się przebudził, pierwszą jaśniejszą myślą, która go zachęciła do szybkiego wstania, było wspomnienie zgrabnej sylwetki, która wczoraj zniknęła w drzwiach sąsiedniego przedziału. Specjalną uwagę poświęcił rannej toalecie. Nie bez trudu – nawet pulmanowskie resory nie zapobiegają wstrząsom pociągu – ogolił się, dobrał starannie krawat do świeżej koszuli, nałożył rękawiczki, by ochronić ręce, z których kształtu bardzo był dumny. Doskonale. A teraz trzeba zbadać teren i obejrzeć dokładnie obiekt.

Drzwi do przedziału obok były otwarte, przedział uporządkowany, a nieznajoma wpatrywała się przez okno w pejzaż i nie odwracała głowy. Oczy jej już widział wczoraj, teraz cieszył się widokiem delikatnego profilu, ciemnych, długich rzęs, rozchylonych nieco, małych, świeżych ust i zgrabnej nóżki. Okiem znawcy z uznaniem biegł po długiej, harmonijnie zarysowanej linii, od spódniczki, odchylonej trochę nad kolanem, do wąskiej stópki, spuszczonej palcami w dół.

Tak, ani słowa, linię ma pierwsza klasa – skonstatował przed sobą, przeszywając spojrzeniem fałdy skromnego kostiumu tailleur. – Jak dotąd same plusy.

Spacery po korytarzu, otwieranie i zamykanie okna uchodziły uwagi podróżniczki. Dopiero dzwonek chłopca z wagonu restauracyjnego, zapraszający na ranną kawę, wyrwał ją z zadumy.

W całym pociągu było tylko siedem osób.

Nawreckiemu i Ewelinie wskazano w wagonie restauracyjnym miejsca naprzeciw siebie, przy małym stoliku.

 

Dobrze jest – pomyślał Nawrecki – teraz to już sobie dam radę.

Skorzystał z pierwszej sposobności przysunięcia jej koszyczka z bułeczkami, by nawiązać rozmowę. Mówili po francusku. Nieznajoma odpowiadała na pytania jak gdyby nie dość chętnie i raz po raz zapadała w zamyślenie. W jej dużych, czarnych oczach malował się smutek.

– Jeśli się nie mylę, pani jest Rosjanką – powiedział nagle Nawrecki.

Drgnęła.

– Pan Rosjanin? – zapytała żywo.

– Nie, Polak.

Oczy jej zabłysły, ale w tej chwili twarz zastygła chłodem.

– Pani nie lubi Polaków?

– Skądże! – odparła z sztucznym uśmiechem.

Szybko skręciła rozmowę na inny temat, ale Nawrecki tak manipulował, by jej jeszcze powiedzieć, że jedzie do Paryża w ważnej misji dyplomatycznej. Niech wie, że ma nie byle z kim do czynienia. Ta wiadomość nie zrobiła na niej spodziewanego wrażenia, albo je umiała dobrze ukryć.

Pod koniec rannego śniadania udało się jednak Nawreckiemu wprawić ją w lepszy humor. Patrzyła już na niego łaskawiej. Gdy przeszli do wagonu, w którym jechali, kręcił się pod jej drzwiami, oczekując pozwolenia wejścia do środka. Dopiął wreszcie natarczywością swego i tak się zawinął, że kiedy koło godziny drugiej dojeżdżali do Paryża, wyglądali na ludzi znających się od dawna. Zasługę mógł Nawrecki słusznie przypisywać sobie. Humor go nie opuszczał. Miał w ogóle dobry dzień. Co prawda, nie mógłby się pochwalić, że udało mu się dużo dowiedzieć o Ewelinie. Była zamknięta w sobie, powiedziałby nawet – tajemnicza. Tyle tylko z niej wydobył, że jedzie na dziesięć dni do Paryża, by odwiedzić staruszkę matkę w lecznicy i córeczkę, umieszczoną w zakładzie wychowawczym.

Za oknami coraz częściej migały małe stacyjki podmiejskie, wskazujące na bliskość stolicy. Nawrecki czynił w rozmowie wszelkie wysiłki, aby nawiązać nici, które by mu pozwoliły odszukać towarzyszkę podróży w wielkim mieście. Daremnie. Unikała zostawienia mu adresu, mówiła tylko, że się zatrzyma pewnie w małym pension de familie na lewym brzegu Sekwany. Na dworcu miała na nią czekać stara ciotka.

W miarę, jak pociąg zbliżał się do celu, Ewelina smutniała i z coraz mniejszą uwagą słuchała słów Nawreckiego. Czuł, że wymyka się nastrojowi, jaki zdołał wytworzyć, że pogrąża się myślami w jakieś swoje sprawy i troski.

– Może się w Paryżu spotkamy? – powiedział prosząco.

– A po cóż? – zapytała obcym, nieswoim głosem.

– Niech mi pani wierzy – perswadował Nawrecki – jestem dobrym psychologiem. Nic gorszego, jak poddawać się smutkowi i apatii. Pani potrzebna jest kuracja.

– Mnie? A cóż pan o mnie wie?

– Dość, by to stwierdzić. Kuracja, o której mówię, powinna polegać na zanurzaniu się w innej atmosferze. Paryż to może jedyne miasto na świecie, w którym wszystko – powietrze, rozplanowanie ulic, zabytki, twarze, stroje – odrywają od kółka własnego życia. Ta eksterytorialność psychiczna to już pierwszy krok dla kuracji.

Spojrzał na nią nieznacznie. Słuchała uważnie. Więc ciągnął dalej:

– Drugi krok to poddanie się wpływowi osoby o zdrowym systemie nerwów. Trzeba jej pozwolić prowadzić się za rączkę.

Z ironicznego błysku oczu Eweliny połapał się, że strzał chybia.

– Dla uzyskania wpływu na kogoś – przerwała mu – trzeba mieć coś więcej niż zdrowe nerwy.

Puścił jej uwagę mimo uszu.

– Chodzi o wytworzenie w sobie nastroju poddania się wpływowi takiej zdrowej nerwowo jednostki. Do tego zaś wystarcza odrobina zaufania. No, a na nerwy kobiece może mieć wpływ leczniczy tylko mężczyzna.

– Jakżeby mogło być inaczej! Tak, wy jesteście specjaliści i od psucia nerwów, i od ich naprawiania. Zaufanie, potem przyjaźń, uzdrowienie nerwów, potem miłość, a potem – uśmiechnęła się zjadliwie – ukochany leczy nerwy innych kobiet.

Nawrecki zaczął się cofać na pozycje dające mniej pola do szermierki.

– Nie zrozumiała mnie pani. Ja zupełnie co innego miałem na myśli. Będę szczery. Pani ma neurastenię. Z pewnością jakiś kompleks. Freud potrafiłby to określić.

Przerwał, bo nagle przyszła mu wątpliwość, czy to istotnie Freud wymyślił te kompleksy, czy też może ktoś inny o podobnym nazwisku. Z pewnym zaniepokojeniem spojrzał na Ewelinę i nie dostrzegłszy nic podejrzanego, uspokojony ciągnął dalej:

– Ja to widzę i czuję. Więc trzeba zaraz obmyślić kurację. Zgadza się pani?

– Przypuśćmy.

– Dwa dni rodzina i sprawy, dla których tu pani przyjechała. Wystarczy?

– Dyskutujemy hipotetycznie, więc dajmy na to, że tak.

– Świetnie. Potem, ponieważ jest w Paryżu trochę duszno i gorąco – zawahał się na pół sekundy, czy nie za szybko zmierza do celu – zabieram panią autem, zwiedzamy okolicę. Zacznie się pani cieszyć widokiem cudnych zakątków, malowniczych miast i wiosek, no i... śmiejących się do pani restauracji, tonących w kwiatach. Czy pani jest łakoma?

Ewelina uśmiechnęła się.

– Zobaczy pani – ciągnął Nawrecki – jak się jada w tych małych miastach Francji, ile zdrowia i wesela wlewa w organizm lekkie wino d’Anjou, podane do pulardy i sałaty.

– No i co dalej?

– Potem, dla wytworzenia kontrastu, zanurzymy się w wir nocnego życia Paryża. Lepszego cicerone pani nie znajdzie. Nie chodzi oczywiście o banalne odwiedzanie znanych établissements. Zajrzymy za kulisy, zobaczymy twarze bez masek, spróbujemy żyć nastrojem ludzi szukających wesela.

– A w najlepszym razie znajdujących chwilowe zapomnienie – wtrąciła głucho.

– Nie trzeba tego lekceważyć! W kuracji, która panią czeka, nie wolno myśleć o tym, co było.

– A jeśli największą troską kogoś jest to, co będzie, obawa tego, co go czeka, to wtedy co?

Powiedziała to z jakimś dziwnym żarem i wpatrzyła się w oczy Nawreckiego.

– Chodzi zarówno o oderwanie się od wczoraj, jak i od jutra. Na tym właśnie kuracja polega. Nie żartuję. Niech pani skorzysta z wyjątkowej sposobności. Wie pani, kim jestem. Telefon do dyrekcji lub portiera hotelu Seribe wystarczy dla upewnienia, że nie będzie pani miała do czynienia z jakimś awanturnikiem. Niech pani nie odmawia! Czekam pojutrze telefonu między dziewiątą a dziesiątą rano.

Pociąg wchodził na Gare du Nord. Ewelina pośpiesznie wkładała kapelusz.

– Więc? – przynaglał Nawrecki.

– Nie wiem, czy mnie pan przekonał, ale może zatelefonuję.

– Kiedy?

– Ano chyba... za dwa dni. Jeśli w ogóle zatelefonuję – dodała szybko, podając mu rękę.

Przyrzeczenie brzmiało dość problematycznie, ale nic więcej nie udało nu się uzyskać.

Podróżni wysypywali się z pociągu na peron. Nawrecki szukał w spojrzeniu Eweliny zastawu dla otrzymanego przyrzeczenia, czekał, że odwróci jeszcze w jego stronę głowę, gdy szybko kroczyła obok jakiejś pani. Nadaremnie! Zniknęła w tłumie.

Skierował się do wyjścia. Paryż, którego widokiem tak się zawsze cieszył, którego szalony ruch wprawiał go w stan doskonałego humoru, a silny zapach spalonej mieszanki benzynowej przyjemnie odurzał, wydał mu się w ten piękny, słoneczny, letni dzień dziwnie szary i bez treści.

Z hotelu, przebierając się, Nawrecki zatelefonował do swego przyjaciela, dalekiego krewnego, hrabiego Piotra d’Ormessy.

D’Ormessy był od Nawreckiego starszy. Miał lat pięćdziesiąt. Nawrecki wiedział, że w świecie finansowym Francji był jednym z tuzów. Liczne stanowiska w radach nadzorczych, w instytucjach przemysłowych i paru bankach dały mu możność zdobycia wielkiego majątku. W mechanizmie współczesnego życia Francji usadowił się tam, skąd idą komendy do polityki, a dokąd biegną posłuszne meldunki o posunięciach rządu i izb ustawodawczych. Cała umiejętność polegała na zręcznym pociąganiu właściwych sznureczków i przetapianiu zdobytych meldunków na brzęczącą monetę.

Przy wszystkich kolejno zmieniających się gabinetach d’Ormessy zachowywał swe stanowisko. Rzecz sprowadzała się do nawiązania nowych sznureczków i zmiany numerów telefonicznych w notesie, który był jego nieodstępnym towarzyszem.

D’Ormessy wyraźnie ucieszył się z przyjazdu Nawreckiego.

– Musimy koniecznie zjeść razem śniadanie – mówił wesoło przez telefon. – Wyjeżdżam pojutrze do Aix-les-Bains. Jeszcze parę dni, a byłbyś mnie nie zastał w Paryżu. Jutro mam trochę wolnego czasu.

– Doskonale, więc jutro. Ale gdzie?

– O pierwszej u Ritza. Nie wiesz, że jestem od paru miesięcy członkiem rady hotelu Ritz? Możesz być spokojny. Będziemy mieli śniadanie, palce lizać.

Nawrecki pogawędził jeszcze trochę i powiesił słuchawkę.

Więc jutro! Dzień z d’Ormessym prędko zejdzie, a dziś trzeba się jeszcze pokazać w ambasadzie. A wieczorem?

Czuł potrzebę rozrywki, zabawy, pieszczot kobiecych, czegoś, co by skróciło oczekiwanie. W uszach dźwięczał mu spokojny, harmonijny głos Eweliny. Odtwarzał sobie jej spojrzenie – zimne i dalekie.

Jeszcze jeden telefon. Trzeba odnaleźć numer. Madame Helene Picard.

– To pani, pani Heleno? Nie poznaje mnie pani? Nareki, dyplomata z Warszawy.

– Ależ naturalnie, doskonale poznaję! Co nowego? Kiedy pana zobaczymy?

– Właśnie dziś mam wieczór wolny.

– A jaki nastrój? Blondynki czy brunetki?

– Pani wie, że ja jestem za skomplikowany na takie określenia. Przyjdę po dziewiątej na kieliszek wina. Resztę zostawiam pani. Czy pani zdąży, bo już jest piąta?

– Czasu mało, ale dla pana postaram się wybrać jak najlepiej.

Wybór pani Picard nie zachwycił Nawreckiego. Marzył o innej, dalekiej, niedostępnej, a tu trzeba było prowadzić rozmowę z dwiema gąskami: śniadą tancerką z Folies-Folies i manequinem od Patou, dość nieśmiałym blondasem. Podano szampan. Panienki się nie znały, co potęgowało jeszcze sztywny nastrój wieczoru.

Trzeba jedną z nich spławić – myślał Nawrecki. – Łatwiej się nudzić z jedną niż z dwiema. Ale którą zatrzymać?

Byłby chętnie pociągnął węzełki, by uniknąć decyzji. Chyba odwołać się znowu do sądu pani Heleny.

Pani Helena nie wydała się nic a nic zdziwiona propozycją zdjęcia jednego nakrycia. Nic się zresztą nie zmarnuje. Właśnie telefonował jeden Amerykanin, a Amerykanie lubią blondynki, jest przecież jakaś taka książka amerykańska: Gentlemen prefer blonds.

Dyskretne mrugnięcie okiem pani Heleny – blondas znikł.

Humor śniadej tancerki trochę się poprawił. Pod wpływem szampana mała Alicja stała się rozmowniejsza i nieoczekiwanie zaczęła spowiedź z całego życia.

Stara historia. Mieszkała u rodziców, miała narzeczonego. Raz kiedyś pozwolono jej pójść z nim na kiermasz w Neuilly. Kazano jej wrócić przed pierwszą. Wróciła nad ranem. Cyrk, karuzela, kolacja, wino – wszystko to tak ją rozmarzyło i oszołomiło, że szukała schronienia, oparcia, przystani. Czy mogła być pewniejsza przystań niż w ramionach Henryka? W tych ramionach przespała całą noc. Awantura w domu, potem randki z Henrykiem, potem Henryk stał się coraz rzadszym gościem. Ojciec umarł, Henryk znikł i trzeba było zacząć walkę o byt.

Gruby, starszy pan, spotkany w Metro, był następną przystanią. Był dobry, ułatwił jej przyjęcie do szkoły baletowej, wspomagał, troszczył się o nią. Skończyła szkołę i dzięki jego poparciu dostała engagement do Folies-Folies.

Nie znała jego nazwiska i adresu, nie próbowała się dowiedzieć, bo najwidoczniej zależało mu bardzo na tajemnicy. Raz na tydzień, w czwartek (nie tańczyła tego dnia), spędzał z nią wieczór. Czekała nań zwykle w małej kawiarni koło stacji St. Lazare. Aż kiedyś nie przyszedł. Już cztery czwartki czeka od ósmej do dziewiątej, a on nie przychodzi. Może chory, może umarł... Mógłby przecież, gdyby żył, chociaż dać jej znać...

– Dziś pierwszy czwartek, w który nie czekam, i przyszłam tu. Płacą nam na scenie tak mało, że bez pomocy mego protektora bardzo nam ciężko, mnie i mamie. Zwierzyłam się starszej koleżance, dała mi adres pani Heleny. Prawda, jaka ta pani Helena miła? Pan ją dawno zna?

Nawrecki odmruknął coś pod nosem. W miarę słuchania opowieści posępniał i pragnął jak najprędzej ten lokal opuścić. Przyszedł z myślą o zabawie. Ładna zabawa z tym młodym dziewczęciem, strapionym i biednym!

Popatrzył na zegarek, zrobił ruch, jak gdyby sobie coś przypomniał, wyjął trzysta franków i wsunął je do leżącej na stole torebki. Wziął kapelusz i laskę.

– Jak to? Pan odchodzi? To pewnie z mojej winy. Nie powinnam była tego wszystkiego opowiadać. Dostanę burę od pani Heleny. A przy tym – uśmiechnęła się – pan jest bardzo miły, pan mi się naprawdę podoba!

 

– Nie, dziecko – odsunął ją delikatnie. – Mam coś ważnego do załatwienia. Zapomniałem, że muszę jeszcze dzisiaj kogoś odszukać.

Krótki rozrachunek z panią Heleną i już był na ulicy. Odetchnął.

Przed nim, z Place de l’Etoile rozwijała się taśma Pól Elizejskich, oświetlona neonowymi napisami. Zamykał ją słup światła, bijący od obelisku na Placu Zgody.

Nazajutrz, gdy o godzinie pierwszej wchodził do Ritza, zastał już d’Ormessy’ego, czekającego w hallu.

Zauważył od razu, że Ritz jakoś wyszlachetniał. Znikły z hallu tłoczące się grupy Amerykanek i Amerykanów, mówiących głośno przez nos, najczęściej źle wychowanych, ale za to ubranych jak z igiełki przez mistrzów Patou, Wortha, Chanel i najlepszych angielskich krawców.

Przed paru laty, przed wielkim krachem giełdy w Nowym Jorku, w sali restauracyjnej nie było prawie małych stolików. Stoły na dziesięć, piętnaście, dwadzieścia osób tonęły w kwiatach. Zamorscy goście urządzali codziennie przyjęcia dla przyjaciół.

Ranne gazety przyniosły takiemu panu wiadomość o dalszym skoku akcji w górę. Tego dnia na przykład – o dziesięć procent. Przy pomocy małego kapitału i dużego kredytu można było zarabiać wielkie sumy. Dzień przynosił nieraz pięćdziesiąt tysięcy dolarów – milion franków! Ritz mógł być drogi, ale cóż znaczy przy takim zysku obiad na dwadzieścia osób!

Rozglądając się po pustawej sali, Nawrecki zadumał się filozoficznie. Tak, wszystko ma swój koniec. Zawalił się pałac z kart. Wystawiane czeki zaczęły przekraczać wartość depozytów, amfitrioni i goście odpłynęli. Gwałt i harmider na sali ustał. Nareszcie można było u Ritza zjeść dobre śniadanie.

– Tu jest stolik dla pana hrabiego – skłonił się maître d’hôtel przed d’Ormessym. – Już zrobiłem menu. Jest gorąco, więc zimną madrilène, solki po angielsku, tak jak pan hrabia lubi, i kaczka à la Rouenaise. Przed tygodniem pan hrabia ją chwalił, gdy był na śniadaniu z panem ministrem Legrave. Potem, jak pan hrabia każe: suflecik czekoladowy albo sałatka z owoców, a może leśne poziomki? Wina już zamrożone. Wiem, wiem. Zawsze do śniadania te same, pamiętam.

Cisza, puszyste dywany, spokojne, opanowane ruchy służby, piękna zastawa, wygodne fotele. W tej atmosferze gawędziło się znakomicie.

D’Ormessy, który bywał częstym gościem w ambasadzie polskiej, a miał cięty język, przypinał tu i ówdzie łatkę. Opowiadał o ostatnich przyjęciach. Malował na tle francuskich stosunków politycznych trudności obecnego polskiego reżymu nad Sekwaną. Był najdokładniej poinformowany o wszystkich zabiegach pożyczkowych.

– Wy jesteście niepoprawni! – mówił. – Wciąż nowe postacie, wciąż nowe figury przyjeżdżają, obchodzą banki, proponują interesy, ofiarowują gwarancje skarbu. Przecież tutaj w poważnych kołach śmieją się z tego. Niszczycie swój kredyt! I jednej rzeczy nie rozumiecie: musicie dać pewnym gałęziom naszego przemysłu zarobić, bo trzeba wytworzyć zainteresowanie waszymi sprawami via przemysł francuski. Dopiero wtedy, pod wpływem przemysłu, pójdą banki.

Nawrecki potakiwał i zapewniał, że zrobi z tych cennych uwag właściwy użytek.

– Ale wiesz, Janie – uśmiechnął się d’Ormessy – coś się w tobie zmieniło. Kończymy już śniadanie, zaraz podadzą deser i wypijemy chyba jeszcze jedną buteleczkę – co, dobrze? – a ty dotąd ani słówka o kobietach. To wprost fantastyczne! Jesteś chyba zakochany, ale to też nieprawdopodobne. No, opowiadaj!

Nawrecki już miał ochotę zwierzyć się przyjacielowi ze spotkania w pociągu, ale w ostatniej chwili, sam dobrze nie wiedząc czemu, postanowił je otoczyć tajemnicą.

– Jesteś niepoprawny. Zawsze i we wszystkim doszukasz się u mnie kobiety. Zgoda. Ale ci nic nie powiem. Obecnie szukam nie kobiety, ale auta. Kabrioletu na dwie osoby. Chcę sam prowadzić.

– Aha! – śmiał się d’Ormessy – ofiara ma oddać usta bez świadków. Masz rację. Tylko we dwoje może być nastrój. Mam, czego ci potrzeba. Zatelefonuję do Fossarda, agenta Talbot. Już on to dla mnie zrobi. Będziesz miał kabriolet. Coś za to zapłacisz i zaasekurujesz wóz, a radzę i siebie, jeśli to typ wampa!

Trzeba było kończyć śniadanie, bo d’Ormessy chciał koniecznie zdążyć na trzecią gonitwę do Longchamps, by zagrać na konia jednego z przyjaciół.

– Handicap, koń dotąd źle biegał, idzie pod lekką wagą i świetnym dżokejem, powinien wygrać.

Pojechali na wyścigi. Tłumy wyległy w upalny dzień z miasta, trybuny i loże wypełnione były do ostatniego miejsca. Co krok, na prawo i lewo, ostatni krzyk mody. Kobiety zgrabne, śmiałe, umalowane. Każda zrobiła się na ten dzień piękna. Tu podłużone oczy, tam powiększone usta, tu zmieniony kierunek brwi.

Nawrecki patrzył i porównywał. Stanęła mu w oczach Ewelina. Gdyby ją tak tutaj pokazać! Jutro o tej godzinie będzie już coś o niej wiedział, może ją nawet zobaczy. A jeśli nie zatelefonuje? Po co zaraz przypuszczać najgorsze. Zatelefonuje, musi zatelefonować!

Miał dosyć tego upału i zgiełku. D’Ormessy z banknotami w ręku szedł od kasy totalizatora, zadowolony z wygranej.

– Płacili 83 za 10 – wołał do Nawreckiego. – Postawiłem tysiąc. Co zrobimy z wieczorem? Mam proszony obiad, ale trochę po dziesiątej będę wolny. Zapraszam cię, jestem przecież wygrany!

Nawrecki odmówił. Wolał pójść sam do kina. Film był doskonały, ale cały wieczór myśli Nawreckiego krążyły dookoła Eweliny.

Pierwszy telefon o pół do dziesiątej rano wprawił go w stan podniecenia. Wziął słuchawkę i oczekiwał wyroku. Telefon z ambasady. Pani ambasadorowa prosi na śniadanie nazajutrz. Wykręcił się z myślą o możliwej wycieczce autem.

Strzałki elektrycznego zegara, wiszącego naprzeciw łóżka, mijały już dobrze godzinę dziesiątą, gdy telefon znowu zadzwonił. Nawrecki odetchnął z ulgą. A więc jest i nie ucieknie, kiedy sama telefonuje! A jeżeli to nie ona? Nerwowo chwycił słuchawkę. Jej głos!

– Widzi pan, dotrzymuję obietnicy.

– Więc namyśliła się pani nad kuracją?

– Oczywiście. Dwa dni już zeszły, według recepty. Co to mamy dziś? Aha, prawda. Duszno, jedziemy autem.

Nawrecki słuchał i jeszcze uszom nie wierzył.

– Nie ma pani pojęcia, jaką mi radość sprawił pani telefon. Cóż ja przeżywałem za emocje! Niech pani powie, jak z czasem? Kiedy pani da się porwać? Może pani pozwoli, że od razu zaproponuję. Pojedziemy o trzeciej do Chantilly. Około czwartej zaczyna się tam wielka nagroda Diany.

– Wyścigi w Chantilly to za wielkie szyki dla mnie, nie mam odpowiednich toalet ani kapelusza. Spacer dobrze, ale wyścigi – nie.

– W najskromniejszej sukience pani i tak zwróci uwagę wszystkich. Niech mi pani zrobi tę przyjemność i nie odmawia! Zresztą zobaczymy. Naradzimy się w aucie.

– Dobrze. Zobaczymy! O trzeciej będę u znajomych na Boulevard St. Germain. – Wskazała numer kamienicy. – Niech pan poczeka na dole, zejdę sama. Kwadrans po trzeciej.

Czerwony talbot z szarą budą, kierowany wprawną ręką Nawreckiego, musiał przejechać całe miasto z lewego brzegu Sekwany na prawy. Jechali przez najokropniejszą dzielnicę Paryża, tak zwany Targ Pcheł, który zawsze przypominał Nawreckiemu warszawskie Bagno. Wielka wysprzedaż wszystkiego, od obtłuczonych emaliowanych misek do stylowych mebli, od oleodruków do sztychów i olejnych obrazów. Ubrania, stare buty, gramofony.

– To nie jest najładniejszy wyjazd z Paryża – tłumaczył się Nawrecki – ale innej drogi do Chantilly nie ma. A zanim wydostaniemy się na szosę, musimy jeszcze przeskoczyć St. Denis. To twierdza komunistów pod Paryżem – skrzywił się.

W chwilę później byli już w St. Denis. Nawrecki dałby chętnie z pięćdziesiąt franków, żeby nie musieć tędy przejeżdżać. Było coś w nastroju tej dzielnicy, co po prostu warzyło humor i psuło zabawę. Ponure, nieprzyjazne twarze wyzywającym wzrokiem obrzucały piękny wóz. Ludzie usuwali się z jezdni powoli, ociągając się, jakby nie słyszeli sygnałów. Auto omal nie najechało na jakiegoś robociarza. Zazgrzytały hamulce. Z szarej twarzy spojrzały na Nawreckiego oczy pełne nienawiści, padło krótkie, dosadne przekleństwo.

Po kilku minutach wóz sunął już w pełni wiejskiego krajobrazu. Z małego wzgórza widać było sine, jak we mgle, lasy, okalające horyzont. Od czasu do czasu Nawrecki zwalniał bieg. W zieleni parków bieliły się pałacyki. Podziwiali je z zachwytem.

Chantilly!

Tysiące samochodów okolały tor, zapełniając aleje lasu. Mimo namów Nawreckiego Ewelina postawiła na swoim i prosiła, by ominąć tor wyścigowy.

Skręcili w cieniste aleje wśród starych drzew.

– Muszę pani pokazać zamek.

Zamek odbijał się, jak w lustrze, w otaczającej go ze wszystkich stron tafli wody.

– Jakże tu cudnie! – rozpromieniła się Ewelina.

– A wie pani, co znajduje się w skarbcu tego zamku? Marzenie wielu, wielu kobiet: różowy brylant, zwany „Wielkim Kondeuszem”.

Wrócili do lasu i wypadli na wąską szosę, wijącą się wśród łąk i pól. Wiatr przez otwarte szyby wozu niósł skondensowany zapach ziół i kwiatów.

– Jak tu dobrze! Jakiś inny świat. Muszę zwrócić uwagę doktora – mówiła, śmiejąc się, Ewelina – że ani nagroda Diany, ani nawet blask różowego brylantu nie są w stanie konkurować z tym powiewem wiatru, łąkami, błękitem nieba.

Twarz się jej zaróżowiła, na ustach zjawił się uśmiech. Była śliczna. Przystanęli wśród łanów dojrzewającego żyta.

– Musimy się naradzić: Jaką drogą będziemy wracać do Paryża? Gdzie będziemy jeść kolację? O której pani chce być w domu?