ZamachTekst

Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po jakimś czasie stało się oczywiste, że Niemcy – jedynie w dużym przybliżeniu orientujący się, ilu polskich oficerów więził NKWD – uznali, że wszyscy oni zostali zamordowani właśnie w lesie katyńskim. Dziś wiemy, że tych z obozu w Starobielsku zabito w Charkowie, a jeńców z obozu w Ostaszkowie – w Twerze.

W gruncie rzeczy Polacy spodziewali się takiego odkrycia. Przybyli do armii generała Andersa polscy oficerowie z obozu w Griazowcu (byli jeńcy Kozielska, Starobielska i Ostaszkowa) potwierdzali już od końca 1941 roku, że większość ich kolegów, podobnie jak oni, została wiosną 1940 roku dokądś wywieziona, z tą różnicą, że po tej większości zaginął wszelki ślad. Mimo to generał Anders nakazał swoim podwładnym, żeby odnaleźli zaginionych oficerów, jednak poszukiwania okazały się bezowocne.

Chociaż informacje podawane przez Niemców wydawały się wiarygodne, początkowo Polacy, zarówno czynniki oficjalne, jak i – szczególnie – społeczeństwo, cierpiące prześladowania pod okupacją niemiecką, podeszli do nich z wielką ostrożnością i sceptycyzmem. Krajowe władze polskiego Państwa Podziemnego i dowództwo Armii Krajowej wydały poufną zgodę na organizowane przez Niemców wyjazdy przedstawicieli polskich organizacji humanitarnych do Katynia, a gdy wrócili, odebrały od nich relacje. Wszystkie one nie pozostawiały wątpliwości co do winy ZSRR.

Natomiast w następnych dziesięcioleciach wątpliwości badaczy budziło jedynie zapewnienie Niemców, że odkrycie mogił katyńskich było dla nich niespodzianką. Wątpliwości te brały się stąd, że niemieckie władze wojskowe długo, bo od lata roku 1942 do wiosny 1943, ignorowały pogłoski o tych mogiłach. Sprawiało to wrażenie, że Niemcy zdecydowali się ujawnić tajemnice lasu katyńskiego dopiero wtedy, gdy doszli do wniosku, że okolica ta wkrótce przejdzie w ręce wojsk radzieckich. Można było z tego wnosić, że mieli jakiś związek z zamordowaniem polskich oficerów przez NKWD i ujawnili tę zbrodnię dopiero wtedy, gdy nie mieli już wiele do stracenia. Ostatnio dowiedzieliśmy się więcej o charakterze tego związku.

Współpraca między NKWD i Gestapo5 była sprawą oczywistą i udokumentowaną od dawna. Jeden z tajnych protokołów załączonych do niemiecko-radzieckiego układu o granicy i przyjaźni zawartego 28 września 1939 roku zawierał postanowienie, że „Obie strony nie będą tolerować na swoich terytoriach żadnej polskiej agitacji, która dotyczyłaby terytoriów drugiej strony. Będą tłumiły w zarodku taką agitację na swoich terytoriach i informowały się wzajemnie odnośnie do odpowiednich środków podjętych w tym celu”6. Wykonaniem postanowień tego protokołu zajęły się organy bezpieczeństwa ZSRR i Trzeciej Rzeszy. W latach 1939–1940 funkcjonariusze NKWD i Gestapo odbyli szereg spotkań, między innymi w Krakowie, Lwowie, Zakopanem (z tego ostatniego zachowały się fotografie). Do tej pory sądzono jednak, że ta współpraca ograniczała się do wymiany informacji i uzgadniania wspólnej polityki wobec polskich środowisk opiniotwórczych i polskiego zbrojnego oporu. Brak było wskazówek, że współdziałanie NKWD i Gestapo wyszło poza sale konferencyjne i restauracje.

Dopiero w kwietniu 2005 roku historyk Maciej Kozłowski opublikował artykuł7, w którym przytoczył relację, według której mieszkańcy okolic lasu katyńskiego widzieli w maju 1940 roku – a więc w okresie, gdy odbywały się tam egzekucje Polaków – niemieckich oficerów kwaterujących w willi NKWD nieopodal miejsca egzekucji. Wynikałoby z tego, że byli oni naocznymi świadkami radzieckiej zbrodni i jak się zdaje, był to jedyny kompromitujący dla nich jej aspekt. Niemcy wiedzieli więc o zbrodni katyńskiej od samego początku, lecz nie zamierzali przyznawać się do swojego (biernego) w niej udziału, tym bardziej że w tym samym czasie, gdy w Katyniu, Charkowie i Twerze ginęli polscy oficerowie, Niemcy na terenie swojej strefy okupacyjnej rozstrzeliwali przedstawicieli polskich elit politycznych, społecznych i intelektualnych w ramach tak zwanej akcji AB (Ausserordentliche Befriedungsaktion, Nadzwyczajnej Akcji Pacyfikacyjnej). Jak przypomina Maciej Kozłowski, „Jesienią 1990 r. w rosyjskim tygodniku «Nowoje Wriemia» ukazał się artykuł Siergieja Kuratowa i Aleksandra Poliakowa, którzy przedstawili hipotezę, że mord dokonany na polskich oficerach wiosną 1940 r. był z góry zaplanowaną i skoordynowaną wspólną akcją gestapo i NKWD”. Mimo braku dokumentów ze wspólnych narad NKWD i Gestapo, hipoteza ta wydaje się bardzo prawdopodobna, ponieważ przemawiają za tym bliskie kontakty obu tajnych policji, zbieżność dat i podobieństwo zastosowanych metod8. W rezultacie w 1943 roku i później obie strony obawiały się kompromitacji: Niemcy – ujawnienia, że od samego początku wiedzieli o mordzie katyńskim, a teraz udają święte oburzenie, Sowieci – że nie tylko popełnili tę zbrodnię, ale i zaplanowali ją w pełnej zgodzie z Niemcami w okresie, gdy byli „najlepszym sojusznikiem Hitlera”, jak brzmi tytuł książki Aleksandra Bregmana9.

W sierpniu 2005 roku „Gazeta Wyborcza” podała informację pozornie podważającą tezę, że Niemcy od samego początku wiedzieli o zbrodni katyńskiej, a nawet byli jej świadkami. W aktach hitlerowskiego ministerstwa spraw zagranicznych odkryto bowiem dwadzieścia sześć teczek związanych z mało dotąd zbadaną sprawą szukania pomocy u władz niemieckich przez rodziny niektórych polskich oficerów próbujące uwolnić ich z radzieckich obozów. Rodziny te powoływały się na niemieckie pochodzenie swoich uwięzionych bliskich, ale nie jest pewne, czy oni wyrazili zgodę na podjęcie tych starań. Wpłynęło około tysiąca takich próśb, ale ministerstwo zajęło się tylko ponad połową. Prawdopodobnie wstrzemięźliwość tę spowodowało to, że wielu spośród owego tysiąca polskich oficerów w rzeczywistości nie było z pochodzenia Niemcami, lecz jedynie urodzili się oni w Niemczech albo się tam uczyli, bądź po prostu doskonale znali język niemiecki. Niektóre rodziny motywowały swoje wnioski również tym, że ich przetrzymywani w radzieckich obozach bliscy są lekarzami lub farmaceutami i mogą być przydatni w czasie wojny. W rzeczywistości oficerów tych łączyło jedynie to, że przed wojną mieszkali oni na terenach, które po agresji niemiecko-radzieckiej zostały przyłączone do Trzeciej Rzeszy lub ogłoszone Generalnym Gubernatorstwem, toteż władze niemieckie stały się właściwe do wystąpienia w tej sprawie do władz radzieckich. Auswärtige Amt podjął dość energiczne starania w sprawie uwolnienia wspomnianych ponad pół tysiąca oficerów, lecz obecnie wiadomo, że przyniosły one skutek w nie więcej niż 71 przypadkach. Co do pozostałych kilkuset oficerów, władze radzieckie do czerwca 1941 roku (czyli do agresji niemieckiej na ZSRR, gdy oficerowie ci nie żyli już od ponad roku) odpowiadały, że „niemieckie pochodzenie danej osoby nie zostało wystarczająco udokumentowane”, a zatem nie można jej uwolnić. Kontrast między podejmowanymi w dobrej wierze działaniami niemieckiego MSZ a kłamliwymi odpowiedziami radzieckich władz zdaje się wskazywać, że charakter i bliskość współpracy między Gestapo a NKWD były w Niemczech tak wielką tajemnicą, że po prostu Auswärtiges Amt nie został o niej poinformowany przez RSHA.

Ostatni raz, jak nam wiadomo, do tego rodzaju współpracy między Związkiem Radzieckim a Trzecią Rzeszą doszło podczas powstania warszawskiego, które wybuchło 1 sierpnia 1944 roku i trwało do początku października. Była to współpraca zgodna, chociaż nie zaplanowana, można by rzec – spontaniczna. Wyczerpane długą ofensywą i narastającym oporem Wehrmachtu wojska radzieckie zatrzymały się na prawym brzegu Wisły i pozostały tam do stycznia 1945 roku, chociaż marszałek Konstanty Rokossowski przedstawił realistyczny plan uderzenia na główną, lewobrzeżną część Warszawy już w pierwszej połowie sierpnia. Stalin nie tylko odrzucił plan Rokossowskiego, ale i długo uniemożliwiał dokonywanie zrzutów broni dla walczących powstańców, nie zgadzając się, by samoloty alianckie lądowały na radzieckich lotniskach na Ukrainie w celu uzupełnienia paliwa. W tym samym czasie ogromne, doskonale zaopatrzone siły radzieckie uderzyły na Rumunię i Bułgarię; liczebność tych armii nie wynikała ze względów natury militarnej, lecz z dążenia Kremla do zajęcia i zwasalizowania Bałkanów. Tymczasem w Warszawie doszło do sytuacji odwrotnej niż w Katyniu: teraz strona radziecka była biernym świadkiem zbrodni niemieckiej, której przyglądała się przez Wisłę. W powstaniu warszawskim zginęło około osiemnastu tysięcy żołnierzy podziemnej Armii Krajowej oraz mniej więcej sto osiemdziesiąt tysięcy cywilów. Po Katyniu i akcji AB stłumienie powstania warszawskiego dopełniło radziecko-niemieckiego dzieła zniszczenia polskich elit. Zginęło też wielu polskich żołnierzy, którzy nie zdążyli wstąpić do armii generała Andersa i ewakuować się wraz z nią z ZSRR, lecz wstąpili do podporządkowanej Stalinowi armii generała Zygmunta Berlinga. We wrześniu części tych właśnie żołnierzy, nie przeszkolonych w walkach miejskich, rozkazano udzielić pomocy powstańcom. Wielu zginęło już podczas przeprawy przez Wisłę, inni polegli w walkach na lewym brzegu. Ich akcja była spóźniona i nieskuteczna.

Niemcy sukcesywnie publikowali w kontrolowanych przez siebie gazetach i na słupach ogłoszeniowych listy ofiar Katynia, w miarę jak je identyfikowano. Polskie władze podziemne spróbowały jeszcze jednej metody weryfikacji prawdomówności Niemców, często używanej w procedurach wywiadowczych. Wiele lat po wojnie autor miał zaszczyt poznać profesora Remigiusza Bierzanka, wybitnego specjalistę od prawa międzynarodowego oraz politologa, i studiować pod jego kierunkiem stosunki międzynarodowe. Profesor Bierzanek, w 1943 roku trzydziestoletni doktor, znalazł się na jednej z list katyńskich, chociaż nigdy nie był w obozie w Kozielsku ani w Katyniu. Jego nazwisko umieścili na liście polscy drukarze na polecenie polskich władz podziemnych. Niemcy natychmiast zdementowali tę informację, przypisując zamieszczenie na liście nazwiska Bierzanka niewytłumaczalnej pomyłce drukarskiej. Konspiracyjne władze polskie otrzymały zatem kolejny, nie najmniej ważny, dowód wiarygodności wersji niemieckiej, według której zbrodni dokonano na rozkaz Kremla. (Wiemy tylko o kilku przypadkach ewidentnej pomyłki niemieckiej oraz o zatajeniu nazwiska jednej z ofiar10.)

 

Kreml zareagował na rewelacje Berlina komunikatem Radia Moskwa, nadanym 15 kwietnia 1943 roku o 7.15, w którym stwierdzono, że polscy jeńcy wojenni byli zatrudnieni latem 1941 roku przy robotach budowlanych na zachód od Smoleńska i wówczas wpadli w ręce żołnierzy niemieckich, którzy następnie popełnili na nich zbrodnię przypisywaną obecnie stronie radzieckiej.

Wszystkie rządy, zarówno alianckie, jak i państw Osi oraz ich sprzymierzeńców, zdawały sobie sprawę, że Berlin zdobył broń propagandową zdolną rozsadzić koalicję antyhitlerowską. Niemcy były już wprawdzie po klęsce stalingradzkiej, ale w marcu 1943 roku feldmarszałek Erich von Manstein ustabilizował front wschodni, a ostateczny przełom na tym froncie jeszcze nie nastąpił – doszło do niego dopiero latem, podczas bitwy na Łuku Kurskim. W kwietniu 1943 roku nikt nie mógł przewidzieć ani daty, ani wyniku tego starcia. Zachód obawiał się niemal do samego końca wojny, że Stalin może zawrzeć separatystyczny pokój z Niemcami, tym bardziej że lądowanie w Normandii miało nastąpić dopiero za rok. Cały ciężar walk lądowych z Trzecią Rzeszą spoczywał ciągle na Związku Radzieckim, toteż głównym celem Londynu i Waszyngtonu w kontekście sprawy katyńskiej stało się powstrzymanie Polaków przed działaniami politycznymi, które mogłyby skłonić Moskwę do zerwania sojuszu z Zachodem.

Ogłoszenie wiadomości o masakrze w Katyniu nie przysporzyło Niemcom zwolenników wśród Polaków. Hitlerowski terror wobec ludności cywilnej trwał, a 19 kwietnia 1943 roku Niemcy przystąpili do likwidacji getta warszawskiego. W polskich oddziałach stacjonujących w Wielkiej Brytanii i na Bliskim Wschodzie, w dużej części złożonych z byłych więźniów radzieckich łagrów, nastroje antyradzieckie sięgnęły wprawdzie granicy buntu przeciw polskiemu rządowi emigracyjnemu, żołnierze uważali bowiem, że powinien on jak najostrzej zareagować na zamordowanie kilkunastu tysięcy ich towarzyszy broni, ale Władysław Sikorski starał się działać rozważnie, uwzględniając nie tylko aspekt moralny, ale i polityczny interes Polski oraz jej zachodnich sojuszników. Jednak splot okoliczności doprowadził do kryzysu.

16 kwietnia Niemiecki Czerwony Krzyż zwrócił się do Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża w Genewie z wnioskiem, by wziął on udział w badaniu mogił katyńskich. 17 kwietnia rząd polski wydał oświadczenie, w którym (odmawiając „Niemcom prawa do czerpania ze zbrodni, które zarzuca innym – argumentów w obronie własnej” i do występowania w roli obrońców „chrześcijańskiej i europejskiej kultury”) ujawnił, że już 15 kwietnia polecił swojemu przedstawicielowi w Genewie zwrócić się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża z prośbą o wysłanie do Katynia delegacji, która zweryfikowałaby niemiecką wersję wydarzeń. Również 17 kwietnia rząd Władysława Sikorskiego wystosował do rządu radzieckiego notę z prośbą o udzielenie wyjaśnień w sprawie niemieckiego odkrycia. (W sumie od lata 1941 roku władze polskie skierowały do władz radzieckich ponad dwieście oficjalnych i półoficjalnych dokumentów dotyczących losu oficerów internowanych w 1939 roku na terytorium ZSRR.) Owa nota została złożona w radzieckiej ambasadzie przy polskim rządzie w Londynie jeszcze tego samego dnia, lecz ambasador radziecki otrzymał ją dopiero 20 kwietnia. Trzecim dokumentem, wydanym także 17 kwietnia przez stronę polską, był komunikat Ministerstwa Spraw Wojskowych, które streściło w nim historię bezskutecznych poszukiwań zaginionych oficerów polskich i równie bezskutecznych polskich interwencji w tej sprawie u władz radzieckich, a następnie konkludowało:

Jesteśmy przyzwyczajeni do kłamstw propagandy niemieckiej i zdajemy sobie sprawę z celu jej ostatnich relacji. Jednakowoż z uwagi na dokładne informacje dostarczone przez Niemców w sprawie znalezienia zwłok szeregu tysięcy oficerów polskich w pobliżu Smoleńska i w świetle kategorycznego oświadczenia, że zostali oni zamordowani przez Sowiety na wiosnę 1940 r. – powstaje konieczność, aby zbadane zostały odkryte zbiorowe mogiły i aby fakty zostały ustalone przez odpowiednie czynniki międzynarodowe, tego rodzaju jak Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Rząd polski zwraca się do powyższej instytucji, prosząc ją o wysłanie delegacji na miejsce, w którym polscy jeńcy wojenni mieli być zamordowani.11

Do dziś nie jest całkowicie jasne, czy ostatnie zacytowane zdanie zapowiadało, że to rząd polski oficjalnie, we własnym imieniu, zwróci się do MKCK o przeprowadzenie badań w Katyniu, czy też miało jedynie sugerować, że rząd polski popiera wniosek, który – na jego polecenie – został złożony przez polskiego przedstawiciela przy MKCK właśnie 17 kwietnia o 16.30. Jedno i drugie świadczyłoby, że minister obrony generał Marian Kukiel, profesor historii specjalizujący się w okresie wojen napoleońskich, popełnił kardynalny błąd polityczny. Generał Sikorski tłumaczył się później w rozmowie z brytyjskim ministrem spraw zagranicznych, sir Anthonym Edenem, że czytając komunikat ministerstwa obrony, był zmęczony i nie dostrzegł błędu ministra Kukiela.

Ów błąd polegał na tym, że oba wnioski – niemiecki i polski – zbiegły się w czasie. Co prawda Polacy postanowili zgłosić swój wcześniej, bo 15 kwietnia, a Niemcy wysłali swój dzień później, lecz dla Kremla takie niuanse nie były istotne. Liczyło się tylko to, że polski rząd postanowił zbadać zasadność niemieckiego oskarżenia, nie przyjmując na wiarę, bez zastrzeżeń, komunikatu radzieckiej agencji TASS, który obciążał winą Niemców. Międzynarodowy Czerwony Krzyż zapowiedział, że już do 20 kwietnia ustali skład komisji do zbadania mogił katyńskich (jej członkami mieli być eksperci z państw neutralnych – Szwecji, Szwajcarii i Portugalii – działający pod przewodnictwem Szwajcara). Jednak 20 kwietnia zarząd MCK wydał tylko oświadczenie, że z powodu braku zgody jednej z zainteresowanych stron komisja nie zostanie wysłana do Katynia. Ponieważ pozostające ze sobą w stanie wojny Niemcy i Polska opowiadały się za powołaniem misji Czerwonego Krzyża, zatem zgody odmówił Związek Radziecki, który również był stroną zainteresowaną, choćby z formalnego punktu widzenia, ponieważ Katyń znajdował się na jego terytorium. Kreml oskarżył Polskę o współpracę z Hitlerem, a niektórych członków jej rządu o prohitlerowskie sympatie.

W nocy z 25 na 26 kwietnia Związek Radziecki zerwał („przerwał”) stosunki dyplomatyczne z Polską. Polski ambasador w Moskwie, Tadeusz Romer, odmówił przyjęcia odczytanej mu noty (tak samo postąpił ambasador Wacław Grzybowski 17 września 1939 roku), ponieważ jej ton urągał powszechnie przyjętym obyczajom dyplomatycznym. Mimo to została ona później podrzucona do mieszkania ambasadora. Owa nota, oprócz zarzutu o kolaborację polskiego rządu z Hitlerem i insynuacji, że Polska szantażuje Związek Radziecki „celem wydarcia odeń terytorialnych koncesji”, zawierała niezwykle ciekawy passus zdradzający kulisy radzieckiej intrygi. Brzmiał on następująco: „Daleki od dania odprawy podłemu faszystowskiemu oszczerstwu w stosunku do ZSRR, Rząd Polski nie uznał nawet za potrzebne zwrócić się do Rządu Sowieckiego z zapytaniem albo żądaniem wyjaśnień w tej sprawie [Katynia]”12. To zdanie tłumaczy, dlaczego ambasador radziecki przy polskim rządzie na wychodźstwie dopiero 20 kwietnia przyjął polską notę „z zapytaniem albo żądaniem wyjaśnień”, złożoną w ambasadzie 17 kwietnia. Trzeba jednak dodać, że gdyby nota polska została złożona wcześniej, nie zaś w tym samym dniu co komunikat ministerstwa obrony, dający Moskwie okazję do kłamliwych oskarżeń i pretekst do zerwania stosunków dyplomatycznych, to Stalinowi ubyłby tylko jeden z tych pretekstów. Nie znaczy to jednak, że do zerwania by nie doszło, ponieważ Stalin bardzo go potrzebował.

Jak wyżej wspomniałem, utrzymanie militarnej zwartości (bo o polityczną było coraz trudniej) koalicji antyhitlerowskiej było priorytetem zachodnich aliantów, w tym oczywiście również Polski, choć jej rząd nieudolnie rozegrał z Moskwą sprawę Katynia. Niemniej trzeba stwierdzić, że chwilowe poświęcenie moralności na rzecz wyższej konieczności, co niekiedy zdarza się w polityce, to jedno, a czymś zupełnie innym jest uporczywe obstawanie przy kłamstwie w sytuacji, która tego nie usprawiedliwia, kiedy przykra konieczność już przeminęła, oraz prześladowanie przeciwników takiego odrażającego postępowania. Takie zaś było postępowanie rządów amerykańskiego i brytyjskiego. Warto je poznać, gdyż niemal identycznie zachowują się one do tej pory w sprawie śmierci generała Sikorskiego.

Amerykanie już od lutego 1942 roku byli informowani przez Polaków o domniemanym losie większości polskich oficerów, którzy dostali się do radzieckiej niewoli. Od wiosny 1942 roku Amerykanie i Brytyjczycy mieli w armii generała Andersa, ewakuowanej z ZSRR na Bliski Wschód, swoich agentów wywiadu i oficerów łącznikowych. Na czele tych misji stali Amerykanin podpułkownik Szymanski i Brytyjczyk podpułkownik Hulls, którzy wymieniali się informacjami i następnie przekazywali je swoim zwierzchnikom. Wiosną 1943 roku pracujący wyłącznie dla prezydenta Franklina Delano Roosevelta mały zespół śledczy, w którym znajdowali się również eksperci od spraw niemieckich, doszedł do wniosku, że Niemcy nie kłamali na temat zbrodni katyńskiej. John F. Carter, szef tego zespołu, złożył prezydentowi ustny raport w tej sprawie13. Roosevelt znał więc prawdę, tym bardziej gorszące było jego późniejsze postępowanie. Kiedy w maju 1944 roku jego przyjaciel i osobisty wysłannik w różnych poufnych misjach, oficer US Navy George Howard Earle, przedstawił mu dowody radzieckiej zbrodni w Katyniu, które zebrał podczas pobytu w Turcji, Roosevelt odparł: „George, to wszystko niemiecka propaganda i niemiecki spisek”14. Prezydent nie zdobył się na uczciwość i nie powiedział przyjacielowi, że zna prawdę, lecz względy geostrategiczne wymagają, by przymknął na nią oczy. Earle zapewne zrozumiałby, jak ważki to argument, i nie wysłałby do Roosevelta listu z 22 marca 1945 roku, w którym zapowiedział, że opublikuje artykuł ujawniający prawdę o Katyniu, chyba że prezydent mu tego zabroni. Prezydent nie tylko mu tego zabronił, ale na dodatek – widocznie przykładając do uczciwości przyjaciela własną miarę – zesłał go na Samoa, skąd został on odwołany natychmiast po śmierci Roosevelta (zmarł on 12 kwietnia 1945 roku) i przeproszony. W maju 1945 roku podpułkownik John H. Van Vliet jr, który jako jeniec został w 1943 roku wraz z kilkoma innymi kolegami przewieziony przez Niemców do Katynia, gdzie pokazano mu groby, złożył raport z tych oględzin generałowi majorowi Claytonowi Bissellowi, zastępcy szefa wywiadu Wydziału Wojny (G-2) amerykańskiego Sztabu Generalnego. Van Vliet jednoznacznie przypisał winę Moskwie, a Bissell natychmiast utajnił raport. Pytany na początku lat pięćdziesiątych przez komisję Kongresu, dlaczego to zrobił, Bissell odparł jasno i szczerze, że „Polska nie mogła brać udziału w wojnie z Japonią. Rosjanie mogli. To zdecydowało”. (Zachodni alianci najwyraźniej nie doceniali swojej ówczesnej potęgi militarnej. Stany Zjednoczone nie potrzebowały pomocy Armii Czerwonej, żeby pokonać Japonię. Histeryczna prośba Churchilla w grudniu 1944 roku, by Stalin przyspieszył ofensywę na froncie wschodnim i odciążył w ten sposób front zachodni, przełamany przez niemieckie dywizje pancerne w Ardenach, była zbędna, gdyż niemieckim czołgom właśnie kończyło się paliwo.) Dla Roosevelta nie mniej ważne było powołanie do życia Organizacji Narodów Zjednoczonych, a właśnie wiosną 1945 roku negocjowano jej kartę. Wyłamanie się ZSRR spowodowałoby fiasko tej inicjatywy.

Wydaje się pewne, że premier Winston Churchill nie miał wątpliwości, iż to Sowieci dokonali masowego mordu w lesie katyńskim. Brytyjskie czynniki oficjalne milczały o tym podczas wojny z tego samego powodu co Amerykanie – rzecz całkowicie zrozumiała z politycznego punktu widzenia. Janusz K. Zawodny pisze jednak, że nie może zrozumieć powodów milczenia aliantów po wojnie, zwłaszcza – można dodać – po oszukaniu Zachodu przez Kreml w kwestii porozumień jałtańskich (przewidywały one przeprowadzenie wolnych wyborów w państwach wyzwolonych przez Armię Czerwoną spod okupacji niemieckiej) i po rozpadnięciu się wojennego sojuszu z ZSRR. Być może chodziło o obawę Waszyngtonu i Londynu przed kompromitacją w oczach własnej opinii publicznej, być może – w wypadku Stanów Zjednoczonych – w elicie władzy było zbyt wielu ludzi zafascynowanych Związkiem Radzieckim, a być może – gdy chodzi o Wielką Brytanię – powód był jeszcze inny, o czym za chwilę. W każdym razie w Stanach Zjednoczonych już w 1949 roku powstał społeczny komitet, złożony ze znanych i szanowanych osobistości, który wszczął własne śledztwo w sprawie katyńskiej. Natomiast w 1952 roku, pod wpływem informacji o nieludzkim traktowaniu amerykańskich jeńców wojennych wziętych do niewoli podczas trwającej właśnie wojny koreańskiej, powołano specjalną komisję kongresową, która przeprowadziwszy drobiazgowe śledztwo ustaliła, że zbrodni na polskich oficerach dopuścili się Sowieci. („Katyń był wzorem dla Korei” – napisali amerykańscy kongresmani.)

 

Rząd brytyjski nie poszedł śladem Amerykanów. W 1972 roku została jedynie opublikowana korespondencja sir Owena O’Maleya, brytyjskiego ambasadora przy polskim rządzie emigracyjnym w czasie wojny, który niedwuznacznie obarczał winą Moskwę. W połowie lat siedemdziesiątych władze brytyjskie, będące pod silnym naciskiem ZSRR i Międzynarodówki Socjalistycznej, wzbraniały się wydać zgodę polskim organizacjom emigracyjnym na postawienie pomnika ofiar Katynia na skwerze w South Kensington. Ostatecznie 18 września 1976 roku pomnik ten odsłonięto na peryferyjnym londyńskim cmentarzu. Jeszcze w 1990 roku, dwa tygodnie przed tym, jak prezydent Gorbaczow przekazał prezydentowi Jaruzelskiemu pierwsze „dokumenty katyńskie”, i przed ukazaniem się 13 kwietnia 1990 roku oświadczenia agencji TASS potwierdzającego winę Związku Radzieckiego, Foreign Office, indagowane przez profesora Normana Daviesa, utrzymywało, że „wciąż nie ma bezpośrednich dowodów sowieckiej winy, są tylko poszlaki”, chociaż najpóźniej w 1945 roku Brytyjczycy otrzymali raport Polskiego Czerwonego Krzyża obiektywnie dokumentujący winę ZSRR. 14 października 1992 roku profesor Rudolf Pichoja, szef archiwów poradzieckich, w imieniu prezydenta Borysa Jelcyna przekazał prezydentowi Lechowi Wałęsie podstawowe akta sprawy katyńskiej. I wreszcie dopiero zimą 2003 roku został wydany zbiór brytyjskich dokumentów dotyczących Katynia. „Do niedawna należały one do najbardziej strzeżonych dokumentów rządu Jej Królewskiej Mości. Być może dlatego, że dokumenty te są wymownym świadectwem, iż kolejne rządy brytyjskie, znając prawdę, milczały wobec sowieckich prób przerzucenia odpowiedzialności za zbrodnię na Niemców”15. O ile można zrozumieć milczenie Brytyjczyków podczas wojny, gdy chodziło o zachowanie jednolitego frontu wobec Trzeciej Rzeszy, o tyle trudno pojąć, dlaczego milczeli o tym jeszcze przez sześćdziesiąt lat, a szczególnie po roku 1989. Postawa rządu brytyjskiego przypomina zachowanie człowieka, który milczy, obawiając się nie wypowiedzianej groźby. Trudno bowiem uwierzyć, że wyłącznym motywem tak uporczywej obrony przed opowiedzeniem się po stronie prawdy był lęk przed kompromitacją, im dłużej bowiem Brytyjczycy milczeli, tym bardziej się kompromitowali. Czego mogłaby dotyczyć owa domniemana groźba? Pewne poszlaki pojawią się w następnych rozdziałach.

W latach 1945–1946 na norymberskim procesie głównych hitlerowskich zbrodniarzy wojennych Związek Radziecki poniósł prawną, polityczną i propagandową klęskę w sprawie katyńskiej. Radziecki prokurator, opierając się wyłącznie na raporcie fasadowej komisji Nikołaja Burdenki ze stycznia roku 1944, oskarżył Niemców o zamordowanie latem 1941 roku 11 tysięcy polskich jeńców wojennych (! – Niemcy zawyżyli liczbę zwłok w mogiłach katyńskich, ponieważ byli przekonani, że znajdują się w nich jeńcy nie tylko z Kozielska, lecz również ze Starobielska i Ostaszkowa. Teraz strona radziecka zrobiła to samo, ponieważ miała nadzieję, że dzięki temu nikt nigdy się już nie upomni o polskich jeńców z tych dwóch ostatnich obozów. Polacy, którzy wiedzieli, ile zwłok odkopano w Katyniu, jeszcze kilkanaście lat później, już po śmierci Stalina i dojściu do władzy Nikity S. Chruszczowa, wierzyli, że jeńcy ze Starobielska i Ostaszkowa wciąż żyją i powrócą do kraju). Radziecki prokurator bezpośrednią odpowiedzialnością za tę zbrodnię ludobójstwa obciążył 537. pułk łączności Wehrmachtu i jego dowódcę, pułkownika Friedricha Ahrensa. Ahrens – być może wbrew przekonaniu Sowietów – przeżył wojnę i ku zaskoczeniu trybunału zgłosił się dobrowolnie. Udowodnił, że jego pułk nie był pierwszą jednostką niemiecką, która dotarła do Katynia, i że został jego dowódcą dopiero w listopadzie 1943 roku, a jego nazwisko nie brzmi Arnes, jak podawali Sowieci. Wersja Kremla legła w gruzach. Jeden z obrońców głównych oskarżonych, doktor Hans Laternser, zapytał wówczas złośliwie: „Czy mogę zadać oskarżeniu pytanie, kto ma być odpowiedzialny w sprawie Katynia?” Sędzia Geoffrey Lawrence, szanowany za bezstronne prowadzenie rozpraw, usiłował ratować i tak już wątpliwą reputację trybunału: „Proponuję nie odpowiadać na tego rodzaju pytania”. (Reputacji trybunału w tym wypadku nie sposób jednak było obronić, ponieważ złamana została zasada, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie, a przecież rząd radziecki tak czy inaczej był stroną – albo oskarżoną, albo poszkodowaną w wyniku fałszywego oskarżenia, albo oskarżającą; poza tym nie wysłuchano wszystkich zainteresowanych stron, w tym przede wszystkim polskiej. Ponadto moralne prawo Moskwy, nawet gdyby to Niemcy popełnili zbrodnię katyńską, do współosądzania zbrodni ludobójstwa było bardzo wątpliwe po tym, jak w latach trzydziestych Stalin z premedytacją uśmiercił prawdopodobnie ponad dziesięć milionów obywateli ZSRR podczas sztucznie wywołanego głodu na Ukrainie w latach 1932–193316 i kolejne miliony w wyniku masowych „czystek”, poczynając od 1936 roku. Ponadto, chociaż sędziowie trybunału norymberskiego z niewielkimi wyjątkami wykonywali swoje obowiązki, zachowując bezstronność, to z formalnego punktu widzenia byłoby lepiej, gdyby na ich miejscach zasiadali prawnicy z państw neutralnych.)

Od czasu procesu norymberskiego władze radzieckie kwalifikowały mord w lesie katyńskim jako zbrodnię przeciw ludzkości (choć właściwiej byłoby go zakwalifikować jako zbrodnię wojenną). Obstawały przy tej opinii nawet po 13 kwietnia 1990 roku, gdy przyznały się do winy, a po rozpadzie Związku Radzieckiego stanowisko to podtrzymała Rosja za prezydentury Borysa Jelcyna. Dopiero podczas drugiej kadencji prezydenta Władimira Putina, rozpoczętej w 2004 roku, Kreml zmienił zdanie i rosyjska prokuratura generalna oznajmiła polskiemu Instytutowi Pamięci Narodowej, że odtąd nie uznaje masowego mordu w Katyniu za zbrodnię przeciw ludzkości, która – zgodnie z prawem międzynarodowym publicznym – nie podlega przedawnieniu. Rosjanie nie podali motywów tej decyzji, zakończyli śledztwo, a dwie trzecie z ponad 180 tomów jego dokumentacji utajnili i odmówili przekazania Polakom. Można się domyślać, że do takiej zmiany postawy Rosjan przyczyniło się ogólne pogorszenie stosunków polsko-rosyjskich, a być może również obawa przed polskimi roszczeniami odszkodowawczymi i ujawnieniem współpracy z Gestapo w planowaniu zbrodni katyńskiej (jeśli takie informacje są w owych utajnionych dokumentach), ale przede wszystkim to, że rosyjską elitę władzy w dużej części stanowią osoby wywodzące się ze służb specjalnych. Osoby te, nie bacząc na to, że raz dokonanego oficjalnego przyznania się do winy nie sposób cofnąć i wymazać, postanowiły zakończyć procedurę prawną, która widocznie w ich odczuciu przynosiła im i ich instytucji większą hańbę niż sama zbrodnia popełniona przez ich poprzedników. Nie można jednak wykluczyć, że w utajnionych tomach akt znajdują się informacje wykraczające poza wąsko rozumianą sprawę masakry polskich oficerów i dotyczące kwestii, których ujawnienie mogłoby znacznie rozszerzyć ewentualny akt oskarżenia.