Trzy sercaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W tym wszakże wypadku niezdolny był do najmniejszych ustępstw nawet za cenę zjednania sobie jej przychylności. Zresztą to trzeba zostawić czasowi. Wyjedzie na kilka miesięcy, a gdy wróci, pani Matylda odzwyczajona już będzie trochę od myśli, że Gogo jest jej synem. Wróci i wtedy zamieszka już w pałacu. Stopniowo zżyje się z matką i z domownikami, i z panną Kasią, z Kasią... Będzie miał prawo mówić jej po imieniu, będzie z nią prowadził długie rozmowy... Minie rok czy dwa i o Gogu wszyscy zapomną...

Z hallu skręcił do jadalni, by przez kredens przejść do bocznego wyjścia. W kredensie jednak zokaczył pannę Kasię. Stała przy stoliku i segregowała rachunki.

– O, pani sama się trudzi – powiedział. – Proszę mi pozwolić, to już ja...

– Nie, nie, dziękuję panu – potrząsnęła głową. – Muszę sama to zrobić, by wszystko doprowadzić do porządku. Nie chcę po sobie zostawić nieładu.

Spojrzał na nią zdziwiony.

– Jak to zostawić? To już pani nie będzie zajmowała się domem?

– Przecie opuszczam Prudy.

– Pani? Dlaczego? – Przestraszył się. Przemknęło mu przez głowę, że to z jego powodu, że może ona nie chce tu zostać, odkąd on będzie panem Prudów, albo obawiała się, że on nie jest zadowolony z jej pobytu.

Kate spojrzała nań z uśmiechem.

– Czy pan nie wie?

– Nic nie rozumiem, proszę pani!

– Przecie Gogo w najbliższych dniach wyjeżdża.

– No tak, ale pani?

– Jestem jego narzeczoną. Pan wie o tym.

– Jak to?... Pani była jego narzeczoną, ale przecież pani nie wyjdzie za mąż za... Przecie pani zaręczyła się, nie wiedząc, że on...

– Myli się pan – zaprzeczyła. – Wiedziałam o wszystkim. Ja wiedziałam.

– Więc... więc pani go... kocha?...

Kate nie odpowiedziała i Maciej zmieszał się.

– Ja najmocniej przepraszam, że ośmieliłem się zapytać. Bardzo przepraszam, ale myślałem...

Nie dokończył. Powstrzymał się w porę, by nie powiedzieć jej, co sądzi o Gogu, by nie wyrazić zdumienia, że ona mogła nie poznać się na tym człowieku. Nagle przyszła mu zbawcza, jak mu się zdawało, myśl.

– Więc pani zostanie jego żoną, tak?

– Oczywiście.

– A czy pani wie... że on pani nie będzie mógł zapewnić nie tylko dostatku, ale nawet zwykłych wygód? Nie ma nic. Absolutnie nic. Z Prudów nie dostanie złamanego szeląga.

Skinęła głową.

– Owszem, przewidywałam to. Byłam na to zupełnie przygotowana.

– I czy pani sądzi, że on potrafi zarobić na życie dla pani i dla siebie?... Może dostanie jakąś posadkę, ale takie grosze...

Kate spojrzała mu w oczy.

– Ja też mogę pracować... Dawać lekcje, pisać na maszynie...

– Pani? – zawołał z oburzeniem.

– A czy pan uważa mnie za próżniaka? Lubię pracować. Zresztą po co mam przedwcześnie zaprzątać sobie tym głowę.

– Pani popełnia...

Chciał powiedzieć „szaleństwo”, lecz opamiętał się i bąknął:

– Proszę mi wybaczyć...

Skłonił się i prędko wyszedł.

Cały dzień spędził w swoim pokoiku, leżąc bezczynnie.

Wieczorem wstał i poszedł na koniec parku do pawilonu, gdzie mieszkał administrator, pan Ziembiński. Nie zastał go w domu i czekał na ganku prawie godzinę. Było już ciemnawo, gdy zjawił się.

– A któż tam? – zapytał. – A, to pan Maciek? Czegóż tam?

– Dobry wieczór panu administratorowi.

– Dobry wieczór, dobry wieczór, no co tam? O co tam chodzi?

– Ja w prywatnej sprawie.

– W prywatnej, w prywatnej, no to gadaj, z czym tam!

– Chciałem pana administratora zapytać, bo nie znam się na tym: ile trzeba miesięcznie pieniędzy, żeby żyć w dużym mieście, ale żyć zamożnie, żeby niczego nie brakowało. Tak na przykład jak pan administrator.

– Co? Co?... Na loterii pan wygrałeś?

– Nie – zaśmiał się Maciej. – To nie o mnie chodzi.

– Pytasz ile?... Hm... To zależy, jak tam... Hm... No, powiedzmy, półtora tysiąca miesięcznie.

– A jeżeli małżeństwo?

– Jakie małżeństwo?... Czym pan sobie głowę zawracasz! Co to jest? Żenisz się? Z kim tam?

– Nie, mówiłem panu administratorowi, że tylko tak przez ciekawość pytam.

– Przez ciekawość, przez ciekawość. Wszyscyście zanadto ciekawi. Nabijacie sobie głowy takimi tam rzeczami, a później bunty tam, rewolucje... Małżeństwo?... Odczep się pan ode mnie. Skąd ja mogę wiedzieć? No, dwa tysiące.

– Dziękuję panu administratorowi. Chciałem tylko jeszcze zapytać: ile może kosztować urządzenie eleganckiego mieszkania?

– Zwariował! Jak Boga kocham! Po co panu to?... Mieszkanie będzie urządzał! I jeszcze eleganckie! Może pałac, co?

– Nie, panie administratorze. Takie nieduże, ale eleganckie mieszkanie – nie zrażał się Maciej.

– Jak tu z takim gadać? No przecież on nic nie rozumie. Różne mogą być mieszkania. Z antykami czy z tandetą?

– A takie jak pana administratora w Poznaniu?

– Takie? Nie zawracaj sobie pan łepetyny. Do takiego się nigdy nie dochrapiesz! Musiałbyś mieć najmniej... hm... najmniej dwadzieścia tysięcy.

– Dziękuję panu administratorowi. Dziękuję bardzo i życzę dobrej nocy.

– Poszaleli tam... Jak Boga kocham, poszaleli – mruczał administrator, spoglądając ze zgrozą za oddalającym się Maciejem.

Maciej uśmiechnął się do siebie.

Może i naprawdę oszalałem, pomyślał.

Ale już nie wyrzekł się tej myśli i nazajutrz z rana poszedł do pani Matyldy. Przywitała go oschle i nie pocałowała w czoło.

– Z czym do mnie przychodzisz, mój chłopcze? – zapytała krótko.

– Przychodzę oświadczyć, że zmieniłem zdanie.

– Jakie zdanie?

– Co do tych pieniędzy dla pana Goga. Otóż zgadzam się wypłacać mu dwa tysiące miesięcznie, póki nie będzie mógł zarabiać. Oprócz tego na urządzenie się otrzyma dwadzieścia tysięcy. Ale co do tej miesięcznej pensji zaznaczam, że nie zobowiązuję się do tego. W każdej chwili mam prawo ją cofnąć.

Pani Matylda wstała, położyła mu obie ręce na ramionach i powiedziała:

– Jesteś szlachetnym chłopcem, mój synu.

W oczach miała łzy.

– Nie, mamo – potrząsnął głową. – To nie ma nic wspólnego z szlachetnością.

W godzinę później do drzwi jego pokoiku w oficynie zapukał Gogo. Wszedł i wyciągnął do Macieja rękę.

– Przepraszam, że źle sądziłem pana. Myliłem się. Pan jest prawdziwym dżentelmenem.

Maciej uścisnął jego rękę i nic nie odpowiedział.

Rozdział II

Jesienią Zakopane pustoszeje. Większość pensjonatów stoi zamknięta, w tych zaś, które pomimo martwego sezonu są czynne, z rzadka zamieszka ktoś szukający ciszy i prawdziwego odpoczynku. Adam Polaski dlatego właśnie co roku w tej porze przyjeżdżał do Zakopanego i zatrzymywał się w „Roksolanie”. Świetnie mu się tu pracowało. Pisał systematycznie: codziennie po sześć lub siedem godzin, i po dwóch miesiącach wracał do Warszawy z gotową powieścią.

Toteż tym razem, gdy zaraz po przyjeździe dowiedział się, że oprócz niego mieszkają w „Roksolanie” jacyś państwo, był tym tak niemile zaskoczony, że już zaczął zastanawiać się, czy nie poszukać sobie innego pensjonatu.

– Niech się pan nie obawia, mistrzu – uspokajała go właścicielka „Roksolany”, pani Zbędzka. – To są bardzo mili i kulturalni ludzie.

Polaski skrzywił się.

– Właśnie uciekam z Warszawy od miłych i kulturalnych ludzi. Odrywają mnie od pracy. To pech. No, trudno. Wobec tego będę jadał u siebie. Może im pani powiedzieć, że jestem dziwakiem, czy co się pani podoba, ale żadnych znajomości...

– Może pan być spokojny. To młode małżeństwo. Są zakochani w sobie i tylko sobą żyją. Przyjechali tu na miodowe miesiące. Od sześciu tygodni tu mieszkają, a nie wiem, czy zamienili ze mną dziesięć zdań.

– Całe szczęście – mruknął i już zaczął wchodzić na górę, gdy odwrócił się i zapytał: – A czy ona ładna?

– Bardzo, o, bardzo ładna. Po prostu prześliczna – z przekonaniem powiedziała pani Zbędzka.

– Tym gorzej – skrzywił się Polaski. Nie miał wprawdzie żadnego zaufania do gustu staruszki, jednak myśl o tym, że tu gdzieś obok znajduje się jakaś młoda i ładna kobieta, nie dawała mu spokoju.

Gdy wieczorem służąca zjawiła się z zapytaniem, czy ma podać kolację do pokoju, ofuknął ją:

– Po co? Co za pomysł?... Żeby mi tu przez całą noc pachniało kuchnią?

W pół godziny później był już na dole. W jadalni nakryte były trzy stoliki. Jeden dla p. Zbędzkiej i jej syna pod oknem, drugi dla owego małżeństwa z jednej strony drzwi i trzeci dla niego, z drugiej. Ledwie zdążył usiąść, gdy weszli. Jedno spojrzenie wystarczyło mu, by upewnić się, że w zachwytach pani Zbędzkiej nie było cienia przesady.

Wstał i dość niezgrabnie ukłonił się. Odpowiedzieli mu skinięciem głowy i zdawali się nie zwracać nań żadnej uwagi, zajęci rozmową.

Ona jest skończoną pięknością, myślał, zerkając od czasu do czasu w stronę ich stołu. Ciekaw jestem, czy wiedzą, jak się nazywam i czy znają moje książki...

Pomimo swoich zaledwie trzydziestu siedmiu lat cieszył się już dużą popularnością i mógł się tego spodziewać. Jeżeli to są ludzie inteligentni, a takie robią wrażenie, musieli nieraz widzieć jego podobiznę w pismach. Przed pół rokiem otrzymał nagrodę państwową za swoje Ugory i prasa była dosłownie zawalona jego fotografiami.

Pomimo to odniósł wrażenie, że go nie poznają, nabrał też cierpkiej pewności, że nie czytali żadnej jego powieści i w ogóle nazwisko „Polaskiˮ nic im nie powie. Wyglądali na ludzi z wyższej sfery, a ci wciąż ignorują literaturę polską. Taki na przykład Ali Baba... Gdy się poznali przed sześciu laty, nie wiedział o istnieniu Reymonta!... A u siebie w Horaniu miał przecie z piętnaście tysięcy tomów: francuskie, niemieckie, angielskie. Z polskich zaś tylko trójka wieszczów i Sienkiewicz... I tego też zresztą nie czytał.

 

Polaski uśmiechnął się pobłażliwie na myśl o nim. Dlaczego właściwie zaprzyjaźnił się ten poczciwy Ali Baba z nim i z Kuczymińskim, i z Chochlą, i całą ich bandą? Niektórym z nich imponował swoją mitrą książęcą, innym pieniędzmi i pijackimi eskapadami, lubili go zresztą jako miłego kompana i uczynnego przyjaciela. Ale jaką przyjemność on znajdował w tej małpiarni intelektualistów, których mówiąc po prostu, nie mógł zrozumieć?... Czy pociągała go egzotyka ich rozmów?...

Polaski podniósł wzrok i zatrzymał spojrzenie na twarzy pani przy sąsiednim stole.

Na pewno arystokratka, pomyślał. Może jakaś kuzynka Ali Baby. Co za wspaniały okaz przerasowania. Filigran. Czy raczej Benvenuto Cellini. Ale nie jego Nimfa. Coś znacznie bardziej precyzyjnego i wysubtelnionego. I na pewno jest inteligentna.

Przypomniał sobie informację pani Zbędzkiej: są zakochani i tylko sobą zajęci.

Takie robili wrażenie. Rozmawiali półgłosem, ale z ożywieniem. Od czasu do czasu do uszu Polaskiego dolatywały poszczególne słowa. Mówili, zdaje się, o podróżach morskich. Ona nazywała go Gogo, a on ją Kate. On też prezentował się bardzo dobrze. Był świetnie ubrany. (Polaski pomyślał, że należało przebrać się do kolacji w ciemne ubranie). Maniery ten Gogo miał wytworne: typ kulturalnego Francuza, ale nie paryżanina, raczej południowca. Ona natomiast to typ wybitnie nordycki, przypominała Szwedkę czy Norweżkę, w każdym razie Skandynawkę. Fred Irwing oszalałby, gdyby ją zobaczył. No i miałby rację.

Polaski spotkał jej spojrzenie i nieco zmieszany opuścił oczy.

Muszę jąpoznać, postanowił sobie. I to jeszcze dziś.

Toteż umyślnie wstał jednocześnie z nimi i w przejściu powiedział:

– Czy państwo pozwolą, że się przedstawię? Nazywam się Polaski.

– Bardzo mi miło. Jestem brum-brum – niewyraźnie bąknął młody człowiek.

Jego żona wyciągnęła rękę i uśmiechnęła się.

– Cieszę się, że pana poznałam.

– Swoim przyjazdem zakłóciłem państwu samotność – zaczął Polaski. – Ale proszę się nie obawiać. Będę się starał nie być natrętem. Lękam się tylko, że hałas mego warsztatu pracy będzie państwu przeszkadzał. Mamy pokoje na tym samym korytarzu.

– Nie myślałam, że pan swoje rzeczy pisze na maszynie – powiedziała z wyraźną intencją podtrzymania rozmowy.

– Tak, proszę pani, najczęściej na maszynie i dlatego mają styl tak suchy. Widzę, że nie udałoby mi się zachować incognito.

– O tak, poznaliśmy pana od razu – skinęła głową. – Chociaż na fotografiach wygląda pan nieco inaczej.

– Młodziej! – poprawił. – Nie widać na nich mojej siwizny.

– Nie sądzę, by siwizna na skroniach postarzała mężczyznę. Mój mąż na przykład marzy o niej. A co dotyczy stylu pańskich dzieł, wydaje mi się, iż raczej wyróżnia się nadmiarem soczystości.

– Boję się tylko – zaśmiał się – że w tej soczystości widzi pani nadmiar... wody.

– O nie. Są pełne krwi. Ich soki są nasycone masą jakichś ostrych soli i stężonych trucizn. Są bardzo esencjonalne, jeżeli można tak powiedzieć.

– Dziękuję pani za pochwałę, jeżeli miało to być pochwałą.

Zawahała się i odpowiedziała uprzejmie:

– Bardzo wysoko cenię wartość pańskich dzieł i ich poziom.

– Wyciągnąłbym rękę po tę wiązankę kwiatów, ale przeczuwam, że natrafiłbym na ciernie.

Zaśmiała się.

– Zgadł pan. Chociaż wątpię, czy mogłyby pana zranić.

– Każdą krytykę przyjmuję z wdzięcznością.

– Tu nie może być mowy o krytyce – zaoponowała. – Nigdy nie ośmieliłabym się. Chodzi o rzecz tak błahą, jak moje osobiste upodobania. Ale nie chcę pana do siebie zrażać od samego początku. Przypuszczam, że będziemy jeszcze mieli sposobność pomówienia o tym obszerniej.

– Uprzedzam panią, że okres zawieszenia broni wyzyskam na wzmocnienie fortyfikacji obronnych.

– Nie mam nadziei zdobycia ich ani w ogóle zamiarów napastniczych – powiedziała z uśmiechem.

Jej mąż odezwał się po raz pierwszy:

– Ja niestety skazany jestem na neutralność. Nie znam zupełnie nowszej literatury polskiej.

– Nie lubi pan jej?

– Nie mam o niej żadnego zdania. Od wielu lat nie byłem w kraju, a jak pan zapewne wie, za granicą trudno o polskie książki. Teraz dopiero Kate zajmie się dokształcaniem mnie.

Zamienili jeszcze kilka konwencjonalnych zdań i rozstali się.

Polaski, znalazłszy się w swoim pokoju, przez kilka minut stał w zamyśleniu, póki w lustrze nie zokaczył wyrazu własnej twarzy i nie skonstatował, że uśmiecha się głupio. Stwierdził jednocześnie, iż ma źle zawiązany krawat i że mógłby być lepiej ogolony.

Potem usiadł na kanapie i zapalił papierosa. Tak, musiał przyznać, że nie spotkał jeszcze w życiu tak interesującej kobiety. Zapewne Jola Horoszczańska w swoim typie może uchodzić za fenomen, ale ta po prostu zdumiewa. I co za głos! Skoncentrował myśli, by znaleźć trafną definicje. Głos o pełnym brzmieniu, nie, to nic nie wyraża. Głos harmonijny, lub raczej symfoniczny, brzmienie orkiestry instrumentów... W ogóle ta kobieta łączy w sobie z zadziwiającą harmonią najskrajniejsze kontrasty. Jest dziewczęca, niemal dziecinna, a jednocześnie emanuje dojrzałością, zdaje się nie dotykać życia, a w jej spojrzeniu jest doświadczenie i rozum. A i sam rodzaj jej piękności to przecie zbiór kontrastów, ale zbiór, dzięki jakiemuś niesłychanie rzadkiemu przypadkowi, wprost wyjątkowo szczęśliwy.

Zadzwonił i kazał przynieść sobie herbaty. Przy sposobności wypytał pokojówkę o tryb życia sąsiadów. O której wstają, czy wychodzą na spacery i kiedy, czy werandują itd. Dowiedział się też, że zajmują dwa pokoje i że nazwisko ich brzmi dość dziwacznie: Zudra.

Do łóżka wziął powieść Kuczymińskiego, świeżo wydaną, a szczególniej interesującą go z tego względu, że vox populi dopatrywał się w niej epokowego zdarzenia w literaturze. Polaski lubił go wprawdzie, nawet przyznawał mu talent i dużą inteligencję, ale z góry wiedział, że w tym pochwalnym hałasie musi być dużo przesady. I zabierał się do czytania z nadzieją, że znajdzie w tej powieści potwierdzenie swego sądu.

Jednak po kwadransie odłożył książkę. Nie był w stanie skupić myśli i przedzieranie się przez dżunglę stylu autora zaczęło go męczyć. Zgasił światło, ale zasnąć nie mógł, co zresztą przewidywał. Od wielu miesięcy po raz pierwszy nie pił przy kolacji. W Zakopanem zawsze przestawał pić i tylko dzięki temu mógł tu pracować intensywnie. Nie bez melancholii pomyślał o Warszawie. Te szatany zaczynają już schodzić się „Pod Lutnią”. Tukałło pewno od obiadu stamtąd nie wychodził, a Zbyszek Chochla przyjdzie już zalany, bo celebruje swoją ostrą trzydniówkę...

– To sobie użyją – uśmiechnął się. – Już przeczuwam, że wszystkie psy na mnie powieszą.

Zasnął dopiero przed świtem, ale obudził się wcześnie, wypoczęty i uszczęśliwiony stwierdzeniem, że nie ma kaca. Ręce nie trzęsły się, język nie był obłożony, ani śladu bólu głowy i tylko względnie krótki paroksyzm kaszlu pijackiego, warszawska pozostałość. Śniadanie zjadł z apetytem i punktualnie o dziewiątej był już na dole. Nie czekał długo. Pan Zudra z żoną zjawili się ubrani do wyjścia. Ona w dziennym świetle była jeszcze ładniejsza. Przywitali się i sami zaproponowali mu wspólną przechadzkę.

Tegoż wieczoru Polaski pisał do Irwinga:

„ ...rozmowa z nią jest po prostu nieustannym elektryzowaniem wyokraźni, słuchanie jej głosu utrzymuje wszystkie nerwy w wibracji, patrzenie na nią wręcz uszlachetnia. Cała jest dziełem Sztuki. Nie wierzysz?... Nie dziwię Ci się. Ja też nie wyobrażałem sobie, że taka doskonałość może istnieć. Posłuchaj: włosy to len przyprószony złotem, oczy to szafiry, w których ukryto dwa słońca, nozdrza to sewrska porcelana, usta, owal twarzy, ręce, nogi, wszystko jest jakimś nieprawdopodobnym cudem. Gdyby ktoś namalował wierny jej portret, powiedziano by, że przesadził, gdyby ktoś ją opisał, powiedziano by, że kłamie. Przysięgam Ci, Fredziu, że nie widziałeś nigdy takiej skończonej doskonałości. Niestety kocha innego. Ma męża, młody człowiek zupełnie comme il faut. Oczywiście widzę, że z mojej pracy nic nie będzie. Trzy razy na próżno siadałem do maszyny. Zdaje się, że zwariowałem. Nazywa się Kate. Możesz szatanom opowiedzieć o niej. Niech mi zazdroszczą. Tylko nie wspominaj, że ma męża. Przyślij mi expressem Macphersona Fragments of Ancient Poetry. Ona tego nie zna. Znajdziesz to u mnie w gabinecie na drugiej albo na trzeciej półce w zielonej oprawie. Jeżeli będziesz mógł przyjechać, ucieszę się szczerze. Uściskaj wszystkich. – Twój Adam”.

Obawy Polaskiego sprawdziły się. O pracy nie było mowy. Nie mógł usiedzieć w swoim pokoju. Całe dni spędzał na rozmowach z panią Kate lub z Gogiem o niej. Gdy dowiedział się, że zamierzają osiedlić się w Warszawie, wprost nie posiadał się z radości.

Po tygodniu przyjechał Fred Irwing. Przyjechał własnym samochodem i przywiózł Sewera Tukałłę.

Polaski, Kate i Gogo kończyli właśnie obiad. Polaski zobaczył ich przez okno i wybiegł na powitanie.

– Pan Irwing – powiedziała Kate – może być dla ciebie bardzo pożyteczną znajomością. Wspominał mi pan Adam, że jest to syn tego barona Irwinga.

– Więc cóż z tego wynika? – zaciekawił się Gogo.

– Jego ojciec jest wielkim przemysłowcem i ma ogromne stosunki. Jeżeli zechciałby udzielić ci poparcia, sądzę, że łatwo mógłbyś znaleźć jakieś odpowiednie stanowisko.

– Nie chcę teraz myśleć o tym – skrzywił się lekko. – Za dziesięć dni kończymy przecie nasze wakacje. Na kłopoty i starania dość będzie czasu w Warszawie. Swoją drogą to naprawdę szczęśliwy traf, żeśmy poznali tego Polaskiego. Jak się zdaje, ma on rozległe znajomości, i to w towarzystwie. Nie będziemy się czuli w Warszawie jak na bezludnej wyspie. Mam wrażenie, że on nas szczerze polubił.

– Odnosi się do nas z nieukrywaną życzliwością – potwierdziła Kate.

Gogo zaśmiał się.

– Nie do nas, tylko do mnie, bo w tobie się kocha.

– To przesada. Może mu się podobam...

– Och, Kate! Chyba udajesz, że tego nie widzisz!

– Bynajmniej. Widzę, ale nie jestem zwolenniczką pochopnych sądów.

– Tylko nie przypuszczaj, że jestem o ciebie zazdrosny – wziął ją za rękę Gogo. – Wprost przeciwnie. Cieszę się, że zachwycają się tobą. Zresztą czyż można tobą się nie zachwycać?... Żebyś wiedziała, jak często myślę o tym, jak wielkie szczęście mnie spotkało, żeś została moją żoną. Nie uważam siebie za pozbawionego wszelkich zalet czy wartości, ale iluż znalazłabyś dystansujących mnie na każdym polu. Nie mówiąc już o tym, że mogłem ci ofiarować tylko takie nazwisko, które... zawstydza mnie samego.

Spochmurniał i opuścił głowę. Ile razy dotknął tego tematu, stawał się ponury, a chociaż względnie łatwo wracał do równowagi, Kate nie cierpiała tych chwil.

– Mówiłam ci, Gogo, że nie przywiązuję do tego żadnej wagi. Naprawdę powinieneś przestać myśleć o tych sprawach.

– To jest kwestia złamanej ambicji – westchnął.

– Nie, to powinno być kwestią charakteru – poprawiła. – Umiejętność pogodzenia się z rzeczywistością, której nie możemy zmienić, jest kwestią charakteru.

– Masz rację, masz rację, ale nawet nie możesz sobie wyobrazić, jak to jest trudne.

– Im trudniejsze – zauważyła – tym godniejsze wysiłku.

Rozmowy takie odbywały się między nimi nieraz i stanowiły jedyne ciemne plamy na ich pożyciu. Kate przed ślubem nawet nie pozwalała sobie na nadzieję, że ułoży się ono tak dobrze i tak miło. Gogo otaczał ją nieustającą serdecznością, był delikatny i uważny, pamiętał o drobiazgach nawet, nigdy nie narzucał jej swoich pieszczot, gdy tego nie chciała. Wystarczyło jedno spojrzenie, by odczuł, że czegoś sobie nie życzy. W jego postępowaniu nie było nic, z czego mogłaby zrobić zarzut przeciw niemu.

Jeżeli zaś nie udało się jej dotychczas doszukać się w nim szczególniejszych, wyróżniających zalet, rozumiała, że nie ma prawa ich wymagać.

I w innej dziedzinie ze strony Goga spotkało ją miłe rozczarowanie. Wychodząc za mąż, oczywiście wiedziała dokładnie wszystko, co dotyczy fizycznej strony współżycia małżonków. Traktowała to w teorii jako rzecz naturalną i konieczną. Obawiała się jednak, że w praktyce nie zdoła opanować wstrętu do tego wszystkiego, co w miłości jest zwierzęcego, wulgarnego, nieetycznego. Pomimo ukończenia lat dziewiętnastu nie miała rozbudzonych zmysłów. I właśnie żywiła wdzięczność dla Goga za to, że potrafił w sposób subtelny i łagodny nauczyć ją pieszczoty, zmusić bez brutalności jej krew do szybszego krążenia, a jej usta do tęsknoty za pocałunkiem.

 

Ta nowa dziedzina życia, przed którą uczuwała instynktowny lęk, otwarła się dla niej pełna nieznanych dotąd wzruszeń i powabów. W tym była zasługa Goga.

Doznała i tu może pewnego zawodu. Skoro już odkryła w sobie nową dozę wrażliwości, zdolność do nowych podniet i nowych przeżyć, z dnia na dzień oczekiwała doznania jakiegoś apogeum rozkoszy, o którym tak przekonywająco opowiadały różne kobiety i z taką emfazą pisały książki. Nie było tu jednak ani szału, ani zapomnienia, ani płomiennych wybuchów, ani rozżarzeń, w których poza świadomością rozkoszy nie istnieje nic.

Nie. Ich noce były pełne ciepła, pełne słodyczy i łakomego zaspokajania zmysłów. Wystarczyło to zresztą Kate i nawet zaczynała myśleć, że tamte, tak reklamowane huragany i samumy namiętności są jedynie wytworem fantazji erotomanów lub udziałem kobiet seksualnie nienormalnych.

W tych warunkach, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że nie kocha Goga, miała prawo wierzyć, że będzie z nim szczęśliwa. W myśl swoich przekonań umiała pogodzić się z rzeczywistością. Widziała przed sobą jeden tylko cel: wydźwignięcie męża do takiego poziomu egzystencji, na którym przestanie wstydzić się swego pochodzenia i zacznie cenić siebie. O ten cel gotowa była walczyć, dla tego celu zmobilizowała wszystkie swe siły i możliwości, by pomóc mu najskuteczniej.

A ponieważ wiedziała, że wydźwignięcie się Goga jest niepodobieństwem póty, póki nie nabierze wiary w siebie i nowej ambicji, pragnęła jak najbardziej skrócić okres pobierania renty z Prudów, tej renty, która nie była przecież niczym innym, jak zgubnym upokorzeniem, paraliżującym w Gogu właśnie ambicję.

Dlatego też Kate nie pomijała żadnej sposobności, by przygotować teren dla przyszłości męża. Z tej głównie przyczyny ułatwiła Polaskiemu zbliżenie się do Goga i do siebie. Wprawdzie ceniła go jako pisarza, a poznawszy, polubiła jako człowieka, ani przez chwilę jednak nie zapomniała, iż człowiek ten jest w Warszawie popularną osobistością, że rozporządza licznymi stosunkami i że jako przyjaciel Goga może i na pewno zechce udzielić mu poparcia.

Z drugiej strony adoracja, jaką otaczał ją Polaski, sprawiała jej żywą przyjemność. Miała też wadę, że nie umiała istnieć w innej atmosferze niż w atmosferze hołdów i zachwytów. Był to niewątpliwie rodzaj próżności i Kate wiedziała o tym, lecz nie potrafiłaby wyrzec się jej. Musiała być podziwiana przez każde otoczenie i gdy nie dostrzegała objawów tego podziwu, nie zaniedbywała żadnego wysiłku, by je wzbudzić, uciekając się nieraz do kokieterii, dość nawet jaskrawej. Wstydziła się zwłaszcza tych wypadków, lecz wolała przecierpieć wstyd niż wyrzec się zachwyconych spojrzeń.

Stało się to dla niej niemal koniecznością i dlatego nie znosiła tłumu, zwłaszcza tłumu czymś zaabsorbowanego. Czuła się wręcz nieszczęśliwa na dworcach kolejowych, na wielkich zebraniach, a nawet na pensji, gdzie koleżanki odkryły jej słaby punkt, a zazdroszcząc jej urody, robiły wszystko, by udać, że nie dostrzegają Kate.

Nie zależało jej jednak na wzniecaniu w podziwiających ją ludziach uczuć głębszych. Może nawet nie sądziła, by była zdolna do wzbudzania w mężczyznach miłości i nie pragnęła jej zresztą. Toteż słowa Goga nie tylko nie sprawiły jej przyjemności, lecz myśl o zakochaniu się Polaskiego wydała się jej przykra. W każdym razie postanowiła na przyszłość unikać w stosunku do niego wszelkich zalotności.

Irwinga poznała tego wieczora. Wydał się jej dość miłym chłopcem. Był nadspodziewanie młody. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat i jego przyjaźń ze znacznie starszym Polaskim była czymś niezupełnie normalnym. Wysoki, bardzo szczupły, o ciemnych oczach i rudawych włosach, robił wrażenie chorowitego. Mówił mało i cicho, nie wymawiając „r”. Poza tym jego wysiłki zdawały się zmierzać ku temu, by swoją osobą zajmować jak najmniej miejsca w przestrzeni i w uwadze obecnych.

Gdy Polaski przedstawił go Kate, Irwing powiedział:

– Właściwie znam panią od dawna z fotografii.

– Z fotografii? – zdziwiła się Kate.

– Tak. Moja cioteczna siostra była koleżanką pani na pensji w Poznaniu. Zostało po niej grupowe zdjęcie klasy piątej. Na zdjęciu tym jest i pani.

– Jak się nazywała pańska kuzynka?

– Małgorzata Lubicka.

– Ach, Greta! Cóż się z nią dzieje? Zdaje się, że już do szóstej klasy nie przyjechała?

– Umarła.

– Ach, mój Boże!

Polaski powiedział:

– I rzeczywiście pani Kate tak mało się zmieniła, że poznałbyś ją, nawet nie wiedząc, jak się nazywa.

– O tak – lekko zarumienił się Irwing. – Nie znałem przecież nazwiska tej panienki z fotografii i nie znam panieńskiego nazwiska pani. Z podpisów pod zdjęciem wnioskowałem, że pani nazywała się albo Z. Potocka, albo K. Pomianówna.

– To drugie było trafne.

Irwing chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tylko chrząknął i niepewnym półkrokiem wycofał się za ramię Polaskiego, który zaczął wyjaśniać niezjawienie się Tukałły.

– Twierdzi, że bolą go wszystkie kości i przysięga, że nigdy w życiu nie zrobi już tak dużej trasy samochodem. Położył się do łóżka i zdążył już przerazić pokojówkę żądaniem, by zrobiła mu masaż. Zobaczy pani, co to za wspaniały typ!

– Czy jest też pisarzem?

– Nie – zaśmiał się Polaski. – Nigdy, jak sam zapewnia, nie napisał nawet listu. On jest, proszę pani, myślicielem.

– A co robi?

– Myśli. Upewnia nas, że myśli, chociaż nie wiem, kiedy znajdzie na to czas, bo ustawicznie gada. Jeden z naszych przyjaciół, Duś Kuczymiński, przysięga, że Sewer nawet przez sen nie przestaje mówić. Fred przez drogę musiał też nasłuchiwać się jego tyrad.

Irwing lekko się uśmiechnął.

– To był jeden ośmiogodzinny monolog.

– Pan Tukałło wobec tego – powiedziała Kate – powinien sobie wziąć sekretarkę, która by towarzyszyła mu nieodłącznie i stenografowała te monologi.

– To jest pomysł! Chociaż Sewer twierdzi, że i tak jego myśli nie przepadają, bo użyźnia nimi jałowe gleby naszych mózgów.

– Widzę, że nie grozi mu mikromania – zauważył Gogo.

– Nie ma najmniejszego niebezpieczeństwa. Świetny przy tym chłop. Ma niesłychane poczucie humoru i nawet w tej jego bufonadzie jest jakaś dystynkcja czy dostojność. Ktoś ochrzcił go kiedyś angielskim lordem, który urodził się w Gaskonii i zgaskonizował się zupełnie.

– Nie, Adamie, odwrotnie: Gaskończyk, który urodził się w Anglii – z poważną miną poprawił Irwing.

– Słyszała pani? – z politowaniem zapytał Polaski.

– To przecie nie jest identyczne – bronił się Fred.

– Jesteś najnudniejszym człowiekiem na świecie – z przekonaniem powiedział Polaski. – I muszę wyrazić pani moje najgłębsze ubolewanie z powodu jego przyjazdu. To smutne, że się tak powoli rozwija, ale nie tracę nadziei, że kiedyś coś z niego będzie.

Już wcześniej Kate zauważyła, że Polaski ostrzy sobie dowcip na przyjacielu, jakby popisując się jakąś ironiczną pobłażliwością kosztem Irwinga. Był to zdaniem Kate tani i brzydki rys charakteru u człowieka bądź co bądź nieprzeciętnego. Potulność czy bierność, z jaką to przyjmował Irwing, wprawdzie stwarzała wrażenie niezaradności, lecz w Kate wywoływała rodzaj współczucia i sympatii.

Toteż gdy wieczorem Gogo, mówiąc o Irwingu, nazwał go „takim sobie bubkiem”, stanęła w jego obronie.

– Nie znasz go prawie wcale, a już pozwalasz sobie na lekceważący sąd o nim.

– Wystarczy porównać go chociażby z Polaskim. – Wzruszył ramionami.

– Nie, bo trzeba jeszcze przypomnieć, że są przyjaciółmi.

– Właśnie. Wydaje mi się to nieuzasadnione.

– Bo za mało znasz pana Irwinga. Widocznie pan Polaski, który zna go dobrze, odkrył w nim walory godne uczucia przyjaźni.

Gogo nic nie odpowiedział. Po paru minutach odezwał się jednak:

– Oglądałem ten jego samochód. Sześciocylindrówka całej parady i w dodatku model sprzed trzech lat. Nie rozumiem, czy to skąpstwo, czy abnegacja... Z tym baronostwem też nie najlepiej. Tytuł otrzymał dopiero jego dziad. Jak to określił Polaski, za usługi na polu przemysłowym.