Trzy sercaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie upłynęło dziesięć minut, a kanonik zasapany i czerwony, ocierając po drodze kark chusteczką, przeszedł szybko przez hall i poszedł na górę.

W kwadrans później Jan znowu przebiegł, zdążywszy tylko wyjaśnić, że sam nic nie wie i że go posłano, by przyprowadził dawniejszego kamerdynera, Aleksandra. Wkrótce zjawił się Aleksander, wystraszony i zgarbiony we dwoje.

– Tam do licha! – zaklął generał. – Cóż to się stało?!

Nikt z obecnych nie umiał mu wszakże na to odpowiedzieć. Zrezygnowali ze swej drzemki, pełni ciekawości siedzieli tu już od dwu godzin i nic. Nawet Kate, która musiała być au courant całej tej niezwykłej awantury, odmówiła jakichkolwiek wiadomości.

– Idę po krople do apteczki i bardzo przepraszam, że nic więcej powiedzieć nie mogę. Muszę się spieszyć.

– Ale dla kogo krople, złotko? – starała się przytrzymać ją ciotka Kłosia.

– Dla Aleksandra.

Dowiedzieli się jeszcze od Jana, że pani hrabina wraz z kanonikiem chodzili do pokoju zmarłej, ale i to niczego nie wyjaśniało, na odwrót, gmatwało wszystkie domysły.

A potem wszystko ucichło. Ksiądz śpiesznie wrócił do plebanii, Aleksandra musiano odwieźć bryczką, bo nie trzymał się na nogach. Gogo zamknął się u siebie, a Kate nie wychodziła od pani Matyldy.

Wieczorem do pani Matyldy wezwano lekarza. Obie ciotki rezydentki, które do jego wyjścia na posterunku wytrwały, dowiedziały się, że pani hrabinie nic nie grozi. Lekka niedyspozycja na tle niedomogi sercowej. Oto wszystko. Dwa dni odpoczynku w łóżku wystarczy.

Jednak stara pani nie zamierzała stosować się do zarządzeń lekarza. Już o ósmej rano była na nogach, wypiła szklankę mocnej herbaty i kazała wezwać do siebie pisarza prowentowego, Macieja Zudrę.

Wszedł i skłoniwszy się, stanął wyprostowany przed jej fotelem. Pani Matylda przyglądała mu się uważnie z jakimś groźnym wyrazem twarzy. Lubiła go zawsze, uważała za zdolnego oficjalistę i za oddanego sobie człowieka. Miała doń nieograniczone zaufanie. Teraz jednak, gdy wiedziała, że jest jej synem, wydał się jej nieprawdopodobnie obcy, daleki, nieokrzesany, niemal prostacki. Wszystko buntowało się w niej przeciw świadomości, że jego właśnie na świat wydała, że ten sztywny, służbisty młodzieniec może być jej synem, jej, wielkiej damy, którą drażniły pewne niedociągnięcia w wychowaniu nawet Goga.

I druga rzecz: co się kryje pod maską tego człowieka, pod maską posłusznego i sumiennego pracownika? Jaki umysł, jakie serce, jakie wartości? Obowiązek i poczucie zależności wytresowały go. Jaki będzie, gdy usłyszy prawdę, gdy pozna ją, gdy zrozumie, gdy przejmie należną mu pozycję?... Czy dorośnie wówczas do roli hrabiego Tynieckiego?...

Stara pani nie umiała sobie na to odpowiedzieć. Więcej, bo mimo woli dawała sobie odpowiedź zaprzeczającą. Niemal gardziła tym młodzieńcem, niemal buntowała się przeciw oczywistej prawdzie, że ten... służący może być jej synem. A z drugiej strony drżało jej serce. Z drugiej strony przenikał ją ból, że oto w zbrodniczy sposób wydarto jej dziecko, że jej dziecko skazano na gminne wychowanie, podstępnie zamieniono w parobka niemal.

I pragnęła, całą duszą pragnęła ekspiacji za nie swoje winy, wynagrodzenia mu tej wielkiej długoletniej krzywdy, krzywdy, która już do końca jego życia zapewne nie da się wyrównać.

W takiej rozterce przyglądała się mu, gniewna i wzruszona, pełna rozpaczy i odruchowej niechęci, wyrozumowanej miłości i odczuwanej nienawiści.

– Została odkryta rzecz ważna – zaczęła głuchym głosem. – Rzecz ważna dotycząca ciebie i mnie. Ciebie, mnie i rodziny Tynieckich. Dlatego cię wezwałam. Usiądź.

Wskazała mu krzesło, lecz on skłonił się.

– Dziękuję pani hrabinie. Postoję.

– Usiądź – powtórzyła surowo, a gdy spełnił jej rozkaz, ciągnęła: – Umarła Michalina Zudra. Umierając, złożyła wyznanie. Wyznanie to złożyła jeszcze przed paru dniami na spowiedzi. Sprawdziłam je. Jest zgodne z prawdą. Masz i przeczytaj to.

Sięgnęła ręką do stolika i podała mu kartkę, którą zmarła zostawiła pod poduszką w książce do nabożeństwa.

– Poznajesz jej charakter pisma? – zapytała.

– Tak jest, pani hrabino, to jest charakter pisma mojej matki.

– Ona nie była twoją matką. Przeczytaj.

Przyglądała się mu, nieśmiało siedzącemu na brzeżku krzesła, przyglądała się jego rysom, które w miarę czytania ściągały się i zdawały się tężeć. Nie chciała spotkać jego wzroku i gdy skończył czytać, odwróciła głowę.

– Tak – powiedziała. – To, co napisała, jest prawdą. Popełniła zbrodnię, odbierając mi ciebie, podrzucając mi swoje dziecko. Niech jej Bóg przebaczy, jeżeli Jego miłosierdzie tak daleko sięga. Ja jej nigdy tego nie przebaczę. Zbadałam wszystko dokładnie i nie ma żadnych wątpliwości. Ty jesteś moim synem, ty jesteś Rogerem Tynieckim. Nie sądź, bym od razu dała wiarę przedśmiertnemu zeznaniu tej kobiety. Wezwałam księdza, który zmarłą spowiadał, i ten przeczytawszy to wyznanie, które masz w ręku, powiedział, że trzeba mu wierzyć. Znak rodzinny, o którym pisze zmarła, dopełnia miary dowodów. Ten, który dotychczas uchodził za mego syna, jest Maciejem Zudrą, ty jesteś moim synem, Rogerem Tynieckim.

Zapanowało milczenie. Po dłuższej chwili pani Matylda odwróciła głowę. On siedział nieruchomy, wyprostowany i sztywny, trzymając w ręku arkusz papieru. Oczy miał zamknięte i tylko niezwykła bladość jego twarzy świadczyła, że przeżywa moment tak ważny.

– Oznacza to dla ciebie... mój synu, zupełną zmianę w twoim dotychczasowym życiu – mówiła dalej pani Matylda. – Nie wiem, jak się do tego ustosunkujesz. Znam cię zbyt mało i zbyt powierzchownie. Nie wiem też, czy już w tej chwili jesteś zdolny do zdania sobie w całej rozciągłości sprawy z ogromnej wagi tej zmiany. Odzyskujesz należne ci nazwisko jednej z najpierwszych rodzin w kraju, tytuł i wielki majątek. Nadto odzyskujesz matkę, mnie. Wiesz dobrze, że przez całe twoje życie, nie mając pojęcia, żeś jest moim synem, odnosiłam się do ciebie z całą życzliwością.

Mam wrażenie, że nigdy z mojej strony nie odczułeś niesprawiedliwości, niechęci czy krzywdy.

– Nigdy, pani hrabino – powiedział cicho.

– Powinieneś wiedzieć, że to odkrycie prawdy, że to odkrycie podłego oszustwa niecnej kobiety wstrząsa nie tylko twoim życiem, lecz i całej rodziny. Znam cię jako człowieka rozsądnego i przyzwoicie ułożonego. Dlatego chcę, byś zastanowił się nad przyszłymi twoimi krokami, zanim poweźmiesz jakie decyzje. Trzeba to przemyśleć. A ja proszę cię tylko o jedno: nie zrób niczego, co mogłoby całej sprawie nadać posmak publicznego skandalu, co stałoby się sensacją dla gawiedzi. Czy rozumiesz mnie?

– Tak jest.

– W twoim, w moim, w interesie całej naszej rodziny leży dyskretne zlikwidowanie tej sprawy, by, uchowaj Boże, nie dostała się do gazet.

– Rozumiem to, pani hrabino.

– Nie nazywaj mnie tak. Jestem twoją matką...

Stara pani utkwiła wzrok w przestrzeń przed sobą i po długim milczeniu dodała:

– Oboje będziemy musieli przyzwyczaić się do tego. I... obojgu nam nie przyjdzie to zbyt łatwo. Chcę być szczerą z tobą, więc powiem ci, że przez dwadzieścia osiem lat darzyłam pełnią macierzyńskiej miłości tego, którego uważałam za swego syna, twego mlecznego brata. Przywiązałam się doń i przywykłam do moich uczuć. Należały się one tobie i zrobię wszystko, co leży w mojej mocy, by je ci zwrócić. A teraz bądź tak dobry i zostaw mnie samą. Namyśl się nad tym, zastanów się głębiej i gdy dojdziesz do jakichś wniosków, porozmawiamy.

Młody człowiek wstał.

– Oczywiście – ciągnęła pani Matylda – nie krępuję cię w czasie i zawsze masz dostęp do mnie. Zdaj swoje funkcje Macieszakowi i powiedz mu, a także rządcy, że... na przykład masz urlop. Jutro przyjedzie tu do nas radca prawny, mecenas Himler, i omówimy stronę formalną całej sprawy. Jeżeli zechcesz porozmawiać dziś jeszcze z... ze swoim bratem mlecznym, nic nie mam przeciw temu.

Młody człowiek zrobił nieznaczny gest ręką.

– Ja nie mam do niego żadnych interesów.

– Jak chcesz. A teraz cię pożegnam.

Pani Matylda wyciągnęła doń rękę, a gdy pochylił się, by złożyć na niej pocałunek, objęła jego głowę i przytuliła do piersi, i pocałowała w czoło.

W tym geście, podyktowanym niejako przez konieczność, odniosła wrażenie nienaturalności i sztywności, obustronnego przymusu.

Gdy drzwi za nim się zamknęły, szepnęła do siebie z jakimś smutkiem i niedowierzaniem:

– To jest mój syn...

On tymczasem jeszcze półprzytomny szedł w kierunku oficyny, gdzie zajmował narożny pokoik obok kancelarii. Wiadomość usłyszana od hrabiny Tynieckiej uderzyła weń z taką mocą, że wciąż nie mógł zebrać myśli, że wciąż rozstawał się z wrażeniem, iż popadł w jakąś halucynację, w jakiś niedorzeczny sen czy w obłąkanie.

W pokoju pachniało wapnem od świeżo bielonych ścian, na małych szybach okna roiło się od much. Położył się na łóżku. Dużo czasu minęło, zanim zdołał uprzytomnić sobie, co zaszło, zanim zdołał zrozumieć sens tego, co usłyszał od hrabiny Tynieckiej, i teraz już wiedział, że jest przytomny, że nie były to przywidzenia. Natomiast zrodziła się w nim inna wątpliwość. Mianowicie nasunęła mu się myśl, czy aby sama hrabina była przy zdrowych zmysłach?... Lecz nie, chociaż to może przyniosłoby mu ulgę, rozumiał, że ona mówiła poważnie, że mówiła prawdę... Przecie własnymi oczyma czytał list matki, widział jej charakter pisma, te tak dobrze znane i takie drogie koszlawe literki, które odczytywał co tydzień przy spisywaniu rachunków...

Matka... Kobieta, która uchodziła za jego matkę... Jakże to tak być mogło?... Więc cóż znaczy instynkt?! Przecież kochał ją szczerze i głęboko, kochał tę prostą, zapracowaną, nieinteligentną kobiecinę nie za coś innego, tylko z tej przyczyny, że była jego matką, że był jej synem, że czuł się jej synem. Przecie nie dzielił się z nią ani myślami, ani zwierzeniami, przecie nic ich nie łączyło i nie mogło łączyć, przecie żadnej więzi między nimi nie było poza więzią tą właśnie, więzią rodzinną. Kochali się, bo i matka go kochała. Widział tę miłość w troskliwości, w czułej opiece, w drobiazgowej dbałości, w spojrzeniach serdecznych, czasami w łzach...

 

W łzach... Tak, zastanawiały go nieraz, nieraz zjawiały się w jej dobrych oczach bez powodu... Czyż bez powodu?... Czasami padały i słowa, które wydawały mu się nic nieznaczące. Mówiła: – Czy ty mi to kiedy wybaczysz... – Albo: – Oj, znienawidzisz mnie jeszcze...

Wspomnienie to poderwało go. Usiadł na łóżku. Tak, teraz rozumie: ona o tym wtedy myślała.

Więc jednak...

A jednak myliła się. Nie czuł do niej nienawiści. Przeciwnie, gdy teraz zastanawiał się nad jej życiem, które musiało być pasmem wyrzutów sumienia i głodu miłości macierzyńskiej, które przez jej błąd pozbawiło ją rodzonego syna i oddaliło go od niej na zawsze – ogarniało go uczucie smutnej litości.

Stary zegar w kancelarii obok wybił jakąś godzinę i ledwie bić skończył, odezwały się dzwony kościelne.

Z początku nie zrozumiał ich dźwięku, lecz już po chwili zdał sobie sprawę: to przecież na pogrzeb matki. Wstał, wcisnął czapkę na głowę i wyszedł.

Koło kuchennego skrzydła pałacu zebrała się już gromada ludzi. Służba pałacowa, sporo folwarcznej, rządca pan Bartłomiejczyk, młynarz Kuhnke, gorzelany Szelda i poważny Macieszak w komży z krzyżem w ręku. Baby kiwały głowami i popłakiwały.

Wbiegł na górę. Trumna już była zabita. Czterej fornale i kościelny zabierali się do jej znoszenia. Nim zeszli, na dole zebrało się więcej ludzi. Przyszły obie panny rezydentki i panna Kasia. Nim kondukt skręcił w aleję, przyłączył się doń generał Niedziecki i hrabia Roger.

Idąc tuż za trumną, Maciej nie od razu go dostrzegł. W przelotnym spojrzeniu zdążył zauważyć, że hrabia ma wielkie sińce pod oczami i że gryzie nerwowo wargi.

Do kościoła nie było daleko. Zatrzymali się u wejścia. Wyszedł ksiądz kanonik w czarnej kapie, pokropił trumnę, odmówił łacińskie pacierze i stanąwszy za krzyżem, zaintonował pieśń żałobną.

Szli teraz wolniej. Przez groblę między stawami i przez wieś. We wsi ludzie stawali, zdejmowali czapki i przyłączali się do konduktu. Tuż za wsią był cmentarz. Przy wykopanym dole czekali grakarze.

Maciej stanął opodal. Słyszał modlitwy, słyszał rozdzierającą melodię Requiem, hurkot sznurów na trumnie, a później dudnienie ziemi na jej wierzchu. Grabarze wzięli się do łopat. Dół się wypełnił, stopniowo wyrastał nad nim mały wzgórek. Mogiła. Mogiła jedynej bliskiej mu istoty. Nie, teraz trudniej niż przedtem było mu uwierzyć, że ona nie była jego matką...

Ktoś potrącił go w łokieć. Nawet nie odwrócił się. Ludzie się rozchodzili. Gdy rozejrzał się, nikogo wokoło nie było. Ukląkł na świeżym żółtym piasku i wpatrywał się w niewielki czarny krzyż, w przybitą doń tabliczkę blaszaną, głoszącą, że tu spoczywa śp. Michalina Zudra... Dalej były daty urodzenia i śmierci, ale już ich odczytać nie mógł. Łzy napłynęły do oczu, coraz ich było więcej, łaskotliwie i szybko zbiegały po policzkach.

– Matko, mateczko kochana...

Nie mógł wydobyć z siebie nawet szeptu, nawet wargi jego nie poruszały się, ale wiedział, że ona go słyszy. Myśli urywane kłębiły się pod czaszką, myśli czułe, myśli serdeczne. A potem i myśli rozpłynęły się w łzach i tylko w skroniach rósł ból coraz większy, i w uszach szum jakiś.

Wstał z trudem, zatoczył się. Gdy doszedł do bramy, zauważył, że zapomniał czapki. Wrócił po nią, z jakimś otępieniem, prawie z obojętnością spojrzał na mogiłę, starannie otrzepał czapkę z piasku i niespodziewanie poczuł głód. Od śniadania nic w ustach nie miał. Pomyślał, że pani Bartłomiejezykowa, u której się stołował, zapowiadała dziś na obiad peklowaną wieprzowinę. Musieli dlań zostawić. Tłusty, dobrze okraszony śmietaną żur i gotowaną wieprzowinę. Przyśpieszył kroku. Tuż przy wejściu do parku zobaczył hrabiego. Siedział na ławce, paląc papierosa. Maciejowi przyszło do głowy, że czeka tu umyślnie na jego powrót z cmentarza, i pożałował teraz, że nie wybrał okrężnej drogi przez folwark.

Cofać się jednak było za późno. Hrabia wstał i wyciągnął doń rękę. Uśmiechnął się z widocznym przymusem.

– Chciałem z panem pomówić – zaczął. – Wie pan niewątpliwie, o czym.

Maciej nieznacznie wzruszył ramionami i z nieukrywaną nieżyczliwością spojrzał mu w oczy.

– O czymże my możemy ze sobą mówić?

– Po prostu porozmawiać. Pomijając już sprawy interesów... które... o których...

– Proszę pana, pani hrabina zapowiedziała na jutro przyjazd adwokata. O interesach będziemy mówili z adwokatem.

Hrabia pojednawczo kiwnął głową.

– Oczywiście.

– Więc?...

– O, niech pan nie sądzi, że nie zdaję sobie sprawy z tych rzeczy. Jestem pańskim dłużnikiem. To jasne. Ale przecie nie ja tu zawiniłem w tej potwornej sprawie. Chyba obiektywnie przyzna pan, że mojej winy tu nie było?

– Chętnie przyznaję.

– Właśnie, a odnoszę wrażenie, że ma pan do mnie żal, niechęć. Sprawia mi to tym większą przykrość, żeśmy przecie przed laty byli przyjaciółmi. Uczyliśmy się razem. Byliśmy nawet, o ile pamiętam, po imieniu.

Maciej uśmiechnął się zjadliwie.

– Ach, przypomniał pan to sobie?...

– Nie zapomniałem o tym nigdy – zapewniał Gogo, udając, że nie dostrzega ironii. – Wprawdzie to dawne czasy, i takie dziecinne czy chłopięce przyjaźnie z natury rzeczy muszą mijać, zanikać, zmieniać się. Ale nie widzę powodu, by w jakichkolwiek, nawet w całkowicie odwróconych sytuacjach po przyjaźni miała zostawać antypatia czy wzajemna niechęć.

– Toteż – spokojnie odpowiedział Maciej – między nami nie ma mowy o niechęci wzajemnej.

– Jak to mam rozumieć? Przecie ja daję panu dowód, że nie żywię doń niechęci.

– O, pan nawet objawia wyraźną chęć. Ale ja mam do pana niechęć.

Powiedział to głośniej i z nienawiścią spojrzał mu w oczy. Gogo zaczerwienił się. Jeszcze nigdy nie czuł się tak poniżony, tak upokorzony. Czekał tu nań w parku w niejasnej nadziei, że zdoła z tym człowiekiem nawiązać jakiś kontakt, że dzięki wymowie i swemu talentowi towarzyskiemu potrafi odzyskać sympatię tego prostaka. Umyślnie wybrał moment po pogrzebie, licząc na to, że przeciwnik pod wpływem wzruszenia będzie podatniejszy. I zawiódł się. Widział teraz swoją przegraną na całej linii.

– Stawia pan sprawę naszych stosunków aż nazbyt ostro.

– Ja ją tak stawiam?... – zaśmiał się Maciej. – O, nie, proszę pana! Pan ją tak postawił. Może mi pan wierzyć, że czekałem pańskiego przyjazdu z większą niecierpliwością niż inni. Chce pan szczerości, to będę szczery. Tak, czekałem. Bo to ja pamiętałem o tym, że byliśmy towarzyszami, dobrymi towarzyszami w dzieciństwie i nawet później. Co tam, nie spodziewałem się, że wrócimy do dawnej zażyłości. Gdzie mnie, marnemu oficjaliście, do hrabiego, mnie, samoukowi i prostakowi, do pana. Ale myślałem sobie: ot, będę miał kogoś, z kim można pogadać, zwierzyć się ze swych myśli, kogoś znacznie mądrzejszego a życzliwego... Kto będzie wiedział, że ma we mnie uczciwego i całym sercem oddanego pracownika... Tylko niech pan nie sądzi, że liczyłem na jaki awans. Uchowaj Boże. Ja tam nie zgodziłbym się nawet rządcą zostać. Nie miałem ani takich ambicji, ani nie interesowało mnie to. Marzyłem o tym, że w dawnym towarzyszu znajdę życzliwego przewodnika, światłego opiekuna... Bo przecie tu nikogo nie miałem, komu bym mógł chociażby to moje wierszoklectwo pokazać, zapytać, poradzić się... No i przyjechał pan. I z miejsca jak psa, kopniakiem! I drwinki, i śmieszki... Nich pan nie mówi, że nie wiedział pan, jak to mnie boli. Bo pan wiedział. A ja zrozumieć nie mogłem, o co panu chodzi, za co to...

Machnął ręką i dodał:

– Pewno mścił się pan za to, że kiedyś ośmieliłem się być pańskim przyjacielem. Może chciał się pan odgrodzić od sługusa, by nie odważył się na poufałość. Nie wiem. I to już mnie nie obchodzi. Dość, że to pan tak między nami postawił sprawę. I niepotrzebnie to wszystko mówię, bo pan sam doskonale wie.

Gogo słuchał, zagryzając wargi. Coraz wyraźniej rozumiał, że na żadne ustępstwa ze strony tego człowieka liczyć nie może.

– Wiem inną rzecz – powiedział z pewną wyniosłością. – Wiem, że to pan teraz będzie mścił się na mnie.

Maciej zdziwił się.

– Ja? Na panu... Ani zamiaru nie mam, ani możliwości. Cóż ja panu mogę zrokić?... Przecie jest pan człowiekiem ode mnie niezależnym... Ale zapewniam pana, że gdyby pan nawet zamierzał – Maciej zaśmiał się – zostać w Prudach na moim miejscu, jako pisarz prowentowy, nie robiłbym panu żadnych szykan. Mógłby pan śmiało pisać wiersze. Nie zaglądałbym panu do zeszytów. I nie wyśmiewałbym tych wierszy przed panną Katarzyną... Przed moją kuzynką panną Katarzyną!

Gogo dostrzegł w jego oczach wyraz pogardy i nienawiści. Był na siebie wściekły, że sprowokował rozmowę. Z godnością skinął głową.

– Dziękuję panu za wyjaśnienia, które mi w zupełności wystarczą, i za propozycję, z której niestety nie skorzystam. A teraz muszę pana już pożegnać.

Odwrócił się i starając się iść jak najwolniej, skierował się do pałacu.

Tegoż wieczora pani Matylda wezwała Macieja. Gdy zjawił się, oświadczyła mu, że firma Plon Wielkopolski telefonowała przed chwilą z zapytaniem, czy z Prudów nie mogłaby nabyć trzech wagonów pszenicy z natychmiastową dostawą. Cenę dają dobrą, o półtora złotego na metrze wyższą od notowań giełdy zkożowej. Administrator, pan Ziembiński, jest zdania, że należy sprzedać, sama zaś pani Matylda uważała, że lepiej poczekać, bo ceny jej zdaniem pójdą w górę.

– Ponieważ ty jesteś właścicielem Prudów – zakończyła – więc do ciebie należy decyzja.

Był tym zaskoczony i zmieszany. Dotychczas całą zmianę swojej sytuacji ujmował jakby teoretycznie, abstrakcyjnie. Teraz po raz pierwszy odczuł jej realny dotyk. Nie był do tego przygotowany. Zresztą cała sprawa była dlań tak obojętna dlatego, że nie miał o niej żadnego zdania. Toteż zupełnie szczerze zrzekł się decyzji.

– Będziesz jednak musiał, mój synu – powiedziała pani Matylda – stopniowo zapoznawać się z tymi rzeczami.

I pożegnała go pocałunkiem w czoło.

Nazajutrz z rana przyjechał mecenas Himler. Był to gruby, stary jegomość o astmatycznym głosie. Rogowe okulary i mocno kraciaste ubranie nadawały mu wygląd amerykańskiego biznesmena, co jeszcze bardziej podkreślone było żywymi ruchami i głośnym śmiechem.

Swoją powierzchownością, hałaśliwym sposobem bycia i przebiegłymi, świdrującymi oczkami działał pani Matyldzie na nerwy, ale ceniła go jako świetnego prawnika i jako uczciwego człowieka, któremu można było wybaczyć tę amerykańską stylizację. Zresztą miała ona i dobrą stronę. Dzięki niej mecenas Himler zaliczyć się mógł śmiało do tego gatunku adwokatów, którzy nie wdają się w długie a niepotrzebne rozmowy, orientują się od razu i szybko badają każdą sprawę, nie ociągając się z wnioskami.

Tak było i w tym wypadku. Po godzinnej konferencji z panią Matyldą i po rzuceniu krótkiej uwagi ogólnej, w której wypadek scharakteryzował jako fenomenalny i zadziwiający, adwokat orzekł, że pod względem prawnym sprawa nie grozi nadmiarem formalności, skoro obie strony, to jest autentyczny Tyniecki i ten, który dotychczas za Tynieckiego uchodził, nie kwestionują prawdziwości zeznań zmarłej i innych świadków.

Co do uniknięcia skandalu, rzecz zdaniem mecenasa Himlera przedstawiała większe trudności. Przede wszystkim władze administracyjne i wojskowe w związku z zamianą dokumentów. Oczywiście przy stosunkach, jakimi rozporządza pani Tyniecka, a i on jako adwokat, da się zapobiec przedostaniu się tych urzędowych wiadomości do prasy. Jednakże poczty pantoflowej nic powstrzymać nie zdoła. A to tym bardziej że przecie w samych Prudach natychmiast, a w okolicy wkrótce sprawa musi nabrać dużego rozgłosu. Toteż mecenas sądzi, że byłoby wskazane, dla uniknięcia „bomby”, wyekspediowanie obu zainteresowanych na czas możliwie długi z Wielkopolski. Wówczas pogłoski, nie znajdując potwierdzenia, będą słabły stopniowo, a gdy prawy właściciel Prudów powróci, nie będzie to już ani nowością, ani zbyt groźną sensacją.

W trzeciej kwestii mecenas Himler nie mógł dać żadnych rad. Oczywiście rozumiał dobrze, że pani Matylda chciałaby w jakiś sposób zabezpieczyć finansowo przyszłość młodego człowieka, którego uważała przez lat dwadzieścia osiem za swego syna. Uznał to za naturalne. Prawo jednak w niczym tu jej pomóc nie zdoła. Wszystko tu zależy od dobrej woli i chęci prawdziwego Rogera Tynieckiego.

 

– Mówiąc krócej – rozłożył adwokat ręce – od jego łaski.

– Rozumiem – powiedziała pani Matylda. – Wolałabym jednak, bym nie musiała osobiście tej rzeczy z nim poruszać. Mam powody do mniemania, że on Goga nie lubi. Sądzę tedy, że postąpimy najlepiej, jeżeli pan mecenas, w mojej obecności przedstawiając całą sprawę im obu, na zakończenie zwróci się do mojego syna z zapytaniem, jakie zabezpieczenie zechce ofiarować dla Goga.

– Orientuję się, o co pani hrabinie chodzi. Mam pytanie to postawić w ten sposób, by brzmiało jako jeden z warunków prawnych przejęcia własności.

– Nie myli się pan. Chociaż Gogo nie jest moim synem, zżyłam się z moimi uczuciami dla niego. I nieznośna jest dla mnie myśl, że mógłby się znaleźć w nędzy. Jak zaś pan wie, osobistego majątku nie posiadam.

– Postaram się załatwić to według życzeń pani hrabiny.

– Dobrze. – Skinęła głową i zadzwoniła.

Służący otrzymał polecenie i po kilku minutach zjawił się Gogo, a niedługo po nim nadszedł Maciej. Ucałował rękę p. Matyldy, przywitał się z adwokatem i sztywno uścisnął dłoń Goga.

Mecenas Himler chrząknął bardzo głęboko, poprawił rzeczowym ruchem okulary i zaczął swój referat. Mówił płynnie, okrągło i dobitnie. Obaj młodzi ludzie słuchali w milczeniu, raz tylko Gogo zadał jakieś pytanie, a gdy adwokat wystąpił z doradzeniem wyjazdu, bąknął: – To słuszne. – Wreszcie strona prawna zagadnienia została wyczerpana i adwokat, zwracając się do Macieja, powiedział:

– W zakończeniu muszę dodać, że istnieje uzus, iż w podobnych wypadkach osoba przejmująca majątek udziela osobie zrzekającej się go pewnego proporcjonalnego odszkodowania, czy to w formie części tego majątku, czy też dożywotniej renty. Uzus ten zwłaszcza ma zastosowanie w tych wypadkach, gdy zrzekający się czyni to dobrowolnie, a już koniecznie wtedy, gdy ma zasługę wykrycia i ujawnienia okoliczności, które wyzuwają go z majątku. Toteż ponieważ obecnie mówimy o prawnej stronie sprawy, chciałbym usłyszeć z ust pana hrabiego – skłonił się tu Maciejowi – jaką wybiera formę odszkodowania dla swego mlecznego brata i w jakich rozmiarach, które to rozmiary możemy zaraz wspólnie ustalić.

Maciej przybladł lekko i zapytał:

– A co to, panie mecenasie, jest uzus?

Adwokat łypnął nań oczkami i zrobił ręką gest, jakby usiłował zręcznie złapać coś spadającego z sufitu.

– No, uzus... Uzus to zwyczaj, utarty zwyczaj, zwyczajowe prawo.

– Ale tylko zwyczajowe?

– No tak, lecz zwyczajowe prawa we wszystkich kulturalnych społeczeństwach są szanowane bardziej jeszcze niż prawa państwowe.

– A czy może mi pan mecenas wytłumaczyć, jaką szkodę ja zrobiłem memu... mlecznemu bratu?

Adwokat zaśmiał się głośno i prawie szczerze.

– Widzę, że z pana hrabiego tęgi prawnik.

– Mniejsza o to, ale skoro mam dawać odszkodowanie, muszę wiedzieć za co.

– Za zrzeczenie się majątku, który mógł przecie zatrzymać i zataić przed panem wszystko.

– Ja nie potrzebuję wchodzić w to: mógł czy nie mógł. I powiem otwarcie, że jeżeli istnieje owo prawo zwyczajowe, to ja nie będę się do tego zwyczajowego prawa stosował, bo jest niesprawiedliwe.

– Jednakże... – zaczął adwokat, lecz Maciej mu przerwał:

– Ja nie zmienię swojego zdania.

W jego głosie i w wyrazie twarzy była taka zaciętość, że mecenas bezradnie odwołał się wzrokiem do pani Matyldy.

– Widzisz, mamo, nie mówiłem? – z ironicznym uśmiechem odezwał się Gogo.

– Nie przeszkadzaj – zgromiła go pani Matylda i zwróciła się do Macieja: – Mój synu. Nie stawiasz sprawy ładnie. Bo to nie jest ładnie zyskać niespodziewanie bogactwo i zacząć od skąpstwa.

– Wcale nie jestem skąpy – zimno odpowiedział Maciej. – Nie zabiegałem o bogactwo, ale skoro ono mnie się należy, nie widzę racji, by rozdarowywać je na wszystkie strony.

– To nie jest na wszystkie strony, mój synu. Chyba przyznasz, że Gogo ma większe prawa niż kto inny...

– Ma mniejsze niż pierwszy lepszy człowiek. Każdy żebrak ma większe prawo niż on wyciągnąć do mnie rękę po pieniądze. Przez dwadzieścia osiem lat z nich korzystał, szastał nimi na prawo i na lewo. Brał, ile chciał. Kupował samochody i brylanty, studiował w najdroższych uniwersytetach, nauczył się parlować obcymi językami. Miał możność, nieograniczoną możność nauczenia się jakiegoś zawodu. Wszystko za moje pieniądze. Czy to jeszcze mało?... I to wszystko moim kosztem, bo ja dlatego właśnie, że on miał nieograniczone możliwości, nie miałem żadnych. Podwójnie moim kosztem. Czy to jeszcze mało?...

Na twarz Macieja występowały rumieńce. Starał się mówić spokojnie, lecz głos mu drżał. Skończył i powiódł wyzywającym wzrokiem po obecnych.

– Czy to mało? – powtórzył.

Zapanowało milczenie. Po dłuższej chwili odezwała się pani Matylda:

– Ale chyba nie zechcesz, mój synu, skazać Goga, twego brata, na nędzę.

– Dlaczego na nędzę? – wzruszył Maciej ramionami. – Jest młody, zdrowy, nie ciążą na nim żadne obowiązki. Może zarobić na siebie, może pracować.

– Nie tak łatwo dziś o odpowiednią pracę – wtrącił adwokat.

– A cóż to znaczy odpowiednia praca? Każda jest odpowiednia, jeżeli nie ma innej. Jeżeli hrabia Tyniecki przez długi szereg lat mógł być pisarzem prowentowym we własnych dobrach... Zresztą proszę bardzo. W każdej chwili pan... pan... Zudra może zająć tę posadę.

– Żartujesz, mój synu.

– Dlaczego? Wcale nie żartuję. Chyba pani hrabina... chyba mama nie sądzi, że zajęcie, które nie ubliżało jej synowi, będzie ubliżało panu Zudrze?

– Ujmujesz kwestię demagogicznie, mój chłopcze. Nic ubliżającego w żadnej pracy nie ma. Mówisz w rozdrażnieniu i sam, jeżeli zechcesz spojrzeć na to obiektywnie, przyznasz, że dla człowieka z takim wykształceniem jak Goga nie jest odpowiednia posada pisarza.

Maciej rozłożył ręce.

– Niestety, innej w Prudach dla pana... Zudry nie ma. Nie jest chemikiem, więc nie może być dyrektorem cukrowni, nie jest ani prawnikiem, ani handlowcem, by został administratorem. Nawet rządcą nie mógłbym go zrobić, bo nie jest wykształconym rolnikiem.

– Więc też nie proszę cię o posadę dla Goga. Daj mu jeden z folwarków albo jakąś rentę. Jeżeli nie dożywotnią, to przynajmniej na lat kilka, póki nie zdoła stworzyć sobie jakiejś egzystencji.

Maciej uśmiechnął się.

– Gdybym nawet zgodził się na to, czego zresztą nigdy nie zrobię, sądzę, że ambicja pana Zudry nie pozwoliłaby mu przyjąć ode mnie takiej jałmużny.

– Ma pan słuszność – sucho odpowiedział Gogo. – Niczego od tego pana nie chcę i nie przyjmę. Nie mamy o czym mówić.

– Nie mamy – z naciskiem powtórzył Maciej.

Pani Matylda siedziała w swoim fotelu wyprostowana, ale jej twarz miała wyraz zmęczenia i rezygnacji. Gogo, odwrócony plecami do pokoju, stał przy oknie. Maciej spod przymkniętych powiek wpatrywał się w końce błyszczących butów adwokata, czujny i gotowy do odparcia nowego ataku. Ten jednak nie nastąpił. Widocznie i mecenas Himler uznał rzecz za przegraną, gdyż po chwili wrócił do omawiania poprzednio wyłożonych formalności urzędowych.

Stanęło na tym, że w najbliższych dniach obaj zainteresowani w towarzystwie adwokata załatwią te sprawy w Poznaniu, po czym Gogo wyjedzie. Następnego dnia po nim miał również wyjechać Maciej, i to na czas dłuższy.

Wychodząc z tej narady, nie wiedział jeszcze, dokąd wyjedzie, nie zastanawiał się nad tym. Wszystkie jego myśli zajęte były dopiero co stoczoną walką. Nie miał najmniejszych wyrzutów sumienia. Postąpił bezwzględnie, ale słusznie. Goga uważał za człowieka niezasługującego na szacunek ani na jakąkolwiek pomoc. Przykro mu było, że swą decyzją oziębił może raz na zawsze swoje stosunki z hrabiną Matyldą, do której szczerze był przywiązany, a która odtąd przecie stawała się jego matką.