Trzy sercaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie, Kate, nie. Lubiłem ją za życia i naprawdę przykro mi, że umarła, ale nie znoszę widoku trupów.

– Wypadałoby jednak... – zaczęła, lecz Gogo nie dał się namówić.

– Będę na pogrzebie. To wystarczy.

Nazajutrz wczesnym rankiem Kate zaproponowała narzeczonemu partię tenisa. Grywali niemal codziennie i Gogo nie dopatrywał się w tym niczego nadzwyczajnego. Jej jednak chodziło o rzecz ważną. Mianowicie do tenisa Gogo nakładał białe pantofle i takież skarpetki, które zwijał nad kostką.

Czekając nań w hallu, przysunęła krzesło do szafy i położyła na niej swoją rakietę. Gdy zbiegł ze schodów, powiedziała:

– Czy nie mógłbyś zdjąć z tej szafy mojej rakiety, bądź tak dobry.

– Ależ z przyjemnością.

Z kolei on przysunął krzesło, wszedł na nie, a gdy stanął na palcach, by sięgnąć po rakietę i spodnie uniosły się, odsłaniając część nogi nad kostką, ukazał się górny rąbek brązowej myszki.

Serce Kate zaczęło bić mocno. Teraz już nie zostawało żadnych wątpliwości.

Pomimo największego wysiłku woli grała źle i nieuważnie. Poczciwy Gogo posyłał jej coraz łatwiejsze piłki, a wreszcie zawołał:

– Kate! Co się z tobą stało?!

Uśmiechnęła się z przymusem.

– Nie mogę dziś grać.

– Więc dajmy spokój, ale co ci jest? Źle się czujesz, królowo moja?

W jego głosie było wiele miłości i szczerego zaniepokojenia. Kate milczała, walcząc z myślami.

Tak, powzięła wreszcie postanowienie. Muszę przede wszystkim jemu o tym powiedzieć. Muszę być lojalna.

– Kasieńko najdroższa – dopytywał. – Ty masz jakieś zmartwienie?

Potrząsnęła głową.

– To nie jest zmartwienie, Gogo. To jest... tragedia.

Bardziej niż tych słów przestraszył się wyrazu jej spojrzenia.

Zdawało mu się, iż zna wszystkie wyrazy tych kochanych oczu, ale teraz zobaczył w nich coś zupełnie nowego: jakby ból, jakby rozpacz, jakby litość.

– Przerażasz mnie, Kate – powiedział.

Teraz już był pewien, iż stało się coś okropnego. Wyobraźnia podsuwała najpotworniejsze możliwości. Oto za chwilę ta najdroższa na świecie istota powie, że kocha kogoś innego albo że ktoś ją uwiódł, że spodziewa się dziecka... Może je już ma... gdzieś w ukryciu…

Czuł całą niedorzeczność, całą plugawość tych posądzeń, a jednak czuł również, że dowie się od niej czegoś okropnego, czegoś wstrząsającego.

Kate odłożyła rakietę.

– Chodź – powiedziała. – Pójdziemy do parku. Mam z tobą do pomówienia.

– Dobrze. Ale odpowiedz mi na jedno, bo nie wytrzymam! Czy to, co zakomunikujesz, dotyczy ciebie... twoich uczuć czy projektów?

– Nie, Gogo. Dotyczy ciebie. Mnie tylko pośrednio.

Odetchnął z ulgą i uśmiechnął się.

– Chwała Bogu! Więc chodźmy.

Przekonany był, że sprawa cała dotyczy jakichś plotek. Musieli wczoraj głupstw jej nagadać. Pewno o tej kasjerce z Juan-le-Pins. Oczywiście skończy się na wyjaśnieniach. Nie znał wówczas Kate, wobec tamtej dziewczyny był w porządku, płacił jej alimenty, mogła żyć dostatnio, ba, wyjść dobrze za mąż, a za jej histerię on nie odpowiada. Strzeliła do tej Włoszki przez głupotę, przez głupotę też odebrała sobie życie...

Szli szeroką lipową aleją, później skręcili w lewo. Pod starym dębem stała tu ławeczka. Dąb nazywał się od niepamiętnych czasów Marszałkiem Czarnego Stawu, nazywał się zaś tak dlatego, że rzeczywiście zdawał się panować z wysokiego brzegu nad wielkim stawem, który nieruchomą taflą leżał tuż nad nim. Staw był bardzo głęboki, mulisty, pełen starych korzeni i wodorostów. Nie oczyszczano go rozmyślnie, pozostawiając w tym półdzikim stanie, zresztą i nie opłacało się, gdyż dno miał takie, że ryby w nim złapane nie nadawały się do jedzenia. Czuć je było błotem.

Ale z ławki pod Marszałkiem roztaczał się piękny, szeroki widok na kępy starych brzóz i grabów po drugiej stronie, i na strome wzgórze z białą kapliczką. Ławka ta miała jeszcze i tę zaletę, że stała z dala od uczęszczanych części parku i że nikt tu nie mógł zbliżyć się niepostrzeżenie.

Szli w milczeniu i w milczeniu tu usiedli. Po dłuższej dopiero chwili odezwała się Kate:

– Musisz mi obiecać, Gogo, że przyjmiesz spokojnie to, co ci zakomunikuję.

– Możesz być tego pewna, Kate.

– Otóż zacznę od tego, że z nikim jeszcze o tym nie mówiłam. Ty jesteś pierwszy. Mam do ciebie zaufanie, ale w danym wypadku nie ono odgrywa rolę. Po prostu to jest sprawa przede wszystkim twoja.

– Słucham, Kate.

– Wczoraj wieczorem umarła Michalinka Zudrówna i jak wiesz, byłam przy jej śmierci.

– Wiem, Kate.

– Przed śmiercią zrobiła mi wyznanie...

Niski, głęboki głos Kate załamał się i stał się prawie szorstki.

– Wyznała mianowicie, że syn jej, uchodzący za jej syna Maciej Zudra, nie jest Maciejem Zudrą, nie jest jej synem.

Gogo zaciekawił się.

– Tak? Więc kimże jest?

Kate była blada.

– Jest hrabią, Rogerem Tynieckim.

– Nie rozumiem?

– Jest hrabią Rogerem Tynieckim, synem śp. Maurycego Tynieckiego i Matyldy z Pomianów Tynieckiej. Że jest jedynym ich synem.

Gogo spojrzał na nią z takim wyrazem twarzy, jakby mówił z istotą nieprzytomną.

– Przepraszam cię, Kate – odezwał się łagodnie – czy chcesz przez to powiedzieć, że Maciuś jest synem moich rodziców?

– Tak, Gogo. Jedynym synem.

Zaśmiał się pojednawczo.

– Dobry żart! Kimże ja w takim razie jestem? Czy nie powiedziała ci tego?

Miał minę rozbawioną.

– Owszem, powiedziała. Ty jesteś jej synem, Maciejem Zudrą.

– Ja?... Ja?... – Gogo wybuchnął głośnym, niepohamowanym śmiechem – Ja Zudra?... Cha... cha... cha... Wybacz, Kate... Cha... cha... cha... Wybacz, ale nie mogę się powstrzymać... Moja cudna, moja kochana Kasieńko... To tym się tak frasowałaś?... Takimi głupstwami! Cha... Cha...

– To nie są głupstwa, Gogo. To prawda.

W jej tonie było takie przeświadczenie, że się aż zdziwił.

– Jak mogłaś uwierzyć w podobne bzdury!

– Ludzie na łożu śmierci nie opowiadają bzdur.

– Więc majaczą – zawołał prawie z gniewem, zły, że taka inteligentna istota, jak Kate, wzięła podobne nonsensy na serio. – Majaczą, miewają halucynacje. Ta poczciwina nagadała ci bajek, a ty...

– Gogo – przerwała Kate. – Nie jestem tak naiwna, jak myślisz. I nie zaczynałabym tej rozmowy, nie podnosiłabym tej sprawy, gdybym nie wiedziała, gdybym nie wiedziała z całą pewnością, że Michalinka wyznała prawdę.

Roger opanował się. Traktowała tę absurdalną historię tak poważnie, że należało równie poważnie udowodnić jej, że została wprowadzona w błąd. Zapytał więc spokojnie:

– Wynikałoby z tego, że mnie i Maciejka zamieniono?

– Tak.

– I któż tego dokonał?

– Ona. Michalinka, twoja prawdziwa matka.

– Nie nazywaj jej, proszę, moją matką... Później będzisz się rumieniła, gdy sobie to przypomnisz. Ale czy nie zastanawiałaś się, w jaki sposób mogła tego dokonać?

– W bardzo prosty. Mając do karmienia dwoje niemowląt w jednym wieku i nie podlegając niczyjej kontroli, zapragnęła swemu synowi zapewnić lepszy los. I zamieniła.

– Jak to? – zirytował się. – I sądzisz, że nikt by tego nie zauważył?

– Mógł nikt nie zauważyć, ale owszem, znalazł się ktoś, kto nie tylko zauważył, lecz przyłapał ją na gorącym uczynku zamiany.

– Któż to był?

– Aleksander, kamerdyner, Aleksander Żołoń.

– A przyłapawszy, on, najwierniejszy sługa mego ojca, nie uważał za stosowne zawiadomić o tym swego pana?... Zastanów się!

– Nie ironizuj, Gogo – smutnie odpowiedziała Kate. – Owszem, wiedział, co jest jego obowiązkiem, ale nie wypełnił go. Michalina liczyła wówczas sobie lat dwadzieścia dwa czy trzy, a on już był po pięćdziesiątce. Kupił ją za cenę milczenia.

W oczach Rogera po raz pierwszy zamigotał niepokój.

– Bajeczka wcale zgrabnie ułożona, ale na szczęście Aleksander żyje jeszcze i...

– Na nieszczęście wszystko potwierdza – zakończyła Kate.

Rogerowi krew uderzyła do twarzy. Milczał przez chwilę, a później wybuchnął:

– To nieprawda! To niecne kłamstwo! To podła intryga! Oni uknuli to przeciw mnie!

– Uspokój się, Gogo.

– Skąd wiesz, że Aleksander to potwierdza?!

– Rozmawiałam z nim. Przyznał się wśród płaczu i zaklinał mnie, by nie poruszać tej sprawy. Boi się sądu i pozbawienia dożywocia.

– To ostatnie nie minie tego starego łotra! – zacisnął pięści Gogo. – Ach, nędzne gadziny, plugawe gady! I ośmielili się jeszcze ciebie, właśnie ciebie, moje ty kochanie, mój ty aniele biały, wciągnąć w tę błotnistą intrygę. Ale ja z nimi zrobię porządek!... Ha, patrzcie go! On nie tylko wierszyki układa, ale i wcale przemyślne planiki. Taki drobiazg! Ograbić za jednym zamachem mnie z nazwiska, z majątku, z tytułu! Niezły spisek: umierająca matka, stary sługa i ten gagatek. Ręczę ci, że to on wymyślił wszystko, że on jest sprężyną całej tej diabelskiej machinacji. No, już ja z nimi zrobię porządek!

Zbladł i trząsł się cały.

– Ohyda, ohyda, ohyda – powtarzał.

– Nie mów tak, Gogo, bo i ja może nie uwierzyłabym temu wszystkiemu, gdybym nie miała bardziej przekonywającego dowodu, który niestety nie pozostawia żadnych wątpliwości.

– Dowodu?

– Tak.

– Jakiż to dowód?

– Chodź ze mną.

Gogo wziął ją za rękę.

– Zaczekaj. Przecież nie musisz mi pokazywać tego dowodu. Wystarczy, jeżeli powiesz, o co chodzi.

– Więc dobrze. Umierając, Michalinka powiedziała mi, że jej syna można rozpoznać po tym, że ma na prawej nodze nad kostką znak rodzimy, znak w tym samym miejscu i taki sam jak u niej. Sprawdziłam. Zmarła ma ten znak rzeczywiście. Zresztą Aleksander, który w owym czasie widocznie bardziej interesował się nogami Michalinki, właśnie po tym znaku poznał, że was zamieniono. Czy masz na prawej nodze nad kostką brązową myszkę?

 

Podniosła nań oczy i aż przestraszyła się: był blady jak trup, twarz zastygła mu w jakimś bolesnym grymasie, w oczach miał bezradny, paniczny lęk.

Wzięła jego rękę. Łagodnie wyprostowała kurczowo zaciśnięte palce. Wielka litość ściskała jej gardło.

Biedny chłopak, biedny chłopak, myślała, ale nie mogła z siebie wydobyć ani słowa. Tylko coraz cieplej, coraz serdeczniej gładziła jego rękę.

Mijały minuty jedna za drugą. Ciszę przerywał tylko szelest liści z rzadka opadających z drzewa lub krótki plusk wody na dole w stawie. Wreszcie Roger odezwał się ochrypłym i głuchym głosem:

– To straszne... to straszne... Ja synem tej kobiety. Nie mogłem doznać haniebniejszego poniżenia...

Po chwili podniósł rękę Kate do ust i pocałował.

– Jakie to szczęście – powiedział – że to właśnie ty dowiedziałaś się o tym wszystkim.

– Nie uważam tego za szczęście. Wolałabym nigdy o tym się nie dowiedzieć.

– Rozumiem – przyznał – ale pomyśl, że to był tylko przypadek, pomyśl, że przy śmierci tej... kobiety mógł znaleźć się kto inny. Wtedy byłbym zgubiony.

Szeroko otworzyła oczy.

– Co przez to chcesz powiedzieć?

– No, nie byłoby dla mnie ratunku. Ten pisarz prowentowy odebrałby mi wszystko i puścił z torbami. Przecie każdy inny, usłyszawszy takie wyznanie Michalinki, roztrąbiłby je natychmiast. I doprawdy, jestem pełen podziwu dla twej ostrożności i przezorności, Kate, że tylko mnie powiedziałaś o tym.

– Tak, bo uważałam, Gogo, że ty o tym musisz wiedzieć pierwszy.

Na ostatnim wyrazie położyła silny nacisk, lecz on tego nie zauważył.

– Tak, pierwszy. Pierwszy i ostatni. Oczywiście Aleksander w dobrze zrozumiałym własnym interesie nie piśnie ani słówka. Ja też, zapewniam cię, nie zamierzam tym się chwalić.

Zaśmiał się krótko i nerwowo.

Kate spojrzała nań z niedowierzaniem.

– Nie chcesz chyba przez to powiedzieć, że chciałbyś już teraz świadomie przywłaszczyć to, co się należy Maciejowi?

Jej pytanie brzmiało łagodnie, lecz wyczuł w nim jakieś surowe akcenty.

– O, nie. Nie zamierzam go krzywdzić. Dostanie to, czego się nigdy w życiu nie spodziewał, o czym nie marzył. Dam mu jeden z folwarków. Powiedzmy, Skorochy. Co? Dwadzieścia kilka włók pięknej ziemi. Dla niego to fortuna.

– To może być fortuną dla Maciejka, ale nie dla hrabiego Rogera Tynieckiego – powiedziała, skandując sylaby.

– Jeżeli uważasz, że to za mało... Nie jestem skąpy. Dodam mu coś jeszcze.

– Jesteś bardzo hojny. Zapominasz tylko o jednym, że hojny jesteś z cudzego. Przecież to wszystko jego własność.

– Zapewniam cię, że nie wiedziałby, co z tym począć – powiedział Gogo z lekkim rozdrażnieniem. – I tak oszaleje chyba z wdzięczności, gdy dostanie Skorochy.

– Wiedząc, że należy mu się wszystko?

– Ba, ale tego nigdy nie będzie wiedział.

Kate wstała i głos jej drgał lekko, gdy zaczęła mówić:

– Rogerze. Wiem, że nie przemyślałeś tego, coś powiedział, i tylko dlatego nie cofam ci swego szacunku. Miałam cię zawsze za człowieka uczciwego, za człowieka honoru. I wierzaj mi, gdybym kiedyś przekonała się, że jest inaczej, byłby to dla mnie cios stokroć boleśniejszy niż odkrycie tego, że nie jesteś hrabią Tynieckim. To ci najmniejszej ujmy nie przynosi, tamto pogrzebałoby cię w oczach wszystkich porządnych ludzi. Chcę wierzyć, że postąpisz uczciwie. Nie wątpię, że postąpisz uczciwie! Zastanów się, czy zaznałbyś przy twoim sumieniu i przy twoim poczuciu własnej godności bodaj jedną godzinę spokoju i zadowolenia, wiedząc, że korzystasz z cudzej krzywdy, że okradłeś kogoś z nazwiska i majątku, korzystając z jego nieświadomości.

Spojrzał jej w oczy, spuścił głowę. Zgasło w nim nerwowe podniecenie, mięśnie twarzy rozluźniły się wyrazem jakiejś rezygnacji i wielkiego zmęczenia.

– Masz rację, Kate – odezwał się cichym i matowym głosem – masz rację... Wszystko skończone.

– Nie myśl, Gogo – położyła mu rękę na ramieniu – że chcę wywrzeć jakiś nacisk na twoje sumienie. Wierzę, że to jest niepotrzebne. Ty sam doskonale zdajesz sobie sprawę z jego stanu i z jego wrażliwości. Pragnęłam tylko przyspieszyć w tobie uświadomienie tych rzeczy.

– Tak, tak...

– I widzisz – mówiła, siadając znowu przy nim – dlatego nie wspomniałam o całej sprawie nikomu ani słowem. Nawet cioci Matyldzie. Chciałam oddać to w twoje ręce, do twojej decyzji, zależało mi na tym, byś nie pod jakąś presją, lecz z własnej woli, z poczucia własnej godności mógł wielkodusznie postąpić.

Sięgnął po papierośnicę, lecz ręce mu drżały i rozsypał jej zawartość.

– Psiakrew! – zaklął przez zęby.

– Opanuj się, Gogo – powiedziała łagodnie – przecież stać cię na to.

– Tak, tak... Ale pozwól mi zastanowić się, pozwól pomyśleć...

Oparł głowę na rękach i siedział tak zgarbiony. Nad czymże miał się zastanawiać! Wszystko było jasne i zrozumiałe. Zostanie z dnia na dzień wyzuty z wszystkiego, z czym zżył się od dwudziestu ośmiu lat, co stało się, co było od początku aż do dzisiaj treścią jego egzystencji, co było nim samym. Znaczyło to stokroć więcej niż katastrofa majątkowa. Nieraz zastanawiał się nad tym, co począłby w wypadku jakiegoś przewrotu społecznego, jakiejś rewolucji komunistycznej w Polsce. Byłby wówczas nędzarzem, ale i gdzieś na emigracji nie przestałby być hrabią Tynieckim, przed którym otwierały się wszystkie drzwi najlepszych domów, nie przestałby być sobą. Miał prawo oczekiwać pomocy i poparcia od licznych swoich kolegów i przyjaciół, od ludzi swojej sfery. Zresztą nigdy nie zaprzątał sobie głowy zmartwieniami natury finansowej, bo ich nigdy nie doświadczył. Teraz i pod tym względem otwierała się pod nim próżnia. W próżni tej jego wyobraźnia nie umiała znaleźć żadnego punktu oparcia.

Po prostu miał stać się niczym. Jakimś, śmiech powiedzieć, Maciejem Zudrą, ba, czymś mniej zdatnym do życia niż obecny Maciej Zudra...

Oczywiście będzie musiał stąd uciec, będzie musiał zostawić to wszystko, majątek, pałac, znajomych i tę kobietę, którą uważał za matkę, którą kochał, i tę drugą, Kate... Tak, i ją, bo przecie nie mógł się spodziewać po niej, po Pomianównie, że zechce wyjść za mąż za jakiegoś Zudrę... Trzeba będzie wyrzec się i jej.

Serce ścisnęło się gwałtownie.

Ona mnie nie kocha, ona mnie nigdy nie kochała, myślał. Gdyby kochała, nie uwierzyłaby tej... tej... Michalince, nie starałaby się zebrać dowodów. A jednak – zjawiła się wątpliwość – dlaczego w takim razie jemu pierwszemu o tym powiedziała?... Czy nie rozumiała, że zabija go? Czy nie rozumiała, że odbiera cały sens jego przyszłemu życiu?... Bo to przecie jasne. Nie zostaje mu nic innego, jak palnąć sobie w łeb.

Byłoby, ach, byłoby inne jeszcze wyjście: błagać Kate, by milczała, przekonać ją...

Ale wiedział doskonale, że było to nad jego siły. Wprost nie miałby odwagi po tym, co z jej ust przed chwilą usłyszał, wydobyć z siebie jakąś prośbę, perswazję czy propozycję. I pomyśleć, że to ona staje się jego katem. Bo tylko ona. Ona jedna wie, w jej ręku losy... Od niej jednej właściwie zależy wszystko.

I nagle gdzieś w głębi mózgu jak palący żużel zatliła się myśl: Gdyby Kate umarła... Zanim zdąży komuś powiedzieć... Gdyby umarła teraz, w tej chwili...

Krew napłynęła mu do głowy, serce uderzyło nierównym taktem i skurczyło się w bezruchu.

Tak... Przecie bywają nagłe zgony... Nieostrożne obchodzenie się z bronią... Albo utonięcie... Tak, utonięcie... Mówiła, że nie umie pływać, a tu brzeg taki wysoki. Jeden nieostrożny krok, jedno przechylenie się... Jedno... pchnięcie... Ludzie daleko, nie dosłyszą krzyku... Nieszczęśliwy wypadek i żadnego posądzenia...

Krew zalewała mózg, szczęki zacisnęły się kurczowo.

Oto wyjście, oto ratunek. Nie ma innego.

Nie poruszył się, nie drgnął nawet, tylko ostrożnie podniósł oczy i spod czoła uważnie przyglądał się stromemu brzegowi i czarnej tafli stawu w dole.

Czuł, że tętno krwi uspokaja się, stygnie coś w nim i krzepnie. Chłód pod czaszką i suchośc w gardle, i twardy dotyk łokci na kolanach, i szmer spadających liści, i lekki zapach perfum Kate. Świat zewnętrzny wracał do jego świadomości wyraziście i dokładnie.

Jednocześnie wszystko wydało mu się obce, wrogie, nienawistne, jakże inne od tego świata, w którym żył, który uważał za stworzony jakby specjalnie dla niego. Wyprostował się i spokojnie zapalił papierosa. Palił w milczeniu, obliczając wzrokiem odległość ścieżki od brzegu urwiska. Nie wynosiła ponad pół metra, zwłaszcza na skręcie. To było najdogodniejsze miejsce. Sama ścieżka zwężała się tu i człowiek idący z tyłu jednym silnym pchnięciem mógł bez obawy jakichkolwiek niespodzianek strącić poprzedzającą go osobę do stawu. W ciągu sekundy rzecz załatwiona zostanie, w ciągu minuty czy dwóch będzie po wszystkim.

Roger nie myślał o tym. Plan działania układał się w nim jakby samoczynnie. Każdej bowiem myśli ludzkiej towarzyszy jej nieodłączny refleks uczuciowy. Uczucia Rogera w tej chwili milczały. Nie czuł ani obawy, ani niepokoju, ani smutku, ani radości. Mózg pracował automatycznie. Raz rozbudzony potężnym impulsem działał siłą inercji, niezależny od woli i od uczuć, nie napotykając w swej pracy żadnych hamulców, które właśnie z uczuć się rodzą. Umysł skoncentrowany na pracy mechanicznej daleki był teraz od zdolności oceny planowanego czynu, wytężył wszystkie siły w kierunku zamierzonej funkcji, szedł ślepo naprzód, nie dotykając ani przeszłości, ani przyszłości, ani kryteriów etycznych.

Być może, iż podłożem każdej zbrodni jest właśnie taki paraliż duchowy zbrodniarza, paraliż wszystkich jego ludzkich władz psychicznych z wyjątkiem tej części mózgu, która rządzi się niszczącym instynktem walki o byt i temu instynktowi służy.

Roger daleko odrzucił wypalonego papierosa i powiedział:

– Doszedłem do przekonania, że masz słuszność. Trzeba jeszcze dziś zawiadomić osoby zainteresowane.

– Byłam pewna, że poweźmiesz takie postanowienie – odpowiedziała Kate.

– Nie omyliłaś się. A teraz chodźmy. Zaraz podadzą śniadanie.

Wstała. Nie patrząc na nią, usunął się, przepuszczając ją pierwszą na ścieżkę. Do zakrętu było nie więcej niż dziesięć kroków. Liczył je spokojnie i uważnie.

Nie przeszli jednak i pięciu, gdy Kate zatrzymała się, odwróciła i wyciągając obie ręce, powiedziała:

– Mój drogi, biedny chłopiec...

Usłyszał tylko te cztery słowa, tylko na jedno mgnienie zajaśniały przed nim głębokie, szafirowe oczy, a jednak tego ułamka sekundy starczyło, by zdruzgotać jego decyzję, by jednym ciosem skruszyć twardą skorupę i dotrzeć do serca. Jak w blasku piorunu ujrzał całą potworność swego zamiaru, ujrzał okrutną jego bezcelowość, bo przecie nie potrafiłby dnia przeżyć pod ciężarem tej zbrodni. W tym strasznym olśnieniu zobaczył swoją miłość, miłość szaloną, ważniejszą ponad wszystko...

Zakręciło mu się w głowie, zatoczył się i upadł do nóg Kate. Jakby szukając ratunku, kurczowo chwytał się tych nóg, przyciskał usta do jej stóp, czołem dotykał ziemi.

– Gogo... Gogo... Gogo... – szeptała przestraszona tym wybuchem Kate. – Wstań, Gogo, no proszę cię, uspokój się...

A on, szlochając, ukląkł przed nią, to tulił głowę do jej nóg, to w łkaniu wyrzucał z siebie jakieś słowa, których nie mogła zrozumieć.

Nie tylko jego, lecz żadnego mężczyzny w ogóle nie widziała nigdy w takim stanie, z twarzą wykrzywioną grymasem płaczu, mokrą od łez, bezradną, śmieszną niemal w tej bezradności. Zrobiło jej się niewymownie przykro. Po prostu wstydziła się swej okecności, swego udziału w tej scenie, w tej brzydkiej scenie. Mimo woli przypomniała sobie wczorajsze zachowanie się Aleksandra. Ale Aleksander był prostakiem i w dodatku starcem. Zawsze sądziła, że dobrze wychowany mężczyzna, że w ogóle mężczyzna w żadnej sytuacji nie powinien aż do tego stopnia tracić panowania nad sobą.

Jeżeli nie lubiła Rosjan, to właśnie dlatego, że w literaturze rosyjskiej były postacie mężczyzn zmieniających się nagle pod wpływem przeżyć z dżentelmenów w jakieś rozhisteryzowane patologiczne typy, urządzające podobnie niesmaczne i niedelikatne widowiska ze swoich spraw wewnętrznych, wylewające przed bliźnimi swoje cierpienia, kajania się i słabość duchową. W pojęciu Kate nie istniała większa nieprzyzwoitość niż wciąganie innych, bodaj najkliższych, w podobnie intymne przeżycia własne. Odczuwała w tym jakby natrętną żebraninę o litość, jakby szantażowanie otoczenia swoim bółem, jakby popisywanie się na ulicy swoimi atakami epilepsji.

 

Ten nowy rys charakteru Goga przeraził ją i napełnił smutkiem, chociaż brała pod uwagę wyjątkowość i tragizm jego położenia. Stracił tytuł, nazwisko, majątek, nawet matkę. Siedząc tam obok niego na ławce, wiedziała, jak ciężko toczy się w nim walka, wiedziała, że przez jego umysł musiała przemknąć tak straszna myśl, jak myśl o samobójstwie. Pomimo to nie znajdowała dlań dostatecznego usprawiedliwienia.

Po wybuchu ogarnęła Goga apatia. Stał oparty plecami o drzewo i wpatrzony przed siebie. Miał zaczerwienione powieki, włosy w nieładzie, a na kolanach ślady wilgotnego piasku. Kate nie znała uczucia litości, a ta wyrozumiałość, to współczucie, które dlań teraz żywiła, bynajmniej nie wykluczały pewnej dozy potępienia. Sprawił jej wielki zawód. Była przekonana, że zachowa się do końca po męsku. Z jakąż ulgą odeszłaby teraz.

– Popraw sobie włosy, Gogo. I na spodniach masz trochę piasku – powiedziała tonem najbardziej naturalnym.

To otrzeźwiło go.

– Przepraszam cię, Kate – bąknął.

– Czy masz przy sobie zegarek? – zapytała.

– Tak... Jest za kwadrans pierwsza.

– Dziękuję ci. Wstąpisz chyba do siebie po marynarkę?

– Oczywiście.

Szli obok, a po chwili Roger odezwał się opanowanym już głosem:

– Nie wiedziałem dotychczas, co to jest szaleństwo... Nigdy nic okropniejszego nie przeżyłem.

Kate milczała.

– O, ja wiem – mówił – żeś ty mnie nie kochała. Zresztą nie zasługuję na twoją miłość. Nie zaprzeczaj, Kate. Doskonale to widzę. Ale przyznam, że bardzo boleśnie odczułem to twoje zadowolenie, że zmieniona sytuacja zwalnia cię od danego słowa.

Kate uśmiechnęła się blado.

– Mylisz się, Gogo. Nie uważam, by jakakolwiek zmiana twojej sytuacji uwalniała mnie od danego słowa. Nie uważam i nie chcę tego. Toteż krzywdzisz mnie, dopatrując się we mnie zadowolenia.

Stanął i schwycił ją za rękę. W jego wzroku było zdumienie i niedowierzanie.

– Coś... coś ty powiedziała?...

– Powiedziałam, że nie mam ani prawa, ani zamiaru, ani ochoty zmieniać swoich postanowień.

Głos mu wibrował, a wargi drgały.

– Czy... czy to znaczy, żepomimo wszystko... że zostaniesz moją żoną?...

– Naturalnie, Gogo.

Powiedziała to z uśmiechem i naciskiem, chociaż jednocześnie całą siłą woli musiała opanować popłoch wszystkich myśli, wszystkich pragnień, wszystkich nadziei. Oto jeszcze raz przezwyciężyła siebie. Oto kilku słowami zniszczyła za sobą wszystkie mosty, oto nie dała się skusić tak wygodnej chwili do wycofania się, do egoistycznej ucieczki przed przyszłością wątpliwą, grożącą niewiadomymi cierpieniami i niedostatkami, oto spełniła swój obowiązek.

Jakże dumna była z siebie. Patrzyła teraz w swoją duszę jak w kryształ bez skazy. I zadawała sobie pytanie: czyż takie osiągnięcie wewnętrznej wartości, czyż ta zdobycz w sobie samej nie jest warta największych wyrzeczeń się?... Czy nie czuje się teraz szczęśliwa?... Czy nie to właśnie jest szczęście?...

I pogrążona w tych myślach, oszołomiona natłokiem pytań, zaabsorbowana bez reszty analizą samej siebie, nie usłyszała prawie słów Rogera, prawie nie czuła na swych rękach jego egzaltowanych pocałunków.

– Tak, Gogo, tak – odpowiadała, nie wiedząc, na co odpowiada.

A on przysięgał jej, że dla niej zdobędzie świat, że w niej znajdzie cel i radość życia, że teraz już śmiało patrzy przed siebie, że zdolny jest do najcięższej walki o byt, bo to dla niej, bo to przez nią...

– I zobaczysz, jak będziemy szczęśliwi, Kate! Kasieńko moja! Zobaczysz, królowo moja, że niczego ci nigdy nie zabraknie... Będę pracował jak wół, jak szaleniec, jak niewolnik... A ciebie otoczę taką miłością, jakiej nigdy na ziemi nie było!... Zobaczysz, zobaczysz! Ja, głupi, myślałem, rozpaczałem, że już mi nic nie zostanie, a zostajesz mi ty, najcenniejszy ze skarbów... Boże! Boże! Kate, szczęście moje!...

Wziął ją teraz pod rękę i szli ku domowi, a on wciąż mówił o swoim szczęściu i o jej szczęściu, które on jej da.

– Czy wierzysz mi, Kate, czy wierzysz? – pytał.

– Tak – odpowiadała z uśmiechem. – Muszę ci wierzyć i chcę.

W hallu generał Niedziecki układał pasjansa. Ciotka Klosia majstrowała przy aparacie radiowym. Stryjcio Anzelm czyścił swoją długą cygarnicę za pomocą zagiętego drutu.

Gdy młodzi przeszli, generał chrząknął.

– Ci, panie, zakochani, to, panie, zupełnie innego tego i owego...

– Młodość, młodość – zawyrokował pan Anzelm, a ciotka Klosia westchnęła.

Na podeście schodów Gogo powiedział:

– Wiesz, Kate, że najlepiej będzie jeszcze dziś rozmówić się z matką i z... nim.

– Jak chcesz, Gogo.

– Tak. Nie ma powodu do zwłoki, a im prędzej to się załatwi, tym radykalniej skróci się okres nerwów, niepokojów i niepewności.

– Zupełnie się z tobą zgadzam.

– No, to po śniadaniu. Idziesz przebrać się?... Ja także. Za dziesięć minut będę na dole.

Minął jednak kwadrans, pół godziny, a Gogo nie przychodził. Wszyscy, nie wyłączając pani Matyldy, zebrani byli w hallu. Wreszcie pani Matylda kazała podawać i przeszli do jadalni. Jednocześnie posłała lokaja, by zobaczył, dlaczego pan hrabia nie schodzi na śniadanie. Wkrótce służący wrócił i oznajmił, że pan hrabia znajduje się w pokoju zmarłej, przy zwłokach.

– A zameldowałeś, że śniadanie jest na stole?

– Tak jest, proszę pani hrabiny, ale pan hrabia rozgniewał się, powiedział, że sam wie, i kazał mi wyjść.

– To ładnie z jego strony – odezwała się pani Matylda po angielsku – że uważał za stosowne pomodlić się przy nieboszczce, ale mógłby wybrać odpowiedniejszą porę.

Kate od razu domyśliła się, po co tam poszedł. Chodziło mu o sprawdzenie, czy zmarła ma na nodze takie znamię, jak on. Chwytał się ostatniej nadziei.

Zjawił się w jadalni dopiero w środku śniadania. Twarz miał ponurą, sine plamy pod oczami, ruchy nerwowe. Bąknął kilka niechętnych słów na usprawiedliwienie swego spóźnienia, do końca milczał i prawie nic nie jadł. Nie zostało ani śladu z jego niedawnego nastroju. Kate nie wierzyła własnym oczom i zaczynała ją dręczyć obawa, że zmienił znowu swoje zamiary. Obawa jednak była nieuzasadniona. Zaraz po śniadaniu Roger zwrócił się do pani Matyldy:

– Kate i ja chcielibyśmy z mamą pomówić w ważnej sprawie. Stara pani zmierzyła oboje zaniepokojonym wzrokiem, lecz nie pytała o nic.

– Dobrze, drogie dzieci. W takim razie chodźcie do mnie na górę. Janie, Jan tam poda nam kawę.

Reszta towarzystwa, jak zwykle, piła kawę w dużym gabinecie, skąd przez szeroko otwarte drzwi widać było hall. Gdy tylko służba odeszła, pan Anzelm dał wyraz ogólnemu nastrojowi:

– Czuję, że coś niedobrego się święci.

– Tak, tak, mówię wam – przytaknęła ciotka Betsy, potrząsając z przekonaniem swoją stożkowatą głową, nad którą sterczał siwy koczek, kokieteryjnie ozdobiony koronkowym fanszonikiem.

– A ja wam powiadam, że głupstwo – machnął ręką generał. – To, panie, młodzi, tego, poprztykali się, ot i wszystko.

Ciotka Klosia nie chciała w to uwierzyć. Przecie tak niedawno, gdy wracali z parku, byli zapatrzeni w siebie i roześmiani.

Krzyżowały się domysły, przypuszczenia, przypomniano, co kiedy Gogo powiedział, co kiedy Kate. Nieraz dochodziło do utarczek słownych i przycinków, do rozbieżności zdań. Nie mieli wszak innych zainteresowań, jak życie cudze. Każde z nich żeglowało kiedyś ku własnym celom, borykało się z uczuciami swoich uczuć i przeżyć, aż wylądowali na tej zacisznej mieliźnie, w bezpiecznej przystani, by już tylko wegetować, by już nigdy nie wyjrzeć poza codzienny horyzont drobnych zdarzeń pałacu w Prudach.

Lecz tym razem zdarzenia mogły wydawać się ważniejsze niż zwykle, a przede wszystkim dziwniejsze.

Oto po pewnym czasie Jan zbiegł z góry i telefonował z hallu do księdza kanonika Grudy.

– Pani hrabina bardzo prosi księdza kanonika, by ksiądz kanonik natychmiast był łaskaw przyjść do pałacu... Nie, pani hrabina jest zdrowa, ale prosi, żeby natychmiast.