Trzy sercaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Panie Maćku, czy kuropatwy z wczorajszego polowania odesłano już do miasta?

– Tak jest, panienko. Poszły o piątej rano. Zostało tylko dwadzieścia sztuk dla pałacowej kuchni i trzy pan administrator Ziembiński wziął dla siebie. Poszło sto dziewięćdziesiąt sześć sztuk.

Gogo poklepał się po kieszeniach i powiedział:

– Zapomniałem papierosów. Dobrze, że pan tu jest. Skocz no pan do mego gabinetu. Papierośnica musi tam leżeć, albo ją zostawiłem w gorzelni.

– W tej chwili, panie hrabio.

Polecenie było wyraźne i musiał je spełnić, starając się ukryć podejrzenie co do jego pobudek.

I rzeczywiście hrabiemu chodziło tylko o przejrzenie zeszytu. Był pewien, iż znajdzie tam wiersze, i ich lekturą chciał ubawić Kate. Nie mylił się. Gruby zeszyt zapisany był wierszami. Wśród wybuchów śmiechu zaczął czytać. Może te dość niezgrabne liryki nie wydawałyby się tak naiwne i tak komiczne, gdyby Gogo nie akcentował niektórych słów i nie ilustrował niektórych zwrotów patetycznymi gestami.

– Daj spokój, Gogo – poprosiła Kate.

– Czekaj, czekaj, jest tu jeszcze i proza! – zawołał. – O, Prudy, nieświadome własnego szczęścia! Nawet nie przeczuwacie, że będziecie kiedyś sławne jako kolebka wieszcza! Patrz, tu jest nowela.

– Nie, Gogo – położyła rękę na zeszycie. – To niedelikatne. Zostaw to. Pomyśl, że Maciek może nadejść. Byłoby to dlań dotkliwie przykre...

Uwagę tę wypowiedziała jednak za późno. Maciek wracał właśnie, i przechodząc koło okna, przy którym stali, musiał zobaczyć Goga z otwartym zeszytem w ręku i z rozbawioną miną. Wszedł i nie patrząc na nich, zameldował, że papierośnicy nie znalazł.

– Zostawiłem ją prawdopodobnie w sypialni – mruknął Gogo.

Skinął głową i wyszli.

Incydent ten w niczym nie zmienił stosunku pana Maćka do pałacu. Kate czuła jednak, iż w duszę tego człowieka musiała głęboko zapaść uraza do Goga. A może stał się też bardziej nieśmiały. Od tego dnia – jak to zauważyła – nie przychodził już do biblioteki po książki, chociaż bynajmniej nie cofnięto mu pozwolenia, z którego zawsze korzystał.

Tak, myślała Kate, on musi nie cierpieć Goga. Może nie ma w naturze mściwości, ale w tym wypadku... Z jakąż łatwością będzie mógł go poniżyć. Bez żadnego wysiłku, nawet bez okazania złej woli. Przecie łaską z jego strony będzie, jeżeli pozwoli zabrać uzurpatorowi bodaj osobiste rzeczy...

Z sali balowej znowu płynęły dźwięki walca. W długiej amfiladzie raz po raz przesuwały się nietańczące i zaabsorbowane flirtem pary.

– O, Kate! Znalazłem cię nareszcie! – usłyszała za sobą głos Goga. – Gdzieś się ukrywała?! Szczęście moje!

Iskrzyły mu się oczy, był lekko zgrzany tańcem i podniecony winem. Było mu dobrze we fraku. Niższy był i szczuplejszy od Macieja, ale w całej sylwetce miał ten wykwint, tę niewymuszoną swobodę, którą spotyka się tylko u ludzi z najlepszego towarzystwa.

Stanął tuż przy niej i mówił:

– Rozsadza mnie szczęście, zatapia! Kate! Czy nie widzisz, że się jarzę, że promienieję szczęściem? Boże, jakaś ty piękna, pani moja, królowo moja!... Gdyby świat zginął, a tyś mi jedna została, moje szczęście zastąpiłoby mi świat. Kasieńko, Kasiu, Kate! Powinienem klęczeć u twych nóżek i tak spędzić życie, i tak umrzeć!...

Mówił, a ona myślała: Biedny Gogo, biedny chłopcze, czy ty wiesz, co cię czeka?... Czy wiesz, co na ciebie spadnie?...

Jeszcze nigdy i od nikogo nie słyszała tak płomiennych, tak egzaltowanych słów, tak gwałtownych wyznań miłości. Nie słyszała, gdyż miała ten dar wytwarzania dystansu i zawsze w porę umiała obezwładnić odwagę swoich wielbicieli.

I teraz pragnęłaby wsłuchać się w te wyrazy, wsłuchać się w ich echo we własnej duszy. Poznać, co w niej obudziły, czy zdołały i w niej rozżarzyć silniejsze, gorętsze uczucia, zrozumieć, zbadać, wyegzaminować siebie.

Nie była jednak do tego zdolna pod ciężarem tych myśli, tych obaw, tego niepokoju. Przecie i tak z trudem zdobywała się na pogodny wyraz twarzy, na uśmiech, na jasne spojrzenie.

Jednak miłość tego ujmującego chłopca sprawiała jej przyjemność. Przecie nic nie zrobiła, by ją w nim rozbudzić, a przynajmniej nie zrobiła więcej niż w stosunku do każdego innego człowieka, poczynając od starego dziadka generała Niedzieckiego, a kończąc na pokojówce Hercie. Jednak tam, na tarasie, gdy Gogo prosił ją o rękę, odczuwała i rozumiała, że oto dobija do portu, że świadomie i z zadowoleniem wybiera właściwą przyszłość; teraz nie była pewna niczego.

Uderzyło ją też, że Gogo ani razu nie zapytał ją o jej uczucia. Była może nawet temu rada. Wprawdzie zdecydowana była na potwierdzenie, na zdawkowe: „tak, kocham Cię, Gogo”, ale wolała, że nie zmuszono jej do powiedzenia czegoś, co jeżeli nie było kłamstwem, nie było też i prawdą. Brzydziła się nieprawdą. Brzydziła się nie z pobudek etycznych, lecz instynktownie, tak jak brzydziła się brudnymi szmatami czy podłością ludzką. Czułaby się poniżoną we własnych oczach.

A jednak dlaczego nie zapytał, czy go kocha? Czyżby był tak pewien siebie, czy też bał się usłyszeć wymijającą lub przeczącą odpowiedź?...

Kate wiedziała, że swoje miłosne sukcesy Gogo liczył na tuziny. Od paru znajomych, którzy się z nim za granicą zetknęli, słyszała, że lubił się również chełpić tymi zwycięstwami. Ale nie mogła się mylić, że ją traktuje zupełnie inaczej. Nie mogła wątpić, że tak płomiennych słów nikomu jeszcze nie ofiarował. Słowem, wiedziała, że jego miłość jest szczera i wielka. Czyżby sądził, że na nią nie można nie odpowiedzieć równie silnym uczuciem?

– Chodź, Gogo, zatańczymy – powiedziała, by przerwać jego wyznanie.

– Boję się – szepnął, gdy znaleźli się wśród tańczących par – że będę się zataczał. Jestem pijany tobą i moim szczęściem.

Nie tańczyli jednak długo, bo właśnie podano do stołu. Orkiestra przeszła w marsza i wszyscy ruszyli do jadalni z arcybiskupem i panią Matyldą na czele.

Kate zdziwiła się, że zmieniono jej miejsce. Sama rozkładała kartki i umieściła swoją między profesorem Ziemowickim a hr. Czapskim. Teraz siedziała w środku stołu obok Goga. Musiała to być jego sprawka. Niefortunna zresztą, gdyż siedząca z drugiej jej strony hr. Chotomska przez całą kolację nie usłyszała od swego sąsiada ani jednego słówka. Wręcz demonstracyjnie zwrócony był wciąż do Kate i z nią tylko mówił.

Gdy podano szampana, pani Matylda Tyniecka nieoczekiwanie dla wszystkich zadzwoniła w kieliszek i wstała. Wśród zupełnej ciszy donośnie rozległ się jej głos:

– Księże arcybiskupie, panie i panowie. Chcę i muszę podzielić się z wami, kochani goście, szczęśliwą dla mnie nowiną. Oto syn mój Roger zaręczył się dziś z panną Katarzyną Pomianówną. Daj im Boże tyle szczęścia, ile ja im życzę, i tyle, na ile oboje zasługują. Niech żyją!

Fala gwaru buchnęła okrzykami i wiwatami. Mężczyźni zerwali się z miejsc, wzniosły się wszystkie kieliszki.

– Wiwat!

– Niech żyją!

Orkiestra z sąsiedniego pokoju, widać uprzedzona, zagrała tusz. Służba z półmiskami w ręku stała jak wryta, wpatrując się z radosnymi uśmiechami w Kate. Wszystkie oczy były zwrócone na nią.

W pierwszej chwili Kate uczuła, że krew jej zbiega do serca. Nie była przygotowana na ten toast, na to publiczne ogłoszenie jej zaręczyn. Zresztą przecie zaręczyn nie było, nie zamienili pierścionków. Okrzyki nie ustawały, orkiestra nie milkła i w tym gwarze Kate stopniowo odzyskała równowagę. Z uśmiechem kłaniała się we wszystkie strony, a nawet rozróżniała już wyraz poszczególnych twarzy. W jednych czytała życzliwość, w innych niezadowolenie, w innych zawiść. Było tu przecie wiele panien, które w swoich projektach małżeńskich liczyły na Rogera, wiele matek i ojców, którzy łakomie spoglądali na Prudy.

Na nich z uśmiechem patrzyła Kate i mówiła im w duchu: Nie desperujcie, nie martwcie się. Rychło przekonacie się, że nie było po czym rozpaczać.

Zaczęły się toasty i mowy. Z pierwszą, długą i ozdobną, inkrustowaną łacińskimi cytatami, wystąpił ksiądz arcybiskup. Drugą miał stary książę Zasławski, słynny ze swego staroświeckiego, finezyjnego dowcipu, arcywytwornego, pachnącego trochę pudrem i trochę myszką, trzecią wygłosił generał Niedzicki, później sypały się jedna za drugą.

Kate nie rozumiała z nich ani słowa. Już pierwsze słowa ciotki Matyldy uderzyły niby obuch w jej świadomość: zrozumiała, że los Goga, Goga wyzutego z nazwiska i z majątku, Goga nędzarza, będzie przecie i jej losem.

Tak, przyrzekła mu rękę, obiecała zostać jego żoną wtedy, gdy był bogaty, gdy był hrabią na Prudach. Jakimże czołem można cofnąć swoją zgodę nazajutrz, gdy się okaże, że jest biedakiem, że jest synem chłopki, jakimś jednym z miliona Maciejem Zudrą?...

Dotychczas rozczulała ją myśl o przyszłości, o smutnej i szarej przyszłości Goga. Podświadomie wyłączyła siebie z tej przyszłości. Nie czuła się związana z nim, nie czuła wagi owego „tak”, wypowiedzianego na tarasie przed kilku godzinami. Nie przypuszczała, by wymówiwszy je, wzięła na siebie jakąś odpowiedzialność. Ot, po prostu żałowała miłego Goga, który będzie musiał porzucić dotychczasowy beztroski tryb życia, porzucić bogactwo, Prudy, panią Matyldę i... i ją, Kate...

Tak, bo chociaż zastanawiała się nad tym, nie przyszło jej na myśl wyłączenie siebie samej z tego świata, który miał przestać istnieć dla Goga. Wydawało się to jej tak naturalne, tak zrozumiałe, że wobec tej oczywistości same oświadczyny Goga stawały się czymś nierealnym, a przyjęcie ich – chwilową pomyłką.

Teraz jednak wszystko zmieniło się od razu. I nie dlatego, że ciotka Matylda ogłosiła ich zaręczyny, lecz dlatego, że Kate pojęła swoją odpowiedzialność, odczuła z całą dokładnością swój obowiązek, zrozumiała, że nie wolno jej porzucić Goga, że sama nie przebaczyłaby sobie takiego samolubstwa, takiego ujawnienia czynem własnej małości.

 

Nie, nie, to byłoby ohydne!

I ogarnął ją ogromny smutek. Do uszu dobiegały urywane zdania z przemówień gratulacyjnych, oczy mimo woli łowiły spojrzenia zazdrosne, a oto ona znalazła się na gruzach tego wszystkiego, czego pragnęła, co rozsądnie i celowo przygotowała dla siebie. Nie, nie były to marzenia młodej, egzaltowanej dziewczyny. Kate świadomie i planowo, planowo i uczciwie budowała swoją przyszłość. Świadomie, bo wiedziała, do czego dąży, uczciwie, bo zaczęła od pracy nad sobą, bo zaczęła od budowania w sobie tej przyszłości.

Nie zamierzała osiągnąć szczytów, nie marzyła ani o królewiczu, ani rzeczywistym panującym księciu, chociaż od dziecka jej powtarzano, że urodziła się na królową. Nie. Postawiła swym zamiarom realne granice, chciała dominować w swym środowisku nie tylko swoją pięknością i wrodzonym wdziękiem, lecz także inteligencją, wykształceniem, taktem, charakterem i nieskazitelną etyką.

Kiedyś, będąc jeszcze ledwie opierzonym podlotkiem, odkryła, że jest piękna. Była to dla niej rewelacja. Wprawdzie w jej otoczeniu mówiono o tym głośno. Od dziecinnych lat nauczyła się jednak Kate nie przywiązywać wagi do ludzkich sądów: jej śp. matka mówiła nie inaczej jak superlatywami, ojca pamiętała jako skrajnego pesymistę.

Ludzie są zbyt pochopni w swych sądach i zbyt jaskrawo oceniają rzeczy – zrozumiała już wtedy.

Jednak pewnego wieczoru, po powrocie z baliku na pensji, gdzie ją samą zdziwiło jej powodzenie, stanęła przed lustrem i poznała niezwykłość, niemal doskonałość swojej urody. Wtedy to jej trzeźwy umysł podsunął myśl: Stań się tak doskonała pod każdym względem, a zdobędziesz wszystko, czego zapragniesz.

I Kate zaczęła pracować nad sobą. Obserwując siebie i innych, odkrywała ich wady, ale i własne, a silna wola dopięcia celu ułatwiała jej walkę z sobą. Jeżeli nie zdołała wyzbyć się wszystkich wad, potrafiła tak je ujarzmić, by stały się niedostrzegalne dla otoczenia, by utraciły swą aktywność. Wiedziała, że drzemią w niej niczym poczwarki w swoich kokonach, lecz czuła mimo to w duszy tę antyseptyczną czystość, nie czystość duszy dziecka, lecz czystość wydezynfekowanego wnętrza sanatorium.

I to dawało jej poczucie własnej wartości, dawało świadomą przewagę nad otoczeniem i nie pozwalało ani na chwilę wyzbyć się czujnej straży nad sobą, by ani jeden pyłek nie skaził jej wnętrza.

Z matematyczną dokładnością budowała swoją przyszłość, z niezachwianą wiarą, że nic nie zdoła zaszachować, ubiec, postawić w sytuacji bez wyjścia.

I oto jedno małe słowo, jedno słowo zgody, słowo od dawna drobiazgowo przemyślane przez nią, obliczone, zważone, runęło na jej życie strasznym, nieprzewidzianym ciężarem, druzgocząc całą konstrukcję.

Przez cały czas toastów, a później życzeń Kate była półprzytomna i ostatnim wysiłkiem woli trzymała się, by dotrwać do końca.

– No, przecież i ty nie umiesz wreszcie ukryć wzruszenia – powiedziała ciotka Matylda, gdy przeszli już do sali balowej. – Nie dziwię ci się, drogie dziecko, ważny to dzień w życiu kobiety.

– Tak, ciociu, bardzo ważny – pochyliła się Kate nad jej ręką.

Stara pani pocałowała ją w czoło i zauważyła:

– Masz chyba trochę gorączki?

– Nie, ciociu, dziękuję, czuję się doskonale.

Wiele dałaby za to, by móc teraz pójść do siebie, zgasić światło i w ciemności pomyśleć spokojnie, pomyśleć metodycznie o wszystkim. Nie mogło jednak być o tym mowy. Zniknięcie jej wywołałoby niezliczone komentarze, a zresztą pełniąc rolę panny domu i zastępując nadto pana Maćka miała tyle drobnych obowiązków, tyle zajęć, że musiała tu zostać. Tańczyła dużo z Gogiem i z innymi panami, gdyż każdy chciał bodaj przez kilka minut mieć bohaterkę dnia wyłącznie dla siebie. Przyjmowała komplementy, westchnienia, czasami liryczne lub dramatyczne apostrofy młodych mężczyzn z uśmiechem, zdobywała się na dowcipne lub łagodzące odpowiedzi i tańczyła. A w przerwach między tańcami raz po raz odwoływała ją służba. Trzeba było wydawać i zmieniać dyspozycje, a potem, gdy już świt zaglądał w okna, odprowadzać do gościnnych pokojów starsze panie znużone zabawą.

Zabawa jednak nie tylko nie słabła, lecz z każdą godziną stawała się huczniejsza, swobodniejsza, bardziej ochocza. Rozejście się starszyzny i odjazd arcybiskupa przyczyniły się do tym większego ożywienia. O ósmej rano Erazm Bałyński tańczył solo kujawiaka z pełnym kieliszkiem szampana na głowie, potem wąż kotyliona przemknąwszy przez wszystkie pokoje, kredens i kuchnię wśród przepłoszonej służby, zatoczył kilka floresów na gazonie i wrócił do pałacu, by przejść w rozhukanego mazura. O dziewiątej Gogo, klęcząc na środku sali, pił z pantofelka narzeczonej, a panowie przez otwarte okna palili z rewolwerów na wiwat.

Teraz dopiero podano w jadalni barszcz, wódkę i gorące przekąski, przy czym Kate pełniła funkcje pani domu, gdyż ciotka Matylda od dawna udała się na spoczynek. Dopiero około dziesiątej wszyscy się rozeszli.

Gogo, mocno podchmielony, odprowadził Kate do drzwi jej pokoju. Chciał jeszcze z nią pomówić, lecz pożegnała go uśmiechem:

– Dobranoc, Gogo. Jestem bardzo zmęczona.

– Więc śpij, jedyna, śpij słodko, mój skarbie, królowo moja...

Ale Kate nie myślała o śnie. Zdjęła balową suknię, otuliła się szlafroczkiem i wydobyła z biurka złożony we czworo arkusik papieru z wyznaniem Michalinki. Raz i drugi przeczytała je uważnie. Zawierało wszystko to, co powiedziała przed śmiercią. Na dowód prawdy swoich słów odwoływała się do świadectwa starego kamerdynera Aleksandra, do świadectwa księdza kanonika Grudy, któremu na ostatniej spowiedzi prawdę wyznała, oraz wskazywała na znamię rodzime, które po niej syn odziedziczył.

Wszystko to było dość przekonywające, wymagało wszakże sprawdzenia i Kate postanowiła niczego nie ujawniać, dopóki nie sprawdzi. W rzeczywistości była pewna, że zmarła zeznała prawdę. W rzeczywistości wiedziała, że oto trzyma w ręku klucz do tajemnicy, której odsłonięcie zniweczy życie Goga...

– Goga i... moje własne. I mam dokonać tego właśnie ja? – odezwała się w niej drżąca refleksja. – Ja sama mam pogrzebać swoje szczęście?...

I nagle uświadomiła sobie, że wszystko przecie od niej zależy, że wszystko jest w jej ręku.

Stary Aleksander w obawie przed sądem i przed utratą dożywocia będzie milczał jak grób, znaku rodzimego na ciele zmarłej nikt nie dostrzeże, nikt na to nie zwróci uwagi, nikomu nie przyjdzie na myśl sprawdzać, czy takiegoż znaku nie ma młody hrabia. Pozostaje ksiądz. Lecz ksiądz związany jest tajemnicą spowiedzi i również nie powie jednego słowa.

Nawet ona, Kate, będzie mogła śmiało mu w oczy spojrzeć, bo ksiądz przecie nie wie, że Michalinka przed śmiercią jej wyznała swą tajemnicę i że jej wręczyła tę kartkę...

A kartka?...

Kartkę wystarczy spalić. Ot, jedna zapałka i nie zostanie z niej nic, szczypta popiołu...

Oczy Kate zatrzymały się na toalecie, gdzie leżało czerwone pudełko z zapałkami.

Oto rada, oto ratunek – szeptało coś w rytmie pulsu, który coraz gwałtowniej łomotał w skroniach.

Jeden mały płomyk, jedna mała chwila, jedna krótka decyzja i oto zniknie bezpowrotnie, zniknie raz na zawsze zła zmora, groźna chmura rozpłynie się w powietrzu z tą odrobiną dymu...

I nikomu nie stanie się krzywda. Taki Maciek jest pewnie zadowolony ze swego losu. Nigdy mu w głowie nie postało marzyć o innym.

Jedna krótka decyzja... To wystarczy, by zażegnać burzę, by okiełznać huragan, który zdruzgocze szczęście Goga, jej własne szczęście i rozlegnie się szerokim echem skandalu po całej Polsce.

W imię czego miałaby zatrzymać się przed unicestwieniem tego ogromu klęsk?... Czy wolno jej w ogóle wahać się?... W obronie własnej, w obronie człowieka, który ma być jej mężem, nawet powinna tak postąpić!...

Tak... tak... To konieczność, to mój obowiązek!...

Krótka decyzja, a potem wszystko będzie po dawnemu: cisza i spokój, pogoda i ład codziennego życia. Skała, która mogła zniweczyć cały jej świat, cicho i bezszelestnie zanurzy się w głęboką wodę. I śladu po niej nie zostanie. Nawet kręgi po wodzie nie pójdą. Nikt, przecie nikt nie będzie wiedział...

Tak, tak... Nikt...

Jak zahipnotyzowana Kate wstała i zbliżyła się do toalety. Ręka sama wyciągnęła się ku czerwonemu pudełku. Palce zacisnęły się mocno. Wewnątrz cichym klekotem odezwały się zapałki.

Kate podniosła wzrok i w lustrze zobaczyła swoje odbicie. Z bladej jak papier twarzy patrzyły na nią spokojnie jasne oczy, a spojrzeniem zdawały się mówić:

– Nie wiemy, co to grzech, nie wiemy, co to kłamstwo. Patrzymy śmiało i prosto, bo w nas jest tylko dobroć i prawda, bo nic brudnego nie ukrywamy w swojej głębi. Dlatego jesteśmy pięknem.

Oczy były jasne i spokojne, potem drgnęła w nich iskierka współczucia, a później łzy wypełniły je płynnym szkliwem. I Kate, zakrywszy twarz rękami, wybuchła łkaniem.

– O, Boże, Boże, Boże... Dlaczego na mnie, dlaczego na mnie spadł ten ciężar... ciężar odpowiedzialności i decyzji...

Rzuciła się na łóżko i nie mogła opanować płaczu. Naprężone do ostateczności nerwy po raz pierwszy w życiu owładnęły całą jej istotą.

Wokół zalegała cisza. Tylko z dołu ledwie dosłyszalne dobiegało stłumione warczenie odkurzaczów. To służka sprzątała parter.

Stopniowo uspokoiło się łkanie, tylko w głowie szumiało nieznośnie i ręce drżały. Kate wstała. Nogi poruszały się jak ołowiane. Spojrzała na zegarek, była dwunasta. Przeszła do łazienki, wzięła chłodną kąpiel, która orzeźwiła ją znacznie, uczesała się i nałożyła czarną wełnianą sukienkę. Śniadanie miało być podane o drugiej. Zostawała jej godzina wolnego czasu. Kartkę Michalinki zamknęła w biurku i wyszła.

Szybko minęła lewe skrzydło, w którym mieściła się kuchnia, wąską alejką zagłębiła się w park. Furtka do zabudowań folwarcznych była otwarta. Olbrzymi kwadrat podwórza obramiony ciężkimi budynkami gospodarskimi był teraz pusty, skręciła koło kuźni i wyszła na drogę wysadzaną śliwami. Tędy się szło do osady zwanej Dożywociem. Mieszkali tu wysłużeni emeryci, którym życie upłynęło na służbie w dobrach Tynieckich. Każdy z nich otrzymywał tu izbę, krowę i ordynarię do końca życia. Niektórzy mieszkali w starych czworakach, inni w dwurodzinnych, specjalnie zbudowanych chatach. W tej, która stała najbliżej, miał swe lokum Aleksander Żołoń, niegdyś kamerdyner nieboszczyka Maurycego Tynieckiego, dziś starzec, liczący sobie siedemdziesiąt kilka lat.

Przed domkiem był ogródek i w nim właśnie Kate zastała staruszka. Postękując, grzebał motyką w grządce.

– Dzień dobry, Aleksandrze – powitała go Kate.

– O, a toż panienka Kasia – ucieszył się. – Dzień dobry, panienko, dzień dobry. O, dokądże to tak, panienko? Nie do tej, no jak jej, Marciniakowej?

– Nie. Mam interes do Aleksandra.

– Do mnie? – zdziwił się. – Ano, jeżeli do mnie, to służę panieneczce, co tylko panienka rozkaże... Czy może do izby?

– Wejdźmy – skinęła głową.

Izba była czysto utrzymana, a nawet elegancko. Podłogę przykrywało linoleum, na oknach osłoniętych kokieteryjnymi firankami stały doniczki z pelargonią.

Aleksander podsunął Kate krzesło.

– Panienka będzie łaskawa.

Stanął przed nią i nie usiadł, dopóki Kate dwa razy nie zażądała tego z naciskiem. Wysoki i chudy jak szczapa, siadając robił wrażenie składającego się scyzoryka.

– Aleksandrze – zaczęła Kate. – Wczoraj wieczorem umarła Michalinka.

– Umarła... Boże drogi, taka jeszcze młoda kobieta... – Zakiwał głową. – Niezkadane wyroki boskie... A na co umarła, panienko?

– Na serce.

– To pewno nagle?

– Nie tak nagle, by nie zdążyła przed samą śmiercią powiedzieć czegoś, z czym właśnie do Aleksandra przyszłam.

Wygolona twarz starca zadrgała wszystkimi zmarszczkami. W oczach zapalił się krótki błysk. Zaczął żuć bezzębnymi wargami i widocznie ważył sytuację, bo dopiero po chwili zapytał:

– To znaczy, panienko, że Michalinka panience to powiedziała?

– Tak, mnie.

Starzec trochę się uspokoił.

– A cóż ona takiego mogła powiedzieć?... Panie, świeć nad jej duszą, ale za życia często plotła, co ślina na język przyniesie. Hm. A przed śmiercią w malignie różne przywidzenia i fantazje ludziom się zdarzają. O, jeszcze jakie!... Czy to raz bywało!... I cóż ta biedaczka mówiła?

Kate wpatrywała się weń i nie mając wątpliwości, że stary będzie próbował wszystkiemu zaprzeczać, postanowiła zastraszyć go oskarżeniem.

 

– Mówiła, że dwadzieścia osiem lat temu Aleksander zamienił jej dziecko na dziecko pani hrabiny.

Starzec zerwał się jak podrzucony sprężyną. Na policzki wystąpiły mu dwa czerwone placki, oczy omal nie wyskakiwały z orbit, a głos zabrzmiał skrzecząco i piskliwie.

– Ja?!... Ja?!... Ja zamieniłem?... Łże łajdaczka, łże! Przed Bogiem przysięgam! Ona sama zamieniła, ona, ta piekielnica, odpokutuje za to na tamtym świecie!... Taka potwarz, aa, taka potwarz...

Starzec trząsł się cały i z trudem łapał oddech.

Kate wyczekała kilka minut, aż się uspokoił. Zresztą i sama chciała odzyskać równowagę. Przyszła tu wprawdzie z przeświadczeniem, że Aleksander potwierdzi wyznanie zmarłej, lecz łudziła się jeszcze, chciała się łudzić, że stary służący wszystkiemu zaprzeczy. Pragnęła tego. Wówczas wszystko stanęłoby pod znakiem zapytania, a to sprowadziłoby się przecie do zlekceważenia wymysłu, po prostu wymysłu umierającej, jakiejś przedśmiertnej imaginacji czy nawet zwykłego kłamstwa.

I ta iskierka nadziei zgasła jednak od razu. Kate spojrzała na Aleksandra surowo i powiedziała:

– Mój Aleksandrze, Michalinka nie utrzymywała, że Aleksander to zrobił...

– Jakżeby śmiała!...

– Ale był jej wspólnikiem, bo wiedział o tym i przeszkadzał jej wtedy, gdy chciała się przyznać. To na jedno wychodzi.

– Ja odradzałem?... Przeszkadzałem?...

– Mniejsza o to. Nie przyszłam tu, by Aleksandra sądzić czy karcić. Wystarczy mi, że Aleksander potwierdził wszystko. Nie przede mną będzie Aleksander odpowiadał za swoją winę.

Starzec rozpłakał się. Łzy ciekły mu po obwisłej, pomarszczonej twarzy, cała długa, chuda postać zwijała się w niedołężnych, rozpaczliwych i wstrętnych ruchach. Wreszcie upadł na kolana przed Kate i nieartykułowanym bełkotem, z którego rzadko wyrywały się wyraźniejsze słowa, błagał ją o litość, zaklinał, by oszczędziła go, by darowała mu jego grzech.

– Grzech swój będzie mógł Aleksander odkupić szczerym przyznaniem się, gdy zajdzie tego potrzeba – powiedziała Kate.

Jej słowa od razu uspokoiły starca. Błysnęła mu nadzieja.

– Gdy zajdzie potrzeba? – zapytał, wpatrując się w Kate.

– Niech Aleksander wstanie.

Podniósł się z trudem i dyszał długo, ale gra zmarszczek i fałd na jego bladej i wilgotnej od łez twarzy świadczyła, że uczepił się nowej myśli. Potem zaczął mówić gorączkowo, bezładnie, tajemniczym skrzypiącym szeptem. Usiłował przekonać Kate, że lepiej zamilczeć o wszystkim, że zrobi się tylko awantura i zamieszanie, że wstyd i hańba spadnie na całą rodzinę, że nieszczęście dotknie Prudy.

– Panieneczko Kasiu, panieneczka młoda jest, niedoświadczona, niech panienka usłucha rady starego. Na kolanach błagam! Po co to wszystko, komu to potrzebne! Ot, niech zostanie jak było. Przecie nikt nie wie. Michalina umarła, mnie już niewiele dni na tym świecie zostało. Nikt nie będzie wiedział. Dobrze jest tak, jak jest. Niechże tak i zostanie. Panienko złota, panienko kochana...

Kate lekko skinęła mu głową i wyszła. Ogromny, beznadziejny smutek owładnął nią zupełnie. Prawdopodobnie sama nie wiedziała, że na ukłony spotykanych ludzi odpowiada uśmiechem, ale ta oznaka uprzejmości stała się już u niej automatyzmem.

W pałacu panował ruch. Większość gości powstawała. W hallu, którego ciemne dębowe boazerie zawieszone były niezliczoną ilością tac i półmisków ze starego srebra, panowie w przepisowych żakietach wesoło rozmawiali o swych przygodach myśliwskich, w sali portretowej ciotka Matylda, otoczona rojem młodych panien, rozprawiała z ożywieniem, wspominając różne wielkie bale, w których brała udział jeszcze przed zamążpójściem. W dużym gabinecie obok Gogo zabawiał towarzystwo anegdotami ze swego pobytu w Bonn, w Oxfordzie i Nancy. W bibliotece sino już było od dymu cygar. Tu starsi panowie, rozsiadłszy się w wygodnych fotelach, dyskutowali na tematy gospodarcze i polityczne.

Zjawili się lokaje, obnosząc wielkie tace z cocktailami, wódkami i buszetkami.

Kate witała się, rozmawiała, przechodziła z pokoju do pokoju, od grupy do grupy.

– Promienieje pani szczęściem – powiedział jej młody Łuczyński. – Mój Boże, co to miłość może!

– A panna Kasia zawsze jasna, jak wiosenny ranek – mówiła pani Tarłowa.

Gogo, omijając innych, przylawirował do narzeczonej. Wyglądał świeżo i radośnie.

– Okrutna dziewczyna – zaczął. – Gdzie znikłaś od rana? Szukałem cię po całym pałacu. Byłem już zrozpaczony.

– Nie wyglądasz na to – roześmiała się.

– Bo już cię zobaczyłem. Ale przysięgam ci, że była chwila, kiedy obawiałem się, że cię coś złego spotkało, że na przykład ktoś z odjeżdżających gości porwał mój skarb.

– W ładnym świetle wystawiasz swoich znajomych – powiedziała żartobliwie.

– Cóż chcesz – wzruszył ramionami. – Ja sam nie oparłbym się takiej pokusie. W twoim wzroku dostrzegam, że uważasz to za puste słowa, ale wierz mi, że nie ma takiego czynu, którego bym dla ciebie nie popełnił. Aż do zbrodni włącznie. Nie ma!

Spojrzała mu w oczy.

– Życie czasami wystawia ludzi na różne próby – powiedziała lekko.

– Co mam przez to rozumieć?

– Nic. Ogólna uwaga. Chodźmy, śniadanie podane.

Przy śniadaniu znowu siedzieli obok siebie. Nastrój był ożywiony i wesoły.

Już przy końcu śniadania zaczęły zajeżdżać samochody i powozy. Goście opuszczali pałac. Na pociąg o piątej wyjechało najwięcej. Na podwieczorku poza domowymi zostało zaledwie kilka osób z rodziny. I one jednak wkrótce zaczęły się żegnać. Dwudniowe polowanie zakończone wielkim balem, duży zjazd znajomych, wszystko to, co po długoletniej ciszy wytrąciło Prudy z naturalnego stylu spokojnej, wiejskiej egzystencji, minęło. Pani Matylda z nogami owiniętymi pledem zasiadła w wielkim fotelu w buduarze, rezydenci pozaszywali się w swoich pokojach, służba snuła się senna i pomęczona, Kate w kredensie, pochylona nad książką rachunkową przyjmowała raporty od pana Maćka, od kucharza i od Józefowej, zarządzającej gospodarstwem od czasu choroby Michalinki.

Tymczasem Herta i Zosia z kuchni zajęte były myciem i przebieraniem zwłok zmarłej. W stolarni już robiono trumnę, stelmach jednak nie spieszył się, gdyż pogrzeb miał się odbyć dopiero za trzy dni, gdy proboszcz wróci z odpustu w Chełmnie.

Gdy po skończonym rachunku Kate została sam na sam z panem Maćkiem, powiedziała mu:

– Niech się pan położy i wyśpi, panie Macieju. Wygląda pan bardzo źle. Przemęczył się pan przez te kilka dni, a poza tym mówiono mi, że całą noc spędził pan przy zmarłej.

– Tak jest, proszę panienki.

– Kochał ją pan bardzo?

Młody człowiek przygryzł wargi i tylko w milczeniu skinął głową.

– A jednak musi pan wypocząć. Niech pan śpi. A jutrzejszy dzień ma pan wolny. Pani hrabina już uprzedziła o tym rządcę.

– Dziękuję panience, ale wolałbym pracę. Przy pracy myśli nie tak człowieka trapią. Człowiek zapomina o sobie.

– Jak pan chce. Może i ma pan rację. W każdym razie zaraz niech się pan prześpi.

Obiad podano o ósmej, ale do stołu siadło niewiele osób. Kate, Gogo, generał Niedziecki, daleki ich krewny i rezydent w Prudach od czasu przejścia na emeryturę, oraz administrator, pan Ziembiński. Pani Matylda kazała sobie podać na górę sucharki i herbatę, dwie stare panny, ciocia Klosia i ciocia Betsy, jadły w łóżkach, a stryjcio Anzelm pielęgnował swoją wątrobę za pomocą ziółek i gorących okładów.

Generał jedyny ze starszej generacji przetrzymał zwycięsko trzydniówkę i teraz, popijając burgunda, kpił na funty z „tego piernika Anzelma”. Ponieważ zaś gdy się już do jakiegoś tematu przyczepił, nie umiał się odeń oderwać, cały obiad był poświęcony biednemu stryjkowi Anzelmowi. Rozmowę podtrzymywał z umiarem pan Ziembiński. Gogo wpatrywał się w Kate i od czasu do czasu zamieniał z nią półgłosem kilka słów.

Gdy wstali od stołu, Kate zapytała go, czy nie poszedłby pomodlić się przy zwłokach swojej starej mamki i piastunki.