Drugie życie doktora MurkaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Drugie życie doktora Murka
Drugie życie doktora Murka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Drugie życie doktora Murka
Drugie życie doktora Murka
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
29,99  21,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kuzyk istotnie przyjął Murka, bez cienia podejrzliwości. Nie pytał o nic, kazał żonie posłać gościowi łóżko w małej komórce za warsztatem i sam mu przyniósł jedzenie.

— Wpadli na mój ślad i depczą mi po piętach, — uważał za stosowne wyjaśnić Murek. — Nie zrobię wam wielkiego kłopotu, towarzyszu?

— Niema o czem gadać, towarzyszu Garbaty — odpowiedział stolarz.

— O wydatki nie bójcie się, pokryję.

— Obejdzie się, towarzyszu Garbaty. I tak, to zaszczyt dla mnie, żeście do mnie przyszli. Mam dla siebie, starczy i dla was. Może chcecie ogolić się?

Murek dotknął ręką podbródka:

— Nie, lepiej zapuścić.

— Lepiej, — przyznał Kuzyk, — szpicle wprawdzie mają ostre oczy, ale zawsze lepiej. Czy może trzeba zawiadomić kogo, że tu jesteście?

— O, nie! Nikogo. Kogo trzeba było, już sam poinformowałem. A czy wasi czeladnicy tu nie zajrzą, do komórki?

— Nie. Nie mają tu żadnego interesu. Zresztą, to pewni ludzie, sami swoi.

— To teraz się prześpię, — ziewnął Murek, — całą noc kluczyłem.

Zasnął natychmiast i chociaż wkrótce w stolarni zaczęła się praca, świszczały heble, warczały piły, stukały młotki, nie obudził się, aż grubo po południu. Żona Kuzyka odgrzała mu obiad: kluski kartoflane na mleku i gryczaną kaszę ze skwarkami. Sama usiadła i przyglądała się z upodobaniem apetytowi Murka.

— Kasza pewno wyschła? — zapytała troskliwie.

— Gdzie tam. Od dawna takiej nie jadłem. A która to może być godzina?

— Może być i ósma — zaśmiała się, — ale jest dopiero czwarta.

— A cóż w warsztacie tak cicho?

— Sobota, fajerant.

— A mąż?

Wzruszyła ramionami:

— Wiadomo, fajerant. Poszedł chlać. Taka już nasza kobieca dola. W tygodniu to robota, w niedzielę to już leci na wiec, czy na zebranie, a fajerant — chla po knajpach. Tylko ja muszę ciągle siedzieć w domu.

— Cóż — perswazyjnie powiedział Murek, — taki porządek. Mężczyzna musi zarobić na chleb, ma swoje obowiązki polityczne, no, i rozrywka mu przecież, raz na tydzień, przy sobocie, należy się.

— A mnie nic nie należy się?... Pocóż się ze mną żenił, skoro go nigdy na oczy nie widzę?

Murek uśmiechnął się:

— No, bo w nocy ciemno.

— My już dziesięć lat ze sobą żyjem — machnęła ręką, — to i ta noc żadna antrakcja.

Spojrzał na nią uważniej. Była brzydka, chuda i koścista, a w dodatku, chociaż blondynka, skórę na łydkach i rękach, aż do łokcia, miała mocno owłosioną. Na górnej wardze zaznaczały się wyraźne wąsiki, a pod dolną, rzadziutka, jakby hiszpańska, bródka. Ruchy miała żywe, zręczne, drażniące, spojrzenie zaczepne, uśmiech miły.

— To pani nudzi się — zagadnął.

— A pewno.

— Żeby pani należała do partji, tobyście razem, z mężem, tam pracowali.

— Poco mi to? Bo to ja mało mam roboty w domu? A nudno, bo niema do kogo przemówić. Ot, dziś pan jest, to już tu siedzę i panu głowę zawracam.

— Cała przyjemność po mojej stronie — skłonił się z kurtuazją, — a czy... czy mąż nie boi się zostawić tak żonę z obcym człowiekiem?

— Albo pan mnie zje? — zaśmiała się z wyraźną kokieterją.

— Zjeść, nie zjem, ale jabym na miejscu paninego męża, nie ryzykował.

— On — zaśmiała się — mówił, że pan jest bardzo poważny człowiek. Zaprosiłbym go, powiada, na jednego „Pod Łabędzia”, ale on nie taki. Solidny, powiada, nietrunkowy. Czy pan naprawdę jest ważną figurą w partji?

— Zależy, co kto uważa za ważność — odpowiedział wymijająco.

— A pan kawaler?

— Kawaler.

— Najlepszy stan — westchnęła, — a może panu co potrzeba?

— Owszem. Jeżeli pani będzie wychodzić na ulicę, to poproszę kupić mi kilka dzienników.

— Dlaczego nie mam wyjść. Tylko, niech pan powie, jakie?

Podał jej tytuły, wręczył złotówkę i czekał. Słyszał przez cienką ścianę, jak podśpiewywała sobie mocnym ostrym głosem, zabierając się do wyjścia.

— Baba oczywiście ma ochotę na wykorzystanie okazji — myślał. — Pewno z każdym partyjnym, który tu się ukrywa. Cóż, prawdziwa żona komunisty. Wspólna własność, psiakrew. A ten mąż, idjota, jest przekonany, że nikt go nie okradnie. Solidny towarzysz!... On takiemu solidnemu towarzyszowi daje schronienie, naraża się dla niego, karmi go, a ten używa mu jego żony. Oto moralność ludzka!... Świństwo.

I nagle zapytał siebie:

— Poco mam być lepszy? Świństwo?... To i dobrze, że świństwo. Właśnie tak! On dla mnie wszystko i zaufanie, i przytułek, i jedzenie, i szacunek, a ja za jego plecami najgorszą krzywdę mu zrobię. Nie bądź, durniu, frajerem.

Zerwał się i zaczął chodzić po komórce.

— Trzeba być konsekwentnym. Nie mogłem żyć jak człowiek. To będę żyć jak świnia.

Gdy jednak Kuzykowa przyniosła gazety, nie zdobył się na żaden agresywny gest.

— Dziękuję pani — powiedział, nie patrząc na nią i zabrał się do czytania.

Ona postała chwilkę i wyszła.

W dziennikach z łatwością odnalazł obszerne wzmianki o napadzie bandyckim na willę plenipotenta książąt Zasławskich, dyrektora Czabana. Dowiedział się, że — to było najważniejsze, — że sprawców nie ujęto. Odetchnął z ulgą. „Spłoszeni bandyci w liczbie sześciu, zdołali zbiec”. Poza mylnie podaną liczbą napastników, były inne nieścisłości. Były jednak i rzeczy nowe. Nie wiedział naprzykład o tem, że „bandyci uprzednio przecięli przewody elektryczne i telefoniczne i do telefonicznego kabla przyłączyli własny przenośny aparat, znaleziony zrana przez policję na sąsiedniej, pustej posesji.

To musiała być robota Piekutowskiego, który znał się na elektrotechnice. On też zapewne udusił stróża Malceraka, którego zwłoki znaleziono w krzakach, przy kuchni. Dowiedział się też Murek, że ów łysy nie był Czabanem, lecz jego szwagrem, a napad odbył się „pod nieobecność właściciela willi, który w związku ze swemi rozgałęzionemi interesami handlowemi, bawił poza Warszawą”.

Czarny Kazik, Majster i Piekutowski nie wyszli z pustemi rękoma, gdyż — jak podawały pisma — bandyci zrabowali nie tylko walizkę z papierami wartościowemi i wekslami, na przeszło dwieście tysięcy, lecz i biżuterję, wartości około czterdziestu tysięcy złotych...

— W każdym razie — zastanowił się Murek, — tamci wiedzą, że walizkę ja mam. Mogę wprawdzie bujać ich, że o niczem nic nie wiem, że to niby łysy szwagier pewno zwędził walizkę, że ja go na oczy nie widziałem, a on tylko zawala tak, by skorzystać z okazji napadu i szwagra ocyganić. Mogę im powiedzieć, że zwiałem wcześniej, bom miał pietra. I cóż dziwnego! Pierwszy raz w życiu szedłem na taką rzecz. Ich wina. Nie zapraszałem się. Sami mnie wciągnęli.

Czuł jednak, że takich cwaniaków nie uda się nabrać i wykiwać. Choćby nawet zaczęli wątpić, to i tak, dla wszelkiej pewności, wyprawią go na tamten świat. Dlatego musiał ich unikać, jak zarazy. Nie czuł strachu, ale w razie walki miałby mniejsze szanse od każdego z nich. Postanowił tedy zostawić na przepadłe swoje rzeczy u Koziołkowej. Nie przedstawiały one zresztą żadnej poważniejszej wartości. Dokumenty zaś, na szczęście, miał przy sobie.

W całej sprawie, była jedna rzecz pocieszająca: przez całą noc lał deszcz i ślady zmył tak, że nawet psy policyjne nie mogły ich odnaleźć. Jeżeli zatem policja w inny sposób nie dotrze do mieszkania Koziołkowej, mógł się przed policją przynajmniej czuć o tyle o ile bezpieczny.

Zawcześnie było jeszcze na powzięcie jakiejkolwiek decyzji. Przedewszystkiem należało porozumieć się z Arletką. Przewidując to, Murek z rozmysłem zainstalował się u Kuzyka, bo był tu telefon. Cokolwiek bowiem Arletka mówiła, byłby lekkomyślny, gdyby polegał na jej zapewnieniach. Nie ufał jej tak, jak nie ufał nikomu. Zarówno swojem zachowaniem się, jak i słowami, Arletka chciała go przekonać, że się w nim kocha. Całe wciągnięcie Murka do bandy, było właściwie jej dziełem. Spędziła z nim nawet kilka godzin w łóżku. Skądże jednak mógł wiedzieć, czy nie było to ukartowane między nią, a jej kochankiem. Twierdziła, że nienawidzi Czarnego Kazika, ale czy można wierzyć takiej fortancerce z nocnego lokalu?...

To też Murek ułożył sobie, że nie zdradzi Arletce swojej kryjówki. Zatelefonuje wieczorem do Dancing-Clubu i wypyta o wszystko. A wtedy zobaczy, co dalej.

Narazie wszakże własne położenie wydało się Murkowi lepsze niż sądził przed przeczytaniem gazet. Wątpił, by Czarny Kazik i jego wspólnicy dali się teraz, gdy bezpośrednich śladów nie zostało, nakryć. Na ich trop policja mogłaby wpaść tylko w tym wypadku, gdyby ową zrabowaną biżuterję zaraz usiłowali spylić. Na to jednak byli zbyt sprytni, a zresztą mieli — jak wiedział — sporo forsy i nic ich do tego nie zmuszało.

Obejrzawszy wyjęte z walizki stuzłotówki Murek z zadowoleniem stwierdził, że były to banknoty stare i niepodobna było bać się, by ktoś miał ich numery ponotowane. Natomiast narazie, ani myślał o sprzedawaniu tamtych akcyj i obligacyj.

Na tych rozmyślaniach upłynął Murkowi czas do ósmej, kiedy znowu przyszła doń pani Kuzykowa, z kolacją. Tym razem przyniosła czysty, biały obrus do przykrycia stolika, kółko smażonej kiełbasy na patelni, butelkę czystej, a przytem dwa talerze, dwa noże i dwa widelce.

— Nie chcę tam pana do pokoju, ani do kuchni zapraszać — powiedziała, — bo choć okna przysłonięte, to ludzie lubieją podglądać. A mnie też weselej będzie z panem do towarzystwa.

— A i mnie też! Ale, co za wspaniała kolacja!

— Jaka tam wspaniała. No, wypijem za nasze kawalerskie!

Nalała sporą szklaneczkę po musztardzie i przymrugnąwszy do gościa, wychyliła ją duszkiem:

— W pańskie ręce — nalała drugą i Murek, by dostosować się do jej żartobliwego tonu, powiedział:

— Żeby nasze dzieci bogatych rodziców miały i tramwajów się nie czepiały.

 

Nauczył się sporo takich powiedzonek, podczas swego dwuletniego bezrobocia, szwendania się po domach noclegowych i szynkach na przedmieściach. Był czas, gdy obawiał się nawet, że trudno mu będzie wyleczyć się z tych argotowych nabytków. Wtedy jeszcze miał nadzieję wrócić do dawnego życia, dostać posadę i ożenić się z Nirą Horzeńską. Aż uśmiechnął się teraz, wspomniawszy te czasy.

— Tak mi potrzebny dziś poprawny język, jak zającowi dzwonek — pomyślał i z satysfakcją powiedział głośno:

— Fajna zagrycha! No, siup, pani Kuzyk! Jeszcze po jednym.

— Z pana to sympatyczny człowiek — uśmiechnęła się.

Siedzieli obok siebie na łóżku, gdyż w komórce krzeseł nie było i ze względu na jej wąskość, nie mogłyby się nawet zmieścić. Kuzykowa zaczęła opowiadać coś o jakiejś głupiej Felci, swojej krewnej, i zaśmiewała się, nie omijając sposobności, by za każdym razem oprzeć się o sąsiada. Łóżko stare i niezbyt mocne, trzeszczało ostrzegawczo przy tych poruszeniach, a gdy raz zachwiało się mocniej, Murek orzekł:

— Nie było ono robione na dwie osoby. Żeby u stolarza i taki słaby mebel. Szewc bez butów chodzi.

— O nie, — zaprotestowała, — niech pan pójdzie do pokoju, to zobaczy pan, jakie nasze jest mocne.

— A no, chodźmy!

Szli pociemku ze względu na owe okna. Przez warsztat, sionkę i kuchnię. W pokoju od podwórzowej latarni było jaśniej. Przy ścianie stało szerokie czeczotowe łóżko. Murek uprzytomnił sobie, że jest to tak zwane małżeńskie sanctuarium towarzysza Kuzyka, że popełni podłość, wyzyskując jego zaufanie i romansowość jego żony. Lecz właśnie chciał, musiał ugruntować w sobie przekonanie, że wyzbył się wszelkich skrupułów. A że w dodatku zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, w wypadku niespodziewanego powrotu Kuzyka, co pociągnęłoby za sobą nieobliczalne następstwa, tembardziej nie odstąpiłby teraz od celu.

Objął Kuzykową i przewalił się z nią na łóżko. Broniła się, zaskoczona widocznie nagłością ataku, lecz broniła się krótko. Materac w łóżku był sprężynowy, tak wygodny, jak tamten w Hotelu Szwedzkim, dokąd zaprowadziła go Arletka. Ale Kuzykowa, prosta i niemłoda już kobieta, pod żadnym względem nie mogła równać się z Arletką. W chwilę później Murek już czuł wstręt do niej i do siebie. Leżał nawznak odwróciwszy głowę, by nie dolatywał od niej ostry zapach potu i nieświeży oddech.

A przytem ogarnęło go rozczarowanie. Pragnął popełnienia podłości, oczekując z niej jakiejś jadowitej złej satysfakcji, a tymczasem nie przyszło nic poza obrzydzeniem. Wszystko stało się zwyczajne, nieważne, obojętne.

Usiłowała go zatrzymać, gdy wstawał, zapewnieniami, że mają jednak dużo czasu, że mąż prędko nie wróci. Odburknął, że czuje się zmęczony, że może wkrótce jeszcze przyjdzie do niej.

— Ale jak będę spała to nic, niech mnie pan obudzi — zawołała za nim.

— Dobrze, dobrze. Obudzę.

Poomacku dotarł do komórki, wypił resztę wódki, później w stolarni umył się nad zlewem i wyjrzał przez okno. Brama już była zamknięta, musiało już tedy być po jedenastej. Przeczekał jeszcze kwadrans, sprawdził, że Kuzykowa śpi, że zatem nie będzie mogła go podsłuchać, pozamykał drzwi i zatelefonował do Dancing-Clubu. Po chwili usłyszał głos Arletki.

— Dobry wieczór, tu Murek.

— Ach! Nareszcie! Nic ci nie jest? — w jej głosie było tyle szczerej radości, że aż się zdziwił. Widocznie podejrzewał ją niesłusznie.

— W porządku — odpowiedział — a tamci?

— Owszem, ale nie mogę mówić przez telefon. Możesz się ze mną zobaczyć?

— No przecie do twojej knajpy nie przyjdę.

— Wiem, naturalnie. Ale ja wyskoczę na pół godzinki — i dodała szeptem — za pół godziny w tym hotelu, co wiesz. Dobrze?

Już chciał się zgodzić, gdy przyszło mu na myśl, że może to być zasadzka. Ona zdąży zawiadomić tamtych, no a w hotelu znajdzie się jak w potrzasku.

— Nie — odpowiedział — czekaj na mnie na rogu Wielkiej i Chmielnej. Przyjdę.

— Dobrze — zgodziła się natychmiast i położyła słuchawkę.

Murek nie odkładał swojej jeszcze przez dobre kilka minut: chciał się przekonać, czy Arletka nie spróbuje zaraz połączyć się z tamtymi. Nieco uspokojony wyszedł na ulicę, narzuciwszy na siebie jakąś starą jesionkę, którą znalazł w komórce.

Do umówionego miejsca zbliżył się, zachowując wszelkie ostrożności i ściskając w kieszeni kolbę rewolweru. Arletka była sama. W sąsiednich wnękach bram stało dużo dziewczyn ulicznych, ale żadnych mężczyzn nie dostrzegł. Zrównał się z Arletką i wziął ją pod rękę. Przytuliła się i zaszeptała:

— Tak się bałam o ciebie. Czytałeś gazety?

— Czytałem. Chodźmy tędy — pociągnął ją w stronę Złotej — a cóż tamci? Wrócili na Solec?

— Wrócili. I nie wiedzą co się z tobą stało. Posądzają cię, żeś odebrał temu gościowi walizkę i zwiał.

— No, i co?

— Ja im mówię, że niemożliwe, ale Piekutowski twierdzi, że tyś pewno ukrył się, ze strachu przed policją, ale że dasz znać o sobie i przyniesiesz tę forsę do podziału. A najgorzej to boją się, byś nie spróbował sprzedać tych papierów, bo wówczas złapaliby cię odrazu.

Murek uśmiechnął się:

— A ty jak myślisz? Mam ja tę walizkę?

Spojrzała nań z zaciekawieniem:

— Myślę, że masz...

— A jeślibym miał, to sądzisz, że trzeba się z nimi podzielić?

— Nie, nie! — zaprotestowała gorąco. Poco masz się dzielić?... Byłbyś głupi. Możesz im powiedzieć, żeś tej walizki na oczy nie widział.

— A oni uwierzą?

Zamyśliła się i potrząsnęła głową:

— Nie uwierzą.

— Mógł przecie ten cały Czaban zbujać, mógł nie mieć jej wcale w domu, albo ją zabrać, bo przecie w gazetach było, że wyjechał za interesami.

— Za jakiemi tam interesami — zaśmiała się Arletka — on był z Zuzą, z Rudą Węgierką i ze mną przez całą noc w Krzywej Karczmie pod Tarczynem. On żyje z tą Węgierką. I właśnie przez nią ja wiedziałam, że tego dnia u niego w domu będzie tyle forsy.

Zastanowiła się i dodała:

— Nie, niema innej rady, jak ukryć się i nie pokazywać się im na oczy. Gdzieś ty się teraz ulokował?

— Tam, u jednego — odpowiedział wymijająco.

— Jedno z dwojga: albo mi nie wierzysz, albo u kobiety.

— Wierzę ci. I nie u żadnej kobiety, tylko u jednego partyjnego.

Zdziwiła się:

— Więc ty nadal z tymi komunistami?...

— Skądże — wzruszył ramionami — ale, jak mogę skorzystać, to dlaczego nie.

— Pewno — przyznała.

Wstąpili do małej knajpki, usiedli w kącie i rozmawiali półgłosem. Musiał jej opowiedzieć o przebiegu „roboty”. Jak go postawili przy drzwiach, jak później wybiegł jakiś łysy facet z walizką, jak wszystko dalej stało się inaczej niż planowali, dlatego tylko, że nie mógł zdobyć się na zastrzelenie owego faceta.

— Później ukryłem w bezpiecznem miejscu walizkę i na tem koniec. Nie wiem tylko, co dalej ze sobą robić, i z czego żyć. Mam wprawdzie w kieszeni zagraniczny paszport na cudze nazwisko, z moją fotografją, ale bez forsy zagranicę nie mamy poco jechać. A o spyleniu tych papierów teraz nie można marzyć. Chyba gdzie na prowincji, ale to wątpię.

— To prawda — przytaknęła.

— A wrócić do pracy w Warsztatach Kolejowych też nie mogę, bo Piekutowski i reszta wiedzą, że tam mnie można szukać. A że będą szukać, to pewne.

Zaśmiał się i dodał:

— Wogóle zaciasno coś już na świecie. Na karku policja kryminalna i policja polityczna, komuniści też niedługo mną się zainteresują... Ale najgorsze to ten twój Czarny Kazik i kompanja.

— On nie mój — chwyciła Murka za rękę. — Poco tak mówisz, skoro wiesz dobrze, że tylko ty jesteś mój.

— I on... ile razy zechce.

Spochmurniała i zacisnęła usta.

— Niedługo już tego.

— Zastanawiałem się — zaczął Murek po pauzie. — Zastanawiałem się, jak to zrobić, żeby Koziołkowa mnie wymeldowała. Taka nieobecność, może zwrócić uwagę policji.

— To łatwo zrobić.

— W jaki sposób?

— Napiszesz do Koziołkowej list, że wyjechałeś.

— Nie, — skrzywił się, — to na nic. Chyba... chyba, że list będzie wysłany z jakiegoś innego miasta.

— No, to trzeba tak wysłać, — powiedziała Arletka, — napisz jutro taki list, a ja włożę do drugiej koperty i wyślę do Katowic, do jednej koleżanki, która tańczy tam w „Momusie”. Ona to chętnie zrobi. Gdy zaś Koziołkowa dostanie taki list, pokaże go oczywiście Kazikowi i wówczas przestaną cię szukać w Warszawie.

Pomysł nie był zły i Murek postanowił tak postąpić. Zamiast zamierzonej półgodzinki, przesiedział z Arletką do dwunastej i gdy się rozstawali, o tyle był jej pewny, że na jutro umówił się z nią na siódmą, odrazu w hotelu.

— Tylko uważaj, by cię nie śledzili, — ostrzegł ją — bo może oni podejrzewają, że ty ze mną się spotykasz!

— Skądże — zaśmiała się, — odkąd nadałam im tę robotę u Czabana, są pewni mnie, i żaden okiem nie mrugnie. O mnie się nie bój. Poradzę sobie.

— Ale słuchaj, Arletko — przytrzymał jej rękę, — jakbyś mnie chciała wkopać, to wiesz, że...

— Głupi jesteś! — oburzyła się.

— No, to dobrze. Dowidzenia. Jutro o siódmej.

— O siódmej.

Ale o siódmej Murek nie mógł stawić się na randkę. Już wieczorem, układając się do snu, miał silne dreszcze, a zrana przyszła gorączka. Musiał się zaziębić, warując owej nocy na Skolimowskiej, albo leżąc na gołej ziemi pod czółnem. Gorączka przed południem tak się wzmogła, że chwilami tracił przytomność. Przytem dokuczał mu piekielny ból głowy i dręczyły wymioty. Kuzykowa zaaplikowała choremu wszelkie znane sobie środki lekarskie: natarła mu plecy i piersi terpentyną, głowę obwiązała ręcznikiem z plasterkami cytryny i dała odwaru z malin, na poty.

Pomimo to, gorączka nie spadła, a następnego dnia jeszcze wzrosła. Kuzyk, wielce stroskany, sprowadził znajomego lekarza, który orzekł, że jest to zwykła grypa i zapisał proszki.

Jakkolwiek grypa była zwykła, przetrzymała Murka dziewięć dni w łóżku. Gdy się podniósł, nie mógł się utrzymać na nogach, a w lustrze sam siebie nie poznał: broda i wąsy wyrosły mu na dwa palce, okalając wychudzoną twarz gęstym, ciemnym zarostem.

— Jeszcze tydzień, dwa — żartował, — będę wyglądał jak pop.

— Myślałem, towarzyszu, — klepał go serdecznie po ramieniu Kuzyk, — że już nam tu wyciągniecie kopyta. No, szczęśliwie wszystko dobrze się skończyło. Aleście w gorączce krzyczeli. Czasami to i pietra miałem, bo do warsztatu, jak to do warsztatu, klienci obcy czasem przychodzą, a wy to majaczenia takieście mieli. Bałem się, że tajemnicę jaką wydacie.

— A cóż ja takiego mówiłem?

— Różne rzeczy, że i nie spamiętać. Najgorzej — zaśmiał się — toście na siebie wymyślali, od najgorszych. Ażem się z żoną ubawił. No i wciąż do telefonu rwaliście się. Ale wiadomo, siły słabe, coście z łóżka wyleźli, to i na ziemi.

I teraz, chociaż już mógł wstać, zatelefonować do Arletki nie mógł. Jak na złość, Kuzyk dostał wielkie zamówienia na meble i w stolarni pracowano dzień i noc. Dopiero w niedzielę, późnym wieczorem, zadzwonił do Dancing-Clubu, lecz poto tylko, by dowiedzieć się, że „panna Arleta już u nas nie pracuje”. Telefonował jeszcze kilka razy, prosząc o informacje, lecz powiedziano mu tylko, że od tygodnia przeniosła się do innego zakładu, a do którego — nie wiedzą. Informowanie się w kilku, bardziej znanych, nocnych lokalach, wybranych z katalogu abonentów na chybił-trafił, też nie dało rezultatu.

Tymczasem, wraz z powrotem Murka do zdrowia, Kuzykowa korzystała z każdej nieobecności męża, by atakować gościa. Czy Kuzyk zaczął się czegoś domyślać, czy też poprostu uprzykrzył sobie przeciągający się pobyt Murka w domu, dość, iż coraz niechętniej doń się odnosił. Z tem wszystkiem i Murkowi już obrzydło to przymusowe więzienie.

Należało zresztą pomyśleć o takiem, czy innem, urządzeniu się. W tym celu przedewszystkiem udał się pewnego wieczora na ulicę Świętokrzyską, gdzie kupił nowe ubranie, elegancką jesionkę i kapelusz. Zafundował też sobie rogowe okulary, w których wyglądał jak profesor, bo i broda dodawała mu powagi. Do jakiego stopnia się zmienił, miał możność stwierdzić, gdy nos w nos spotkał na ulicy towarzysza Posiadłego, z którym znali się doskonale. Posiadły przeszedł obok niego i wcale go nie poznał.

Próba ta ucieszyła Murka bardzo. Oczywiście, o wykorzystaniu swej metamorfozy zewnętrznej dla ukrycia się przed komunistami, nie można było myśleć poważnie. Wcześniej, czy później, dowiedzą się o tem od Kuzyka, a wówczas ich podejrzenia jeszcze bardziej się ugruntują, i zapadnie wyrok, na którego wykonanie nie trzeba będzie długo czekać. To też Murek postanowił zameldować się w partji. Może nie zrobiłby tego, gdyby mógł odnaleźć Arletkę. Przy jej sprycie dałoby się może coś wykombinować. Wszelkie jednak poszukiwania nie dały pożądanego skutku, a bał się zaryzykować pójścia na Solec i próby nawiązania z nią kontaktu przez dozorcę domu. Wogóle całej tamtej dzielnicy należało unikać.

 

Narazie rozkoszował się od dawna nieznanym odpoczynkiem i dostatkiem. Czysta bielizna, przyzwoite ubranie, dobre papierosy i możność najadania się dosyta nie były do pogardzenia. Pieniędzy jeszcze miał dużo i narazie mógł się nie kłopotać nietylko o jutro, lecz i o najbliższe miesiące. Jednakże niewyzyskanie tego czasu dla wykombinowania sobie nowego przypływu gotówki, byłoby lekkomyślnością nie do darowania. Im dłużej tedy próżnował, tem natrętniej nawiedzały go różne pomysły. Najprostszym i najłatwiejszym byłoby rabowanie. Dość jest w Warszawie ciemnych ulic i samotnych przechodniów, by, mając w ręku rewolwer, zapewnić sobie możliwe dochody. O rabowaniu na większą skalę, o włamaniach i napadach bandyckich, nie chciał nawet myśleć. Po pierwsze, wymagało to, bądź co bądź, fachowej wiedzy i wprawy, a po drugie współdziałania z kilkoma specjalistami. Natomiast pierwszy sposób Murek postanowił wypróbować. Nie tyle sposób, ile siebie.

W tym celu upatrzył małą pustą uliczkę Szkolną, w samem śródmieściu. Po północy zdarzało się, że w ciągu pół godziny nie było tam ani jednego przechodnia, zaś najbliższe posterunki policyjne znajdowały się w dostatecznej odległości.

Pewnego dżdżystego wieczoru, nacisnąwszy kapelusz na oczy i z podniesionym kołnierzem palta, zaczaił się w bramie, mniejwięcej w środku ulicy. Wyglądał, jak ktoś, oczekujący na otwarcie bramy. Najpierw do kamienicy, naprzeciwko, podjechała taksówka i wysiadło z niej kilka osób, później przeszła pod parasolem jakaś roześmiana parka. Zbliżała się już północ, gdy w wylocie ulicy zobaczył grubą, okrągłą sylwetkę otyłego jegomościa.

— Dobry — pomyślał.

Jegomość szedł wolno, sapiąc i mrucząc coś pod nosem. Aż przysiadł, gdy Murek niespodziewanie zagrodził mu drogę.

— Ręce do góry! — zawołał Murek, wydobywając z siebie najgroźniejszy ton, na jaki umiał się zdobyć i opierając lufę rewolweru o pierś grubasa.

Nie mógł widzieć w ciemności jego twarzy, lecz przerażenie napadniętego i tak było dość wymowne.

— Co to? Co to? — zajęczał, konwulsyjnie wymachując podniesionemi rękami.

— Dawaj forsę — warknął Murek i usiłował wsunąć lewą rękę pod palto grubasa, lecz wówczas stała się rzecz nieprzewidziana: delikwent stracił widocznie poczucie rzeczywistości, wpadł w głupi lęk, bo zaczął przeraźliwie wrzeszczeć:

— Ratunku! Mordują! Ratunku!... Litości!...

Oczywiście wystarczyłoby gruchnąć go kolbą w łeb i zwalić, lecz Murek tak dalece nie przewidywał podobnego obrotu sprawy, że zgłupiał na chwilę. Na szczęście oprzytomniał w porę i zaczął uciekać.

— Mordują!... Mordują... — darł się za nim grubas.

Zanim jednak zrobił się na Szkolnej ruch, Murek zdążył przemknąć przez Rysią do Marszałkowskiej i skręcić w Sienną.

Wrócił do domu roztrzęsiony wściekły i rozgoryczony, a jednocześnie ubawiony tem tragi-komicznem zdarzeniem.

— Tak się zbłaźnić! — powtarzał — Tak się zbłaźnić!

Długo nie mógł zasnąć i doszedł do przekonania, że nie potrafi nigdy zostać bandytą. Inny, choćby taki Majster, w podobnym wypadku miałby już pugilares grubasa w kieszeni. A czy jego właściciel leży z rozbitą czaszką w prosektorjum, czy w szpitalu, byłoby to mu zupełnie obojętne.

Widocznie, nie dość jest nienawidzieć ludzi i pogardzać nimi, by ich zabijać.

Nazajutrz Murkowi każdy spotkany na ulicy gruby jegomość wydawał się wczorajszą niedoszłą ofiarą.

— Nie, to nie dla mnie — utwierdzał się w przekonaniu, lecz nie umiał nic innego wymyśleć.

Pomysł przyszedł zupełnie przypadkowo, dzięki zbiegowi okoliczności.

Po przyjściu do domu zastał u Kuzykowej cygankę. Stara i brudna baba o zwiędłej twarzy siedziała przy kuchennym stole i rozkładała karty, skrzecząc swoje przepowiednie o „spotkaniu z brenetem wieczorową porą” i o tem, że „kocha się w pani jeden na stanowisku, blondyn z natury”. Po wyjściu cyganki Murek powiedział:

— Bzdury ona plecie. Ja lepiej potrafię wróżyć.

— A ty umiesz?

— Pewno, że umiem — z wyższością uśmiechnął się Murek, przypomniawszy sobie panią Koziołkową i jej wróżbiarstwo.

— No, to powróż mi!

— Służę, z przyjemnością. A karty są?

— Są, ale zwyczajne.

— Zwyczajne, nie zwyczajne — wzruszył ramionami — żadna różnica. Kto prawdziwą wiedzę tajemną zna, ten i ze zwyczajnych kart więcej prawdy wywróży, niż ze specjalnych. Zresztą i z ręki mogę.

Kuzykowa przyniosła karty i Murek kazał jej siedem razy przetasować i przełożyć na trzy kupki lewą ręką, zasłaniając jednocześnie oczy prawą.

— Zasłonić oczy? — zdziwiła się — Żadna wróżka jeszcze mi tego nie kazała.

— Dlatego i wróżba nie mogła być dobra. Dobra wróżba wymaga swojej... — nie przyszło mu nic lepszego na myśl i zakończył — wymaga swojej cyrkumferencji.

— No, dobrze — zgodziła się.

— Nie ja mówię, karta mówi — zaczął uroczystym tonem Murek, pękając w duchu ze śmiechu na widok skupionej miny Kuzykowej. — Co złego, czy dobrego los niesie, na los odpowiedzialność idzie, a ja tu słowa ująć ni dodać nie mogę, bo los sam przemawia, a los pani szczęśliwy i pomyślny. Najpierw przeszłość, potem teraźniejszość a na końcu przyszłość wróżba wyjaśni, całą prawdę odsłoni, złe i dobre, szczęście i zmartwienie wszelkie pokaże. Smutki swoje pani nogami podeptała, pod czerwonym asem pomyślność dla domu i zazdrość ludzka, ale na dobre wyszła. Przez nieżyczliwą krewniaczkę strata w majątku była, a trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, choroba ciężka w familji, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, bliska osoba umarła, mężczyzna, jakby ojciec, tak właśnie przez straszny wypadek życie zakończył.

— Święta prawda, ojciec w fabryce pod wagonetkę wpadł — potwierdziła Kuzykowa.

Murek o tem doskonale od niej samej wiedział, lecz surowo oświadczył:

— Nie ja mówię, karta mówi. Karta kłamstwa nie zna, prawdy nie zatai. Letnią porą zmartwienie przez list z drogi było i obmowa od damy dzwonkowej, co męża pani przyciągnąć chciała.

I mówił Murek jak z nut, wysypując z siebie wszystko, co wiedział o przeszłości Kuzykowej, później o jej teraźniejszości, później o przyszłości. Kobiecina oszołomiona, słuchała z otwartemi ustami, przyczem Murek, obserwując uważnie wyraz jej twarzy i prowokując, od czasu do czasu, do potwierdzeń, zaprzeczeń, czy ogólniejszych uwag, przekonał się, że poomacku, posługując się dwuznacznością rozmaitych określeń, wcale nie trudno wpaść na prawdę. W ten sposób dowiedział się, że Kuzykowa utrzymywała przez dłuższy czas bliższe stosunki z jednym z czeladników męża, że czeladnik ów ożenił się, że oprócz czeladnika, Kuzykowa obdarzała swemi względami jeszcze jakiegoś Adama i jego brata Pawła.

Mówiąc o przyszłości, Murek przezornie nie zapomniał o własnej wygodzie. Zapowiedział mianowicie, że przez bliskiego sercu blondyna nieszczęście będzie w ciągu tygodnia, ale jest sposób zażegnania, unikać go w tym czasie i przed każdem zaśnięciem trzy razy stuknąć w nieheblowane drzewo.

Musiał zaraz objaśnić dokładnie, jak stukać i którym palcem. A grożące nieszczęście odmalował w tak ponurych barwach, (mąż miał siekierą zabić żonę i blondyna, a sam się powiesić), że zagwarantował sobie spokój przed natarczywością gospodyni. By ugruntować wiarę Kuzykowej w te wróżby, przepowiedział, że wkrótce zginie w domu rzecz cenna i pamiątkowa, nie należy jednak martwić się, bo po niedługim czasie napewno się odnajdzie.

Tak prorokując, nawet widział ową rzecz. Była to obrączka pani Kuzykowej, leżąca koło ścierki na parapecie okna. Po skończonej wróżbie, zakręcił się po kuchni i obrączkę wrzucił do kieszeni fartucha, wiszącego na drzwiach.

W dwie godziny później Kuzykowa podniosła alarm. A wieczorem zguba się znalazła, ku ogólnej radości. Skutek zaś był taki, że Murek nazajutrz musiał wróżyć czterem czeladnikom i chłopcu. Sam Kuzyk ociągał się, wstydząc się snać przesądów, lecz po kolacji i on poprosił o kabałę.