Śmiertelna rozpacz

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11

Było po północy, gdy Lilly Gray poszła do sypialni i położyła się do łóżka. Codziennie po przebudzeniu i zaraz przed zaśnięciem myślała o wnukach – Larze i Hudsonie. Z natury się zamartwiała, ale nigdy sobie nie wyobrażała, że coś takiego spotka jej rodzinę. Lara była cichutka. W jaki sposób miałaby postawić się tym potworom? Ale o Hudsona martwiła się z innych względów. Chłopiec był śmiały, czasami nieustraszony. Czy cechy te wpędzą go w jeszcze poważniejsze kłopoty?

Zaniepokojona miała problem z zaśnięciem. Russell ją przytulił. Choć nie zamieniła z mężem wielu słów od jego powrotu z lotniska, nie odsunęła się, gdy delikatnie położył dłoń na jej ręce.

– Rodzinom łatwo trwać razem, gdy wszystko się układa – powiedział. – Ale kiedy jest źle, a tak właśnie jest teraz, nie wiem, czy poradziłbym sobie bez ciebie. Potrzebuję cię, Lilly.

Ponownie zapadła cisza.

– Bri wymagała dystansu, widziałem to w jej oczach. Pomyśl o tym. Co by się stało, gdybym jej nie pomógł? W tej chwili byłaby jak rak dla tej rodziny. Wariowała. Musieliśmy dać jej wyjechać. Potrzebuje czasu.

– A co z Coltonem? – zapytała szeptem.

– Zrozumie. Porozmawiam z nim.

– Bri powinna do niego zadzwonić.

– Wiedziała, że próbowałby ją zatrzymać, ale co mógł zrobić, gdy był stąd setki kilometrów?

Leżała do niego plecami, lecz zaraz się ułożyła na wznak. Byli małżeństwem przez tyle lat, że wiedział, iż oznaczało to rozejm. Przysunął się i pocałował ją w policzek.

– Nie każda podjęta przeze mnie decyzja będzie właściwa – powiedział. – Ale dla dobra tej rodziny musimy trzymać się razem. Musimy być silni dla nich wszystkich.

Po chwili ciszy zapytała:

– Co zrobimy z Faith? Nie wiem, czy też to widzisz, ale nie jest tą samą dziewczyną, którą była niegdyś. Nie jest nią, odkąd wróciliście z farmy bez Lary. Jeśli nie odnajdziemy jej dzieci, nie wiem, czy przetrwa.

– Masz rację. Nie jest taka, jak kiedyś. – Westchnął. – Musimy się z tym uporać i pomóc jej przez to przejść, aby po wszystkim pozostała w niej chociaż część naszej córki.

– Jeśli odnajdziemy wnuki, znów wszystko będzie jak dawniej.

– Nie sądzę. Podejrzewam, że żadne z nas już nie będzie takie jak kiedyś. Możemy leżeć tu co noc, udawać i mieć nadzieję, ale tak nie będzie.

– Jesteś starym głupcem – odparła, obracając się do niego – ale i tak cię kocham.

Przyciągnął ją do siebie.

– Też cię kocham. Nigdy o tym nie zapominaj.

* * *

Bestia wyszedł za Złością z domu. Nie zaskoczyło go, że nie poddała się chłodowi i silnemu wiatrowi przy porannym biegu. Jak zawsze trzymał się od niej na dystans. Nie lubiła, gdy ktokolwiek znajdował się blisko czy uważnie jej się przyglądał.

Po pięciu minutach biegu zauważył, że spadła jej forma. Pochylając się zanadto do przodu, Złość wkładała zbyt wiele siły w każdy krok i nie używała rąk, by sobie pomagać.

Niecałą minutę później upadła na dłonie, a następnie obróciła się na bok.

Słyszał, jak przeklina, gdy się zbliżył. Miała odrapane kolana.

– Zraniłaś się – powiedział, pochylając się, aby ją podnieść.

Odtrąciła jego ręce.

– Nie potrzebuję twojej pomocy. Nie jestem inwalidką.

Wyprostował się, ale nie ruszył, tylko przeczekał burzę nieustająco szalejącą w jej głowie.

Skrzywiła się, gdy zobaczyła, że Bestia wciąż stoi.

– Dlaczego to robisz?

– Co takiego?

– Dlaczego tak się mną opiekujesz? To wkurzające. Nie jestem twoją kochanką, siostrą ani córką. Nikim dla ciebie nie jestem.

Nieczęsto wyładowywała na nim frustrację, ale kiedy to robiła, lepiej było, gdy się z nią nie spierał.

– Przerabialiśmy to już milion razy.

Próbowała wstać, ale nogi odmówiły posłuszeństwa.

Z dnia na dzień stawała się coraz słabsza. Łamało mu to serce.

– Co się ze mną dzieje?

– Nie wiem, ale musisz iść do lekarza. – Ponownie się pochylił, wziął ją na ręce i pomaszerował w stronę domu, gdy biła go pięściami w pierś.

– Nie pójdę. Nic nie poradzi.

– Pomoże z bólem.

– Mówiłam, że nie potrzebuję pomocy. Postaw mnie.

Ignorując ją, Bestia przeszedł jakieś półtora kilometra. Nie postawił jej, aż znalazł się w budynku, w którym mieszkał ze swoim ojcem, Małym Vinniem. Mężczyzny absolutnie nie można było określić tym mianem, bo wyrósł z niego w liceum, gdy w ostatniej klasie osiągnął metr dziewięćdziesiąt trzy wzrostu.

Mały Vinnie lubił gotować. Kiedy weszli, przygotowywał jajecznicę na kiełbasie.

Bestia posadził Złość na kanapie.

Próbowała go kopnąć, ale była za słaba, by go to zabolało.

Mały Vinnie wyłączył gaz, otworzył szafkę i wyjął maść, którą zrobił z miodu, kurkumy, imbiru i oliwy z oliwek. Podszedł do kanapy i usiadł obok dziewczyny.

Bestia nie miał pojęcia, skąd ojciec wytrzasnął tę miksturę, ale wcierał ją w ręce i nogi kobiety, odkąd ją zdiagnozowano, dając z pół roku życia. Przeczytał gdzieś, że jej mięśnie będą coraz słabsze i obolałe, więc wmasowywanie maści złagodzi ból. Stało się to ich codziennym rytuałem. Złość nigdy nie próbowała go powstrzymać.

Nadal jednak marudziła pod nosem, gdy wmasowywał maść w jej kończyny, zaczynając od lewego ramienia i schodząc na łokieć. Poddała się szybciej niż zazwyczaj i oparła głowę o poduszkę.

Po prysznicu Bestia ubrał się i bez słowa wyszedł z mieszkania. Nie wiedział, dokąd zmierza, ale musiał uciec. Musiał zaczerpnąć tchu.

Tracili ją.

Złość odmówiła leczenia, skoro nie miało uratować jej życia. Mawiała, że wolała żyć, umierając. Cierpiała na ataki, ale aż do dziś nie upośledzały jej motoryki, zdolności poznawczych ani werbalnych.

Uderzyła w niego rzeczywistość, w której umierała powoli na jego oczach. Wsiadł do pikapa, zacisnął palce na kierownicy. Pomyślał o chwili, gdy dowiedział się, że jego żona i córka zginęły w wypadku samochodowym.

To stało się szybko. Dziewczyna pisała SMS-a podczas jazdy i w nie uderzyła. Bum!

Ale Złość umierała powoli.

Tak wiele rzeczy pragnął powiedzieć żonie i córce, nim mu je odebrano. Miał jednak szansę, aby uzmysłowić Złości, ile dla niego znaczyła. Była jak córka, której nie było mu dane wychować, a mimo to słowa stawały mu w gardle jak stary, wyschnięty chleb. Powolna śmierć nie była łatwiejsza. Tak czy inaczej utrata bliskiej osoby była okropna.

Jak mógł kiedykolwiek wyznać Złości, że ją kocha, tak jak ojciec kocha swoje dziecko? Brzmiałoby to jak pożegnanie, a nie był na nie gotowy, nawet nie wiedział, czy kiedykolwiek będzie.

12

Faith stała z boku, gdy ponad dziesięciu mężczyzn pracowało na miejscu zdarzenia. Spędziła z detektywem Yuhaszem dwie godziny w samochodzie, jadąc do Central Valley. Mężczyzna wydawał się pogrążony w myślach, więc go nie zaczepiała. Teraz stała, wpatrując się w wodę kanału biegnącego pośród pastwisk i sadów migdałowych.

Na miejscu znajdowali się również agenci Burnett i Jensen z FBI. Wysoka kobieta rzucała się w oczy w tłumie. Spojrzała na Faith i skinęła jej głową.

Niesławna mgła w dolinie sprawiała, że wzgórza wyglądały na blade, a niebo na szare. Woda, którą przeszukiwano, była brązowa i mętna. Policja badała sprawę dziewczyny, która niedawno zaginęła w tej okolicy. Robotnik z farmy zgłosił, że niedługo po jej zaginięciu widział, jak do kanału wjechał samochód. A kiedy nurek podał numery rejestracyjne, okazało się, że auto należało do Craiga McManna. Zawiadomiono Yuhasza, i tak oto się tu znaleźli.

Detektyw po drodze wspominał, że kanał nazywany jest podwodnym złomowiskiem i ciągnie się przez prawie dwieście kilometrów doliny. Zarządzające nim władze wyciągają co roku z wody od pięćdziesięciu do stu samochodów, a także broń, resztki sprzętu laboratoryjnego, z którego korzystano podczas produkcji metamfetaminy, i zwłoki.

Odkąd tu przyjechali, wyłowiono motocykl, dwa sedany, pikapa, forda explorera i w końcu SUV-a jej męża.

Przyczepiono łańcuch do haka i powoli go wyciągnięto. Faith zrobiło się niedobrze. Walczyła o oddech, gdy samochód wyciągano z podwodnego grobu. Rdzawobrązowa woda wyciekała z każdej szczeliny pod stopy zgromadzonych.

Faith stała nieco dalej, chociaż i tak podeszła kilka kroków.

Dlaczego przyjechała?

Ogarnął ją strach, wróciła do radiowozu detektywa. Nie chciała widzieć, czy znajdą coś w środku. W ogóle nie chciała tu być. Nogi miała jak z ołowiu. Odczuwała silny ból. Nie mogła oddychać, wydawało się, że serce zaraz jej eksploduje.

Kiedy dotarła do auta, zatrzymała się i oparła ręce na biodrach. Pochyliła się i oddychała głęboko. Po chwili usiadła na siedzeniu pasażera, zamknęła oczy i skupiła się na oddychaniu. Minuty ciągnęły się w nieskończoność, aż Yuhasz otworzył drzwi i usiadł za kierownicę.

– W środku pusto – stwierdził.

– Nie ma nic? Na pewno?

– Nic, co byłoby widać gołym okiem. Osuszą auto, odholują je, a resztą zajmą się technicy. – Włączył silnik, poczekał, aż Faith zapnie pas, ominął inne pojazdy i wyjechał na prowadzącą do domu drogę główną.

Dziękuję, Boże, powiedziała w duchu, gdy wiadomość powoli przeniknęła do jej świadomości. Hudsona nie było w aucie. Jej syn znajdował się gdzieś tam w świecie. Był najodważniejszym dzieciakiem, jakiego znała. Nic mu się nie stanie. Larze również.

Po chwili, gdy znów była spokojna, spojrzała na detektywa.

– Dziękuję, że mnie pan dziś tu zabrał. Doceniam to.

– Żaden problem – odparł. – Jak się trzyma reszta rodziny?

 

– Bywało lepiej. Żona Coltona wyjechała do rodziców na Florydę. Brat jest w trasie i nic o tym nie wie.

– Dlaczego go nie poinformowała?

– Chyba się bała, że przekona ją do pozostania, a tego nie chciała.

– Rodzina to delikatny temat.

– Ma pan córkę i syna?

– Dwie córki. Jedna jest mężatką i ma dwójkę dzieci. Druga ma dziewczynę. Mówią o adopcji.

– A pan, detektywie?

Pytająco uniósł brwi.

– Co ja?

– Co pan robi dla przyjemności w wolnym czasie?

– Dla przyjemności? Nigdy o czymś takim nie słyszałem. Co to?

Uśmiechnęła się.

– Głupie pytanie. Przepraszam.

– Wcale nie. Byłem znany z włóczenia się po barach w Sacramento i prezentowania umiejętności na karaoke. Córki oskarżały mnie, że utknąłem w latach dziewięćdziesiątych, ale kogo to obchodziło, póki dobrze się bawiłem, nie?

Faith miała problem z wyobrażeniem sobie detektywa śpiewającego na scenie, ale pokiwała głową.

– Od czasu do czasu lubię wypić zimne piwo – dodał – i wygrałem też kilka dolarów w bilard.

– Będę musiała odkopać swój kij – powiedziała Faith – i też czasami zagrać.

– To jesteśmy umówieni.

Na chwilę zapadła cisza, nim Faith rzekła:

– Niegdyś sądziłam, że świat jest pełen tęczy i jednorożców i, co smutne, nie żartuję.

Milczał.

– Jak ktoś może być aż tak ślepy?

Wpatrując się w drogę, odparł:

– Ignorancja nie bez powodu jest błogosławieństwem. Może pani być wdzięczna, że nie urodziła się pani na terenach objętych wojną i może uciec od trudniejszych chwil w życiu.

– Tak, chyba tak. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. – Pomyślała o Craigu, próbując przypomnieć sobie ostatnie słowa, jakie wypowiedzieli rano przed jego śmiercią. Ale nic nie pamiętała. Śmierć bywała kapryśna. – Wszyscy ludzie walczą o przetrwanie – rzekła w końcu – a mimo to i tak czeka ich nieuniknione. Kostucha ich odwiedzi. To gwarantowane.

– Śmierć nadejdzie – dodał – i nie odejdzie z pustymi rękami. – Spojrzał na nią. – Tak mówi stare porzekadło.

– Nie obawiam się śmierci – rzuciła. – Po prostu nie chcę być przy tym, gdy się zjawi. Woody Allen.

Zapadła dłuższa cisza.

– W każdym z nas jest ziarno zarówno dobra, jak i zła. Eric Burdon.

– Można tysiąc razy ścinać gałęzie zła, ale należy uderzyć w tę, która sięga do korzeni. Henry David Thoreau.

– Ładne.

– Istotnie.

* * *

Beth Tanner zabrała talerz do kuchni i myła go, wyglądając przez okno. Zauważyła, że wiatr wrzucił jedno z jej krzeseł ogrodowych do basenu. Wytarła ręce i wyszła na zewnątrz przez przesuwne drzwi. Kiedy znalazła się przy basenie, zdała sobie sprawę, że nie wyłowi go bez aluminiowego kija od szczotki, którą miała w garażu.

Przeszła przez trawnik, dziwiąc się sile wiatru. Nad jej głową konary drzew trzeszczały i pękały. Ostrożnie zamknęła za sobą furtkę, krzesło chyba pozostanie w wodzie, dopóki pogoda się nie uspokoi. Zanim wyszła jednak na zewnątrz, jej uwagę przykuło coś w oddali.

Odgarnęła włosy z twarzy i stanęła w bezruchu, wpatrując się w stojący po drugiej stronie ulicy dom Faith McMann. Większość powiedziałaby, że to zwidy, że cienie płatają jej figle, zwłaszcza w taką pogodę. Mimo to kobieta ani drgnęła. Dawno temu nauczyła się ufać instynktowi, wczuwać się w otaczającą ją energię, ziemię pod stopami.

I znów dostrzegła ruch.

Cień okazał się osobą. Ktoś przebywał w domu sąsiadki, chodził tam i z powrotem. Może czegoś szukał?

Zapominając o krześle, weszła garażem, wróciła do kuchni i wzięła słuchawkę telefonu. Miała już dzwonić pod numer alarmowy, ale się powstrzymała.

– A pieprzyć to – rzuciła, odkładając słuchawkę. Co dobrego zrobiła policja w sprawie Faith? Nic. Tylko ją aresztowali, pogłębiając jej traumę.

Beth podlewała ogród przed domem, gdy zabito męża sąsiadki. Kiedy usłyszała krzyk, wpuściła psa do domu, a kiedy wróciła na zewnątrz, zobaczyła odjeżdżający samochód Craiga. Znalazła Faith dławiącą się własną krwią. Była pielęgniarką na pogotowiu, wiedziała, że dla mężczyzny było za późno, więc skupiła się na kobiecie. Cudem zdołała ocalić jej życie.

Faith wyzdrowiała na ciele, ale jeśli kiedykolwiek miała odnaleźć dzieci, potrzebowała pomocy dosłownie wszystkich.

I niech mnie szlag trafi, jeśli nie będę chronić swojego małego zakątka świata, pomyślała Beth.

Otworzyła dolną szufladę, wzięła trytytki, którymi zapinała worki ze śmieciami, następnie pobiegła do sypialni. Pospiesznie włożyła lekką kurtkę, a opaski wsadziła do jej kieszeni. Następnie spięła włosy, aby wiatr nie zwiewał ich jej na twarz, i poszła do garderoby. Otworzyła futerał, z którego wyjęła karabin Marlina, był naładowany i strzelał na tyle potężnymi pociskami, aby powalić dowolne zwierzę żyjące w Ameryce Północnej.

Nie było jeszcze południa. Każdego innego dnia ratowałaby na dyżurze pacjentów. Dziś jednak miała wolne. Większość sąsiadów pracowała.

Jeśli nie chciała, aby intruz ją zauważył, musiała iść do domu pana Hawkinsa, następnie przemierzyć jego podwórze i przeczołgać się pod płotem, aby dostać się do domu Faith.

Wyszła i szybkim krokiem przemierzyła porośnięty persymonami teren, zamiast przejść podjazdem. Do ogrodu Hawkinsa dostała się boczną furtką, ominęła poprzewracane meble ogrodowe i znalazła się na polu wysokiej trawy, które oddzielało budynki. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Dziura pod płotem była mniejsza, niż przypuszczała, ale jakoś się przecisnęła. Przed domem Faith stało srebrne subaru.

Jeden człowiek czy dwóch? Żyłami popłynęła adrenalina.

Może nawet było ich więcej. Może tych trzech, którzy zamordowali Craiga.

Jeśli trzech, mogło zrobić się nieciekawie. Ale z dwoma sobie poradzi. Stojąc przy masce subaru, wyjrzała zza rogu garażu w kierunku basenu. Pusto.

Nie mogła podejść do drzwi frontowych, ponieważ po drodze było zbyt wiele okien. Ktokolwiek przebywał w środku, na pewno by ją zobaczył. Gdyby był mądry, wyszedłby stamtąd w pośpiechu. Dom miał nieciekawą historię. Kto chciałby w nim siedzieć? Z jakimi idiotami miała do czynienia?

Nie musiała długo się zastanawiać. Intruz wyszedł zza rogu, jakby niczego się nie obawiał. Gdyby nie miał na głowie ciemnej czapki, a na dłoniach rękawiczek, najpierw zadawałaby pytania, a dopiero później biła. Ale instynkt wziął górę i walnęła nieznajomego kolbą karabinu.

Upadł na kolana jakby w zwolnionym tempie. Uderzyła ponownie na wszelki wypadek, po czym wyjęła z kieszeni trytytki i spięła mu nimi ręce i nogi.

13

Kiedy tylko Faith pożegnała się z detektywem, który odwiózł ją do domu rodziców, zadzwonił jej telefon. Zobaczyła, że to Beth Tanner, sąsiadka, która tamtego feralnego dnia uratowała jej życie. Natychmiast odebrała.

– Tu Beth. Nie wyjaśnię ci tego przez telefon, ale musisz spotkać się ze mną w domu przy Rolling Greens Lane.

– Kiedy?

– Teraz. Musisz coś zobaczyć.

Faith odwróciła się i podeszła do zaparkowanego na podjeździe samochodu.

– Już jadę.

Dotarła do Auburn-Folsom, gdy na chodniku dostrzegła Mirandę, która stała z wyciągniętym kciukiem.

Faith ją minęła, ale zaraz się zatrzymała, opuściła szybę w drzwiach pasażera i poczekała, aż dziewczyna podejdzie.

Miranda włożyła głowę do jej auta.

– Co jest?

– Dokąd chcesz jechać?

Wzruszyła ramionami.

– Muszę się na chwilę wyrwać.

– Nie jest tu najbezpieczniej. Może wsiądziesz i pojedziesz ze mną? Wybieram się do swojego domu, muszę porozmawiać z sąsiadką.

Miranda się zawahała, ale wsiadła. Faith włączyła się do ruchu, a dziewczyna powiedziała:

– Dlaczego się przeprowadziłaś?

– Do domu rodziców?

Miranda pokiwała głową.

– Prawdę mówiąc, po napaści wkurzyłam się na policję. Pod wpływem chwili podjęłam kiepską decyzję i trafiłam do aresztu. Sędzia zwolnił mnie z niego pod dwoma warunkami. Po pierwsze, muszę mieszkać z rodzicami przez dziewięćdziesiąt dni, a po drugie, dwa razy w tygodniu uczęszczać na terapię kontroli gniewu.

Miranda zachichotała.

– Co cię śmieszy?

– Spotkałam w życiu naprawdę złych ludzi, ale ty do nich nie należysz. Daleko ci do nich.

– Nie miałam w sobie brutalności, dopóki ci ludzie nie odebrali mi rodziny. – Zerknęła przelotnie na dziewczynę, która tyle przeszła, a mimo to dobrze się trzymała. – Przykro mi, że nie mogłam poświęcić ci więcej czasu, odkąd z nami jesteś.

Miranda machnęła ręką.

– Nie musisz się o mnie martwić. Poza tym nie mogę na długo zostać z tobą i twoimi rodzicami.

– Możesz – odparła Faith. – Mówię poważnie. Poznałaś Larę, pokochasz Hudsona.

– Jesteś pewna, że ich odnajdziesz?

– Tak – odparła bez wahania.

– Policja podejrzewa, gdzie może znajdować się twój syn?

– Nie. Nie w tej chwili.

– Tak naprawdę nie wyszłam na spacer – wyznała Miranda.

– Nie? – powiedziała zaciekawiona Faith. – A dokąd się wybierałaś?

– Pomyślałam, że złapię stopa i pojadę do hotelu, o którym ci mówiłam. Tego w San Francisco, skąd uciekłam. Zamierzam odszukać tego oblecha „Pana Smitha”, bo wciąż mam przed oczami jego gębę, i z nim się skonfrontować.

– Dlaczego uważasz, że nadal tam będzie?

Wzruszyła ramionami.

– Faceta, kimkolwiek jest, praktycznie traktowano tam jak właściciela. Ludzie w salonie, w recepcji, strażnicy… Cały hotel go znał. No i nie mam nic lepszego do roboty. Będę spała w parku jak niegdyś i dniami i nocami obserwowała wejście, aż się zjawi.

– To zbyt niebezpieczne.

– Będę przygotowana.

Faith odetchnęła głęboko.

– Cieszę się, że przechwyciłam cię po drodze.

– Bez względu na to, czy pojadę dziś czy za tydzień, i tak w końcu się tam zjawię. Nie pozwolę, by ten gość i jego ludzie nadal krzywdzili dziewczyny.

– Jak zamierzasz ich powstrzymać?

– Mam trochę pieniędzy. Wiem, skąd zdobyć fałszywe dokumenty. Kupię broń i poczekam, a kiedy on wróci do tego hotelu, sprzątnę skurwiela.

Faith westchnęła.

– A może porozmawiamy z detektywem Yuhaszem i zobaczymy, czy zdoła pomóc?

– Nie jestem pełnoletnia. Będzie musiał wsadzić mnie do domu dziecka lub jakiegoś przytułku. Zbyt długo mnie więziono. Nie zniosłabym kolejnej niewoli. Uciekłabym przy pierwszej nadarzającej się okazji. Mam dosyć ludzi mówiących, co mi wolno, a czego nie.

– Zastrzelenie człowieka, który cię skrzywdził, może nie być wyjściem. To ty skończysz za kratami.

– Przyganiał kocioł garnkowi, co?

– Touché.

– Nie zamierzam pozwolić, by tacy bogacze jak Smith płacili za możliwość gwałcenia takich dziewczyn jak ja, które nie mogą się bronić. Wolę go sprzątnąć i żyć za kratami, wiedząc, że powstrzymałam go, zanim innej zrobił to, co wcześniej mnie.

Niestety Faith nie mogła się z tym spierać. Zatrzymała się na czerwonym świetle na Douglas Boulevard.

– Myślę, że przed wyjazdem musimy to zaplanować?

– Przed jakim wyjazdem?

– Do San Francisco.

– Pojedziesz ze mną?

– Widzę, że podjęłaś już decyzję, a ja na pewno nie pozwolę ci jechać tam samej. – Światło zmieniło się na zielone, więc Faith wcisnęła gaz.

– Dlaczego miałabyś się w to mieszać? – dociekała Miranda. – Masz już tyle swoich problemów.

– Nigdy nie znaleźlibyśmy farmy, gdyby nie ty – przypomniała jej.

– Ale się spóźniliśmy.

– Może tak, ale pan Smith płacił Diane Weaver, prawda?

Miranda przytaknęła.

– Więc musi znać ludzi z tej branży. Może doprowadzi nas do miejsca pobytu Lary i Hudsona.

– Nie pomyślałam o tym. Możesz mieć rację.

Faith skręciła w Rolling Greens Lane. Jej dom stał trzeci po prawej. Zaparkowała za srebrnym subaru, którego nie rozpoznała, następnie spojrzała na Mirandę.

– Wszyscy chcemy powstrzymać ludzi takich, jak ten Smith przed krzywdzeniem innych. Obiecaj, że nie pojedziesz do San Francisco beze mnie.

– Obiecuję.

Faith złapała ją za rękę.

– Nie jesteś sama, Mirando. Bez względu na to, co się stanie, nie jesteś sama.

– Dzięki – odparła.

Pojawiła się Beth Tanner, więc wysiadły.

Beth spojrzała na dziewczynę.

– Kto to?

– Miranda. Później wyjaśnię, ale cokolwiek chcesz mi pokazać, ona może to zobaczyć.

 

– W porządku – odparła. – Chodźcie. Jest w garażu.

– Kto? – zapytała Faith.

– Mężczyzna, który myszkował w twoim domu. Miał na głowie czarną dzianinową czapkę i rękawiczki, co podpowiedziało mi, że to nie jest domokrążca.

– Co robi w garażu?

– Siedzi związany.

Faith zabiło szybciej serce.

– Prowadź do niego.

– Tędy.

Faith i Miranda weszły za Beth bocznymi drzwiami. W odległym kącie garażu, skulony pomiędzy stosami plastikowych pojemników i metalowymi półkami, siedział mężczyzna. Ręce miał przywiązane za plecami do metalowego, przytwierdzonego na stałe regału.

Sąsiadka skrępowała mu również kostki, po czym taśmą klejącą zakleiła usta i obwiązała nogi powyżej kolan. Miał szeroko otwarte oczy. Próbował coś mówić, ale taśma tłumiła słowa.

– Kiedy go związałam, nie przestawał kopać, więc musiałam użyć taśmy. I nie chciał się zamknąć – wyjaśniła.

– Wiemy, kim jest?

– Miał broń za paskiem, a w kurtce znalazłam portfel. To Martin Hoyt. Dwadzieścia dziewięć lat, siedemdziesiąt kilogramów wagi.

Faith popatrzyła mu w oczy.

Nie odwrócił wzroku, nie mrugnął. Nie rozpoznała w nim jednego z tych, którzy napadli na jej dom i zabili jej męża. Ale co, jeśli od tamtej pory obciął włosy czy schudł? Próbowała wyobrazić go sobie z lokami czy ptasim nosem, ale nie dała rady.

Nie był jednym z trzech napastników. A może? Jej uwagę przyciągnął cień na jego szyi. Przyklękła, złapała go za włosy i szarpnęła mu głowę w lewo. Tatuaż na szyi mężczyzny był taki sam jak u zbira, który poderżnął gardło jej mężowi. Może ten tutaj tego nie dokonał, ale był jakoś powiązany ze sprawcą. Zalała ją fala nienawiści. Wstała i kopnęła go w brzuch, a następnie w bok.

Stęknął i spojrzał na pozostałe kobiety, jakby prosił o pomoc.

W Faith zawrzała krew, gdy rozglądała się po garażu. Podeszła do miejsca, gdzie Craig trzymał narzędzia i znalazła łom. Ciężki, solidny, idealny.

– Nie rób tego – powiedziała Beth, zasłaniając własnym ciałem mężczyznę.

– W porządku – odparła, choć nic nie było w porządku. Chciała rozwalić mu łeb, nie zawahałaby się. – Odsuń się – poleciła spokojnie. – Chcę zadać mu jedynie kilka pytań.

– Rozpoznajesz go?

– Nie.

– A ja tak – wtrąciła się Miranda.

Obie odwróciły się do dziewczyny.

– Kiedy przyjeżdżał na farmę znaczyć dziewczyny, używał imienia Fin.

Beth westchnęła i odsunęła się z drogi.

Faith uklękła i zerwała facetowi taśmę z ust.

– Gdzie moja córka, Lara McMann?

– Nigdy o niej nie słyszałem.

– Gówno prawda! Jesteś tatuażystą, o którym sporo się nasłuchałam.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

– Kłamie – orzekła Miranda.

– Zrobiłeś tatuaż mojej córce?

– Nazywali ją Jean – przypomniała dziewczyna. – I poświęciłeś jej sporo czasu. Spodobała ci się. Wiem, że tak.

Gorączkowo kręcił głową.

– To nie ja!

– Kłamie – zawyrokowała Miranda. – Widziałam, jak to robił.

Faith podniosła się i uderzyła go łomem w kolano.

Wrzasnął przeraźliwie.

– Gdzie jest moja córka?

– Nie wiem.

Faith uderzyła ponownie.

Znów zawył z bólu, tym razem jeszcze głośniej.

– Ostatnia okazja – wydusiła. – Gdzie ona jest?

– Nie wiem. Przysięgam, nikt nie wie. – Skulił się. – Matka ją odesłała i nikt nie wie, gdzie przepadła!

– Co robiłeś w moim domu?

– Słyszałem, że gdzieś tu ukryto miliony dolarów. Szukałem kasy.

Uniosła łom wysoko nad głowę.

– Faith! – krzyknęła Beth. – Zadzwoniłam do ciebie, żebyś zadała mu kilka pytań, a nie trafiła przez niego za kraty.

Drżącymi rękami Faith opuściła broń. Sąsiadka miała rację. Musiała myśleć o Larze i Hudsonie. Musiała działać mądrze.

– Co powinnyśmy zrobić?

– Nie zasługuje, by żyć – oznajmiła Miranda. – Lubi tatuować dziewczynki, sprawiać im ból. I dużo wie.

Faith nie była gotowa dzwonić na policję. Jeszcze nie. Nie chciała podejmować pochopnych decyzji.

– Zatrzymamy go tutaj, dopóki nie wymyślę, co z nim zrobić.

– A co z jego samochodem? – zapytała Miranda. – Ktoś może go zobaczyć.

– Ukryję go w garażu – zaproponowała Beth.

Fin się wił.

– Nie możecie mnie tu zostawić.

– Możemy z tobą zrobić, co nam się żywnie spodoba – zwróciła mu uwagę Faith. – Jeśli zdradzisz nazwisko szefa, wypuszczę cię. Nikt nie dowie się, że tu byłeś – skłamała.

Cisza.

Faith wzięła taśmę klejącą i oderwała kawałek wystarczający, aby zakleić mu usta.

– Potrzebuję wody.

– A ja nazwiska.

Kiedy nie odpowiedział, nakleiła taśmę.

– Co teraz? – zapytała Miranda.

– Bestia z chęcią pogadałby z tym facetem – odparła Faith. – Nie lubi ludzi, którzy krzywdzą dzieci. – Spojrzała na Fina i pokręciła głową. – Miałeś szansę, koleżko.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?