Najlepszy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Najlepszy
Najlepszy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,80  59,84 
Najlepszy
Najlepszy
Audiobook
Czyta Albert Osik
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Część I

2  Część II

3  Część III

4  Część IV

5  Rok póź­niej

6  Podzię­ko­wa­nia

Tytuł ory­gi­nału: The Catch

Copy­ri­ght © T.M. Logan, 2020

All rights rese­rved. Wszel­kie prawa zastrze­żone Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion and trans­la­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2021

ISBN 978-83-8074-353-3

Pro­jekt okładki: Emma Rogers

Foto­gra­fie na okładce: © Shut­ter­stock

Redak­cja: Sonia Mozel

Korekta: Urszula Wło­dar­ska

Redak­cja tech­niczna: Adam Kolenda

Wydawca:

Wydaw­nic­two Bukowy Las

ul. Sokol­ni­cza 5/21, 53-676 Wro­cław

www.buko­wy­las.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor:

Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

tel. (+ 48 22) 733 50 31/32

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Joh­nowi, Sue, Jenny i Ber­nar­dowi

Ludzie widzą tylko to, co są gotowi zoba­czyć.

Ralph Waldo Emer­son

Prze­kłada nóż do lewej ręki, pró­buje zna­leźć tętno. Dwa palce na dużej tęt­nicy z boku szyi.

Nic.

Skóra jest wciąż cie­pła, ale ciało pozo­staje nie­ru­chome. Zupeł­nie nie­ru­chome. Zga­sły ostat­nie iskierki życia.

Teraz powi­nien zacho­wać spo­kój. Oni nie zro­zu­mieją. Sprawy wymknęły się spod kon­troli. Nie chciał tego, ale został zmu­szony. Poza tym, w pew­nym sen­sie, takie miał zada­nie. Naj­waż­niej­sze i naj­bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jące. I było to naj­lep­sze wyj­ście: zawsze chciał tego, co będzie naj­lep­sze dla wszyst­kich. Dostrzegł zagro­że­nie, wyczuł nie­bez­pie­czeń­stwo i je zaże­gnał. Zresztą i tak nic by z tego nie wyszło. Na pewno nie na dłuż­szą metę.

Ona w końcu się z tym pogo­dzi. Pogo­dzi się z jego stratą.

Wyciera ostrze i chowa nóż do pochwy.

Wrzo­so­wi­sko pokrywa szorstka, twarda, nie­ustę­pliwa darń. Gołe ręce wbi­jają się w nią tuż przy leżą­cym ciele, odsła­nia­jąc ciemną zie­mię hrab­stwa Der­by­shire. Czubki pal­ców wcho­dzą głę­biej w gli­nia­stą glebę, która po nie­daw­nym desz­czu jest miękka i wil­gotna. I ustę­puje pod naci­skiem. To dobrze.

Łatwo będzie kopać.

Część I

Część I

JEJ CHŁO­PAK

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

PIĄ­TEK

Sie­dzia­łem na tara­sie, słu­cha­jąc treli skow­ron­ków śpie­wa­ją­cych wysoko w jawo­rach tuż za naszym ogro­dem, a twarz ogrze­wały mi ostat­nie tego dnia pro­mie­nie słońca. Pią­tek w środku maja, wie­czorne powie­trze prze­sy­cone zapa­chem sko­szo­nej trawy i dymem z grilli sąsia­dów. Było dość cie­pło, byśmy po kola­cji mogli usiąść w ogro­dzie, popi­ja­jąc mocną ciemną kawę, pod­czas gdy na roz­le­głym traw­niku moja córka grała w bad­min­tona ze swoim nowym chło­pa­kiem.

Pozna­li­śmy go dopiero wtedy, choć Abbie widy­wała się z nim od sied­miu mie­sięcy. Był wysoki, dobrze zbu­do­wany i wyglą­dał jak model z kata­logu. Miał na sobie jasno­ró­żową lnianą koszulę i spodnie chi­nosy. Sznu­ro­wane moka­syny zdjął w progu, zanim zdą­ży­li­śmy go o to popro­sić. Nie poca­ło­wał w poli­czek Cla­ire, mojej żony, ani Joyce, jej matki – nawet nie cmok­nął powie­trza obok ich twa­rzy – a jedy­nie wycią­gnął dłoń na powi­ta­nie; wie­rzył w rów­no­upraw­nie­nie. Tak­towny, nie­wy­ka­zu­jący tupetu czy nad­mier­nej sztyw­no­ści. Uścisk dłoni miał zde­cy­do­wany i suchy, chwy­cił moją rękę pew­nie, z wyraźną, ale nie nad­mierną siłą.

Patrzy­łem, jak grają. Ryan wziął ogromny zamach, poka­zowo tra­cąc rów­no­wagę, prze­wró­cił się i wylą­do­wał na ple­cach, wciąż pró­bu­jąc tra­fić lotkę. Potem, zano­sząc się śmie­chem, leżał w jed­nym z dłu­gich wie­czor­nych cieni prze­ci­na­ją­cych traw­nik. Wysoki i czy­sty chi­chot wtó­ru­ją­cej mu Abbie niósł się echem po ogro­dzie.

Śmiech roz­legł się także przy stole obok mnie. Cla­ire i Joyce z rado­ścią patrzyły na tę scenę.

– Dobrze razem wyglą­dają – powie­działa Cla­ire, uno­sząc swe opa­lone ramiona nad głowę. – Prawda?

– Nie odmó­wi­ła­bym mu, gdy­bym była odro­binę młod­sza – zażar­to­wała Joyce i pochy­liła się do przodu na swym wózku inwa­lidz­kim. – Naprawdę do sie­bie pasują.

– Prawda, Ed? – Poczu­łem cie­pło pal­ców Cla­ire, gdy poło­żyła mi dłoń na przed­ra­mie­niu. – Dobrze, że wresz­cie znów jest szczę­śliwa.

– Chyba naprawdę go lubi – odpar­łem, uni­ka­jąc jej spoj­rze­nia.

Fak­tycz­nie tak było: już od jakie­goś czasu nie widzia­łem Abbie rów­nie rado­snej. Zabrzmi to jak banał, ale mia­łem wra­że­nie, że moja córka pro­mie­nieje. W ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy ich week­en­dowy zwią­zek na odle­głość coraz bar­dziej doj­rze­wał, a my sły­sze­li­śmy tylko „Ryan to” i „Ryan tamto”.

– Wygląda na uro­czego chłopca – powie­działa Joyce.

– Ma trzy­dzie­ści trzy lata – odpar­łem. – To już chyba nie­zu­peł­nie chło­piec? Jest pra­wie o dzie­sięć lat star­szy od niej.

– Prze­cież wiesz, o co mamie cho­dzi – oznaj­miła Cla­ire. – Tylko spójrz. Widać, że mię­dzy nimi naprawdę iskrzy.

– Dopiero pozna­li­śmy tego gościa.

Żona odwró­ciła się do mnie ze zdzi­wio­nym wyra­zem twa­rzy.

– Ed?

– Co?

– Abbie naprawdę, naprawdę go lubi, więc może dał­byś mu szansę? Myślę, że nie jest taki jak inni. – Lekko ści­snęła moje ramię. – Bądź miły.

– Zawsze jestem miły – odrze­kłem cicho.

– Ależ oczy­wi­ście, kocha­nie – potwier­dziła Cla­ire z led­wie zauwa­żalną nutką sar­ka­zmu. – Oczy­wi­ście, że tak.

Ponow­nie sku­pi­łem uwagę na grze. Ryan gwał­tow­nie ściął, posy­ła­jąc lotkę w siatkę.

Abbie bie­gała po tra­wie boso, ubrana w białe dżinsy, któ­rych przed­tem nie widzia­łem, i kwie­ci­stą bluzkę na wąskich ramiącz­kach. Jej deli­katne ciemne włosy falo­wały, gdy prze­my­kała z miej­sca na miej­sce. Grała w bad­min­tona od dawna, od czasu, gdy jako maleń­kie dziecko tra­fiała w lotkę raz na dzie­sięć prób. Każ­dego lata roz­wie­sza­łem nad traw­ni­kiem siatkę i bawi­li­śmy się tak bez końca. Lubi­łem to wspo­mnie­nie; wywo­ły­wało ono jed­nak także ból.

– Rewanż? – zapro­po­no­wała Ryanowi z uśmie­chem.

– A dasz mi fory? – spy­tał, wsta­jąc z ziemi i otrze­pu­jąc źdźbła trawy ze swych jasnych spodni.

– Nie ma mowy! – Z psotną miną posłała w jego stronę kolejną petardę.

Przy­glą­da­łem mu się pod­czas tej gry. Bez wąt­pie­nia był atrak­cyjny, wyglą­dał tro­chę jak fajny chło­pak z boys­bandu. Silną szczękę pokry­wał deli­katny zarost, a w pod­bródku ryso­wał się dołek. Czę­sto odsła­niał równe białe zęby w uśmie­chu, który wyglą­dał na szczery i cie­pły. Pro­ste, mocne brwi; oczy w głę­bo­kim odcie­niu brązu, tak ciemne, że nie­mal czarne. Wyczuł mój wzrok i nasze spoj­rze­nia się spo­tkały. Ale nie uśmiech­nął się. Nie odwró­cił. Tylko patrzył.

I wtedy to zro­zu­mia­łem.

Krę­go­słup tuż pod czaszką prze­szył mi prąd, po ple­cach prze­bie­gły ciarki. Coś uno­siło się w powie­trzu mię­dzy nami, wibru­jąc jak potrą­cona struna.

Było to coś pier­wot­nego, wypły­wa­ją­cego z samych trzewi. Pra­dawny instynkt, który ostrze­gał pier­wot­nego łowcę przed przy­cza­jo­nym w ciem­no­ściach, goto­wym do ataku wil­kiem. Zagro­że­nie nie miało kształtu, nie wydzie­lało zapa­chu i nie wyda­wało żad­nych dźwię­ków. Ale dało się je wyczuć, gdy wło­ski na karku sta­wały czło­wie­kowi dęba.

Zazna­łem tego, patrząc Ryanowi w oczy. W tym momen­cie zda­łem sobie sprawę, że z nowym chło­pa­kiem mojej córki jest coś nie tak.

Coś kryło się w ciem­no­ściach za jego źre­ni­cami.

Coś nie­nor­mal­nego.

Coś bar­dzo, bar­dzo nie­do­brego.

2

Dzba­nek z kawą syczał w eks­pre­sie. Pod­no­sząc go, usły­sza­łem, jak serce wali mi w piersi. Wzią­łem oddech, pró­bu­jąc opa­no­wać drże­nie rąk. Czy mogłem się pomy­lić? Do tej pory Ryan wyda­wał się dość miły. Wciąż jed­nak czu­łem efekt jego spoj­rze­nia; adre­na­lina na­dal buzo­wała w moich żyłach.

Było z nim coś nie w porządku – na pewno. Coś ukry­wał.

Wysze­dłem z powro­tem na taras, nala­łem Cla­ire kawy, pró­bu­jąc przy­cią­gnąć jej wzrok, ale była zbyt zajęta ukła­da­niem roz­pi­na­nego swe­tra na ramio­nach matki. Abbie dołą­czyła do nas przy stole, pada­jąc na jeden z dużych foteli ogro­do­wych. Tilly, kochana kocia sta­ruszka, ocię­żale wsko­czyła jej na kolana i zaczęła ugnia­tać nogawki dżin­sów, pozo­sta­wia­jąc na bia­łej tka­ni­nie swoją szarą sierść.

 

– Twoja kolej, tato.

Jej głos spra­wił, że pod­nio­słem wzrok, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu.

– Zawsze jestem gotów, żeby zostać twoim wor­kiem tre­nin­go­wym, Abs. – Odsta­wi­łem kawę. – Pamię­taj tylko, że czasy świet­no­ści ogro­do­wego mistrza minęły, musisz więc dać mi szansę.

– Ja odpa­dam – powie­działa, głasz­cząc za uszkiem mru­czącą i mru­żącą oczy Tilly. – Potrze­buję odpo­czynku. Możesz zagrać z Ryanem.

– Ach. Naprawdę?

Cla­ire spoj­rzała na mnie zna­cząco.

– Jasne – zgo­dzi­łem się, przej­mu­jąc podaną mi rakietę. – Czemu nie?

– Pro­szę się nie mar­twić – powie­dział Ryan, uśmie­cha­jąc się i pod­cho­dząc do nas swo­bod­nym kro­kiem. – Fatal­nie gram w kometkę.

Zrzu­ci­łem klapki i posze­dłem za Ryanem na śro­dek pro­wi­zo­rycz­nego boiska, czu­jąc łasko­ta­nie świeżo sko­szo­nej trawy. Jego woda po gole­niu pozo­sta­wiła led­wie wyczu­walny ślad: ostry cytru­sowy zapach i coś jesz­cze; sosna albo euka­lip­tus. Gdy zajął pozy­cję po dru­giej stro­nie siatki, posła­łem lotkę wyso­kim leni­wym łukiem, przy­po­mi­na­jąc sobie słowa żony: „Bądź miły”. Jed­nak Ryan, który przed­tem machał rakietą jak cepem, teraz lobo­wał i ści­nał z wprawą wytraw­nego bad­min­to­ni­sty, odbi­ja­jąc lotkę tak, bym nie mógł jej się­gnąć. Nie wywa­lał się już na trawę ku ucie­sze Abbie; był skon­cen­tro­wany i pre­cy­zyjny, prze­ska­ki­wał z miej­sca na miej­sce i prę­żył mię­śnie na przed­ra­mie­niu, dyk­tu­jąc tempo gry.

Gdy lotka powę­dro­wała wysoko, zamiast na nią spoj­rza­łem mu w twarz. Zer­k­nął na mnie i ściął tak mocno, że nawet nie zauwa­ży­łem ruchu. Poczu­łem za to ude­rze­nie w pierś, któ­remu towa­rzy­szyło gło­śne pac­nię­cie.

– Ryan! – zawo­łała Abbie ze śmie­chem. Unio­słem rękę, by poka­zać, że nic mi nie jest, choć wciąż czu­łem pie­cze­nie. Ryan też się roze­śmiał i uniósł ręce w geście prze­sad­nej skru­chy.

– Prze­pra­szam, Ed!

Ryan pro­wa­dził sie­dem do dwóch, gdy wyczu­łem, że odpusz­cza. Zaczął tra­cić punkty w sytu­acjach, w któ­rych kilka chwil wcze­śniej radził sobie z łatwo­ścią.

Mecz zakoń­czył się wyni­kiem jede­na­ście do dzie­wię­ciu dla mnie.

Sta­ną­łem, by ode­tchnąć. Koszulka polo kle­iła mi się do ple­ców od potu, mokra bawełna lepiła się do skóry.

– Dobrze się grało – powie­dział Ryan, po któ­rym prak­tycz­nie w ogóle nie było widać zmę­cze­nia. – Jesz­cze jedna rundka?

– Naj­pierw ode­tchnijmy. – Wska­za­łem na taras ze sto­łem, przy któ­rym sie­działa moja rodzina. – Muszę się napić. Na pewno nie chcesz kawy?

– Dzię­kuję, panie Col­lier, ale uni­kam kofe­iny.

Zanu­rzy­łem dłoń w dużym kuble z lodem i zwil­ży­łem sobie kark, roz­ko­szu­jąc się chło­dem wody.

– Mamy piwo i wino – zaofe­ro­wała Cla­ire – a w kuchni są też inne napoje, gdy­byś miał ochotę.

Ryan uniósł dłoń i znów nie­znacz­nie się uśmiech­nął.

– Nie, dzię­kuję. Jutro muszę wcze­śnie wyje­chać do Man­che­steru, a potem, w ponie­dzia­łek rano, wra­cam tutaj, żeby się rozej­rzeć po szko­łach, więc raczej nie powi­nie­nem.

– Ryan pełni służbę ochot­ni­czą w poli­cji – wyja­śniła Abbie.

– Och, a to ci dopiero – powie­działa Joyce, popra­wia­jąc swój roz­pi­nany swe­te­rek. – Poli­cjant? To lepiej zacho­wujmy się jak należy.

– Nie jestem peł­no­praw­nym funk­cjo­na­riu­szem – wyja­śnił Ryan. – Spra­wu­jemy raczej funk­cje pomoc­ni­cze, współ­pra­cu­jemy ze spo­łecz­no­ściami lokal­nymi, orga­ni­zu­jemy pie­sze patrole, wdra­żamy ini­cja­tywy bez­pie­czeń­stwa publicz­nego i tym podobne. W ciągu ostat­nich mie­sięcy odwie­dza­łem szkoły w związku z ata­kami przy uży­ciu ostrych narzę­dzi. Wie­dzą pań­stwo, dobrze jest się odwdzię­czyć spo­łe­czeń­stwu. Czuć, że ma się jakiś wkład.

Ponow­nie napeł­ni­łem fili­żankę i przyj­rza­łem mu się z ukosa. Nie wyglą­dał na typo­wego poli­cjanta. Był zbyt wytworny. Zbyt ide­alny. Ale z dru­giej strony po raz ostatni mia­łem do czy­nie­nia z poli­cją bar­dzo dawno temu. Od tam­tej pory upły­nęły całe wieki.

– Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście – zgo­dziła się Cla­ire. – To może colę zero? Albo wodę mine­ralną? W kuchni jest zagęsz­czony sok owo­cowy. Mamy też zwy­kły.

– Pro­szę o wodę mine­ralną, pani Col­lier.

Z wia­derka wypeł­nio­nego lodem wyjęła małą zie­loną butelkę i podała mu ją.

– Mów do mnie Cla­ire.

– Dzięki, Cla­ire.

Joyce powoli dźwi­gała się ze swo­jego wózka inwa­lidz­kiego, opie­ra­jąc drżącą dłoń na lasce.

– Sądzę, że na mnie już czas, powin­nam się na chwilkę poło­żyć.

Ryan zerwał się na równe nogi, poda­jąc Joyce ramię, by ją wes­przeć, gdy odwra­cała się do drzwi.

– Dzię­kuję, mój drogi – powie­działa Joyce z bło­gim uśmie­chem. – Jesteś bar­dzo miły.

– Nie ma za co – odparł.

– Bab­ciu? – ode­zwała się Abbie, także wsta­jąc. – Dobrze się czu­jesz?

– Nic mi nie jest, kocha­nie, ten miły młody czło­wiek się mną zajął. Muszę się tylko zdrzem­nąć przez dwa­dzie­ścia minut.

Patrzy­li­śmy, jak Ryan odpro­wa­dza ją do środka. Sie­dząca obok mnie Cla­ire wes­tchnęła i pokrę­ciła głową.

– Naj­wy­raź­niej mamie pogar­sza się z dnia na dzień – szep­nęła. – Myślisz, że te nowe leki w ogóle dzia­łają?

Chwy­ci­łem jej miękką, cie­płą dłoń i lekko ści­sną­łem.

– W ponie­dzia­łek poroz­ma­wiamy jesz­cze raz z onko­lo­giem – powie­dzia­łem. – Może zmieni jej dawkę.

Ski­nęła głową; w tej samej chwili Ryan wychy­nął z domu i usiadł przy stole. Abbie spoj­rzała swo­jemu chło­pa­kowi w oczy, bez­gło­śnie wymie­nia­jąc z nim jakąś myśl. Potem ostroż­nie posta­wiła Tilly na tara­sie i wstała, poda­jąc matce jedną z rakie­tek do bad­min­tona.

– Chodź, mamo, twoja kolej, żeby się ze mną zmie­rzyć.

– Kocha­nie, chyba musia­ła­bym się prze­brać – powie­działa Cla­ire, wska­zu­jąc swoją koper­tową sukienkę w nie­bie­skie wzorki. – A poza tym piłam wino.

– Żad­nych wymó­wek – odparła Abbie z uśmie­chem. – Ale mogę ci dać trzy punkty prze­wagi.

Cla­ire wstała nie­chęt­nie, wzięła rakietę i ruszyła za córką w stronę siatki. Znów zoba­czy­łem, jak podobne są do sie­bie: ta sama oliw­kowa kar­na­cja, ciemne włosy, szczu­pła figura – tylko że Abbie była o jakieś pięć cen­ty­me­trów wyż­sza od matki. Przez chwilę sie­dzie­li­śmy z Ryanem w mil­cze­niu, patrząc, jak lotka kre­śli leniwe łuki nad siatką w łagod­nym świe­tle wie­czoru. Ich przy­ja­zne prze­ko­ma­rza­nie spra­wiało, że czu­łem się mniej nie­swojo. Cla­ire i Abbie były całym moim świa­tem, kocha­łem je tak bar­dzo, że cza­sami ta miłość ści­skała mnie bole­śnie za serce.

Usły­sza­łem roz­pacz­liwy pisk kota i odwró­ci­łem się. Tilly poło­żyła uszy po sobie, zmru­żyła oczy i zasy­czała na Ryana. Czy on wła­śnie cofa nogę? Wycią­gnął rękę, żeby ją pogła­skać, ale kotka wzdry­gnęła się i znów syk­nęła, stro­sząc ogon ze zde­ner­wo­wa­nia. Poru­szała się dziw­nie, pod­no­sząc jedną z tyl­nych łap.

– Prze­pra­szam, Ryan – powie­dzia­łem. – Zazwy­czaj nie jest taka agre­sywna. Na ogół wszyst­kich lubi.

Wycią­gną­łem do niej dłoń, ale na mnie też wark­nęła i czmych­nęła w stronę garażu.

– Ma bar­dzo cha­rak­te­ry­styczny wygląd – stwier­dził Ryan.

– Jest w poło­wie syjamką, stąd ten szpi­cza­sty pysz­czek.

Potarł wierzch dłoni.

– Podra­pała cię? – spy­ta­łem, nie spusz­cza­jąc z niego wzroku.

– Nie. W porządku.

Przyj­rza­łem się jego twa­rzy. Odczu­walne wcze­śniej mię­dzy nami napię­cie zni­kło. A może sobie to wmó­wi­łem? Uśmiech­nął się, nie­mal spe­szony moim spoj­rze­niem, a ja zmu­si­łem się do odwza­jem­nie­nia uśmie­chu.

– Ni­gdy dotąd nie widzia­łem, żeby tak się zacho­wy­wała – powie­dzia­łem.

– Może po pro­stu musi mnie lepiej poznać.

– Może – zgo­dzi­łem się.

Ski­nął głową.

– No tak – rzu­ci­łem, chcąc zmie­nić temat. – Abbie mówiła, że byłeś w woj­sku.

– Jakiś czas temu – potwier­dził. – Słu­ży­łem pięć lat w Pułku Royal Anglian.

– Bra­kuje ci tego?

Wzru­szył ramio­nami.

– Nie­raz tęsk­nię za chło­pa­kami. Ale dwie tury w Afga­ni­sta­nie mi wystar­czyły.

– Pew­nie było ciężko.

Usiadł wygod­niej na krze­śle. Wyglą­dał, jakby pró­bo­wał sta­ran­niej dobie­rać słowa.

– Widzia­łem wiele… rze­czy. Takich, które spra­wiły, że do wszyst­kiego innego nabiera się dystansu. – Prze­rwał, sku­pia­jąc spoj­rze­nie na Abbie. – Czło­wiek na przy­kład docho­dzi do wnio­sku, że trzeba jak naj­le­piej wyko­rzy­stać każdy dzień. Carpe diem.

– Chwy­taj dzień – powie­dzia­łem. – Jasne.

Zapa­dła nie­zręczna cisza.

– Chcia­łem tylko podzię­ko­wać – oznaj­mił powoli. – Za dzi­siej­sze zapro­sze­nie.

– W porządku, nie ma sprawy.

– Cie­szę się, że mamy oka­zję poroz­ma­wiać w cztery oczy.

Odwró­ci­łem się do niego, czu­jąc ści­ska­nie w piersi.

– Okej…

– Cho­dzi o to, że muszę o coś popro­sić, Ed.

Wie­dzia­łem już, co się wyda­rzy.

– O co? – spy­ta­łem.

Ryan pochy­lił się do przodu, skła­da­jąc ręce. Gło­śno prze­łknął ślinę.

– Chciał­bym popro­sić o zgodę.

Zgiełk wie­czoru ucichł – krzyki i śmie­chy towa­rzy­szące grze w bad­min­tona, świer­got pta­ków, przy­tłu­miona muzyka dobie­ga­jąca z ogrodu sąsia­dów – wszystko zga­sło, pod­czas gdy cała moja uwaga sku­piła się na poje­dyn­czym punk­cie, na twa­rzy czło­wieka sie­dzą­cego naprze­ciw mnie.

Odchrząk­ną­łem i usły­sza­łem, jak wypo­wia­dam nastę­pu­jące słowa:

– O zgodę na co?

– Chcę popro­sić Abbie, żeby za mnie wyszła.

3

– Żeby za cie­bie wyszła? – powtó­rzy­łem.

Dźwięk tych słów był odle­gły niczym echo dobie­ga­jące z innego pokoju. Krew tęt­niła mi w skro­niach. Ale chyba nie już? Chyba jesz­cze nie teraz? To zbyt wcze­śnie. Jak długo się znali – od sied­miu mie­sięcy? Abbie nie miała jesz­cze nawet dwu­dzie­stu pię­ciu lat. To działo się zbyt szybko. Zde­cy­do­wa­nie zbyt szybko. A ja nawet nie zdą­ży­łem się zasta­no­wić nad tym pierw­szym, nie­mi­łym wra­że­niem, jakie wywarł na mnie Ryan, nie mia­łem naj­mniej­szego poję­cia, kim naprawdę jest.

Nawet nie mru­gnął, wbi­ja­jąc we mnie spoj­rze­nie swych ciem­nych oczu.

– Abbie to naj­mil­sza, naj­życz­liw­sza, naj­wspa­nial­sza dziew­czyna, jaką kie­dy­kol­wiek zna­łem. Myślę, że twoja córka jest nie­zwy­kłą osobą, i chcę spę­dzić z nią resztę życia.

– To prawda – powie­dzia­łem, czu­jąc dziwny chłód prze­ni­ka­jący mi do krwi mimo cie­pła wie­czoru. – Jest nie­zwy­kła.

– Nie chcia­łem odgry­wać scenki rodem z osiem­na­stego wieku – wyja­śnił Ryan z ner­wo­wym gry­ma­sem. – W dzi­siej­szych cza­sach pro­sze­nie rodzi­ców o zgodę wydaje się sta­ro­modne, ale szcze­rze mówiąc, nie­zu­peł­nie wiem, jak to się robi, więc pró­buję wszyst­kiego.

– Rety, no… to dość nagłe, prawda, Ryan?

Żar­li­wie pokrę­cił głową.

– Mnie się nie wydaje nagłe. Tak naprawdę wie­dzia­łem to od chwili, gdy pozna­łem ją na tam­tej impre­zie. Chyba można powie­dzieć, że to miłość od pierw­szego wej­rze­nia. Wariac­two, co nie? Ni­gdy nie sądzi­łem, że spo­tka mnie coś takiego. – Pocią­gnął łyk wody mine­ral­nej. – Prze­pra­szam, że tak się roz­ga­da­łem. To nerwy.

Zda­łem sobie sprawę, że nie panuję nad sytu­acją. Mogłem powie­dzieć „nie”, ale jak miał­bym to uza­sad­nić? I czy Abbie robi­łoby to jaką­kol­wiek róż­nicę? Ale wola­łem też nie mówić „tak”. Co ozna­czało, że mogłem zro­bić tylko jedno: prze­cią­gnąć to i grać na zwłokę.

– A… masz już pier­ścio­nek zarę­czy­nowy?

Ryan ski­nął głową.

– Wła­ści­wie to pamiątka rodzinna. Nie byłem pewien, czy Abbie wola­łaby coś nowego, czy rzecz prze­ka­zy­waną z poko­le­nia na poko­le­nie. Ni­gdy przed­tem nie byłem w takiej sytu­acji, ale chcia­łem zro­bić to jak należy.

– Jasne. Rety – powtó­rzy­łem. – Ślub.

– Wolimy tego nie odkła­dać i dla­tego chcia­łem popro­sić o zgodę, żeby­śmy mogli sfor­ma­li­zo­wać nasz zwią­zek. Wiem, to duże zasko­cze­nie, ale oboje tego pra­gniemy.

Wciąż krę­ciło mi się w gło­wie. Jesz­cze nie tak dawno szy­ko­wa­li­śmy Abbie na jej pierw­szy dzień w pod­sta­wówce – czer­wony pulo­we­rek, lśniące lakierki, włosy zwią­zane w kitki, jej rączka mocno ści­ska­jąca moją dłoń. Zda­wało się, że minęła tylko chwila, a ja już nagle roz­ma­wia­łem o miło­ści od pierw­szego wej­rze­nia i per­spek­ty­wie ślubu mojej córki z męż­czy­zną, któ­rego led­wie zna­łem.

 

I to nie jakimś tam męż­czy­zną. Wła­śnie tym męż­czy­zną.

– To wielki krok, ważna decy­zja – mówi­łem powoli. – Wydaje się bar­dzo nagła; nie chce­cie tro­chę pocze­kać, aż… aż bar­dziej się do sie­bie zbli­ży­cie?

Ryan potarł zarost na pod­bródku, zer­ka­jąc w stronę Abbie i Cla­ire, które szły w naszym kie­runku.

– I o tym też musimy poroz­ma­wiać.

– Tak? Ale o co cho­dzi?

Abbie pode­szła do stołu, trzy­ma­jąc mamę pod ramię. Obie się uśmie­chały. Oczy Cla­ire lśniły z pod­eks­cy­to­wa­nia. Abbie mocno poca­ło­wała Ryana w poli­czek, a potem posłała mi sze­roki uśmiech.

– I? – spy­tała, prze­no­sząc wzrok ze mnie na swoją mamę, a potem znów na mnie. – Co ty na to?

– Zarę­czyli się! – oznaj­miła Cla­ire. – Wspa­niała wia­do­mość, prawda, Ed? Aż trudno w to uwie­rzyć!

Abbie pode­szła, by się do nas przy­tu­lić, roz­ta­cza­jąc wokół łagodny zapach per­fum.

– Tato? I co myślisz?

– To wspa­niale – stwier­dzi­łem sztywno, uświa­da­mia­jąc sobie, że prośba o zgodę ze strony Ryana była wła­ści­wie tylko pustym gestem. Już zdą­żył się oświad­czyć przed dzi­siej­szym wie­czo­rem. – Gra­tu­luję wam obojgu.

Ryan wyjął z kie­szeni małe fio­le­towe pudełko i wrę­czył je Abbie.

– Chyba możesz go znów wło­żyć – powie­dział z uśmie­chem.

Abbie wzięła puz­derko, otwo­rzyła je ostroż­nie i nasu­nęła pier­ścio­nek na ser­deczny palec lewej ręki, roz­kła­da­jąc pozo­stałe, by poka­zać nam klej­not. Bry­lant był ogromny. Nie­zbyt inte­re­so­wa­łem się biżu­te­rią, ale nawet ja wie­dzia­łem, że jest wyjąt­kowy.

– Nale­żał do mojej babci – wyja­śnił Ryan. – Zawsze powta­rzała, jak to dzia­dek Arthur posta­wił całą mie­sięczną pen­sję na wierz­chowca Well To Do w goni­twie Grand Natio­nal. Nic nie wie­dział o koniach, ale spodo­bało mu się to imię i chciał się stać „zamożny”1. Koń wygrał z kur­sem jeden do czter­na­stu, a Arthur wydał więk­szość wygra­nej wła­śnie na ten pier­ścio­nek.

Pomy­śla­łem, że to fajna histo­ria. Przy­jemna aneg­dotka. A jed­nak była w niej jakaś nuta fał­szu, brzmiała nieco zbyt gładko.

– Jesteś pewien – spy­tała Abbie z pro­mien­nym uśmie­chem – że bab­cia Hilda nie mia­łaby nic prze­ciwko?

– Byłaby zachwy­cona, Abbie. Ska­ka­łaby wokół cie­bie tak samo jak ja.

– Jest prze­cudny – powie­działa pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem. Znów wycią­gnęła rękę, usta­wia­jąc ją tak, by świa­tło padło na ważący chyba co naj­mniej karat bry­lant i zaczęło migo­tać w nie­zli­czo­nych fase­tach. – Nie mogę od niego ode­rwać oczu!

Pod­sko­czyła ze szczę­ścia, a potem znów nas objęła. Cla­ire uśmiech­nęła się i poca­ło­wała córkę w poli­czek, a ja ze zdu­mie­niem dostrze­głem napły­wa­jące jej do oczu łzy.

– Musimy to uczcić! – oznaj­miła, odwra­ca­jąc się w stronę kuchni. Nie lubiła, gdy ludzie widzieli, jak pła­cze. – Zaraz wra­cam.

Abbie usia­dła Ryanowi na kola­nach, wyjęła tele­fon i zro­biła fotkę pier­ścionka na palcu, przy­pusz­czal­nie po to, by zamie­ścić ją na Insta­gra­mie.

– Wiem, że to wydaje się dość nagłe, tato – powie­działa, kli­ka­jąc w komórkę. – Ale nie dla nas. Jest wła­śnie tak, jak ma być. Ide­al­nie.

– Rzecz w tym, Abbie, że to wszystko… no, to naprawdę wielka sprawa. A ja się dowia­duję tak nagle.

– Prze­pra­szam, tato – odparła, pod­no­sząc wzrok. Jej czoło zmarsz­czyło się w wyra­zie zatro­ska­nia. – Szkoda, że nie pozna­łeś Ryana wcze­śniej, ale ma taką pracę, mnó­stwo innych spraw i ten pro­jekt w Nowym Jorku, więc wła­ści­wie nie było kiedy. A potem się oświad­czył… i tak wyszło.

– I tak wyszło – powtó­rzy­łem.

W dzi­siej­szych cza­sach okres zarę­czyn może trwać całe lata, a ludzie czę­sto roz­stają się, zamiast brać ślub. Mocno uchwy­ci­łem się tej myśli. Przy­lgną­łem do niej jak tonący czło­wiek do boi ratow­ni­czej.

– Wygląda na to, że mamy dzień ogło­szeń – powie­działa. Palce mojej córki i Ryana splo­tły się ze sobą. Abbie posłała mu deli­katny uśmiech, który on natych­miast odwza­jem­nił. – Czy mój narze­czony prze­ka­zał ci już drugą wia­do­mość?

– Jest też druga?

– Prze­pro­wa­dzam się do niego – oznaj­miła Abbie.

– Co takiego? – spy­ta­łem, pró­bu­jąc narzu­cić swoim myślom jakiś porzą­dek.

– Kupił dom w Beeston. Mam stam­tąd o wiele bli­żej do szkoły, więc latem będę mogła sobie cho­dzić spa­cer­kiem. Ryanowi też bar­dziej pasuje, bo dużo jeź­dzi, a dom stoi nie­da­leko wjazdu na auto­stradę. – Wyjęła z kie­szeni bre­lo­czek i unio­sła go: mały srebrny kot na łań­cuszku z poje­dyn­czym klu­czem. – To naprawdę ładny domek w miłej oko­licy.

– Beeston – powie­dzia­łem. – Rozu­miem.

– Tylko kilka mil stąd, tato. Nie wyjeż­dżam z Not­tin­gham. Wcale nie jest daleko do cen­trum. Pomo­żesz mi prze­wieźć rze­czy?

Poczu­łem w piersi pustkę.

– Jasne – rzu­ci­łem. – Ale możesz tu zostać, jak długo chcesz, Abs. Nie musisz się spie­szyć.

– Dzięki, tato. Jesteś super.

Co kilka sekund dzwo­nek jej tele­fonu brzę­czał, zawia­da­mia­jąc, że ktoś na Insta­gra­mie albo Face­bo­oku zare­ago­wał na zdję­cie pier­ścionka zarę­czy­no­wego. Każda kolejna wia­do­mość wywo­ły­wała na jej twa­rzy uśmiech. Abbie odpo­wia­dała na wszyst­kie komen­ta­rze i poka­zy­wała je Ryanowi.

Cla­ire wyszła z kuchni z butelką szam­pana w jed­nej ręce i z czte­rema kie­lisz­kami w dru­giej. Każde z nas wzięło jeden z nich. Kiedy roz­le­wała szam­pana, pano­wało mil­cze­nie. Żona wciąż na mnie nie patrzyła, a ja przez chwilę pomy­śla­łem, że może też ma wąt­pli­wo­ści co do Ryana i ukrywa je tylko przez grzecz­ność.

– Cudowna wia­do­mość – stwier­dziła.

Ryan wyszcze­rzył zęby.

– Wznie­śmy toast! Za co wypi­jemy?

Abbie unio­sła kie­li­szek. Na powierzchni szam­pana bul­go­tały bąbelki.

– Za nowy począ­tek?

Cla­ire i Ryan także unie­śli kie­liszki.

Powoli zro­bi­łem to samo.

– Za nowy począ­tek – powtó­rzyła Cla­ire.

Stuk­nę­li­śmy się kie­lisz­kami i wzię­li­śmy po łyku. Ryan odsta­wił swój kie­li­szek na drew­niany stół, lekko go odsu­wa­jąc, jakby nie zamie­rzał już wię­cej pić.

– Chcia­łem wam podzię­ko­wać – powie­dział. – Za to, że oboje tak dobrze mnie przy­ję­li­ście.

– Nie ma za co – odrze­kła Cla­ire. – Wspa­niale, że naszym naj­bliż­szym się układa, prawda, Ed?

– Tak. – Sztywno kiw­ną­łem głową. – Oczy­wi­ście.

Dostrze­gła moją minę i łagod­nie chwy­ciła mnie za dłoń, co było jej spo­so­bem na powie­dze­nie: „Wiem, rozu­miem. Póź­niej o tym poga­damy”.

– Prawdę mówiąc – ode­zwał się Ryan – cze­ka­łem na wła­ściwą osobę. A kiedy pozna­łem Abbie, nie chcia­łem tra­cić wię­cej czasu. Kiedy czło­wiek wie, to po pro­stu wie, prawda?

Wście­kło mnie to „cze­ka­łem na wła­ściwą osobę”, jakby cho­dziło o umowę na nowy samo­chód. Wyra­ża­nie tego wszyst­kiego wyłącz­nie w pierw­szej oso­bie też mi nie odpo­wia­dało. Abbie to nie jakaś tam osoba, była ważna i cudowna sama w sobie – a on na nią nie zasłu­gi­wał.

– No więc! – zawo­łała Cla­ire, któ­rej szam­pan zaru­mie­nił policzki. – Myśle­li­ście już o dacie?

– Cóż, my…

– Pew­nie tro­chę na to za wcze­śnie – cią­gnęła Cla­ire – ale chcia­łam po pro­stu wie­dzieć, co pla­nu­je­cie.

– Wła­ści­wie – powie­działa Abbie, krę­cąc pier­ścion­kiem zarę­czy­no­wym wokół palca – mamy już datę.

To wybiło Cla­ire z rytmu. Przez chwilę sie­działa z lekko otwar­tymi ustami.

– Naprawdę?

– Tak.

– Macie już datę?

– Chcemy się pobrać na początku lata, mamo. Pod koniec czerwca.

– Czerwca? Rety. – Cla­ire wes­tchnęła. Teraz uśmiech przy­cho­dził jej z tru­dem. Patrzy­łem, jak bie­rze oddech. – W czerwcu mamy trasę, sfi­na­li­zo­wa­li­śmy to w zeszłym tygo­dniu. Niech spraw­dzę. – Wstała i weszła do domu, uni­ka­jąc mojego spoj­rze­nia.

W panu­ją­cej ciszy Abbie pochy­liła się i szep­nęła coś Ryanowi do ucha. Uśmiech­nął się i ski­nął głową, patrząc jej w oczy. Wie­dzia­łem, że powi­nie­nem się ode­zwać, ale nie potra­fi­łem wykrztu­sić ani słowa. Zamiast tego gło­śno prze­łkną­łem szam­pana. Mia­łem nieco ponad rok na roz­gry­zie­nie tego gościa: dość czasu, by spraw­dzić, czy coś ukrywa, upew­nić się, czy moje prze­czu­cia są słuszne.

Cla­ire wró­ciła na taras, nio­sąc swój ter­mi­narz w okładce z nie­bie­skiej skóry. Była to nasza rodzinna Biblia zawie­ra­jąca daty wszyst­kich jej wyjaz­dów z teatrem, odwie­dzin zna­jo­mych, urlo­pów, uro­dzin i innych usta­leń, które skru­pu­lat­nie zapi­sy­wała i koor­dy­no­wała. Abbie pró­bo­wała ją nakło­nić, by prze­rzu­ciła to wszystko do tele­fonu i stwo­rzyła kalen­darz, który mogli­by­śmy syn­chro­ni­zo­wać w naszych komór­kach, ale ona się na to nie zgo­dziła. Odparła, że mając swój ter­mi­narz, wie, na czym stoi. Czu­łem jed­nak, że cho­dzi o coś wię­cej. Two­rze­nie pla­nów i ich wła­sno­ręczne zapi­sy­wa­nie było jej mecha­ni­zmem radze­nia sobie z życiem.

– No dobrze – powie­działa, otwie­ra­jąc tylną okładkę notat­nika. – Czyli… koniec czerwca. Trzeba będzie wysłać zapro­sze­nia dużo wcze­śniej, może już we wrze­śniu albo w paź­dzier­niku, żeby udało się nam wszyst­kich zła­pać, zanim sobie zabu­kują przy­szło­roczne waka­cje. Jaką datę macie?