Up in SmokeTekst

Z serii: King #8
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla wszystkich, którzy sądzą,

że nie potrafią.


Potraficie.

Prolog

Handluję morderstwem i chaosem.

Pociskami i brawurą.

Strachem i poczuciem winy.

Miażdżę kości i wolę.

Rozsiewam ziarno, z którego wyrastają nienawiść i smutek.

Jestem mężczyzną wśród innych mężczyzn,

lecz tak naprawdę nie żyję.

Przed nikim nie odpowiadam.

Jestem bez serca. Pozbawiony duszy. Pozbawiony prawa.

Pozbawiony Boga.

Jestem tym, co pozostało z ludzkości, gdy spłonęła.

Po tym, jak dobro poddało się złu.

Kiedy wszędzie królują kłamstwo i żądza.

Jestem tym, co pozostało, gdy płomienie już zgasły.

Jestem Piekłem na Ziemi.

Siarką i ogniem.

Dogasającym żarem i popiołem.

Jestem pieprzonym Dymem.

Rozdział 1
Smoke

Rok wcześniej

Większość ludzi gasi światła przed pójściem spać, ale nie Morgan. Odkąd ją znam, ma ten swój niezmienny nawyk, by pozostawiać lampy włączone, nawet jeśli nie ma jej w domu. Zasypia w domu rozświetlonym tak, jakby jej zadaniem było sprowadzanie przeklętych samolotów na lotnisko.

I dlatego wiem, że coś się stało.

W jej domu jest ciemno.

O wiele za ciemno.

Kurwa mać.

Wyciągam broń i w ciszy podchodzę do drzwi.

Są otwarte. Opieram się o nie ramieniem i powoli wchodzę do środka.

Noga ślizga mi się na czymś, a w nozdrza uderza mnie znajoma woń.

Zapach śmierci znam tak dobrze, że potrafię określić poziom rozkładu, bazując wyłącznie na unoszącym się w powietrzu smrodzie. Wciągam powietrze i wiem, że śmierć, która się tu kryje, nastąpiła niedawno.

Panują egipskie ciemności. Przesuwam dłonią po ścianie, aż w końcu natrafiam palcami na panel kuchenny i zapalam światło. Dom zalewa jasne, chłodne światło. Chwilę trwa, nim moje oczy się do niego przyzwyczajają. Wtedy biel zmienia się w czerwień.

Tyle. Pieprzonej. Czerwieni.

– Kurwa. – Chowam broń do kabury.

Widziałem w życiu naprawdę dużo gówna. Część z niego była też moim dziełem. Ale nigdy czegoś takiego. W kuchni nie było nawet centymetra powierzchni, której nie pokrywałaby świeża czerwień. Była rozmazana na białej podłodze, jakby ktoś się po niej czołgał lub jakby ciągnięto go z jednej strony na drugą. Na każdej ścianie widniały rozbryzgi krwi. Na każdej szafce.

To nie była zwyczajna śmierć. To nie było po prostu zabójstwo czy morderstwo na zlecenie.

To było, kurwa, czyste zło.

Okrążam kuchenną wyspę i zatrzymuję się, gdy trafiam butem na smukłą, bosą stopę. Nie ma potrzeby, bym się spieszył – przecież i tak jej nie uratuję – ale podbiegam do niej od drugiej strony. Kucam przy Morgan, a raczej przy tym, co z niej zostało. Każdy centymetr jej nagiego ciała jest okaleczony i wykręcony. Jej niegdyś nieskazitelna skóra została pocięta i otwarta pod każdym możliwym kątem, odsłaniając zęby i czaszkę, a ciemne włosy przesiąknięte są jej własną krwią.

Przesuwam wzrokiem po jej zmaltretowanym ciele.

– Nie – szepczę z niedowierzaniem. – Nie!

To, co pozostało z jej zaokrąglonego brzucha, wygląda jak coś, co przepuszczono przez maszynkę do mięsa u rzeźnika.

– Ja pierdolę!

Wstaję, ale nie docieram na czas do zlewu i opróżniam żołądek na kuchenny blat i podłogę.

Sam często niosłem śmierć, ale nawet moja brutalność ma granice. Nigdy nie zrobiłem czegoś takiego. A przynajmniej nie kobiecie. Komuś niewinnemu, kto na to, kurwa, nie zasługiwał. Po raz pierwszy w całym moim życiu na widok śmierci robi mi się niedobrze.

Opieram dłonie po obu stronach zlewu.

– Morgan – szepczę. – Kurwa.

Kucam przy niej i próbuję wziąć ją w ramiona, ale jej ciało jest tak pocięte i zakrwawione, że nie mogę jej utrzymać. Fragmenty tkanki odrywają się od kości i padają na podłogę.

– Tak bardzo cię przepraszam, mała. Tak bardzo cię, kurwa, przepraszam.

Kładę się obok niej, tak blisko, jak tylko mogę, by jej nie dotykać, i przyciskam policzek do podłogi. Jej ciągle ciepła krew przywiera do mojego ucha, przesiąka mi przez koszulę i skórę. Otacza mnie wszystko, co z niej zostało. Pragnę, by krew wniknęła w moje kości i została ze mną na zawsze.

Morgan była martwa. Nasze nienarodzone dziecko też.

I to wszystko przeze mnie.

Rozdział 2
Frankie

Teraz

W ciągu roku zginę.

Może i szybciej.

Staram się o tym nie myśleć, bo doprowadza mnie to do szału. Przez większość czasu jestem o włos od załamania i ogłoszenia, że lampa na biurku jest moim najlepszym przyjacielem czy tam królową Anglii. Zmęczenie wcale nie pomaga. Ostatnio mam wrażenie, jakby grawitacja z każdym dniem przyciągała mnie coraz mocniej. Jeśli wkrótce porządnie się nie wyśpię, zacznę słyszeć kolory.

Wszyscy kiedyś umrzemy. Moja śmierć nastąpi jednak wcześniej niż u większości ludzi. Zanim dopadną mnie zmarszczki, a starczy wiek sprawi, że w kółko będę powtarzała te same opowieści.

Powieki mi opadają, toczę jednak kolejną bitwę w niekończącej się wojnie z samą sobą, by nie zasnąć. Podpieram brodę na dłoni, lecz łokieć osuwa mi się na biurku coraz dalej i dalej.

Gwałtownie budzi mnie odgłos drapania w okno. W jednej chwili prostuję kręgosłup. Na moment przed tym, jak uderzam głową w klawiaturę, jestem w pełni przytomna. Sięgam pod biurko i zaciskam dłoń na przyklejonym pod blatem nożu.

Za oknem przesuwa się cień. Powoli wypuszczam powietrze z płuc i puszczam nóż.

To tylko Izzy – tłusty biały kot, który regularnie mnie odwiedza. Siada po drugiej stronie wysokiego okna od piwnicy i zaczyna czyścić sobie futro. To jego obroża cicho stuka w okno. Nie wiem, do kogo należy. Wiem tylko, że wabi się Izzy, ponieważ tak jest napisane dużymi literami na różowym, brokatowym identyfikatorze doczepionym do równie różowej i równie brokatowej obroży.

To tylko pieprzony kot, Frankie.

Nadgarstkami pocieram oczy. Mam wrażenie, jakby ktoś zawiesił mi na powiekach kłódkę. Otrząsam się ze zmęczenia i nagłej paniki i wracam do pracy.

Brak snu nie jest idealnym rozwiązaniem, ale jak dotąd mi się opłaca. Mój ostatni projekt jest wart każdej chwili bezsenności, a nawet i więcej.

Gdybym lubiła się chwalić, ściągnęłabym tu całą rodzinę i opowiedziała, jak w pojedynkę… cóż, to chyba nie ma znaczenia, bo i tak nie mogę o tym nikomu powiedzieć.

Poza tym jest jeszcze ta drobna kwestia, że nie mam nikogo, komu mogłabym o tym powiedzieć.

– Izzy – wołam do kota. – Robię coś dobrego. Naprawdę dobrego. – Kot skacze przesadnie daleko i ucieka. Najprawdopodobniej przestraszył się jakiejś jaszczurki. – Kutas.

Świetnie. Nie dość, że gadam do kota, który nawet do mnie nie należy, to jeszcze ta kulka futra mnie obraża.

Zbyt dużo czasu spędzam sama.

Wczoraj i dzisiaj się ze sobą zlały. Nie wiem, kiedy skończył się jeden dzień, a rozpoczął drugi. W piwnicy czasami jest tak mało światła, że trudno określić, czy jest dzień, czy noc.

Telefon na moim kolanie zaczyna dzwonić, na co podskakuję, jakby ktoś kopnął mnie w kręgosłup, i zrzucam na podłogę stertę papierowych kubków po kawie.

– Kurwa – klnę, patrząc na telefon, który leży na podłodze z wielką rysą na wyświetlaczu. To tylko alarm.

Z każdym dniem robię się coraz bardziej nerwowa, ale nie bez powodu.

Moja praca wiąże się z pewnego rodzaju poświęceniem. Wkurzyłam wielu ludzi. Takich, których większość rozsądnych osób nie śmiałaby wkurzyć. Podjęłam pewne kroki, żeby się zabezpieczyć, ale może nadejść taki dzień, kiedy te zabezpieczenia nie wystarczą.

Być może pewnego dnia skończę z tą pracą. Skończę się oglądać przez ramię. A może, jeśli będę miała szczęście, zapobiegnę temu atakowi serca, który grozi mi przy każdym przestraszonym drgnięciu, nim stuknie mi ćwierćwiecze.

Pewnie tak się nie stanie.

Podnoszę telefon z podłogi i przesuwam palcem po ekranie, by wyłączyć alarm. To nie może być ta pora. Czy naprawdę siedzę na tym krześle już osiem godzin?

Odsuwam się od biurka i wstaję, wykonuję krążenia ramionami i głową. Coś kilka razy trzaska mi w plecach, ale po tym czuję się o wiele lepiej, niż mógłby sugerować odgłos. Mój kręgosłup protestuje przy zmianie pozycji, ale dalej się rozciągam. Wiem, że im dłużej będę się ruszała, tym lepiej się poczuję. Schylam się, zwieszam swobodnie ręce i naprężonymi palcami sięgam do podłogi. Powoli się prostuję i unoszę ramiona, celując palcami w sufit. Pozostaję tak, dopóki nie czuję, że moje kości wróciły do swojej normalnej pozycji i nie są już zmiażdżone gdzieś u dołu moich pleców. Ulga rozchodzi się po moich obolałych mięśniach.

W nogach czuję tysiące igieł. Wchodząc po schodach, trzymam się mocno poręczy – nie czuję stóp, a nie chcę spaść. Dzięki Bogu to okropne uczucie znika, nim docieram do drzwi. Przechodzę przez salon i idę w stronę kuchni. Po drodze zatrzymuję się w hallu. Całuję opuszki palców i przykładam je do jedynego wiszącego w tym domu zdjęcia. Zdjęcia mojej matki.

– Cześć, mamo – mówię i uśmiecham się do niej. Miała takie same długie brązowe włosy jak ja i identyczne bursztynowe oczy. Zdjęcie zrobiono niedługo przed jej śmiercią, gdy dopiero uczyłam się chodzić. – Mam nadzieję, że napawam cię dumą, gdziekolwiek teraz jesteś.

Burczy mi w brzuchu, co przypomina mi, dokąd szłam, i ruszam do kuchni. Kiedy ostatni raz coś jadłam? Śniadanie? Kolację wczoraj wieczorem? Nie, zdecydowanie to było śniadanie. Wczorajsze śniadanie. Ponownie burczy mi w brzuchu, tym razem głośniej.

 

– Tak, tak, słyszę – mruczę pod nosem.

Zawartość lodówki jest… cóż, żadna. Chyba że Google podpowie mi, jak przyrządzić posiłek z marynowanych ogórków, dwóch plasterków sera i sześciopaku piwa.

Opieram się o blat i otwieram aplikację do robienia zakupów z dostawą GrubTrain. Zamawiam kilka niezbędnych rzeczy i wydaję ostatnie czterdzieści dolarów, jakie miałam na koncie. Trzydzieści minut, jakie mam, zanim dostarczą spożywkę, wykorzystuję, by pójść na górę, wziąć bardzo mi potrzebny prysznic i przebrać się w luźną, opadającą z jednego ramienia koszulkę z logo mojej ulubionej kapeli, Veruca Salt, na przodzie. Szare spodenki, które wkładam, kiedyś były spodniami od dresu, lecz gdy wytarły się od przydeptywania zbyt długich nogawek, potraktowałam je nożyczkami – i bum.

Dresoszorty.

Kończę, wracam na dół i przeglądam pocztę. Nazywam się Helburn, ale cała korespondencja przychodzi na nazwisko Jackson. Mój ojciec zmienił je już lata temu. Upierał się, że to ze względu na jego pracę dla rządu.

Minęły lata, nim dowiedziałam się, że to wszystko było kłamstwem.

ON był kłamstwem.

Duszę w sobie rosnącą falę znajomego gniewu. Nie mam czasu ani energii, by przywoływać wspomnienia o czynach mojego ojca lub o bajzlu, jakiego narobił w moim życiu i w życiu niezliczonych innych ludzi.

Wyrzucam wszelkie reklamy do śmieci i zaczynam pierwszą z rund rutynowego sprawdzania zamków, wszystkich okien i drzwi. Otwieram panel systemu zabezpieczeń, wpisuję kod i upewniam się, że wszystko działa, jak należy.

Dwa razy.

W głównej sypialni przechodzę nad rozrzuconymi po podłodze ubraniami ojca i podchodzę do okna. Sprawdzam zamek. Nienaruszony. Wychodzę z pokoju, szybko zamykam za sobą drzwi i wypuszczam z płuc oddech – nawet nie zdawałam sobie sprawy, że go wstrzymywałam.

Pokonując dwa stopnie naraz, wracam do salonu na dole trójkondygnacyjnego, dwusypialnianego i rozpadającego się domu.

Wszystko tutaj wygląda tak samo jak wtedy, gdy wprowadzaliśmy się tu cztery lata temu. Gwoździe, na których poprzedni lokatorzy wieszali dekoracje i zdjęcia, w różnych miejscach wystają ze ściany. Jedynymi meblami są tutaj trzyosobowa kanapa w kolorze szczurzego brązu – żadnego telewizora – i kilka wysokich taboretów nie do kompletu schowanych pod blatem, który oddziela niewielki salon od równie małej kuchni.

Ktoś dzwoni do drzwi i chociaż się tego spodziewałam, nadal jestem ostrożna.

Zawsze jestem ostrożna.

Staję na palcach i wyglądam przez wizjer. Po drugiej stronie stoi Duke, poruszając brwiami i wykrzywiając usta. Uśmiecham się, bo nie sposób się nie uśmiechnąć. Facet trzyma w rękach duże torby z zakupami. Wyciąga je w stronę wizjera, rozpromieniony i dumny niczym myśliwy, który chwali się zdobyczą.

Otwarcie wszystkich zamków trwa chwilę, ponieważ jest ich aż osiem. Kiedy w końcu uchylam drzwi, widzę jego promienny uśmiech.

– Hej – wita mnie swobodnie Duke. – Zobaczyłem, że złożyłaś zamówienie, i chciałem je dostarczyć osobiście.

Jego uśmiech staje się jeszcze szerszy i jest tak cholernie promienny, że mam wrażenie, jakbym patrzyła prosto w słońce. Jego kręcone blond włosy brutalnie gniecie jaskrawozielona czapeczka z logo GrubTrain.

Duke ponownie podnosi torby, napinając bicepsy pod pasującą do czapki firmową koszulką. Gdy dostrzega, że wpatruję się w widoczne pod materiałem mięśnie jego brzucha, puszcza do mnie oko. Moje policzki oblewają się gorącem. Pochyla się i przytula się do mnie w dziwny sposób – przez torby, które wciąż trzyma. Pachnie ładnie, jak irlandzkie mydło.

– Cześć, Duke – mówię powoli, tak że nie ma wyjścia i skupia się na moich ustach, po czym trzepoczę rzęsami i patrzę w jego orzechowe oczy. – Dzięki, że tak szybko je przywiozłeś.

– Dla pani wszystko – odpowiada, przeciągając słowa w fałszywym, westernowskim stylu.

– Pani? Hmm… Podoba mi się, jak to brzmi – mówię i przygryzam dolną wargę.

Duke przestępuje z nogi na nogę, na co uświadamiam sobie, że przesuwa torby, żeby zakryć wybrzuszenie rosnące mu w spodniach.

– Twój tata jest dzisiaj w domu? – pyta Duke, po czym wsuwa głowę przez drzwi i rozgląda się po wnętrzu.

– Pracuje w piwnicy, jak zwykle – odpowiadam. – I jak zwykle mnie ignoruje. – Odsuwam się i wpuszczam go do środka.

– Ja nie będę cię ignorował – rzuca sugestywnie Duke i poruszywszy brwiami, kieruje się do kuchni.

Śmieję się cicho i żartobliwie klepię go po tyłku. Właśnie mam zamknąć drzwi, kiedy dopada mnie dziwne wrażenie. Gorącą falą rozchodzi się po mojej piersi i spływa do kończyn. Moje tętno przyspiesza. Powoli z powrotem otwieram drzwi, jakby spodziewając się kogoś za nimi zobaczyć.

Nikogo tam nie ma.

Duke mówi coś do mnie z kuchni, ale nie słucham.

Ostrożnie wychodzę na niewielki skrawek betonu, który robi za werandę, i rozglądam się we wszystkich kierunkach.

Nic.

Kilkoro klientów wchodzi i wychodzi ze stacji benzynowej po drugiej stronie ulicy. Jakieś dzieciaki grają w piłkę na pustym placu, który oddziela stację od spożywczaka.

Dławiące uczucie w moim gardle znika i znów mogę przełykać.

Tak. Po prostu wariuję.

– Sarah? Gdzie poszłaś? – woła z kuchni Duke.

Wchodzę z powrotem do domu i zamykam drzwi, z przyzwyczajenia przekręcając wszystkie zamki.

– Ty i te twoje zamki. Twój ojciec naprawdę ma paranoję, co? – mówi Duke, podchodząc do mnie od tyłu i biorąc mnie na ręce. Kopię nogami w powietrzu i wybucham śmiechem. Zanosi mnie do kuchni i sadza na środku kuchennego blatu. Wtedy przekręca czapkę tyłem do przodu i wyciąga z kieszeni skręta, po czym zapala go i głęboko się zaciąga.

– Twój stary może i ma paranoję i cały czas cię ignoruje, ale uważam, że to zajebiście, że pozwala ci palić w domu trawkę – mówi i wypuszcza dym.

Wzruszam ramionami i wyjmuję jointa z jego palców. Zaciągam się mocno i przez chwilę przytrzymuję dym w płucach. Zioło zaczyna działać i zaraz czuję, jak napięcie ustępuje, a moje ramiona się rozluźniają.

– Nawet gdyby miał coś przeciwko, wątpię, by cokolwiek zauważył – mówię z pewnym zgorzknieniem.

– Wszystko w porządku, damo? – pyta Duke, patrząc mi w oczy w poszukiwaniu jakichś wskazówek.

– Tak. Po prostu nie spałam zbyt dobrze – przyznaję. To najkrótsze wytłumaczenie o wiele większej kwestii, ale Duke’a i mnie nie łączy związek, w którym porusza się większe kwestie. Nasz polega na tym, że palimy w kuchni skręta i całujemy się, dopóki nie odeślę go do domu.

– Trzymaj – mówi, wyciągając z tylnej kieszeni spodni wypełniony skrętami plastikowy pojemnik na kanapki. GrubTrain jest jedną z kilku jego profesji. O wiele mniej płatną niż intratna posada handlarza trawką. Wyciąga dwa jointy i kładzie je na wieczku pustego pojemnika na kawę. – Te są na później. Pomogą ci zasnąć.

– Co jestem ci za nie winna? – pytam. Oparta na jednej ręce, ponownie się zaciągam.

– Przychodzi mi do głowy kilka rzeczy. Nawet wiele, wiele rzeczy. – Przeciąga wzrokiem po moim ciele. Podnosi dłoń do ust i z cichym warknięciem żartobliwie przygryza kostki. Słysząc to, nie mogę powstrzymać śmiechu. Duke mruga do mnie, po czym podchodzi do toreb, zaczyna wykładać z nich produkty i chować je na miejsce. Dostarcza mi zakupy od wielu miesięcy i porusza się po mojej kuchni równie sprawnie jak ja. – Zioło jest na koszt firmy, oczywiście.

– Dzięki – mówię szczerze.

Duke zawsze jest dla mnie miły. To znaczy… jest miły dla wielu dziewczyn, ale przy tym pozostaje prawdziwy i dlatego złamałam swoje zasady i wpuściłam go do swojego życia.

Jest najpopularniejszym chłopakiem w szkole i absolutnym dziwkarzem. Wsadzał kutasa w większość cheerleaderek z reprezentacji oraz z reprezentacji młodszych klas, ale nie kłamie na ten temat i nigdy nie składa im żadnych obietnic. Według mnie szczerość jest najważniejszą zaletą, jaką osoba może posiadać. Cenię ją sobie ponad wszystko inne. Być może dlatego, że przez większość życia byłam zmuszona do egzystencji w nieuczciwości. Być może dlatego, że całe życie mojego ojca było kłamstwem. Duke musiał chyba czytać w moich myślach, bo posłał mi hollywoodzki uśmiech.

– Słyszałaś to? – Składa papierowe torby i wrzuca je do kosza na śmieci do recyklingu, po czym zaczyna opowiadać „najśmieszniejszy” (to jego zdanie, nie moje) żart o kutasie i pierdzeniu, jaki usłyszał na siłowni od jakiegoś kretyna z drużyny futbolowej.

Zaciągam się jeszcze raz i opuszczam ramiona. Po chwili odchylam głowę do tyłu i wypuszczam dym w stronę sufitu. Mam wrażenie, że przednią część mojego mózgu spowija mgła. Cichy szum rozprzestrzenia się po moim ciele, łagodząc ostre krawędzie wokół mnie.

– Wiesz… tutaj, kiedy jesteśmy sami, nie zachowujesz się tak jak w szkole – rzuca niespodziewanie Duke. Zaczynam mrugać gwałtownie, starając się zrozumieć, co do mnie mówi. – Dlaczego? Chodzisz z włosami zakrywającymi ci twarz i przez cały dzień wpatrujesz się w podłogę. Z nikim nie rozmawiasz. Na nikogo nie patrzysz. Założę się, że większość dzieciaków w szkole nie potrafiłaby wywołać cię z szeregu po imieniu.

Bingo.

– Mnie też ignorujesz – ciągnie. – Jakbyś w ogóle mnie nie znała. Ale jesteśmy… przyjaciółmi, prawda? Bo tutaj, kiedy jesteś ze mną, jesteś…

– Normalna? – podsuwam. – Albo chociaż tak jakby normalna?

Duke kręci głową.

– Nie chciałem tego powiedzieć.

Być może nie zamierzał użyć dokładnie tego słowa, ale czułam, jak szuka w słowniku w swojej głowie jakiegoś synonimu, którym mógłby je zastąpić.

– Dlaczego? Dlaczego tutaj jesteś zupełnie inna niż tam? – pyta, a w jego głosie brzmi ledwo zauważalna, ale jakby szczera troska.

Przywołuję go do siebie palcem, jakbym chciała wyjawić mu wszystkie swoje tajemnice.

Duke pochyla się, a ja przysuwam usta do jego ucha.

– Jestem Batmanem – szepczę.

Przewraca oczami, słysząc mój okropny żart.

– Poważnie, Sarah. Nigdy nie przychodzisz na mecze. Poza szkołą nie spotykasz się z nikim oprócz mnie… A przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo.

– Może daję ci trochę przestrzeni – sugeruję. To oczywiście kłamstwo. Jedno z miliona, które wmówiłam mu przez ostatnie kilka miesięcy. – Nie sądzę, żeby Missy, Misty czy… Maci? – wykrzywiam twarz w grymasie – …spodobało się, gdyby zobaczyła nas razem.

– Cóż, tak się składa, że gówno mnie obchodzi, co myśli Melanie albo ktokolwiek inny. Lubię cię, Sarah. – Duke rozsuwa mi kolana i staje między nimi. – Bardzo cię lubię.

– Melanie. – Kiwam głową i pstrykam palcami. – No właśnie. Melanie. Muszę zapamiętać.

Podaję mu jointa. Zaciąga się głęboko, po czym dłonią, w której trzyma skręta, chwyta mnie za włosy, a drugą ściska moje policzki, bym otworzyła usta. Z wargami zaledwie o włos od moich wdmuchuje w nie dym, który wciągam głęboko w płuca.

Duke odsuwa się, gdy po chwili wypuszczam obłok z ust. Palcami ściska końcówkę skręta i gasi go, a pozostałą część wsuwa sobie za ucho.

– Sądzę, że ty również mnie lubisz – mówi cicho. Delikatnie ściska palcami moje uda, z każdym ruchem swoich wprawnych palców posuwając się wyżej, centymetr po centymetrze.

– Bo lubię – odpowiadam. W innym życiu… nie, gdybym była inną osobą, mogłabym dać mu prawdziwą szansę.

Ale nie w tym życiu.

– To dlaczego udajesz, że mnie nie znasz? – drąży, zaciskając usta.

Żeby nikt nas ze sobą nie widział. Żebyś nie został przypadkowo ofiarą, gdyby wszystko się popieprzyło.

– Chyba po prostu aż tak bardzo nie przepadam za szkołą. Poza tym lubię trzymać się na uboczu. To wszystko – zapewniam go.

Duke patrzy na mnie znacząco. Nie kupuje tego, nawet przez chwilę.

Próbuję znowu.

– A może… – wzdycham i zwieszam ramiona – nie chcę być postrzegana jako jedna z wielu dziewczyn w haremie Duke’a Weathersby’ego.

– W czym? – pyta ze śmiechem.

– W haremie. Grupie piękności, które za tobą podążają, zostawiając za sobą istne kałuże śliny. Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię, Duke’u Weathersby. Słyszałam to określenie z milion razy, więc jestem pewna, że ty też.

– Może i słyszałem je raz czy dwa – przyznaje Duke z chytrym uśmieszkiem. Obejmuje mnie w talii i przesuwa na brzeg blatu. – To chyba jednak dobrze, że nie rozmawiasz z nikim innym. W ten sposób mogę cię mieć tylko dla siebie.

Pochyla się i przyciska usta do moich ust. Nasze wargi łączą się i zaczynają harmonijnie poruszać. To przyjemny pocałunek, jak zawsze. Przyrównuję je do zakończenia dobrej książki. Do miłego gorącego prysznica. Albo znalezienia zabójczej pary jeansów na wieszaku z artykułami przecenionymi o połowę.

Są fajerwerki, ale nie takie w typie eksplodujących kolorami i robiących wielkie bum, jak na czwartego lipca. Nie, w naszym przypadku jest to jak machanie zimnymi ogniami i bieganie po trawniku przed domem. Lubię zimne ognie.

 

Zimne ognie są przyjemne.

Poza tym szanse na zranienie lub oparzenie są małe. Tak jak sam Duke – zimne ognie są bezpieczne.

Odwzajemniam pocałunek i otwieram usta, gdy językiem rozsuwa moje wargi. Moje sutki twardnieją, gdy przysuwa się jeszcze bliżej, i przez materiał naszych koszulek czuję żar jego skóry. Rozluźniam się i przywieram do niego, potrzebując poczuć przy sobie jego twarde ciało. Potrzebując przypomnienia, że jestem tylko człowiekiem, że żyję i że jest jeszcze na tym świecie ktoś, kto również o tym wie.

Duke Weathersby jest najbliższy miana mojego chłopaka, chociaż nim nie jest i nigdy nie będzie. Nasz pseudozwiązek składa się z luźnych rozmów, palenia trawki i całowania się. W gruncie rzeczy to mnóstwo pieszczot i stymulacji przez ubranie, po których wysyłam go do domu z porządnie bolącymi jajami.

Duke odsuwa się nieco i muska palcem moją szyję, po czym przesuwa nim po odsłoniętej skórze mojego ramienia. Przyciska czoło do mojego czoła.

– Myślę, że powinniśmy pójść na górę, do twojego pokoju. Te wszystkie ubrania tylko przeszkadzają – szepcze, ciągnąc za postrzępiony brzeg moich szortów. Kołysze biodrami, ocierając się erekcją między moimi nogami.

Uśmiecham się przy jego ustach i unoszę pośladki z blatu, bezwstydnie na niego napierając.

Duke jęczy prosto w moje wargi i chwyta mnie za biodra, poruszając nimi i przyciskając do twardego wybrzuszenia w swoich spodniach.

Jestem podniecona. Naprawdę. W końcu jestem dziewczyną, a Duke jest niezwykle atrakcyjny. Jak wiem, nie różnię się od innych dziewczyn w szkole – nie jestem odporna na urok, uśmiech czy mięśnie Duke’a Weathersby’ego. Winię o to naturę i feromony. Ptaszki i pszczółki. Słowem: naukowe wywody i inne takie.

Z jednej strony chciałabym, żeby zaciągnął mnie na górę i tam zrobił ze mną wszystkie te zboczone rzeczy.

Przeważająca część mnie jednak po prostu nie może tego zrobić.

Cholernie się z nim drażnię. Wiem o tym. Duke również musi o tym wiedzieć. Ale ciągle wraca, a prawda jest taka, że właśnie tego chcę. Jego powrotów. Towarzystwa. Kontaktu z drugim człowiekiem.

Przyjaźń z nim już i tak łamała jedną z moich zasad. Seks zaprzeczyłby im wszystkim, a nie chcę, żeby to zaszło tak daleko. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie wobec takiego zagrożenia.

Odsuwam się od niego.

– Ja… nie mogę. Mój ojciec – szepczę, przeciągając zębami po jego szyi, tuż pod uchem, odmawiając mu, a jednocześnie obiecując to, co może przynieść przyszłość.

– On nigdy nie wychodzi z piwnicy – przypomina mi Duke, pocałunkami znacząc ścieżkę na mojej szyi i starając się przekonać mnie ustami. Przesuwa się do obojczyka i oprócz pocałunków lekko mnie przygryza. Czuję, jak moje mięśnie się napinają. Jak rośnie we mnie pożądanie. Moja determinacja, by utrzymać ten związek na poziomie dozwolonym w filmach dla trzynastolatków, wali się w gruzy, gdy on chwyta moją dolną wargę w swoje usta i wprawnie przeciąga po niej językiem.

Muszę przyznać, że chłopak jest dooooobry. Nie ma tego haremu bez powodu. W pełni sobie na niego zasłużył.

– Pozwól mi dać ci rozkosz – szepcze Duke, ściskając górę moich ud, na co moje podbrzusze przeszywa rozkoszny dreszcz.

Jestem zdesperowana.

Podniecona.

Na haju. Samotna.

Tak piekielnie samotna.

Nie chcę taka być. Chcę po prostu poczuć… coś innego. Cokolwiek. Coś, co nie wiąże się ze zmartwieniem, paniką czy krzywdą.

– Zgoda – słyszę własny głos.

Z jego gardła dobywa się niski dźwięk. Pół warkot, pół jęk. Zwinnie wsuwa palce w moje szorty, a sam emanujący z nich żar sprawia, że niemal szczytuję. Nigdy wcześniej nie pozwoliłam mu się tam dotknąć. Nigdy wcześniej nie pozwoliłam, by KTOKOLWIEK mnie tam dotknął. Czuję się jednocześnie podniecona, zdenerwowana i do cna zuchwała, gdy otaczam go nogami w pasie, ponaglając, by przysunął się bliżej.

Duke opuszkami palców muska moje nabrzmiałe i tak boleśnie lekceważone ciało, gdy w pomieszczeniu rozbrzmiewa głośny huk.

– Skąd to? – szepcze Duke.

Z piwnicy.

Odgłos doszedł z piwnicy.