Perversion. Perwersja. Perversion Trilogy. Tom 1

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4
Emma Jean

Było już późno. Powinnyśmy były spać od wielu godzin, ale każde tyknięcie zegara zbliżało nas do odjazdu Gabby.

Leżałyśmy w ciemnościach na moim podwójnym łóżku, świecąc małą kieszonkową latareczką na cytaty, które poprzyklejałyśmy do ścian, wycięte z książek, gazet i magazynów w ciągu pięciu wspólnych lat w jednej rodzinie zastępczej.

– To wciąż mój ulubiony cytat – odezwała się Gabby, po czym chwyciła mnie za dłoń i skierowała światło latarki, którą trzymałam, na niewielki podarty kawałek papieru u dołu ściany, tuż nad moim łóżkiem.

Widniało na nim: „Jak pisze się miłość? Miłości się nie pisze, ją się czuje” – anonim.

Gabby westchnęła dramatycznie i puściła moją dłoń.

– Znalazłaś gdzieś, kto to napisał? – zapytałam, trącając ją ramieniem.

– Nie, ale kiedyś znajdę. – Czułam, że się uśmiecha.

– To z Kubusia Puchatka* – jęknęła Mona, starsza o dziesięć miesięcy siostra Gabby, ze swojego łóżka po drugiej stronie pokoju. – A teraz: czy możecie się uciszyć, żebym się wyspała chociaż ostatniej nocy w tym domu?

Usłyszałam szelest pościeli i domyśliłam się, że przewróciła się na drugi bok i nakryła głowę poduszką.

Zamilkłam. Wiedziałam, że Gabby się domyśla, iż słowa Mony dobitnie mi uświadomiły, co przyniesie jutro.

– Chodź tu – wyszeptała głośno, przyciągając mnie do siebie.

Odsunęłam od siebie myśli o jutrze i postanowiłam być tu i teraz. Gabby i ja zaczęłyśmy chichotać, przytulając się jeszcze mocniej i splatając razem nogi.

– Ten jest mój ulubiony. – Skierowałam światło latarki na ścianę. – „Rzućcie mnie na pożarcie wilkom, a ja zostanę przywódcą stada”.

– Wow. Okej, zmieniłam zdanie. To także mój ulubiony – oświadczyła Gabby. – Ej, czekaj, a ten: „Jeśli potrzebujesz bohatera, zostań bohaterem”.

– To mój ulubiony – orzekłyśmy obie naraz.

Mona ponownie jęknęła. Tym razem zgasiłam latarkę, ale Gabby nie kwapiła się wrócić do własnego łóżka. Rzadko sypiałyśmy oddzielnie.

– Wiesz, Mona jest moją rodzoną siostrą, a ja i ty nie jesteśmy krewnymi, ale dla mnie jesteś jak siostra. Wybrałam cię i myślę, że w pewien sposób jest to nawet ważniejsze niż pokrewieństwo.

W jej głosie wyczułam, że zbiera jej się na płacz. Sama czułam pieczenie pod powiekami. Chwyciłam ją za dłoń i ścisnęłam mocno.

– Tak, jesteśmy siostrami, już na zawsze. – Pociągnęłam nosem. – Ja ciebie też wybrałam.

Gabby mnie objęła i leżałyśmy tak przytulone, popłakując cicho w ciemnościach.

– To niesamowite, prawda? Że wybrałyśmy siebie nawzajem – spytała Gabby, siąkając.

– Tak, to niesamowite – zapewniłam ją. Przycisnęłam policzek do jej policzka, nasze łzy się połączyły.

– Ale nie wystarczy, żebyśmy mogły zostać razem – wymamrotała Gabby. – Wolałabym mieszkać w domu zastępczym z tobą niż z bratem bez ciebie.

– Nie, nie możesz tak myśleć – odpowiedziałam. – Twój brat wyszedł z więzienia. Zabiera ciebie i Monę do domu. Powinnaś się cieszyć. Nie pozwalam ci się smucić z mojego powodu.

– A jednak jakoś nie mogę się cieszyć. – W jej głosie słyszałam ból. – Trafiłam do systemu opieki jako małe dziecko. Nie pamiętam miasta, w którym się urodziłam. Marca nie pamiętam zupełnie. Nic o nim nie wiem. A tu nagle on chce, żebyśmy znów byli rodziną, chociaż przez tyle lat nawet ani razu nie zadzwonił, nie mówiąc już o wizycie.

– Ale to twój brat. Wracasz do domu. Masz szczęście – przypomniałam jej.

– Pewnie masz rację. – Westchnęła.

Włączyłam ponownie latarkę i skierowałam jej światło na ścianę.

– Patrz. – Trąciłam Gabby łokciem.

Uniosła wzrok i odczytała słowa, które podświetliłam:

– „Odległość znaczy tak niewiele, gdy ktoś znaczy tak wiele…”

Gabby chwyciła latarkę i skierowała ją na środek ściany, na najnowszy cytat. Przykleiłyśmy go tam w zeszłym miesiącu, kiedy dowiedziałyśmy się, że Gabby odchodzi.

Tym razem to ja odczytałam cytat na głos:

– „Jak wielkie mam szczęście, że coś sprawia, że tak trudno mi się pożegnać”.

Zdławiłam szloch i mocniej przytuliłam Gabby.

– Nie rozstajemy się na zawsze – powiedziałam przez łzy.

– Zmuszę Marca, żeby cię do nas sprowadził. Musi cię wziąć! – wykrzyknęła cicho Gabby.

Pokręciłam głową.

– To tak nie działa, doskonale o tym wiesz.

– Coś wymyślę, obiecuję – wyszeptała. – Jesteśmy drużyną, nie dam się zastąpić.

Zachichotałam.

– Ciebie nie da się zastąpić, jesteś najlepszą przyjaciółką na świecie.

Gabby w końcu zasnęła, nadal spleciona ze mną w uścisku. Leżałam, wpatrując się w sufit. W dłoni ściskałam niewielki wisiorek w kształcie serca, w którym umieściłam zdjęcie Tristana i jego mamy. Jutro, gdy Gabby odjedzie, będę potrzebowała pociechy, którą z niego czerpałam.

Światło poranka przesączyło się przez moje powieki. Poderwałam się gwałtownie i odkryłam, że Gabby nie leży już koło mnie. Zniknęła. Jej łóżko było puste, pościel zniknęła. Wszystkie jej rzeczy, zwykle porozwalane po całym pokoju, także zniknęły.

Poczułam ucisk w piersi, oczy mnie piekły.

Ciesz się jej szczęściem – napomniałam sama siebie.

Na stoliku obok mojego łóżka leżała kartka papieru. Podniosłam ją. Łzy, które próbowałam wstrzymać, popłynęły wartkim strumieniem.

„Nie jesteśmy siostrami jednej krwi, lecz serce moje było Twoje, gdy tylko stanęłaś u drzwi” – anonim.

Przycisnęłam karteczkę do serca i wzięłam głęboki oddech. Powtarzałam sobie, że Gabby wróciła do domu. Do swojej rodziny. Myśl o jej szczęściu pozwoliła mi zebrać się w sobie na tyle, by móc zejść na parter.

Ku wielkiemu zdziwieniu znalazłam tam Monę i Gabby. Obejmowały się, Mona płakała.

– Co ja złego zrobiłam? To nie fair! – łkała Mona.

– Co się stało? – zapytałam.

Moja opiekunka socjalna, pani Andrews, stała w drzwiach salonu z udręczoną miną.

Kurde, co tym razem zbroiłam?

– Eee… Co pani tu robi?

Kobieta westchnęła.

– W zeszłym tygodniu rozmawiałam z Ruby. Nastąpiła pomyłka. Marco nie zabiera Gabby i Mony.

Zmarszczyłam nos, kompletnie skołowana.

– To bez sensu. Nic nie rozumiem. One zostają? Ale myślałam, że…

Pani Andrews pokręciła głową.

– Ruby nie słuchała chyba uważnie, co mówię. – Fuknęła ze złości. Sięgnęła do swojej torby, wydobyła z niej teczkę i wręczyła mi ją.

Pierwsza strona wyglądała na jakiś oficjalny nakaz, ale nie mogłam zrozumieć, co było w nim napisane.

– Marco nie zabiera Gabby i Mony – wyjaśniła pani Andrews. – Zaznaczył, że ubiega się o opiekę nad Gabby i…

Nie słuchałam, co mówi, tylko patrzyłam na dokument. Obok nazwiska Gabby widniało MOJE nazwisko.

– To na pewno jakaś pomyłka. Nie znam Marca. Nie jestem jego rodziną. To Mona jest jego siostrą, nie ja.

Kobieta wzruszyła ramionami.

– To nietypowa sytuacja, ale wypełnił wszystkie właściwe dokumenty, załatwił sprawy z prawnikiem i uzyskał podpis sędziego. Ja jestem tylko posłańcem, wypełniam polecenia.

Mona odkleiła się od Gabby i zmierzyła mnie wściekłym spojrzeniem zaczerwienionych oczu. Pomimo różnicy wieku wyglądały jak bliźniaczki, tyle że Mona miała włosy ścięte na pazia, a Gabby sięgające pasa.

Serce mi się krajało na myśl o niej. W głowie miałam mętlik. Mona była nieco sztywna, ale nigdy nie zachowywała się wobec mnie wrogo. Była raczej kimś w rodzaju wkurzającej starszej siostry, która woli odrabiać lekcje niż obrabiać cudze kieszenie. Ale i tak mi na niej zależało. Jej typowa powaga przerodziła się w radość, gdy się dowiedziała, że zamieszka z Markiem.

Pani Andrews otworzyła drzwi frontowe.

– Zaczekam w samochodzie. Masz pięć minut na spakowanie się. – Spojrzała na Monę. – I pożegnanie.

– To jakaś pomyłka – stwierdziłam ponownie, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje.

– To żadna pomyłka – odrzekła Mona. Pociągnęła nosem i wytarła go wierzchem dłoni. – Marco mnie nie chce. Chce Gabby i CIEBIE.

* A.A. Milne, Kubuś Puchatek w przekładzie Ireny Tuwim.

Rozdział 5
Emma Jean

Lacking było zupełnie inne niż Brighton, z którego przybyłyśmy, choć oddalone o zaledwie godzinę jazdy samochodem. Brighton było biedne, ale dobrze utrzymane. Ulice były zawsze czyste, a ludzie przyjaźni.

Lacking było jak z innej planety.

Ulice zaśmiecały puste puszki po piwie i inne odpadki. Gabby i ja siedziałyśmy na tylnym siedzeniu samochodu pani Andrews i trzymałyśmy się za ręce. Nie powiem, żebym nie była szczęśliwa, że jestem z Gabby, im bardziej jednak się zagłębiałyśmy w miasto, tym większy czułam lęk.

– Pamiętasz cokolwiek z tego miejsca? – wyszeptałam.

Gabby wyglądała przez okno, na jej twarzy malował się szok.

– Nie. – Spuściła wzrok na swoje ręce. – Czy Mona da sobie radę?

Pani Andrews odpowiedziała, spoglądając na nas w lusterku wstecznym.

– Nie martwcie się o nią. Przyznano jej stypendium naukowe, pójdzie do prywatnej szkoły z internatem dla uzdolnionych dziewcząt. Wszystkie jej uczennice dostają się potem do koledżu.

– Jakim cudem? – zapytała Gabby.

Pani Andrews wzruszyła ramionami.

– Nie wiem, ale ktoś musiał ją zgłosić. Może zrobiła to sama, a może zrobił to jeden z jej nauczycieli.

Gabby nadal nie wyglądała na uspokojoną.

– Wszystko będzie okej – zapewniłam ją. – Może gdy będzie musiała ciągle używać mózgu, stanie się mniej marudna.

 

Gabby uśmiechnęła się smutno i blado. Ścisnęłam jej dłoń.

– Powiem wam, jak zrobimy. Gdy tylko Mona się tam zadomowi, przekażę wam jej namiary – zaoferowała pani Andrews.

Gabby uniosła wzrok.

– Dziękuję – odpowiedziała.

Pani Andrews skinęła głową.

– To naprawdę świetne miejsce.

Opiekunka skręciła kierownicą i zatrzymała samochód przed zamkniętą bramą w trzymetrowym betonowym murze pokrytym graffiti. Jego szczyt zdobił drut kolczasty. Przed bramą stało dwóch mężczyzn z żółtymi bandanami zawiązanymi na szyjach. W dłoniach trzymali wielkie spluwy. To wyglądało jak jakieś pierdolone więzienie.

Monie na pewno nic nie będzie, zaczynałam jednak mieć coraz większe wątpliwości co do własnej sytuacji.

Gabby mocniej ścisnęła moją dłoń. Wiedziałam, że myśli podobnie.

Bramę ozdabiał wizerunek czaszki z żółtą bandaną zawiązaną wokół dolnej połowy twarzy. Poniżej widniał napis po hiszpańsku, którego znaczenia nie rozumiałam.

Los Muertos – wyszeptałam.

– Martwi. – Gabby spojrzała na mnie z niepokojem.

– Jesteśmy na miejscu – ogłosiła wesoło pani Andrews, zupełnie jakbyśmy wjechały na parking Disneylandu.

Jeden z mężczyzn zbliżył się do okna i przyjrzał mi i Gabby. Po chwili dał znać gestem drugiemu mężczyźnie, by ten otworzył bramę.

Za nią ciągnął się żwirowy podjazd okolony wysoką, dziką trawą. Na środku kompleksu stało pięć ceglanych budynków, wszystkie były trzypiętrowe. Każdy z nich pokrywało graffiti z różnymi wariantami motywu czaszki i napisu „Los Muertos”.

– Co to jest za miejsce, do cholery? – zapytałam wystraszonym, cichym głosem.

Pani Andrews zaparkowała przed środkowym budynkiem. Otworzyła drzwi po mojej stronie. Wysiadłyśmy obie, ciągnąc za sobą plecaki.

– To wasz nowy dom, dziewczynki, uśmiechnijcie się – rzuciła wesoło opiekunka.

W drzwiach budynku ukazał się ludzki potwór, za którym podążali dwaj inni mężczyźni.

– Marco! – powitała go pani Andrews.

– Witaj, Olivio – odpowiedział i wyjąwszy z ust wykałaczkę, pocałował ją w usta.

Gabby i ja stałyśmy nadal obok samochodu.

Marco górował nad panią Andrews. Miał czarną bródkę i ciemnobrązowe oczy. Był bez koszulki, na brzuchu miał wytatuowane skrzyżowane pistolety. Rozmawiał z „Olivią”, jakby byli starymi przyjaciółmi.

Kobieta bawiła się ciężkim złotym łańcuchem na jego szyi i chichotała, szepcząc coś, czego nie byłam w stanie dosłyszeć. Spojrzała na nas, a potem znów na Marca, po czym przesunęła dłonią po jego nagim torsie i odwróciła się do samochodu.

– Powiedz bratu, że jego dług został spłacony – rzucił Marco. – Czekaj, moment. – Skinął podbródkiem mężczyźnie po swojej prawej, a ten rzucił pani Andrews grubą kopertę. – To za fatygę.

Opiekunka zajrzała do koperty i uśmiechnęła się szeroko.

Gracias. – Skinęła głową, po czym wsiadła do samochodu.

Odsunęłyśmy się, żeby nas nie przejechała. Wycofała przez bramę, nie zaszczycając nas nawet spojrzeniem.

Bienvenida, siostrzyczko – odezwał się Marco z uśmiechem i przesunął językiem wykałaczkę w drugi kącik ust. Uściskał Gabby jedną ręką. Przyglądała mu się z mieszanką przerażenia i nadziei w oczach. – Witaj w domu.

– W domu? – zapytała, rozglądając się.

– Tak, w domu. Pewnie nie pamiętasz, ale to tu się urodziłaś, hermanita.

– Co to za miejsce? – wtrąciłam.

Marco przeniósł spojrzenie z Gabby na mnie. Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy, a wokół oczu pojawiły się zmarszczki, miażdżąc małe serduszko wytatuowane przy prawym oku.

– Tobie także bienvenida, blanquita.

Rozejrzał się dookoła z dumą, jakby budynki za jego plecami wzniesiono z marmuru, a nie z kruszącej się cegły.

– Witajcie w kompleksie Los Muertos. – Uniósł obie dłonie i wskazał na stojących za nim mężczyzn. – To moich dwóch żołnierzy, Flip i Mal. Rządzę tym miejscem, tymi ludźmi i tym miastem. Jestem ich królem, a ponieważ jesteście moją rodziną, czyni was to księżniczkami Los Muertos.

Gabby wyraźnie się odprężyła.

– Czemu mnie tu sprowadziłeś? – zapytałam. Nie mogłam już dłużej wytrzymać.

Marco się zaśmiał i rzucił do swoich towarzyszy:

– Dziewczyna się nie patyczkuje.

Wyjął wykałaczkę z ust i wycelował nią we mnie. Przyjrzał mi się od stóp do głów jak farmer kupujący krowę na targu. Przeszły mnie ciarki.

– Nie zawracaj sobie tym teraz tej ślicznej główki. Zajmiemy się wszystkim w odpowiednim czasie. – Mrugnął i objął mnie ramieniem, a drugim przytulił Gabby. Spojrzałam na nią za jego plecami, mając nadzieję porozumieć się z nią bez słów, ale ona z uśmiechem wpatrywała się w brata. Marco poprowadził nas jedną ze ścieżek przecinających kompleks.

– Przyjechałbym po ciebie wcześniej, Gabrielo, ale ta cała pieprzona papierkowa robota zajęła sporo czasu. Trzeba było dać w łapę wielu chciwym dupkom w sądzie. Ale twój braciszek ogarnął to gówno i oto jesteś!

Z budynku, który wyglądał na garaż, wyłonił się kolejny mężczyzna. Zapatrzyłam się na dwa skrzyżowane noże, które miał wytatuowane na gardle. Podszedł do Marca, odciągnął go na bok i wyszeptał mu coś na ucho. Marco skinął głową i klasnął w dłonie.

– Sorki, chicas. Mam coś do załatwienia, i to migusiem. Leo pokaże wam, gdzie macie iść. Jak załatwię swoje, wrócę i opowiem wam o wszystkim. – Ruszył tyłem w kierunku jednego z budynków, szeroko rozkładając ramiona. – Bienvenidas a Los Muertos, hermanitas!

Zniknął za podwójnymi drzwiami w asyście kolejnych dwóch mężczyzn uzbrojonych w masywne karabiny.

Nagle znikąd pojawiła się obok nas jakaś chuda, bardzo skąpo ubrana dziewczyna. Była zdyszana, oczy miała podkrążone. Wydawała się dużo starsza od nas, ale przyjrzawszy się jej bliżej, stwierdziłam, że to tylko kwestia makijażu i ciuchów. Mogła być starsza najwyżej o dwa–trzy lata.

– Leo, zaprowadź je na górę. To WSZYSTKO – polecił jej Mal, podkreślając ostatnie słowo. – ¿Me estás entendiendo? – Postukał się palcem wskazującym w skroń. Nie znałam hiszpańskiego, ale i tak się domyśliłam, o co mu chodzi.

To było ostrzeżenie.

Leo skinęła głową.

– Chodźcie za mną – odezwała się do nas i ruszyła przed siebie ścieżką.

Podążyłyśmy za nią, a Mal szedł kilka kroków za nami.

Choć z początku kompleks wydawał się opuszczony, szybko odkryłam, że wcale tak nie jest. Z balkonów, drzwi i okien przyglądało nam się wiele ciekawych par oczu.

Leo zaprowadziła nas do budynku na tyłach kompleksu, a następnie na jego najwyższe, trzecie piętro. Otworzyła drzwi do jednego z mieszkań kluczem wyjętym ze stanika i zaprosiła nas do środka. Odezwała się dopiero, gdy zamknęła za nami drzwi.

– Mała rada: nigdy nie rozmawiajcie na zewnątrz. Ktoś zawsze słucha – wyszeptała.

Rozejrzała się po pokoju, po czym potruchtała do okna i zasłoniła firanki. To samo zrobiła przy małym okienku nad zlewem kuchennym. Niewielkie mieszkanko pachniało pleśnią, a każdą powierzchnię pokrywała gruba warstwa kurzu.

– Czy tylko ja się zastanawiam, co się, do cholery, dzieje? – zapytałam, kładąc plecak na podłodze.

Leo nie odpowiedziała. Biegała po mieszkaniu, zamykając drzwi i zasłaniając okna.

– Gabby? – zapytałam.

– Wiem tyle samo co ty – odpowiedziała, obracając się i przyglądając otoczeniu.

– Powiesz nam, CZEMU na zewnątrz nie jest bezpiecznie? – zapytałam Leo.

– Po prostu nie jest, i tyle – odrzekła. – To wasze mieszkanie. Sypialnia jest na tyłach. Łazienka w korytarzu. Lodówka i kuchenka nie działają. Wodę w toalecie spuszczajcie dwa razy. Wierzcie mi, raz nie wystarczy.

– Czegoś nam nie mówisz, prawda? – spytała Gabby, zdejmując torbę z ramienia.

Leo westchnęła.

– Niestety wkrótce same się dowiecie.

Te słowa spowodowały, że żołądek ścisnął mi się boleśnie ze strachu. Leo dostrzegła lęk na mojej twarzy. Spojrzała na mnie, a potem na Gabby, jakby się nad czymś zastanawiała.

– No dobra – stęknęła. – Chodźcie bliżej. – Zniżyła głos do szeptu. – Należy wam się ostrzeżenie. – Westchnęła. – Mnie niestety nikt nie ostrzegł.

Poprowadziła nas do sypialni, w której znajdowało się jedno podwójne łóżko z cienkim materacem i starym kocem. Poduszek nie było. W porównaniu z tym mieszkaniem dom ciotki Ruby wydawał się niemal luksusowy. Miałam jednak niemiłe przeczucie, że warunki bytowe nie będą naszym największym zmartwieniem.

– To tu mieszka Marco? – zapytała Gabby.

Leo parsknęła cicho.

– Nie, to wasze mieszkanie, on mieszka w głównym budynku.

Z szuflady w szafce przy łóżku wyciągnęła Biblię. Otworzyła ją na ostatniej, pustej stronie, po czym z tylnej kieszeni wydobyła szminkę i zaczęła rysować coś, co wyglądało jak mapa.

– Tutaj, w samym centrum – narysowała duży okrąg – jest rezerwat rdzennych Amerykanów. W jego środku z kolei mieści się kasyno. Tuż za murami, w chatach z dykty i namiotach mieszkają głównie pracownicy-imigranci. Kasyno postawiło mur dookoła, żeby bogacze nie musieli patrzeć na biedaków, wydając tysiące dolców na automaty. – W jej głosie było słychać gorycz. – Kasyno należy do terytorium Bedlam. Zajmują się jego ochroną. Transportują też broń i kokę. Ich terytorium sięga aż dotąd. – Narysowała linię przecinającą centrum miasta. Następnie zakreśliła przedmieścia po wschodniej stronie. – To terytorium Nieśmiertelnych Królów. Trzymają się głównie autostrad i plaż. – Następnie pociągnęła szeroką linię przez ostatnią pozostałą część miasta. – A to my. – Naszkicowała kilka kwadratów, które miały zapewne reprezentować kompleks, w którym się znajdowaliśmy. Wokół nich zatoczyła szeroki okrąg. – To wszystko to terytorium Los Muertos, którzy… – Zamilkła chwilę. – No cóż, Marco robi w zasadzie, co mu się żywnie podoba. Pamiętajcie, żeby zawsze trzymać się granic terytorium Los Muertos. To nie jest sugestia, to nakaz. Jesteście teraz w naszej rodzinie. Nigdzie indziej nie będziecie bezpieczne. My nie wchodzimy na terytorium Bedlam ani Nieśmiertelnych, a oni na nasze. Jedynym neutralnym terytorium jest park w środku miasta. – Westchnęła i zapatrzyła się w sufit, jakby zatopiona we wspomnieniach. – Nie zawsze tak było. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej, kiedy rządził twój tata.

Gabby gwałtownie poderwała głowę.

– Mój tata…

– Był głową Los Muertos – dokończyła za nią Leo. – Zanim go zamknęli na dożywocie. Kiedy Marco skończył osiemnaście lat, przejął władzę. Przez chwilę panował spokój. – Zmarszczyła brwi, po czym potrząsnęła głową, odpędzając myśli. – Ale teraz, kiedy Marco wyszedł z więzienia, znów trzęsie okolicą.

– Nic nie rozumiem – oświadczyłam skołowana i sfrustrowana. – Bedlam? Los Muertos? Nieśmiertelni Królowie? Co to za miasto?

Leo znów pokazała nam swój rysunek.

– To Lacking – stuknęła szminką w kartkę, a następnie wskazała przez okno uzbrojonych mężczyzn – a to gangi, które w nim rządzą.

Gabby niechcący strąciła Biblię na podłogę, z dywanu wzbił się tuman kurzu. Leo szybko podniosła księgę i zamknęła ją w momencie, gdy w drzwiach stanął Marco.

– Co tu się dzieje? – zapytał, opierając się niedbale o framugę. – Miałaś je tu tylko przyprowadzić, a nie wyprawiać imprezę powitalną.

Marco spojrzał na Biblię w dłoniach Leo, która zwiesiła głowę. Byłam przekonana, że wpakowała się w tarapaty. Wyjęłam jej księgę z rąk i przycisnęłam do piersi.

– My się tylko modliłyśmy. Dziękowałyśmy Bogu i Jezusowi za nasze wielkie szczęście i za to mieszkanie. – Uśmiechnęłam się, łżąc bez zająknięcia.

– Ach – skomentował z rozbawieniem. Byłam świetna w kłamaniu, ale on nie kupił mojej bajki. Podszedł do Leo i stanął za nią. – Nagle zrobiłaś się religijna, Leo? W takim razie idź do mojego biura i zaczekaj na mnie na klęczkach. Jak wrócę, pomodlimy się razem.

Leo prędko opuściła mieszkanie ze wzrokiem wbitym w podłogę.

– No dobra, do rzeczy – zaczął Marco, zacierając dłonie. – Czas przekazać wam, jakie macie obowiązki.

– Obowiązki? – zapytała Gabby.

Marco zatoczył ręką wokół siebie.

– Chyba nie myślałaś, że te luksusy są za darmo, hermanita?

– Ja… Ja… – zająknęła się Gabby, kręcąc głową. – Ja nic nie myślałam.

– Jesteście teraz w moim domu. W moim mieście. Musicie na siebie zarabiać, jak wszyscy. – Marco wyjął mi z rąk Biblię i rzucił ją na łóżko.

– Jak? – spytałam. – Jesteśmy jeszcze dziećmi. – Przeszyła mnie błyskawica przerażenia.

 

Marco wzruszył ramionami.

– Wcale nie. I chuja mnie obchodzi, JAK będziecie zarabiać. Ale ponieważ jesteście tu nowe, zaczniemy powoli. Powiedzmy tysiąc dolców.

– Skąd mamy wziąć tysiąc dolarów miesięcznie? I co ze szkołą?

– Szkoła? – Marco wybuchnął śmiechem. – A po co wam szkoła? To dobre dla japiszonów i gówniarzy w koszulkach polo, którzy w dorosłości nienawidzą swojego życia. Waszą szkołą jest życie. À propos kasy: tysiąc dolców tygodniowo, nie miesięcznie. Leo może wam dać parę wskazówek. Młodością nadrobicie brak umiejętności. Nie martwcie się, szybko złapiecie, o co chodzi.

Nagle uświadomiłam sobie, o czym mówi. Natychmiast zrobiło mi się niedobrze.

– Mamy… – zaczęła Gabby, niemal wypowiadając na głos moje myśli. – Nie!

– Co to znaczy „nie”? – warknął Marco.

– Znam inne sposoby – wyrzuciłam z siebie, próbując zabrzmieć przekonująco. – Zdobędziemy twoje pieniądze, ale nie… Nie tak.

– Inne sposoby na ogarnięcie tysia na głowę na tydzień bez rozkładania nóg? – W oczach Marca błyszczało rozbawienie. Zbliżył się do mnie, dysząc mi w twarz.

Dokładnie tak, jak planowałam.

– Mam inne talenty – zapewniłam go.

Zaśmiał się.

– Tak? Jakie?

– Jestem kieszonkowcem – odparłam, wzruszając ramionami.

– Kieszonkowcem? Czytałem twoje akta z opieki, wiem, co narozrabiałaś, i wiem, że cię złapali. – Pokręcił wolno głową. – Drobne kradzieże nie dadzą ci tyle kasy, żebyś nie musiała się kurwić.

– Nie doceniasz mnie. – Wypięłam dumnie pierś.

– Nie ma opcji, żebyś była aż tak dobra. – Marco przeszedł na drugą stronę pokoju. Gdy się odwrócił, dostrzegł swój portfel. W mojej dłoni. Oczy rozszerzyły mu się z wrażenia. Doskoczył do mnie i wyrwał mi przedmiot z ręki. – Imponujące. Ale portfele to jedno. Nie wierzę, żebyś potrafiła ukraść coś naprawdę cennego.

Pokazałam mu rękę, którą miałam za plecami. Trzymałam w niej jego pistolet.

Marco warknął, zabrał mi spluwę i wsunął ją z powrotem za pas, mrucząc pod nosem coś po hiszpańsku.

– Spokojnie, zdobędziemy te pieniądze. Może nawet więcej. – Musiałam mówić za siebie i Gabby, która nadal siedziała bez ruchu z szeroko otwartymi ustami i oczami.

Cała jej radość z zamieszkania ze mną i bratem się ulotniła. Widziałam, że coś w niej pękło.

– Okej. Niech ci będzie. Na razie. – Marco zbliżył się do mnie, przyciskając mnie do ściany. Przesunął palcami po moim policzku.

Ledwo się powstrzymałam, żeby się nie wzdrygnąć. Ani nie mrugnąć. Nie dać mu powodu, by pomyślał, że jestem słaba. Dupki takie jak on żywiły się słabością innych. A ja nie miałam zamiaru udawać owcy, podczas gdy tak naprawdę byłam wilkiem w skórze nastolatki.

– Musisz wiedzieć – niemal wywarczał te słowa – że robię ci przysługę. Pozostałe wolne dziewczyny są dozwolone dla każdego członka gangu, który zechce je sobie wziąć. Wy dwie jesteście, kurwa, królewnami. Załatwcie mi kasę i możecie trzymać nogi razem… Na razie.

– A jak skończymy osiemnaście lat? Możemy odejść? – zapytała z nadzieją w głosie Gabby.

Marco roześmiał się tak głośno, że aż podskoczyłam.

– W Los Muertos zostaje się na resztę życia. Nie ma odchodzenia po osiemnastce. – Jego twarz przybrała twardy, zimny wyraz. – W OGÓLE nie ma odchodzenia.

Kiedy tylko wypowiedział te słowa, odsunęłam od siebie lęk i zaczęłam obmyślać plan ucieczki. Marco spojrzał na mnie znacząco.

– Nawet nie myśl o dzwonieniu do opiekunki socjalnej. Dostała wystarczająco dużo kasy, żeby jej to nie obeszło. Z policją też nie próbuj. To moje suki. Jeśli spróbujecie uciec, znajdziemy was. Wszędzie mam swoje oczy i uszy. Jeśli uciekniecie, przestaniecie być rodziną. Będziecie dezerterkami, zdrajczyniami. A zdrajczynie nie mają prawa do przywilejów. – Pochylił się i wyszeptał mi do ucha: – Spróbujcie uciec, a obie będziecie co noc obrabiać dziesiątki chujów na ulicy. Najpierw jednak zajmą się wami moi chłopcy.

– Czemu nam to robisz? – zapytała trzęsącym się głosem Gabby. Oczy miała zaczerwienione, a na jej rzęsach błyszczały łzy.

– Co niby robię? – warknął Marco. – Sprowadziłem cię do domu, Gabrielo. Czy wymagam za wiele, prosząc, żebyś wniosła coś od siebie do rodziny? – Mówił, jakbyśmy były małymi niewdzięcznymi dziewczynkami. – No powiedz, wymagam za wiele? – zapytał, po czym szorstkim gestem złapał Gabby za podbródek i zmusił, by na niego spojrzała. – A teraz powiedz: „Dziękuję ci, Marco”.

– Dziękuję ci, Marco – wyszeptała Gabby przez łzy.

– Nie uciekniemy. Zrobimy wszystko, o co poprosisz – dodałam z determinacją.

Na razie.

Marco puścił Gabby, zrobił kilka kroków w głąb pokoju i złożył palce w piramidkę.

– Widzicie, wiedziałem, że dobrze robię. To dlatego wybrałem was dwie, a podarowałem sobie Monę. Przeczytałem jej akta. Ma mózg, ale nie ma jaj. Nie dla niej takie życie. Ale wy dwie… – Zaśmiał się cicho. – Wiedziałem, że dostarczycie mi powodów do dumy. Dlatego was tu sprowadziłem. A przynajmniej między innymi dlatego. – Ruszył w kierunku drzwi. – Możecie sobie wychodzić i przychodzić, jak chcecie, bylebyście wyrabiały swój przydział. Trzymajcie się z daleka od terytorium Nieśmiertelnych, a jeśli się dowiem, że kiedykolwiek weszłyście na ziemię Bedlam, to… – Zacisnął pięści i przywołał się do porządku. – Pierwsza wpłata w nadchodzący poniedziałek, a kolejne w każdy następny.

Był czwartek po południu. Żądał dwóch tysięcy dolarów od pary dwunastolatek… w niecałe cztery dni.

Marco przystanął przy drzwiach.

– Witaj w rodzinie, blanquita! – krzyknął na odchodne. Jego paskudny śmiech odbijał się w moich uszach jeszcze długo po tym, gdy zamknął drzwi.

Padłam na łóżko obok Gabby, czując się, jakbym właśnie przeżyła wypadek samochodowy.

– Witajcie, kurwa, w domu! – Głos Marca dobiegł nas przez otwarte okno. Podskoczyłyśmy z Gabby, padając sobie w ramiona.

W ciągu jednego dnia cały nasz świat dwukrotnie rozpadł się na kawałki i powstał na nowo. Mózg buzował mi setkami możliwych rozwiązań, każde z nich kończyło się jednak tą samą nieodwołalną konkluzją.

Nie było stąd ucieczki.

Miałam tylko dwa źródła pociechy: Gabby i mój wisiorek ze zdjęciem Tristana przyciśnięty do piersi.

– Przepraszam… – wyszeptała Gabby.

– Za co? Przecież to nie twoja wina.

Zamilkłyśmy, nie wiedząc, co jeszcze powiedzieć. Milczałyśmy przez wiele godzin. Starałyśmy się oddychać jak najciszej – aż do zachodu słońca.

Gdy w końcu pozwoliłyśmy sobie na głębszy wydech, obie wybuchnęłyśmy płaczem. Płakałyśmy przytulone do siebie do późna w nocy.

Dokładnie tak, jak niecałe dwadzieścia cztery godziny wcześniej.

Marco się mylił. Musiało istnieć jakieś wyjście z tej sytuacji. I ja je znajdę.

Choć co do jednego miał rację: nie byłyśmy już dziećmi.

Sztuczko,

KTO KURWA ŚMIE CIĘ WYZYWAĆ?! Ciotka Ruby? Bije cię? Bo jeśli tak… Albo jeśli ktokolwiek inny tknie Cię choćby palcem…

Rozmawiałem z Marci i Brzuchem, ludźmi, którzy mnie przygarnęli. Obiecali, że skontaktują się z opieką społeczną i Ciebie też przygarną. Nie pozwolę, żeby Twoja ciotka i jej fagasy tak Cię traktowali. Rzadko bywam szczęśliwy, a teraz jestem wręcz niemożliwie wkurwiony!

Na końcu listu napisałem Ci mój adres, nie musimy się już kontaktować przez opiekę. Ty też napisz mi swój. Mam też telefon komórkowy. Napiszę Ci numer. Dzwoń, gdy tylko będziesz czegoś potrzebować albo po prostu będziesz chciała pogadać. Rozmowa będzie jednostronna, ale cóż – przynajmniej wiesz, że umiem słuchać. Mogę nawet pożyczyć samochód Marci i sam po Ciebie przyjechać. Wyrwę Cię stamtąd, Sztuczko. Choćby nie wiem co.

P.

PS Moja rodzina nadała mi nowe imię – Ponury.

Sztuczko,

nie odpowiedziałaś na mój ostatni list. Kiedy dostałem go z powrotem, zrozumiałem dlaczego. Nawet go nie otrzymałaś. Marci zadzwoniła do opieki, powiedzieli jej tam, że Twoje akta zostały utajnione, a Ciebie samą dokądś przeniesiono i nie mogą ujawnić dokąd. Powiedzieli jej też, że nie mogą odbierać i przekazywać Twojej poczty. Sam nie wiem, po co piszę ten list.

Udało mi się namierzyć jebaną cioteczkę Ruby, ale była kompletnie napierdolona. Wspominała jedynie coś o Twoim bracie Marcu, ale nigdy nie mówiłaś o rodzeństwie, nie mam jak go namierzyć. Akta Gabby również zostały utajnione, więc jej też nie mam jak znaleźć. Mam nadzieję, że może jakimś cudem jesteście razem i że jesteś szczęśliwa, gdziekolwiek mieszkasz.

To wszystko nie ma sensu. Jakbyś się zapadła pod ziemię.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?