Mroczna miłość. Mroczne światło. Tom 1

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dzięki – odparłam i poczęstowałam go swoim najlepszym fałszywym uśmiechem.

Uważając, by nie rozlać własnego piwa, Owen wskoczył na pakę samochodu jednym zwinnym ruchem i usiadł obok mnie.

– Nie musisz się obawiać tego towarzystwa, wiesz? Z większością z nich chodziłaś do szkoły. – Próbował żartobliwie trącić mnie łokciem, ale się uchyliłam.

Rozejrzałam się wokół po twarzach ludzi, których znałam od lat, ale tak naprawdę wcale ich nie znałam. Za każdym razem, gdy nawiązałam z kimś kontakt wzrokowy, wywoływało to grymasy i szepty.

Wyciągnęłam w kierunku Owena pusty kubek.

– Może po prostu nie jestem towarzyska – rzuciłam.

A może nie miałam z tymi ludźmi nic wspólnego oprócz kodu pocztowego, choć biorąc pod uwagę, że właśnie stałam się bezdomna, nie miałam już nawet tego. Tak więc, technicznie rzecz biorąc, gówno mnie z nimi wszystkimi łączyło.

Potrzebowałam więcej piwa.

Upicie się było jedynym sposobem, by uniknąć rozdrapania sobie twarzy paznokciami z powodu odczuwania dyskomfortu wywołanego przebywaniem w pobliżu tych wszystkich ludzi. Owen radośnie ogłosił, że zapewni mi piwo przez cały wieczór.

Kilka godzin później i zbyt wiele piw, by je zliczyć, pary dzieciaków zaczęły znikać w lesie. Ciężarówki, które po południu przywiozły tutaj świeżych, radosnych nastolatków gotowych na melanż, teraz powoli opuszczały wycinkę z ledwo trzymającymi się na nogach pasażerami. W kabinach i na pakach dogorywały splątane nieprzytomne ofiary nadmiernego spożycia. Jedynie garstka zachowała trzeźwość. Siedziałam na kłodzie przy ognisku, kiwając się w rytm muzyki granej na gitarze przez młodszego ode mnie chłopaka o imieniu Will. Ostatnie parę godzin spędziłam, słuchając, jak gra, i próbując go zagiąć zamówieniami kolejnych kawałków. Nieważne, czy prosiłam o Gartha Brooksa czy Offspring, kwitował te prośby śmiechem i grał jak z nut. Myślę, że bawił się równie dobrze, jak ja.

Owen regularnie napełniał mój kubek piwem, jednak większość czasu spędzał po drugiej stronie ogniska, rozmawiając ze znajomymi. Żaden z nich nie zadał sobie trudu, by ze mną pogadać, ale co jakiś czas widziałam, jak Owen patrzy na mnie przez płomienie.

W pewnym momencie poczułam, że puste miejsce na kłodzie obok mnie zostało zajęte. Pomyślałam, że to Owen przyniósł mi kolejne piwo, nie miałam pojęcia, które to już mogło być.

– Dzięki. – Sięgnęłam dłonią na ślepo, nie odwracając wzroku od gitarzysty.

Will grał właśnie drugi refren Criminal Fiony Apple. Dzieciak powinien wystąpić w jakimś show dla młodych talentów.

– Ależ proszę.

To nie był głos Owena. Ciarki przebiegły mi po plecach, gdy rozpoznałam, do kogo należał. Kiedy obróciłam się ku niemu, ujrzałam owego pięknego niebieskookiego psychopatę ze złomowiska.

Czy ja właśnie pomyślałam, że on jest piękny?

Ależ tak.

Jake nadal był ubrany od stóp do głów w czerń, w obcisłą koszulkę i jeansy. Nie miał na sobie skórzanej kurtki. Jego tatuaże wydawały się lśnić w świetle księżyca. W przeciwieństwie do poprzedniego spotkania, gdy trzymał mnie na muszce, tym razem wyglądał na bardziej zrelaksowanego. Może to jedynie złudzenie wywołane grą płomieni na jego twarzy? Zdałam sobie jednak sprawę, że to nie to.

On naprawdę był piękny.

Odsunął włosy za uszy i pogładził brodę.

– Hej, Abby – rzucił, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi.

Cóż mogłam mu odpowiedzieć? Złapał mnie na bunkrowaniu na złomowisku jego ojca. Przystawił mi spluwę do głowy. „Widziałeś ostatni mecz Jetsów?” nie wydawało mi się odpowiednim sposobem na rozpoczęcie rozmowy.

Mój żołądek wywinął fikołka jak przy spadaniu.

Wyprostowałam ramiona i odepchnęłam od siebie myśli o jego wyglądzie i okolicznościach, w jakich się poznaliśmy.

– Dziś też masz ze sobą broń? – zapytałam. Odwróciłam od niego wzrok i udałam, że skupiam uwagę z powrotem na Willu, który właśnie zaczynał grać kolejną piosenkę.

I wtedy głośno czknęłam.

Poczułam, jak rumienię się ze wstydu. Nie byłam w stanie na niego spojrzeć. Usłyszałam, jak parska szczerym śmiechem. Przysunął się do mnie, jego usta znalazły się o milimetry od mojego ucha i wyszeptał:

– Ja zawsze mam ze sobą broń, Bee. – Jego ton nagle stał się bardzo poważny. Sposób, w jaki wypowiedział moje imię, sprawił, że włosy zjeżyły mi się na karku.

Czy on właśnie nazwał mnie „Bee”?

– Jake, udało ci się dotrzeć! – Dziewczyna w obcisłych jeansach i skąpej bluzeczce podbiegła do niego i rzuciła mu się na kolana.

– Alissa – odparł szorstko. – Rozmawiam teraz z Abby. Idź do Jessiki i zaczekaj, aż skończę. – W jego głosie nie wyczułam złości, ale ton był rozkazujący. Jasno dał do zrozumienia, że rozmawia ze mną, a tipsiara nie była mile widziana.

Alissa zmierzyła mnie wzrokiem pełnym dezaprobaty. Zmarszczyła nos.

– Czemu marnujesz z nią czas, Jake? Ona jest okolicznym dziwadłem. Wiesz, że nigdy nie nosi nic innego niż bluzki z długim rękawem? Nawet jak z nieba wali żar? – Wbiła we mnie wzrok, a ja nie pozostałam jej dłużna. – O tak, coś tam na pewno chowa. Może garb albo coś. Stacey twierdzi, że ona ukrywa ciąże, a potem sprzedaje bobasy na eBayu. Ja myślę, że pewnie ma łuski albo coś takiego. Albo jeszcze gorzej.

Była coraz bliżej – zarówno prawdy, jak i mnie, fizycznie. Alissa sięgnęła ku mnie i podkreśliła swój komentarz, podciągając brzeg mojej bluzy i z przesadną ciekawością zaglądając pod spód. Złapałam ją za nadgarstek i ścisnęłam, ignorując żar, który poczułam pod wpływem dotyku.

Alissa wydała zduszony okrzyk i spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Mówiłaś coś, Alissa? – zapytałam.

Próbowała wydostać się z mojego uścisku, jednak jedną z rzeczy, których nauczyło mnie życie, było to, że nienawiść i adrenalina sprawiają, że ludzie zyskują dodatkową siłę. Może i była wyższa ode mnie i na pewno więcej ważyła, ale gdybym poszła na całość, byłabym w stanie roznieść ją na kawałki paroma ciosami.

Na jej szczęście chwilowo byłam gdzieś w połowie drogi do eksplozji.

– Mówiłaś coś o moich ubraniach, ździro? Bo szczerze, wolę być znana jako dziewczyna, która chodzi w bluzach, niż jako najbardziej rozpoznawalna cipa w mieście. – Wokół nas zaczęli się gromadzić ciekawscy, ale nie zwracałam na nich uwagi i ciągnęłam dalej: – Czy zdarzyło ci się kiedykolwiek pomyśleć, że to przez takie kurwiszony jak ty, które pokazują światu cały swój dobytek, ja czuję potrzebę zasłaniania ciała, aby nie skończyć jak ta samotna matka siedmiu bachorów stojąca co noc za barem, mimo że jest już dawno po sześćdziesiątce? – Obdarzyłam ją fałszywie słodkim uśmiechem. – A, zapomniałam spytać, co słychać u twojej mamusi i babci?

Jej spojrzenie stało się jeszcze bardziej nienawistne. Pociągnęłam jej nadgarstek ku sobie, a kiedy próbowała się wyrwać, puściłam ją, wtedy straciła równowagę i zaryła tyłkiem w piasek. Gapie wybuchli śmiechem, gdy skoczyła na równe nogi z wyrazem zażenowania na twarzy.

– Jesteś pierdolonym dziwolągiem! Jake! – Wyciągnęła do niego dłoń. – Wynosimy się stąd!

Jake się nie poruszył, nawet nie spojrzał w jej kierunku. Jego wzrok był skoncentrowany na mnie.

– Powiedziałem ci, że przyjdę do ciebie, jak skończę rozmawiać z Abby – odparł spokojnym tonem.

Alissa odmaszerowała gniewnym krokiem, mamrocząc pod nosem, ale ja nie zwracałam na to uwagi. Byłam skupiona na Jake’u i jego reakcji na to, co się właśnie zdarzyło. Zachował niesamowity spokój podczas mojej szamotaniny z Alissą, choć napięcie u innych otaczających nas osób było wyczuwalne. Gdy ktoś nie chce być dotykany, szybko uczy się czytać język ciała. Byłam dobra w określaniu, czy wyraz współczucia na czyjejś twarzy doprowadzi do próby przytulenia albo czy sprzeczka zamieni się w bójkę.

– Imponujące. – Jake wyciągnął z kieszeni jointa, zapalił go i się zaciągnął. – Chcesz? – spytał.

Wzięłam parę długich, głębokich machów i oddałam mu skręta. Alissa sprawiła, że wytrzeźwiałam, i miałam szczerą chęć zmienić ten stan.

Moją uwagę przyciągnął ruch dostrzeżony kątem oka. Spojrzałam w tamtym kierunku. Owen stał przy swoim samochodzie, jego kumpel Andy opowiadał mu coś, wielce podekscytowany, ale mój dostawca piwa nie zwracał na niego uwagi. Zamiast tego spoglądał Andy’emu przez ramię, w moim kierunku. Tym razem nie patrzył na mnie, lecz na Jake’a. A w zasadzie to wgapiał się w niego. Po chwili uniósł ramiona, jakby pytał mnie, czy wszystko okej. Chyba nie widział zajścia z Alissą. Skinęłam mu głową, a on skupił się z powrotem na rozmowie z Andym.

– Jesteś tu z nim? – zapytał.

– Zaprosił mnie na tę imprezę. Znasz Owena?

– Tak jakby. – Sztachnął się ponownie i powoli wypuścił dym, formując z niego kółka.

– Imponujące.

Zaśmiał się.

– To co, Abby? Faktycznie nosisz bluzy w lecie, by przypadkiem nie stać się zdzirą?

Nie żeby to był jego interes, ale jego ton nie był kpiący, brzmiała w nim szczera ciekawość.

– Nie do końca, obawiam się też opryszczki i trypra. Wystarczy stanąć za blisko jednej z tych lasek i te rzeczy mogą na ciebie przeskoczyć – zażartowałam.

Jake uśmiechnął się szeroko.

– Zapamiętam to sobie.

– A ty jesteś z tą walniętą ździrą, która właśnie próbowała mnie publicznie rozebrać? – zapytałam. Czemu go o to spytałam? Co mnie to obchodziło?

– Z Alissą? – odparł. – Nie. Chodziłem z nią do szkoły, tyle.

– Jesteście znajomymi?

– Coś w tym stylu. – Jake uśmiechnął się.

Bingo.

Obrzydliwość.

To pewnie Alissa była tą dziewczyną klęczącą na złomowisku. Próbowałam nie myśleć o odgłosach dławienia i spluwania. To było zbyt obrzydliwe.

 

Wzdrygnęłam się.

– Siedzisz na moim miejscu, Dunn. – Owen aż kipiał ze złości, gdy się ku nam zbliżał.

– To wolny kraj, Fletcher – odparł Jake, biorąc kolejnego macha. – Znajdź sobie, kurwa, inne miejsce.

– Znasz go, Abby? – spytał mnie Owen.

– Nie za bardzo – odparłam. – Po prostu rozmawialiśmy.

– Ostrzegam cię, nie chcesz rozmawiać z takimi jak on – odrzekł Owen. – Może i pochodzi stąd, ale nie jest taki jak my.

– No to jest nas dwoje – odparłam pod nosem, wypijając ostatni łyk piwa.

– Co mówiłaś? – spytał Owen.

– Nic. – Wstałam z kłody. – Zupełnie nic.

Lekko zakręciło mi się w głowie, zajęło mi parę sekund, nim znów poczułam oparcie w nogach. Znów czknęłam.

Świetnie.

Jake wstał i obrócił się ku mnie, jakby chciał mnie podtrzymać. Odsunęłam się na bezpieczny dystans. Owen wyciągnął do mnie kolejny kubeczek.

– Człowieku, ona chyba ma już dość – rzucił Jake. Ich spojrzenia się spotkały. Mogłam przysiąc, że widzę unoszącą się nad nimi chmurę złości.

Owen włożył mi kubek do ręki pomimo ostrzeżenia Jake’a.

Mierzyli się wzrokiem jak dwaj zawodnicy MMA tuż przed walką w klatce. Obaj byli mniej więcej równego wzrostu. Jake był blondynem ubranym jak motocyklista z gangu Hell’s Angels, podczas gdy ciemne włosy i zielone oczy Owena kontrastowały z jego typowym amerykańskim strojem – jeansami i białym T-shirtem.

Gdy już byłam pewna, że zaraz dojdzie do wymiany ciosów, z moich ust wymknęło się kolejne czknięcie. Nagle poczułam, że zaraz zwymiotuję. Pochyliłam się nad kłodą i zachwiałam, ale udało mi się odzyskać równowagę, zanim ktokolwiek spróbował mi pomóc.

– Widzę, że te drinki całkiem nieźle działają – rzekł Owen.

– Nie, wcale nie.

– Jak to nie? – spytał Owen.

Jake nie dotykał mnie, ale mogłam niemal wyczuć jego obecność tuż obok.

– Nadal pamiętam, że życie jest do dupy. – To była uczciwa odpowiedź, choć nie udzieliłabym jej jakieś dziewięć piw temu.

– No to musimy załatwić ci kolejnego – zaoferował Owen, wskazując ręką na swój pick-up. Jego głos odzyskał zabawowy ton, całe napięcie sprzed kilku sekund zniknęło.

– Nie sądzisz, że wypiłaś już wystarczająco, Abby? – włączył się Jake.

Za jego plecami pojawiła się Alissa, objęła go w pasie i wyjrzała mu zza ramienia. Wyglądała na przestraszoną – i słusznie. Poważnie rozpatrywałam wrzucenie jej do ogniska. Jake wydostał się z jej uścisku i odsunął od niej. Wyglądała na urażoną, ale on się nie przejął. Zrobił krok w moim kierunku.

Owen zaczął coś mówić, ale przerwałam mu. Nie potrzebowałam, by odpowiadał za mnie.

– Zdecydowanie nie – odparłam. Próbowałam nie bełkotać, ale byłam pewna, że mi nie wyszło.

Jake miał zatroskany wyraz twarzy. Złożyłam to na karb alkoholu. Nie było opcji, by ten facet – ten obcy – który celował do mnie z broni niecałe dwadzieścia cztery godziny wcześniej, teraz nagle martwił się o mnie.

– Życzę tobie i Alissie świetnej zabawy. – Położyłam nieco zbyt duży akcent na jej imię, jakby pozostawiło mi w ustach gorzki posmak.

Jake spojrzał mi w oczy, wydawało mi się, że trwało to wieki, a potem popatrzył na Owena. W końcu wzruszył ramionami i odwrócił się, by odejść. Alissa poszła za nim jak zagubiony szczeniak.

– Aha, Jake? – zawołałam za nim.

Zatrzymał się i obejrzał przez ramię.

– Następnym razem ostrzeż dziewczynę nieco wcześniej. – Nie czekałam na jego reakcję, lecz zaniosłam się histerycznym śmiechem.

– O co ci chodziło? – zapytał Owen.

Udawałam, że go nie słyszę. Zdecydowałam, że jednak wypiłam już wystarczająco dużo, więc zamiast nalać sobie następnego drinka, wyciągnęłam ostatniego skręta z kieszeni i poprosiłam Owena o ogień. Gdy tylko się zaciągnełam, natychmiast poczułam się lepiej. Zatrzymałam bucha na dłużej w płucach, zanim zaoferowałam jointa Owenowi. Siedzieliśmy w kabinie jego ciężarówki dłuższy czas z zamkniętymi oknami, dając się ponieść tripowi i piosence Tylera Farra lecącej w radiu. Kiedy skończyliśmy skręta, a wokół nas pozostało już niewielu imprezowiczów, Owen odpalił silnik i ruszyliśmy drogą prowadzącą do miasta.

Byłam pijana, naćpana i niemal pewna, że nie pamiętałam własnego imienia.

Misja wykonana.

Rozdział 6

Musiałam zapaść w sen podczas jazdy, bo następne, co pamiętam, to parkowanie na podjeździe przed domem Owena. Zaskoczyło mnie to. Jedną z moich zasad było nigdy nie zasypiać, dopóki nie jestem zupełnie sama. Było kilka minut po trzeciej. Stawałam się nocnym stworzeniem.

– Dzięki za dziś, Owen, to było… Interesujące.

– Skąd znasz Jake’a? – zapytał, gasząc silnik. Miał zaciętą minę, a w jego oczach widziałam oskarżenie i chłód. Opuścił okno i zapalił papierosa.

– Nie znam – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Nie miałam pojęcia, kim jest Jake.

– To skąd wiedział, jak masz na imię? – Miał przekrwione oczy i mówił coraz głośniej. W uchwycie na kubek w desce rozdzielczej stała butelka jamesona; dłoń Owena spoczywała na szyjce. Pociągnął łyk, odstawił butelkę na miejsce i otarł usta wierzchem dłoni.

– Owen, nie podoba mi się twój ton. Nie znam go. Widziałam Jake’a, jak jechał na motocyklu, niemal mnie potrącił. To wszystko. Alissa musiała mu powiedzieć, jak mam na imię. – Nie wspomniałam o noclegu na złomowisku. Nie wiem, czemu kłamałam, ale obecny stan Owena i jego nastawienie i tak nie sprzyjały wyjawianiu mu prawdy. – Jakie to ma, kurwa, w ogóle znaczenie?

– A właśnie że ma! Nie chcę, byś z nim rozmawiała!

Nie miałam ochoty dłużej tego wysłuchiwać. Otworzyłam drzwi i wyskoczyłam z samochodu, a następnie ruszyłam ku ulicy.

– Abby! Abby! – zawołał za mną Owen. Wysiadł z samochodu i dogonił mnie w kilku krokach. Wykonał ruch, jakby chciał mnie objąć albo powstrzymać, ale odsunęłam się, zanim zdążył to zrobić.

– Nie dotykaj mnie, Owen. Mówię, kurwa, serio.

Staliśmy pod jedyną latarnią po tej stronie mostu, dokładnie naprzeciw domu Fletcherów, co dowodziło, jaką mają pozycję w Coral Pines.

– Przepraszam, Abby, jestem idiotą. Wiem, że nie powinienem ci mówić, co masz robić, a czego nie. Wybacz mi, proszę – mówił zduszonym głosem, tak jakby przeprosiny nie przychodziły mu łatwo. – Po prostu widzę, jak na ciebie patrzy, a nie chcę, żeby inni faceci patrzyli na ciebie w ten sposób.

– O czym ty mówisz, Owen? Nawet nie znam Jake’a, a ty i ja jesteśmy wyłącznie przyjaciółmi, to wszystko. – A może nawet i to za dużo powiedziane. – Nie powinno cię obchodzić, kto i jak na mnie patrzy, bo mnie te rzeczy nie interesują. Ani z tobą, ani z nikim innym.

– Okej, okej, rozumiem. Przepraszam. Po prostu… On nie jest dobrym człowiekiem, a sposób, w jaki na ciebie patrzył, doprowadzał mnie do szału.

A niby jak on na mnie patrzył?

– W porządku, Owen, ale muszę już lecieć. – Odwróciłam się, żeby odejść.

– Dokąd pójdziesz, Abby?

Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale nie znalazłam słów.

– Zostań tu dziś na noc. Mam własną część domu z oddzielnym wejściem i w ogóle. Nikt się nie dowie, że tu jesteś. Będę spał na kanapie, a tobie oddam łóżko. Proszę. – Owen zrobił smutne oczy i wysunął dolną wargę.

Zaśmiałam się.

Czego on właściwie ode mnie chciał? Nie byłam dziewczyną z jego klasy społecznej. Nie miałam pojęcia, w jakiej klasie się mieściłam. Sam garaż domu Fletcherów był większy niż jakikolwiek dom, w którym mieszkałam.

Nie miałam najmniejszej ochoty spać z Owenem w pokoju, zaledwie parę metrów od reszty jego rodziny. Ale nie miałam też dokąd pójść. Jake złapał mnie na złomowisku, więc spanie w samochodzie Babuni odpadało.

Westchnęłam z rezygnacją.

– Okej, ale tylko dziś – odparłam.

Owen wyszczerzył się jak Kot z Cheshire.

Mieszkał w apartamencie z aneksem kuchennym i salonem. I naprawdę miał osobne wejście. Cały dom był olbrzymi, a w dodatku nie był jedynym na posesji. Rodzina Fletcherów żyła w czterech oddzielnych budynkach na posiadłości o powierzchni czterech hektarów. Apartament Owena mieścił się w największym, głównym budynku. Trzypiętrowa rezydencja z białą elewacją i czerwonymi okiennicami wyglądała jak chata z Domku na prerii na sterydach, posiadłość bardziej przypominała plantację niż dom. Byłam ciekawa, jak to jest cały czas żyć tak blisko rodziny, zwłaszcza że sama nie miałam już nikogo.

Wyciągnęłam z plecaka spodenki do biegania i koszulkę z długim rękawem i poszłam do łazienki. Kiedy wróciłam do pokoju, Owen leżał na łóżku ubrany wyłącznie w bokserki, trzymał w ręku pilota od telewizora i z butelką piwa przy ustach przeskakiwał po kanałach.

– Chcesz? – Uniósł butelkę w moim kierunku.

Zignorowałam pytanie.

– Myślałam, że łóżko ma być dla mnie.

– A ja pomyślałem, że możemy najpierw sprawdzić, co leci w telewizji. Nie jestem jeszcze zmęczony, a z kanapy jest gówniany widok. – Uśmiechnął się rozbrajająco i po chwili wahania uległam namowom. W jego głosie nie było już ani śladu wcześniejszej złości, znów był starym dobrym Owenem, którego znałam i zaczynałam lubić. Poza tym naprawdę przydałoby mi się przez chwilę po prostu bezmyślnie pooglądać telewizję.

– Okej, ale żebyś sobie nie myślał: żadnych zalotów – ostrzegłam surowym tonem. – I ja wybiorę program.

– Tak jest, proszę pani. – Zasalutował. – Przysięgam na honor skauta.

Wskoczyłam do wielkiego wygodnego łóżka i wsunęłam się pod kołdrę. Kiedy już miałam położyć głowę na poduszce, Owen uniósł ramię i wykonał zapraszający gest.

– Przy oglądaniu telewizji zawsze miło jest się poprzytulać – rzekł.

Spojrzałam na niego z uniesioną jedną brwią, a on w odpowiedzi zrobił zeza.

– Jesteś głupkiem, wiesz? – odpowiedziałam. – Raczej podziękuję za przytulanie.

Byliśmy w końcu przyjaciółmi, a przyjaciele chyba mogą oglądać razem telewizję w łóżku. Nie miałam pojęcia, jakie były granice w przyjaźni z chłopakiem, ale zanim doszłam do porządku z myślami – i zanim zdążyliśmy się zacząć wykłócać, co obejrzeć – zapadłam w sen.


Mam dziewięć lat, jest środek nocy. Leżę na materacu rozłożonym na podłodze mojego starego pokoju. Okno w każdej chwili grozi roztrzaskaniem pod wpływem naporu wiatru i deszczu. Poduszkę mam przyciśniętą do ucha, by nie słyszeć huku piorunów ani nie widzieć błyskawic rozświetlających pokój co kilka sekund. To dlatego nie słyszę zgrzytu zawiasów, gdy otwierają się drzwi i wchodzi on. Kurczowo ściskam jedyną zabawkę, jaką kiedykolwiek miałam, pluszową wiewiórkę o imieniu Ziggy – gryzaka dla psów pozostawionego w naszym domu przez jednego z moich licznych „wujków”.

– Jesteś dziewicą? – Czuję gorący oddech na uchu. – Jeśli jesteś, zacznę powoli. Ale jeśli nie, to nie będę kłamał: nie mam ochoty być delikatny.

Materac ugina się, gdy ktoś ciężki kładzie się obok mnie na podwójnym materacu. Szorstkie włosy jego klatki wbijają mi się w szyję, a olbrzymi bebech przygniata mi plecy. Zaciskam z całej siły oczy. Mam nadzieję, że odejdzie, jeśli pomyśli, że śpię.

Wiem, że tak się nie stanie.

Ściskam pluszaka w jednej ręce. Drugą sięgam pod poduszkę w poszukiwaniu odłamka lustra. Parę godzin wcześniej moja matka użyła go do robienia ścieżek z białego proszku, który potem wciągnęła do nosa za pomocą zwiniętego w rulonik banknotu dolarowego.

Ten facet z włosami na klacie i wielkim brzuchem został mi przedstawiony wcześniej tego dnia jako wujek Sal. To on przyniósł torebkę z białym proszkiem. Matka nie miała pieniędzy. Krzyczała o tym w kółko, a ojciec siedział w więzieniu. Mam dziewięć lat i nie jestem głupia.

To ja jestem zapłatą.

Mężczyzna przesuwa swoimi włochatymi knykciami po moim nagim ramieniu. Żołądek podchodzi mi do gardła. Opieram się z całych sił, by nie zwymiotować tej niewielkiej ilości jedzenia, jaką jakimś cudem znalazłam na kolację. Muszę wytrzymać jeszcze parę chwil, poczekać na odpowiedni moment.

Jego ręka przesuwa się na moją talię, obraca mnie na plecy.

Teraz.

Wyciągam odłamek lustra spod poduszki, a kiedy on kładzie mnie płasko na materacu i całą uwagę poświęca mojemu nagiemu ciału, ja celuję w jego lewe oko. Pchnięcie jest szybkie, zdecydowane, wbijam odłamek głęboko, aż czuję opór.

Jego krzyki zagłusza grzmot. Krztusi się i pryska na białą ścianę krwią, która ścieka mu do ust. Chwyta się za pozostałości oka i pada na kolana.

 

Wybiegam z pokoju, nadal trzymając w ręku wiewiórkę, a potem z domu, prosto w burzę. Jak mogłam kiedykolwiek się jej bać? To tylko deszcz i wiatr, prawdziwa groza czeka w domu, do którego przysięgam sobie nigdy nie wrócić.

Biegnę, dopóki nie docieram do pola na końcu ulicy. Nie obchodzi mnie, że jestem naga. Nic mnie już nie obchodzi. Stoję pośrodku pola i unoszę ramiona ku burzy. Chłodny deszcz obmywa moje ciało z krwi, a ja modlę się, by porywisty wiatr mnie stamtąd zabrał.

Nagle nie jestem już dziewięcioletnią dziewczynką, ale sobą obecnie, siedemnastoletnią dziewczyną. Nadal stoję nago pośrodku pola, nadal proszę o uwolnienie mnie od tego życia.

Wiatr spełnia moją prośbę, unosi mnie w swoich objęciach, odlatuję z tego życia i świata.

– Jesteś dziewicą? – pyta głos. – Bo nie mam ochoty być delikatny.

Nagle ogarnia mnie strach, serce łomocze mi tak szybko i mocno, że aż boli, ale wtedy zdaję sobie sprawę, że choć słowa są podobne, głos jest inny. Młodszy, mniej chropawy, choć brzmi w nim napięcie.

Wiatr ucicha natychmiast, nagle wypuszczając mnie z objęć. Zaczynam spadać, najpierw powoli, potem coraz szybciej.

Tuż przed roztrzaskaniem się o ziemię, widzę twarz.

Jake.

Co on tu robi? Twarz znika równie szybko, jak się pojawiła.

Ogarnia mnie dziwny spokój.

Ból mija, a ja czuję się… Dobrze.

Za dobrze.


Nie obudziłam się od razu. Pozwoliłam temu nieznanemu, przyjemnemu uczuciu trwać minutę albo dwie. Jednak dziwne doznanie w brzuchu zaczęło powoli zamieniać się w znajomy żar. W miarę jak żar rósł, wybudzałam się coraz bardziej… Aż obudziłam się zupełnie i zorientowałam się, że sytuacja jest poważnie spierdolona. Zaskoczył mnie widok Owena – a w zasadzie to, że go poczułam. Leżał na mnie, opierając większość ciężaru ciała na łokciach, którymi mnie ograniczał po obu stronach głowy. Kolana miałam rozwarte, a Owen pocierał biodrami o moje biodra. Błyskawica gniewu przemknęła mi przez głowę. Szybko zorientowałam się, że jestem nadal ubrana, a Owen wciąż ma na sobie bokserki. Przesuwał ustami po mojej szyi, od ucha do obojczyka, podgryzając i ssąc skórę.

Prawdziwą przyczyną nowych dla mnie doznań, odzywających się głęboko w brzuchu, był fakt, że Owen pocierał swoim stwardniałym członkiem o najwrażliwszą część mojego ciała, skrytą jedynie pod cienkim materiałem szortów.

Owen wyszeptał mi do ucha:

– Nie masz pojęcia, jak bardzo cię pragnę, Abby. Sprawię, że będzie ci naprawdę dobrze, mała. Będziesz wykrzykiwać moje imię na cały głos, kiedy dojdziesz.

Ruchy frykcyjne pomiędzy moimi udami spowodowały, że napięcie w żołądku zaczęło narastać. W walce pomiędzy bólem a niechcianą przyjemnością ból zawsze bierze górę.

Nawet we śnie moje ciało odpowiadało na jego dotyk, ale mój mózg… Mój mózg był wściekły. A moja skóra płonęła żywym ogniem. Obiema dłońmi odepchnęłam go od siebie. Osunął się na łóżko.

– Co, do chuja? – wydarłam się.

Wyskoczyłam z łóżka i odszukałam buty. Wbiłam w nie nogi, chwyciłam plecak i zarzuciłam go sobie na ramię. Pobiegłam ku drzwiom. Owen doskoczył do mnie. Chwycił mnie za pas i pociągnął ku sobie. Czułam jego wzwód na plecach. Byłam przekonana, że skóra zaraz pokryje mi się pęcherzami. Szamotałam się w jego uchwycie, ale trzymał mocno, wbijając mi palce w ramiona. Kiedy pochylił się, by przycisnąć usta do mojej szyi, uderzyłam go łokciem w żebra.

– Kurwa! – zawył, puszczając mnie i łapiąc się za bok. – Chciałaś tego, ty suko! Jęczałaś jak pierdolona dziwka! – Wyprostował się i spojrzał mi w oczy.

Zaczęłam ostrożnie wycofywać się w kierunku drzwi. W jego oczach znów pojawił się ten sam wyraz co wcześniej. Źrenice wielkości główki od szpilki, przekrwione białka; jakby walczył o kontrolę nad sobą. To był Owen z samochodu, wściekły i zazdrosny. Zniknął wszelki ślad po pomocnym przyjacielu, w którego naiwnie uwierzyłam. Ten facet był potworem. W jego głosie nie było ani śladu poczucia winy czy wstydu za to, co zrobił.

– Spałam! Naprawdę myślałeś, że fajnie będzie przerżnąć pijaną, naćpaną, śpiącą dziewczynę?!

– Nie! Myślałem, że fajnie będzie zerżnąć ciebie i dać ci to, czego wiem, że chcesz. Czego oboje chcemy – wycedził przez zęby i rzucił się na mnie, gdy otwierałam drzwi.

Złapał mnie za nogi, a ja upadłam, uderzając szczęką w próg. Wyrwałam się z jego uchwytu, wstałam i wybiegłam na zewnątrz. Owen wyciągnął ku mnie rękę, ale trzasnęłam drzwiami tak mocno, jak tylko mogłam, miażdżąc mu dłoń.

Czujnik ruchu spowodował, że zapaliły się światła wokół rezydencji. Pobiegłam tak szybko, jak pozwalały mi na to nogi. Zmierzałam ku bezpiecznej ciemności.

– Abby, ty suko! zawył Owen daleko za moimi plecami.

Sięgnęłam do buta i wyjęłam nóż, a następnie pobiegłam dalej. Jeśliby mnie gonił, byłam gotowa.

Nie powinnam była nigdy zgodzić się u niego zostać. Wmówiłam sobie, że on szczerze chciał mi pomóc i był moim przyjacielem. Powinnam była słuchać instynktu i trzymać się od Owena z daleka już wtedy, gdy się zagotował, że jakiś inny szalony socjopata znał moje imię. Zdziwiło mnie, że akurat teraz pomyślałam o Jake’u; równie dziwne było to, co zrozumiałam, gdy wybiegałam z domu Owena. Czułam się bezpieczniej, patrząc w lufę pistoletu Jake’a niż w oczy Owena.

Niesamowite jest to, jak złych wyborów dokonujemy, kiedy nie mamy niemal żadnych opcji.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?