Mroczna miłość. Mroczne światło. Tom 1

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Dni, które nastąpiły potem, zlewały się w jeden ciąg. Dzień i noc, ciągły zmierzch, mieszanina marzeń na jawie i koszmarów.

Symboliczna postać zabierająca naszych bliskich z tego świata nazywana jest aniołem śmierci, ale tak naprawdę jest tylko marnym chłopcem na posyłki, który skrywa się pod kapturem, gdy przybywa przeprowadzić dusze na drugą stronę. To w sumie niegłupia fucha. On pewnie nie ma uczuć, nie zna rozpaczy.

Jest bardziej podobny do mnie, niż się tego spodziewałam.

Zazdrościłam mu. Zabierać bez emocji, prowadzić zmarłych z jednego świata do drugiego bez odczuwania zaskoczenia czy szoku, które zawsze towarzyszą niespodziewanej śmierci.

Dlaczego mówi się, że ktoś odszedł? Ludzie nie odchodzą. Porywa ich bezduszny szkielet przebrany w szlafrok własnej matki.

Babunia na pewno nie odeszła w pokoju, lecz wrzeszcząc i kopiąc. Na pewno wykrzykiwała moje imię, gdy jej duszę wleczono w niebyt.

Wołała mnie na ratunek, zamiast tego mogłam być przyczyną jej śmierci.

Co noc nawiedzał mnie ten sam koszmar. Babunia tonąca w mrocznych wodach czyśćca, próbująca wyrwać się ku mnie. Bezskutecznie – nieważne, jak mocno walczyła. Budziłam się w środku nocy, blada i ociekająca potem, z krzykiem wydartym z głębi płuc. Pragnęłam powrotu jedynej osoby, która próbowała mnie ocalić przede mną samą.

Raz za razem odtwarzałam w myślach dni, które nastąpiły po pogrzebie Babuni. Widziałam je w zwolnionym tempie, zamazane. Nic nie jadłam. Nie mogłam spać. Kolejni sąsiedzi wpadali do domu, przynosząc mi zwyczajowe jedzenie na pocieszenie. Nawet nie pukali do drzwi – pewnie wiedzieli, że nie otworzę. W końcu Irma, która mieszkała obok, zaczęła zabierać jedzenie spod moich drzwi i zanosić je do kościoła. Niezjedzone potrawy nie mieściły się już w lodówce Babuni. Zaczęłam ryglować drzwi wejściowe, co było niespotykane w naszym miasteczku. Nie chodziło mi o to, żeby zablokować komuś wejście, raczej o to, by utrudnić sobie wyjście. Im bardziej odcinałam się od ludzi, tym mocniej odczuwałam bliskość Babuni.

Czułam potrzebę ukarania samej siebie. Otoczyłam się wszystkim, co należało do Babuni. Rozpylałam jej perfumy w powietrzu. Nosiłam jej stare długie do ziemi futro z lisa, którego ona nigdy nie wkładała, i nie wiem nawet, po co trzymała je w tym klimacie. Zasypiałam w jej starym obitym sztruksem fotelu i co wieczór – a czasem też rano – piłam jej ulubioną szkocką whisky, aż żar z gardła rozlewał się na resztę ciała i przynosił upragnione zapomnienie.

Dom Babuni – mój dom – był w zasadzie domkiem. Wypłowiały różowy siding wymagał odmalowania, a jasnoszare dachówki nosiły ślady po codziennych popołudniowych letnich burzach. Budynek z dwoma sypialniami i łazienką był mały według wszelkich standardów. Nikt nie wymieniał podłóg z linoleum udającego drewno ani brudnobiałych szafek, od kiedy dziadek zbudował ten dom dla Babuni trzydzieści lat wcześniej.

Krótki żwirowany podjazd wychodził na dziurawą drogę z tłucznia. Budynek stał w bezpośrednim sąsiedztwie chińskiej restauracji Lee z jednej strony i salonu piękności Irmy z drugiej. Babuni nigdy nie przeszkadzało, że wokół jest niewiele zieleni, gdyż na tyłach domku przepływała rzeka Coral Pines.

Trzymając w ręku szklankę szkockiej, rozejrzałam się po domu, który Babunia tak bardzo kochała. Czy naprawdę minęły tylko cztery lata od czasu, gdy z niechęcią zaczęłam go nazywać swoim domem? Tylko kilka krótkich lat, od kiedy wylądowałam w życiu Babuni z pretensjami wobec całego świata i językiem ostrym niczym cała paczka maszynek do golenia?

To było jej określenie, nie moje.

Babunia powitała mnie w swoim życiu z otwartymi ramionami. Okazywała mi cierpliwość na każdym trudnym kroku i kochała mnie bezwarunkowo.

Kiedy pracowniczka socjalna w spodnium za dużym o trzy rozmiary prowadziła trzynastoletnią mnie ku drzwiom Babuni, której nigdy nie poznałam, byłam przerażona. Babunia była matką mojego ojca. Co, jeśli okaże się taka sama jak on? Co, jeśli będzie składać obietnice, których jak on nie ma zamiaru dotrzymać? I nie chodziło o zabawki czy imprezy urodzinowe, ale o takie podstawy jak jedzenie i opłacone rachunki za elektryczność. O poczucie bezpieczeństwa. Chodziło o obleśne szumowiny, jakimi byli kumple mojego ojca pytający mnie, czy wiem, co to kutas i co się z nim robi. W wieku sześciu lat powiedziałam całej tej bandzie, żeby poszli się jebać, ale to ich jedynie rozbawiło do łez, a ojca wkurzyło. Przez dwa dni siedziałam przywiązana do krzesła w kuchni, zanim mnie odwiązał i rzucił mi pod nogi kawałek zimnej pizzy. Ojciec uważał, że jego metody wychowawcze nauczą mnie czegoś o życiu.

Jedyne, czego mnie nauczył, to jak być zimną i nieczułą. On i moja matka na zmianę wymierzali mi swoiście – po ćpuńsku – pojmowaną sprawiedliwość, tak jak na zmianę gościli za kratami więzienia stanowego.

Okazało się jednak, że Babunia w niczym ich nie przypominała. Była podekscytowana na myśl o opiece nade mną, ale niepokoiła się tak samo jak ja. Była ostrożna, ale kochająca.

Kiedy wyszła przed dom, by się przywitać, nie podbiegła do mnie ani mnie nie przytuliła. Starała się nie przytłaczać miłością, którą i tak miała wypisaną na twarzy. Zaprowadziła mnie do mojego pokoju. Był cały biały albo też, jak to ujęła, „zupełnie czysty”. I owszem, był. Białe ściany, biała pościel, białe biurko i krzesło.

– Nie wiedziałam, co lubisz, więc pomyślałam, że sama powiesz mi, jak chcesz udekorować swój pokój i co chcesz w nim mieć.

– Mogę mieć, co zechcę? – zapytałam.

– Oczywiście, kochanie, co tylko zechcesz.

Babunia zawsze uważała, żeby cofnąć rękę, zanim dotknęła moich dłoni, głowy lub ramienia. Miałam awersję do dotyku i w aktach musiała być o tym wzmianka.

Jedyną rzeczą, o jaką poprosiłam Babunię tego pierwszego dnia, był rygiel w drzwiach sypialni. Nie zadawała żadnych pytań ani nie wyraziła wątpliwości. W ciągu godziny zjawił się majster, który zainstalował mi zamek. Babunia zawiesiła klucz na łańcuszku i powiedziała, że mogę go nosić na szyi. Przestałam go używać kilka tygodni po wprowadzeniu się do niej, ale kluczyka nigdy nie zdjęłam. Potem Babunia zrobiła mi pieczonego kurczaka z domowym purée ziemniaczanym. Na deser upiekła ciasto brzoskwiniowe. Babunia odzywała się jedynie wtedy, gdy chciała się dowiedzieć, czy mi smakuje. Kiwałam tylko głową. To był najlepszy obiad, jaki kiedykolwiek jadłam. Po tym pierwszym posiłku wtorek stał się Dniem Pieczonego Kurczaka.

Babunia nie wymagała ode mnie odpowiedzi. Chciała jedynie swojej wnuczki – humorzastej, ciętej, czasem agresywnej. Przez całe życie nikt mnie nie chciał, nawet gdy miałam najlepszy dzień i byłam naprawdę grzeczna.

Babunia kochała mnie w najgorszych chwilach, które nieraz się zdarzały.

W ciągu czterech lat z nią pokonałam długą drogę. A po zaledwie kilku tygodniach bez niej wszystko wyglądało tak, jakbym jej nigdy nie spotkała.

Rozdział 3

Kiedy jakiś uparty gnojek za progiem nie przestawał dzwonić do drzwi, moją pierwszą myślą było chwycić strzelbę i najpierw strzelać, a potem zadawać pytania.

– Wynocha! – krzyknęłam w poduszkę, naciągając jednocześnie kołdrę na głowę.

Nie miałam pojęcia, która była godzina, i nie chciałam sprawdzać. Wiedziałam tylko, że jest wcześnie i że nie byłam jeszcze gotowa wyrwać się z hibernacji.

Natarczywy gnojek zmienił styl z naciskania dzwonka dwa razy z przerwą trzydziestu sekund na tryb ciągły – jak ktoś, kto z niecierpliwością wyczekuje na windę.

„Koniec tego” – pomyślałam. „Idę po spluwę”.

Wyskoczyłam z łóżka i z rozmachem otworzyłam drzwi. Prawie współczułam nieszczęsnej duszyczce, która będzie musiała zmierzyć się z moim gniewem.

Potężne babsko w granatowym garniturze wypełniało niemal całą framugę. Musiałam spojrzeć w górę, by zobaczyć twarz tej kobiety. Wyglądała jak Dan Aykroyd przebrany za kobietę. Rzadkie czarne włosy przetykane siwizną upięła w ciasny kok. W ręku trzymała podkładkę z przypiętymi do niej kartkami i teczkę.

– Abby Ford? – spytała, nie patrząc na mnie, skupiona wyłącznie na swojej podkładce. Miała głęboki wibrujący głos.

– Co? – Przetarłam dłońmi oczy, moją wściekłość zastąpiła dezorientacja.

Babochłop westchnął.

– Czy nazywasz się Abby Ford? – Postukała czubkiem długopisu w podkładkę.

– Tak? – Moja odpowiedź zabrzmiała jak pytanie.

Westchnęła, a ja byłam pewna, że gdzieś wysoko w chmurach, gdzie znajdowała się jej głowa, kobieta przewróciła oczami.

– Spróbujmy jeszcze raz. Czy nazywasz się Abby Ford i jesteś nieletnią, która pozostawała pod opieką Georgianne Ford, zanim ta zmarła trzy tygodnie temu?

– Mam prawie osiemnaście lat – wyrzuciłam z siebie – więc może pani już sobie iść. – Próbowałam zamknąć drzwi, ale babsztyl zablokował je stopą.

– No cóż, jednak nie masz jeszcze pełnych osiemnastu lat, więc jesteś nieletnia. Tym samym stajesz się podopieczną stanu Floryda, a ja niniejszym obejmuję cię opieką. Zostaniesz umieszczona w rodzinie zastępczej do momentu osiągnięcia pełnoletniości. – Przerzuciła kilka stron na podkładce. – Co, jak widzę, nie nastąpi jeszcze przez jakieś dziewięć miesięcy.

Wiedziałam, że to może się zdarzyć. Nie przypuszczałam jednak, że szeryfowi Fletcherowi będzie się chciało bawić w wypełnianie papierków i że służby społeczne pojawią się tak cholernie szybko. Miałam też nadzieję, że skoro mam już prawie osiemnaście lat, nie będę nikogo zbytnio obchodzić.

– Czy mogę wejść? – zapytała.

– Nie! – Zastawiłam jej drogę. Byłam pewna, że na stoliku do kawy pozostawiłam na widoku rzeczy, za które mogłam beknąć.

– Przepraszam, co? – zapytało babsko, najwyraźniej nieprzywykłe do napotykania oporu.

 

– Ciotka nie lubi, gdy do domu wchodzą obcy, a pani nawet się nie przedstawiła. – Usłyszałam kłamstwo wydobywające się z moich ust, zanim nawet zdałam sobie sprawę, co mówię.

– Thornton – odparła. – Moje nazwisko to Thornton.

Poczułam ochotę, by wyrwać jej z ręki długopis i wbić go w jej stopę blokującą drzwi.

Oderwała wzrok od papierów i zmierzyła mnie spojrzeniem. Nadal miałam na sobie piżamę złożoną z koszulki z długim rękawem i szortów. Byłam pewna, że mam włosy w nieładzie i wory pod oczami. Przez te wszystkie koszmary nie sypiałam dobrze. Pani Thornton zapewne zastanawiała się, czemu śpię w poniedziałek o pierwszej po południu.

– W pani aktach nie ma żadnej wzmianki o ciotce. Jak się nazywa?

Rozejrzałam się nerwowo po pokoju. Mój wzrok zatrzymał się na starej narzucie na kanapie. Kiczowata łata na środku przedstawiała Elvisa i Priscillę w dniu ich ślubu. Wielka fryzura panny młodej niemal przewyższała tort, który razem kroili.

– Priscilla – odpowiedziałam, odwracając się ku pani Thornton. – Priscilla… Perkins. – Podwójne P miało sprawić, że łatwiej mi będzie zapamiętać własne kłamstwo.

– A gdzie teraz jest ta ciotka Priscilla? – Urzędniczka zsunęła ciężkie czarne okulary na czubek nosa i spojrzała sponad nich na mnie.

– Eee… W drodze powrotnej z Atlanty. Musiała pojechać po resztę swoich rzeczy, aby móc zamieszkać tutaj ze mną.

Nie patrzyłam na nią, aby nie mogła nawiązać ze mną kontaktu wzrokowego. Miała oczy jak wykrywacze kłamstw. Niemal widziałam, jak wskaźniki w jej głowie podskakują w tempie uderzeń mojego serca.

– To siostra mojej matki. Dopiero niedawno ją poznałam – dodałam. Powinnam przestać już wypluwać z siebie dalsze brednie.

– W porządku, zatem kiedy ta siostra matki ma się tu zjawić? – wysapała pani Thornton. Pociła się, i to obficie. Krople potu spływały jej po czole i ściekały po twarzy, zatrzymując się dopiero na za ciasnym kołnierzyku. Mój wzrok przyciągała żółta plama na białej tkaninie jej bluzki – powiększała się z każdą chwilą, którą babsko spędzało na moim ganku.

– Jutro po południu – odpowiedziałam z całą pewnością siebie, na jaką było mnie stać. Udałam, że ziewam, aby sprawić nonszalanckie wrażenie.

– Czy ktokolwiek inny zna tę twoją ciotkę? Ktoś, z kim mogłabym porozmawiać?

Wetknęła paluch za kołnierzyk bluzki i odciągnęła materiał od wałka tłuszczu, który wystawał sponad niego. Byłam pewna, że oprócz mnie ma więcej dzieciaków do porwania. Nie wiedziałam, czemu się o mnie tak martwi.

– Jasne, wszyscy znają ciocię Priscillę. Może pani zapytać w sklepie na rogu albo w motelu. Wszyscy ją znają.

– Dobrze – odparła. – Zrobimy zatem tak: moim zadaniem jest upewnić się, że nie mieszkasz sama, w związku z tym muszę upewnić się też, że ta Priscilla naprawdę istnieje. – Gdy wymawiała imię ciotki, poruszyła palcami w geście cudzysłowu. – I że jest zdolna objąć opiekę nad tobą. Porozmawiam z ludźmi, którzy według ciebie ją znają. Jeśli potwierdzą jej istnienie, wrócę tu jutro, aby przeprowadzić z nią wywiad dotyczący objęcia legalnej opieki nad tobą. Tymczasem masz tu moją wizytówkę. – Wręczyła mi standardową białą karteczkę z pieczęcią stanu Floryda w rogu. – Jeśli przypadkiem ciotka dotrze wcześniej, proszę, przekaż jej, aby do mnie zadzwoniła.

Wzięłam od niej wizytówkę, a ona ruszyła w dół schodków. Po chwili odwróciła się ku mnie ponownie i rzekła:

– Jeśli z jakichkolwiek powodów ciotka Priscilla nie będzie mogła sprawować nad tobą opieki, będziesz musiała udać się ze mną. – Po raz pierwszy, odkąd zadzwoniła do drzwi, w jej głosie dało się słyszeć cień troski, tak jakby kiedyś choć trochę przejmowała się swoją pracą, ale z upływem czasu zapomniała o tym. Jednak ta chwila nie trwała długo. – Jesteś pewna, że nie chcesz zaoszczędzić mi nieco czasu i wysiłku i spakować torby od razu?

Potrząsnęłam przecząco głową.

– W porządku. Zatem do zobaczenia wkrótce – rzuciła z pewnością w głosie.

Otworzyła drzwi zdecydowanie za małego dla niej srebrnego priusa i wcisnęła się za kierownicę, po czym odjechała w kierunku sklepu i motelu.

Wpadłam do pokoju, jeszcze zanim opadł kurz wzniesiony przez koła jej samochodu. Otworzyłam szafę i zaczęłam ściągać ubrania z wieszaków i wyciągać rzeczy z szuflad, a następnie upychać je do plecaka. Na pewno szybko się zorientuje, że nikt nie zna fikcyjnej ciotki Priscilli. Musiałam się wynieść, nim wróci i zaciągnie mnie do kolejnej rodziny zastępczej.

Płatna opieka nad dzieckiem minus opieka. Opłacanie czynszu i nałogów. Oto, czym była dla mnie instytucja rodziny zastępczej.

Nie było opcji, żebym znów wpadła w to gówno.

Moje doświadczenia z systemem obejmowały dzielenie pokoju z chłopakiem, który odzierał koty ze skóry – byłam przekonana, że w nocy udusi mnie we śnie – oraz słuchanie, jak Greg, starszy chłopak, który spał na dolnej pryczy w naszym czteroosobowym pokoju, co noc agresywnie się masturbował, przeklinając swoich rodziców, gdy się spuszczał.

Była też Sophie, jedyna przyjaciółka, jaką miałam w rodzinie zastępczej. Cicha dziewczynka z ciemnymi włosami, wielkimi brązowymi oczami i naturalnie opaloną skórą. Przypominała mi lalkę, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo nigdy żadnej lalki nie miałam. Sophie miała tę samą aurę pustej beznadziei co ja. Jej historia rodzinna i wychowanie nie różniły się zbyt wiele od moich.

Wyczuwałam w niej siostrzaną duszę.

Pewnego ranka znalazłam ją nagą na kanapie. Oczy miała pozbawione życia i wyrazu, ręce związane za plecami brudną skarpetą. Niemal każdy centymetr jej dwunastoletniego ciała szpeciły siniaki. Jej skóra, niegdyś oliwkowa, teraz była zupełnie przezroczysta, aż przebijały przez nią niebieskie żyły. W popielniczce leżała igła, z której wyciekła krew i zebrała się na dnie naczynia. Dick i Denise, nasi rodzice zastępczy, użyli Sophie do rozerwania się poprzedniego wieczoru. Naszpikowali ją narkotykami kupionymi za państwowe pieniądze i użyli jak zabawki do swoich chorych gier seksualnych.

Pewnie aż do popołudnia nawet się nie zorientowali, że nie żyje.

Do tego czasu byłam już daleko.

To była moja pierwsza ucieczka z domu zastępczego. I zdecydowanie nie ostatnia.

Włożyłam na stopy stare wysłużone kowbojki i sprawdziłam, czy w prawej cholewie nadal jest nóż, który tam zawsze trzymałam. Zarzuciłam plecak na ramiona i pobiegłam do pokoju Babuni, by porwać ze stolika nocnego bransoletkę z amuletami. Potem chwyciłam trawkę ze stolika do kawy i wymknęłam się przez tylne rozsuwane szklane drzwi.

Ruszyłam w kierunku plaży.


Upłynie trochę czasu, nim pani Thornton podda się i zwróci swoją uwagę ku innym, godniejszym degeneratom. Postanowiłam trzymać się z dala od domu co najmniej przez kilka dni. Mój plan był prosty: nie wychylać się, stać się niewidzialną. Miałam parę dolców w kieszeni, ale wiedziałam, że nie starczy mi to na długo. Planowałam sprzedać kilka mniej ulubionych przedmiotów Babuni, ale to musiało zaczekać, aż sytuacja się nieco uspokoi.

Zdecydowałam, że wpadnę do baru Bubby tuż przed zamknięciem, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie zechcieliby rozważyć przyjęcia mnie jako sprzątaczki lub kelnerki. Mocno wątpiłam, by pani Thornton szukała mnie w knajpie w poniedziałkowy wieczór.

Następnym krokiem powinno być znalezienie jakiegoś miejsca, w którym mogłabym się zabunkrować na parę nocy. Hotele odpadały, w szczycie sezonu letniego wszystkie pokoje na pewno były zabukowane przez turystów. Poza tym jedna noc w hotelu kosztowałaby dziesięć razy tyle, ile miałam w kieszeni. Plaża też nie była bezpieczna. Przypływy były nieprzewidywalne, niejeden turysta odsypiający bibę na plaży został wciągnięty do zatoki.

Położyłam się na gorącym piasku pomiędzy kocami plażowiczów i użyłam plecaka jako poduszki. Przyglądałam się ludziom, którzy próbowali pływać na skuterach wodnych bez gaszenia silnika co chwilę albo manewrować na deskach windsurfingowych bez wpadania co rusz do wody. Rodzice obserwowali, jak ich nastoletnie dzieci łapią wiatr w żagle i przepływają parę metrów, nim stracą kontrolę i wylądują w wodzie. Kibicowali im nawet wtedy, gdy zniechęcone dzieciaki dawały sobie spokój z nowym sportem i zwlekały umęczone zwłoki na piasek. To tylko windsurfing, z czego tu być dumnym? O co tyle hałasu? Ze mnie nikt nigdy nie był dumny poza tą jedną chwilą, gdy ukończyłam liceum i nakładałam biret i szatę na oczach Babuni.

Jeśli chciałam coś umieć, uczyłam się tego sama. Nikt nigdy nie bił mi brawa za rzeczy istotne, a co dopiero za bzdury.

Zostałam na plaży aż do zachodu słońca. Patrzyłam, jak skóry turystów zmieniają kolor z cielistego na czerwień homara. Po zachodzie udałam się bocznymi drogami do baru Bubby, po drodze odpaliłam jointa. Za moimi plecami na drodze ukazały się światła samochodu. Odsunęłam się na pobocze, by zrobić miejsce i nie skończyć jak rozjechany skunks, którego dopiero co minęłam. Zamiast przejechać dalej, błękitna półciężarówka na podniesionym zawieszeniu zatrzymała się obok mnie. Auto było tak wysokie, że czubek mojej głowy sięgał górnej krawędzi opon.

– Sama na ciemnej drodze? – Nie widziałam z tej wysokości twarzy Owena Fletchera, ale rozpoznałam jego głos. – Albo szukasz kłopotów z kojotami, albo dobrego miejsca, żeby się nawalić – ciągnął i wychylił głowę z okna ciężarówki. Spod czarnej bejsbolówki założonej daszkiem do tyłu wystawały niesforne czarne włosy. Rękawki białej koszulki miał podwinięte, z jednego wystawała zatknięta paczka marlboro.

Owen zawsze odnosił się do mnie przyjaźnie i nigdy nie omieszkał poplotkować chwilę, gdziekolwiek się spotkaliśmy. Zachowywał się tak wobec każdego. Przypuszczałam, że częściowo jest to spowodowane pozycją jego rodziny. Może hodowali go na polityka. Kiedy ma się krewnych u władzy na każdej liczącej się pozycji w całym hrabstwie, raczej nie zostaje się woźnym.

Uniosłam jointa, by pokazać mu, że chodziło o opcję związaną z nawaleniem się. Wypuściłam dym trzymany głęboko w płucach. Paliło, ale nie zakaszlałam. Owen się zaśmiał.

– Miałem nadzieję, że o to chodziło. – Wrzucił bieg na luz, wychylił się i otworzył drzwi pasażera. – Wsiadaj, dziewczyno, i podaj to gówno.

Nie nazwałabym Owena swoim przyjacielem, ale był na krótkiej liście osób, które nie wywoływały we mnie strachu ani złości, gdy się odzywały. A przynajmniej nie za bardzo. W momencie gdy setny komar tego wieczoru zaczął się mną pożywiać, postanowiłam, że wsiądę do samochodu. Nie chciałam ryzykować utraty całej krwi.

Owen wyciągnął rękę, aby pomóc mi wsiąść. Pokręciłam odmownie głową i wskoczyłam do ciężarówki, jakbym dosiadała konia – postawiłam jedną nogę na feldze przedniego koła, odbiłam się i wsunęłam tyłek do kabiny.

– Imponujące – rzucił Owen z podziwem dla moich umiejętności; ja podziwiałam swój talent do unikania kontaktu fizycznego za wszelką cenę. – Nawet Billy Rae potrzebuje pomocy, by tu wsiąść. Ale ten grubas ma jakieś dwadzieścia pięć kilo ekstra i grawitacja nie chce ich wypuszczać z czułych objęć.

Podałam mu jointa, a on zaciągnął się głęboko, po czym wypuścił dym ustami i nosem.

Owen wrzucił bieg i ruszył naprzód. Szum opon na nierównej nawierzchni docierał aż do kabiny. Deska rozdzielcza wibrowała, a niebieskie światło prędkościomierza rozmywało się coraz bardziej, w miarę jak samochód nabierał prędkości.

– Wujek Cole powiedział mi, co stało się twojej babci. Przykro mi – stwierdził, podając mi jointa.

Nagła zmiana tematu zbiła mnie z pantałyku. Współczucie Owena wydawało się szczere, ale wspomnienie Babuni spowodowało nawrót uczucia ciężkości w dołku. Odepchnęłam je od siebie i wzruszyłam ramionami.

– Dzięki – odparłam, po czym zmieniłam temat: – A co ty tu robisz? Czemu nie uganiasz się gdzieś za spódniczkami?

Owen się zaśmiał.

– Abby, Abby. – Chwycił się za serce w żartobliwym geście urazy. – Wiesz, że to laski latają za mną, a nie odwrotnie. Jedyną dziewczyną, za którą się uganiałem, jesteś ty, w drugiej klasie, i do dziś pamiętam twoją odpowiedź: „Owen, nie jesteś w moim typie i nigdy nie będziesz!”. Wypowiedział tę kwestię cienkim dziewczęcym głosem, który niezbyt przypominał mój.

– Tak powiedziałam? – spytałam, choć wiedziałam, że tak było. Pamiętam także, że dodałam, by spierdalał, a on roześmiał się w głos, jakby nigdy wcześniej nikt mu nie dogadał, jakby moja odmowa go rozbawiła.

 

– I owszem. Złamałaś tego dnia moje małe, biedne, burackie serduszko. – Wydął dolną wargę w niemym geście udawanej urazy.

– Okej, może tak powiedziałam, ale na pewno tak nie brzmiałam.

– Fakt, masz o wiele niższy głos i znacznie agresywniejszy – przyznał, po czym powtórzył moją kwestię, ale tym razem zabrzmiał jak Ciasteczkowy Potwór.

– No i widzisz, wyszło nam na dobre, bo nadal jesteśmy… przyjaciółmi? – Użyłam słowa „przyjaciel” z braku lepszego określenia na osobę, do której nie czuję aż tak wielkiego obrzydzenia, jak do innych ludzi.

– Jasne, że jesteśmy przyjaciółmi, Abby. – Owen wyszczerzył zęby w wielkim, olśniewającym i białym uśmiechu.

Było oczywiste, dlaczego dziewczyny ustawiały się do niego w kolejce. W każdym razie te, które uganiały się za chłopakami. Ja do takich nie należałam – nie żebym interesowała się dziewczynami, nic z tych rzeczy. Czasem wydawało mi się, że nie jestem poskładana jak inni ludzie. Kiedy indziej nabierałam przekonania, że zaczęłam tak samo jak wszyscy, ale później zostałam rozbita na kawałki i złożona od nowa, a potem znowu i znowu.

Większość dzieciaków w szkole interesowała się cheerleaderkami i futbolem, samochodami, wędkarstwem albo rodeo. No i przede wszystkim sobą nawzajem.

Mnie obchodziło jedynie własne przetrwanie.

Ale dla normalnej nastolatki Owen wydawał się atrakcyjnym facetem. Jego zielone oczy były tak intensywne, że wyglądał, jakby nosił kolorowe kontakty. Miał opaloną skórę, bo większość czasu spędzał na łodzi, i niesamowicie umięśnione ręce od zarzucania sieci.

Okolica była tak ciemna, że nawet światła samochodu nie rozjaśniały wiele. Owen wychował się w Coral Pines i znał drogę jak własną kieszeń. Pewnie mógłby ją pokonać nawet bez świateł.

Zaciągnęliśmy się jeszcze parę razy. Zgasiłam niedopałek kciukiem i palcem wskazującym i umieściłam go w przedniej zapinanej kieszeni plecaka.

– To co? Gdzie się teraz wybierasz? – zapytał Owen.

– Do Bubby, zapytać o pracę.

Bar Bubby był też jedynym miejscem otwartym do późna, a ja nie chciałam przyznawać się Owenowi, że nie miałam gdzie pójść.

– Masz zamiar tam nocować? – Zaśmiał się, wskazując plecak u moich stóp.

– Byłam trochę na plaży, no wiesz, ręcznik, olejek do opalania, takie tam… – skłamałam. Owen obrzucił mnie sceptycznym spojrzeniem, ale nie ciągnął tematu.

– Podrzucić cię? To już niedaleko.

– Jasne.

Nadal było wcześnie, ale pomyślałam, że powinnam coś zjeść, zanim się gdzieś zadekuję na noc. Spojrzałam na Owena. Patrzył na drogę, twarz oświetlało mu niebieskie światło z tablicy rozdzielczej. Wyczuł moje spojrzenie.

– Co? – zapytał z uśmiechem.

– Nic – odpowiedziałam. Nadal nie mogłam oderwać od niego wzroku.

Coś mnie w nim intrygowało, coś, czego nie mieli inni chłopcy, których znałam. Nie potrafiłam tego nazwać, ale było w nim coś znajomego.

– O nie, musisz mi powiedzieć, czemu się tak na mnie patrzysz. – Skręcił w pokryty łupkiem parking baru Bubby i wrzucił neutralny bieg.

– Nie, serio, to nic – odparłam.

Owen znów zrobił minę, a ja parsknęłam śmiechem.

– Powiedz mi, Abby! – Zamknął automatyczny zamek w drzwiach. – Nie wypuszczę cię, jeśli natychmiast nie powiesz mi, o czym myślałaś.

– Dobrze – odparłam z rezygnacją. – Najpierw otwórz drzwi, a potem ci powiem.

Przyglądał mi się przez chwilę z namysłem.

– Okej, niech ci będzie. – Otworzył zamek. – A teraz mów.

Zanim zdążył dokończyć zdanie, wyskoczyłam z samochodu i pobiegłam przez parking do baru. Gdy byłam przy wejściu, obejrzałam się i ujrzałam wielki, szczery uśmiech Owena. Wrzucił wsteczny bieg i potrząsnął głową. Nadal się śmiał, gdy wycofywał samochód i wjeżdżał na główną drogę, by odjechać w noc.

Może jednak miałam jakiegoś przyjaciela.

Może.