N9ne. Opowieść Kevina Clearwatera. King. Tom 9

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mojemu mężowi

Najstraszniejsze potwory czają się w naszych duszach.

– Edgar Allan Poe


Drodzy, wspaniali Czytelnicy i Czytelniczki,

choć Nine. Historia Kevina Clearwatera to kontynuacja serii King, można ją czytać jako samodzielną pozycję. Jeśli jednak chcecie się dowiedzieć więcej o postaciach, które grają epizodyczne role w tej książce, oraz wycisnąć z lektury możliwie najwięcej czytelniczej radości, proponuję zacząć od Kinga, potem przeczytać wszystkie kolejne tytuły z serii King łącznie z trylogią Preppy i na koniec zasiąść do lektury powieści Nine. Poza tym ta książka zawiera spoilery o treści serii Preppy. Uznajmy, że zostaliście ostrzeżeni ;)

Dziękuję za Wasze wsparcie i miłość. Nie znajduję słów, które wyraziłyby moją wdzięczność, i zapewne nigdy ich nie znajdę. To, co od Was dostaję, jest dla mnie najważniejsze pod słońcem. To dzięki Wam mogę dalej pisać te historie i każdego dnia spełniać się w mojej wymarzonej pracy.

Zawszę będę wdzięczna każdej i każdemu z Was za wszystko, co dla mnie robicie.

Dobrej lektury i mnóstwa miłości, jak zawsze.

Całkowicie Wasza

T.M. Frazier

Prolog

Czas nie ma pana.

Jest nieuchwytny, a jednak równie prawdziwy jak chciwość.

Uparcie biegnie, gdy chcesz, by stanął w miejscu, za to zatrzymuje się, gdy maksymalnie się rozpędzasz.

Bez względu na to, jak gruby masz portfel, nie możesz kupić więcej czasu. Nie sposób się z nim targować ani przemówić mu do rozumu.

Pragnienie, by stanął lub przewinął się do przodu, nie ma sensu.

Wszechmogący. Boski. Czas nie wymaga od ciebie miłości ani oddania. Żąda jedynie szacunku, bez fanfar czy bezsensownej wiary.

Czas jest dla ludzi jedynym wspólnym mianownikiem. Zapuścił korzenie głęboko we wszystkim dookoła. Nieustannie przypomina, że choć jest nieskończony, to nie jest taki dla nas.

Nasze oddechy są ograniczone.

Nasze dni są policzone.

Ratuj się… zanim czas dobiegnie końca.

Tik-cholera-tak.

Rozdział 1
Kevin

Siedemnaście lat

Seryjny i masowy morderca, Andrew Kehoe, powiedział pewnego razu: „Zbrodniarze stają się zbrodniarzami, nie przychodzą tacy na świat”.

Może to była prawda w jego przypadku, ale nie w moim. Urodziłem się w chaosie, ze złodziejstwem we krwi i gniewem wrzącym w sercu. Bezceremonialnie wypchnięty na ten świat, niechciany przez nikogo, kogo spotkałem na swojej drodze, nawet przez własną gównianą matkę.

Musiałem walczyć o wszystko, co kiedykolwiek miałem. Zasłużyć sobie na to bliznami na knykciach i nienawiścią w duszy. Moją jedyną rodziną były ulice. Moim jedynym domem przez lata – poprawczak. Wypuszczono mnie miesiąc temu. Aktualnie znajduję się w sytuacji, której nienawidzę najbardziej na świecie, ale tylko pod tym warunkiem zgodnie z prawem i wedle ludzi u władzy można mnie było zwolnić. Jestem u kolejnej rodziny zastępczej.

W moim osobistym czyśćcu, gdzie będę, dopóki nie skończę osiemnastu lat. Albo nie dam się znów przymknąć.

Otwieram kopertę wręczoną mi przez kuratorkę, panią Peterson, podczas naszego ostatniego spotkania. Zwykle te pakiety transferowe przychodzą ze standardowymi papierami, kopiami formularzy, dokumentów potwierdzających zwolnienie i kartoteki policyjnej. Pani Peterson lubi też dorzucać ulotkę o tym, jak radzić sobie z gniewem bez przemocy. Uwielbiam ten literacki skarb z lat osiemdziesiątych. Na przedzie umieszczono zdjęcie różnorodnej grupy uśmiechniętych dzieci, która nie tylko przypomina stado baranów, ale i faktycznie nim jest.

Oczywiście owe dzieciaki nie stosują przemocy, by poradzić sobie ze złością. Są na solidnych lekach – przygotowują się na samobójczy lot na Marsa w ślad za przywódcą sekty.

Pakiet, który teraz mam w rękach, nie przypomina jednak żadnego z poprzednich, jakie dostałem. Żadnej ulotki. Żadnych papierów o przeniesieniu. To list od kuratorki Peterson.

Drogi Kevinie,

jako że wyrastasz z ram opieki społecznej i wiem, że nie masz żadnych planów, dokąd się udasz po uzyskaniu pełnoletniości, chciałam ci pomóc, jak tylko mogę. Trochę poszperałam i wygląda na to, że odnalazłam twojego brata. Nazywa się Samuel Clearwater. Według ostatnich dostępnych informacji mieszka w Logan’s Beach.

Powodzenia, Kevinie. Naprawdę życzę ci wszystkiego najlepszego. Jesteś bardzo bystrym dzieciakiem. Mam nadzieję, że wykorzystasz tę inteligencję i znajdziesz swoje miejsce w świecie.

Peterson

***

Moje miejsce w świecie? Jestem przekonany, że to frazes z jednej z tych nikczemnych broszur.

Pani Peterson musiała zwariować. Nie mam brata.

Nie mam nikogo.

Wsuwam list z powrotem do koperty i wyjmuję fotografię, która okazuje się zdjęciem z policyjnej kartoteki. Facet wygląda łudząco podobnie do mnie, choć ma jaśniejsze włosy i na potęgę tatuaży wyzierających spod kołnierzyka koszuli frakowej. Moje serce zaczyna szaleńczo przyspieszać. Wstaję i przyglądam się dokładniej fotografii. Mój rzekomy brat ma muszkę i szelki do kompletu. Głowę ma przechyloną na bok i robi dzióbek do obiektywu, trzymając tabliczkę z napisem WIĘZIEŃ BIURA SZERYFA LOGAN’S BEACH i datą umieszczoną poniżej. Zdjęcie pochodzi sprzed dwóch lat. Dostrzegam, że trzyma tabliczkę informacyjną tylko dwoma środkowymi palcami.

Ciekawe, czy w biurze szeryfa to zauważyli. Uśmiecham się do siebie szeroko.

Brat. Mój brat.

Ta myśl zbija mnie z tropu, zwłaszcza że prócz siebie i mojego przyjaciela Pike’a dorastałem bez rodziny i nie miałem nikogo, na kim mógłbym polegać. To znaczy do czasu, gdy Pike i ja zostaliśmy rozdzieleni i straciliśmy kontakt, kiedy on wylądował w areszcie na drugim końcu stanu.

Moje rozmyślania zostają przerwane, gdy rzeczywistość syczy na mnie jak wąż, na którego właśnie ktoś ma nastąpić, a to wszystko dzięki mojemu ojcu zastępczemu.

– Loretto, gdzie jest chłopak? – wrzeszczy wściekle Jameson, przekrzykując piosenkę Williego Nelsona wpadającą do mojej sypialni przez szparę pod drzwiami.

Melodia jest wesoła. Sytuacja nie. Tak jakby puszczono Don’t worry, be happy w piekle.

– Nie wiem, do kurwy nędzy! Potrzebujesz go? To go poszukaj! – bełkocze Loretta.

Bywałem w świetnych domach, byłem i w okropnych. W skali od jednego do dziesięciu (dziesięć oznacza najbardziej przerąbany) dom Loretty i Jamesona plasuje się gdzieś w samym środku siódmego kręgu piekieł.

Drzwi do mojego pokoju są zamknięte, ale wyraźny smród cracku i odór ciała sączą się do środka przez szczelinę tuż nad podłogą. Kilka razy zdarzyło się, że gdy przebudziłem się w nocy, Jameson siedział na skraju mojego łóżka i mnie obserwował. Szybko odkryłem przejście na strych ukryte w szafie. Większość nocy wspinałem się na parne, zakurzone poddasze i spałem wciśnięty w mikroskopijną przestrzeń strychu.

Lorettę i Jamesona gówno obchodzi, czy jestem, czy mnie nie ma. Kiedy mnie szukają, zwykle chcą, żebym znalazł im dragi, albo pytają mnie, czy mam pieniądze. Postanawiam się ulotnić. Wdrapuję się na strych i sprawdzam, czy klapa za mną jest zamknięta. Po zaledwie kilku sekundach otwierają się drzwi do mojego pokoju.

– Cholera. Tu go nie ma – cedzi Jameson z mocnym południowym akcentem. – Wydawało mi się, że widziałem wcześniej, jak tu wchodzi.

– Odpaliłem ci porządną herę. Lepiej, żeby się, kurwa, pokazał – mówi obcy głos.

– Znajdzie się, Henry. Umowa to umowa – warczy w odpowiedzi Jameson. – Powiem ci to samo, co mówię całej reszcie: nie zostawiaj żadnych śladów. Nie chcę, żeby opieka społeczna odcięła mi dopływ gotówki. Jeszcze przez kilka miesięcy będą sypali groszem na dzieciaka. Nie chcę tego schrzanić.

– Wiem, wiem. Wrzucę mu do piwa to cholerstwo, co mi dałeś, więc gówno będzie pamiętał, ale jeśli nie zjawi się w ciągu kilku godzin, wisisz mi za działkę.

– Sprawdźmy na tyłach. Czasami wychodzi zapalić na podwórko – mówi Jameson, po czym zamyka drzwi.

Dłonie mi drżą. Krew się we mnie gotuje. Pot kapie mi z czoła – nie tylko z powodu gorąca na strychu. Ociekam czystą, niezmąconą wściekłością.

„Powiem ci to samo, co mówię całej reszcie”.

Ten kurwiarz sprzedawał mnie za… crack.

Nagle wszystko do mnie dociera. Noce, kiedy budziłem się po – jak mi się zdawało – długim śnie, podczas gdy zwykle nie mogę zmrużyć oka. Ból w miejscach, gdzie jak sądziłem, zrobiłem sobie coś głupiego, upadłem czy coś, ale byłem zbyt pijany, żeby to pamiętać…

To nigdy nie było dobre wyjaśnienie.

Obracam głowę i wypuszczam nieprzerwany strumień wymiocin pomiędzy krokwie, aż czuję, że nie zostało we mnie nic prócz obezwładniającego obrzydzenia i żądzy krwi, jakiej nigdy wcześniej nie czułem.

Odczekuję całą wieczność, jak mi się wydaje, aż muzyka zamrze i stłumione głosy zastąpi cisza. Powoli, bezszelestnie opuszczam bezpieczną kryjówkę i chwytam za plecak. Upycham do niego kopertę z listem, zdjęcie, które dała mi pani Peterson, oraz mojego zdezelowanego laptopa. To wszystko. Nie mam nic więcej. Prawie mi głupio, że w ogóle zawracam sobie głowę pakowaniem.

 

Skradam się do drugiego pomieszczenia. Jest zaśmiecone pustymi butelkami i puszkami. Na kanapie odpłynęło kilka osób, łącznie z Lorettą, między nimi leży zgnieciona folia i stoją przepełnione popielniczki. Wiem, że nie obudzę ich z narkotykowego haju, choćbym wrzasnął im do uszu. Nie widzę tu Jamesona, więc zakradam się na zewnątrz, na rozklekotany ganek i tam ośmielam się wypuścić powietrze z płuc, choć dopiero wtedy, gdy docieram do ostatniego stopnia na dole.

– Tu jesteś, chłopcze – mówi Jameson. Stoi obok przerdzewiałej ciężarówki.

Prawie zawadza o starą oponę leżącą na zarośniętym podwórku. Jego broda jest mokra, ocieka whiskey, jego koszula nosi plamy potu przy kołnierzyku i pod pachami.

Oblatuje mnie strach. Zaciskam dłonie w pięści i rozluźniam je. Każdy mięsień w moim ciele sztywnieje. Zawsze biłem się na gołe ręce, ale po raz pierwszy w życiu żałuję, że nie mam broni.

Drugi równie pijany albo naćpany mężczyzna potyka się po drodze, ale w końcu staje obok Jamesona z podłym błyskiem w oku. Poprawia czapkę z daszkiem.

– Jak się masz, chłopaku? Czekałem na ciebie.

– Cześć – cedzę przez zaciśnięte zęby.

Musisz być tym dupkiem, Henry.

– Chcesz się napić, młody? – pyta Jameson i podaje mi całe piwo.

Pierdolec pewnie chodził z browcem przez cały wieczór i czekał, aż mnie naćpa, żeby ten drugi chujogłowiec mógł mnie zgwałcić.

Gniew wzbiera we mnie wraz z każdym brzękiem urządzenia elektrycznego zwalczającego komary, które leży przewrócone na ganku. Mogę uciec… albo mogę się zemścić.

– Jasne, dzięki – mówię.

Biorę od niego piwo i udaję, że pociągam łyk.

Wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, a ja mam ochotę rozbić im butelkę na głowach.

– Chwila – dodaję. – Przecież nie macie browarów. Nie mogę pić sam. Zaraz wrócę. – Odkładam plecak, żeby wiedzieli, że zamierzam wrócić.

– Miło – szepcze Henry do Jamesona. – Bardzo miło.

Jameson chrząka.

– Mówiłem ci.

Znów przewraca mi się w żołądku, kiedy wchodzę do garażu i wyjmuję dwa piwa z lodówki przy drzwiach. Nie mam gdzie wylać tego z dodatkiem narkotyku, żeby się nie zdradzić, więc wychylam po połowie z obu butelek świeżych browarów i dolewam do pełna tego, co kryje się w moim szkle. Chwytam trzecie nieruszone piwo i wracam do Henry’ego i Jamesona, którzy opierają się o maskę ciężarówki.

Wręczam im piwa z narkotyczną dolewką i zyskuję na czasie.

– Bardzo uprzejme z twojej strony – mówi Henry, upijając solidny łyk. Jego oczy błyszczą jasno spod daszku czapki.

– No dalej, młody. Chcę pokazać ci coś w garażu – oznajmia Jameson.

Słyszę, jak Henry chichocze. Odstawiają piwa na otwarte tylne drzwi.

Cholera. Czas mi się kończy.

Ruszają ku mnie. Nie mam innego wyboru, muszę wycofać się do garażu. Choć bardzo pragnę im dołożyć, nie dam im rady. Jest ich dwóch, poza tym mają przewagę w postaci wzrostu i heroinowej siły. Ja jestem tylko wymizerowanym dzieciakiem z problemami w wyrażaniu złości. Pewnie dałbym radę się obronić, ale mądrze postanawiam nie porywać się z motyką na słońce. Nie byłoby to rozsądne.

Choć przecież mam pewną przewagę, coś, czego tym chujogłowcom brakuje: mózg.

Robię krok w ich stronę, zatrzymując ich tak, że nie mogą wepchnąć mnie z powrotem do garażu.

– Ja też chcę wam coś pokazać. Wiecie, niedługo zostanę pełnoletni i już mnie tu nie będzie. Mam… coś w rodzaju prezentu pożegnalnego. Jest w środku. Pójdę po niego i przyniosę go tutaj.

Jameson marszczy spalone słońcem czoło.

– Chłopcze, jesteś wrzodem na dupie, odkąd się zjawiłeś, i nagle mam uwierzyć, że chcesz dać mi prezent? – Chichocze.

– Czy członkowie rodziny nie powinni wkurzać siebie nawzajem? – pytam, próbując wykrztusić z siebie słowa, które smakują w moich ustach jak żółć. – Poza tym to żaden sentymentalny prezent. Wiem, że lubicie ten szajs. Szajs od Pike’a.

Pike nie jest tylko przyjacielem, jest też ekskluzywnym dilerem, Jameson o tym wie. Na sam dźwięk jego imienia praktycznie zaczyna się ślinić, pragnie posmakować tego, co jak mu się wydaje, mogę dla niego mieć. Macha ręką w kierunku domu.

– Cóż, w takim razie koniecznie po to idź, do cholery.

Henry wygląda na zdenerwowanego i przewraca oczami, ale przeciągnąłem na swoją stronę Jamesona, czym zyskałem cenny czas.

Wracam do zaciemnionego garażu i otwieram drzwi do domu. Kiedy jestem pewien, że nie patrzą, z powrotem je zamykam i ruszam na czworakach do odległej ściany. Chwytam za brudną szmatę i wciskam ją do baku kombi Loretty z karoserią ze wstawkami z drewna. Doskakuję do wejścia i udaję, że właśnie wychodzę, po czym trzaskam drzwiami, żeby zwrócić ich uwagę.

– To jak, gdzie masz ten prezent? – pyta Jameson, rozglądając się w ciemności.

– Chodźcie tutaj. Leży w samochodzie Loretty, na desce rozdzielczej. Nie chciałem wynosić towaru, gliny objeżdżają ulice co kilka godzin, odkąd ćpuny z mety na rogu dały się przymknąć. Pomyślałem, że możemy sztachnąć się we trójkę w środku.

– Sprytny dzieciak – mamrocze Henry, gdy wchodzą do garażu.

Nie masz pieprzonego pojęcia, jak sprytny.

Jameson siada na fotelu kierowcy, Henry na miejscu pasażera.

Udaję, że zamierzam zająć tylne siedzenie i otwieram drzwi, ale tak naprawdę podpalam szmatę w baku zapalniczką Zippo.

– Nic tu nie ma – mówi Jameson, z irytacją rozglądając się po desce rozdzielczej.

– Co to ma być, do kurwy nędzy, młody? – burczy do mnie Henry.

Stoję przed zapaloną szmatą.

– Przepraszam, coś mi się pomyliło. Włożyłem to do bagażnika. Poczekajcie sekundę.

Kiedy znów się odwraca do Jamesona, podbiegam i otwieram bagażnik. Zza klapy nie mogą zobaczyć, jak wychodzę na podjazd i podskakuję, żeby chwycić za linę przymocowaną do drzwi garażu. Wisi wysoko, nie udaje mi się.

– Czekaj no, nie otwierałeś wcześniej tego cholernego bagażnika. Co ty tam kombinujesz? – chrypi Jameson, ale mnie nie widzi. Otwiera drzwi samochodu.

Cholera. Znów podskakuję i tym razem udaje mi się dosięgnąć liny. Zaciskam dłonie na sznurze i ciągnę go za sobą na ziemię tak mocno, jak tylko mogę. Drzwi zamykają się z hukiem, podczas gdy Jameson z Henrym wyłaniają się z kombi. Na szczęście są to jedne z tych starych drzwi garażowych z zamkiem w klamce i na jeszcze większe szczęście Jameson zawsze nierozsądnie zostawia klucz w środku. Obracam klamkę, żeby zamknąć drzwi, a potem przekręcam kluczyk, by garaż pozostał zamknięty.

– Otwieraj te przeklęte drzwi! – ryczy Jameson z drugiej strony.

– Te też są zamknięte – dodaje Henry.

– Co ty kombinujesz?

Nie mogę się powstrzymać, żeby nie odpowiedzieć.

– To jest mój prezent. Prezent na drogę.

– Niech to szlag, o co ci chodzi? Na drogę? Przecież jesteśmy zamknięci. Wypuszczaj nas, do chuja!

Ich spanikowane wrzaski wywołują u mnie tylko chichot.

– Bawcie się dobrze w piekle, skurwysyny.

– Do cholery, bak! – rzuca jeden z nich.

Przerażenie w ich głosach nie budzi we mnie współczucia. Sprawia, że chcę walić pięściami w klatkę piersiową jak pieprzony goryl, który świętuje triumf, ale nie mam na to czasu. Odwracam się, zgarniam plecak i biegnę ile sił w nogach. Mgliście odnotowuję jeszcze kilka rozpaczliwych: „Co jest, kurwa”, a potem słyszę już tylko ogłuszający wybuch eksplozji oraz falujący szum płomieni, które wypełniają nocne powietrze.

Głosy w końcu cichną.

Oglądam się za siebie i patrzę, jak ogień zajmuje cały dom. Dach zapada się w ciągu kilku sekund.

Zapach ropy, płonącego drewna i topiącego się plastiku jest tak mocny, że osmala mi włoski w nosie.

Pachnie jak… zemsta.

Wolność.

Zaciągam się głęboko.

To najlepszy zapach, jakim kiedykolwiek woniał ten pieprzony dom.

Rozdział 2
Kevin

Mój brat nie żyje.

Dowiaduję się tego pięć minut po przyjeździe do Logan’s Beach.

– Czego ci trzeba, chłopcze? Piwa? Fajek? – pyta ekspedientka na stacji benzynowej z akcentem, którego nie potrafię rozpoznać.

– Nie pogardziłbym, ale nie mam kasy – odpowiadam. W brzuchu mi burczy, jakby na potwierdzenie.

Nie jadłem przez trzy dni, bo tyle zajęła mi podróż autostopem do Logan’s Beach.

– No to czego chcesz? – pyta, zerkając na podkładkę z klipsem leżącą na kasie.

– Chcę tylko wiedzieć, czy pani go zna – mówię. Przyciskam zdjęcie policyjne do kuloodpornej szyby. – Nazywa się Samuel Clearwater.

Przygląda się fotografii. W jej oczach pojawia się błysk, kiedy go rozpoznaje. Uśmiecha się i celuje palcem w wizerunek mojego brata.

– Tak, tak. Wszyscy go znają. Samuel Clearwater, choć mówią na niego Preppy.

Podekscytowany jej odpowiedzią, naciskam.

– O cholera, to świetnie. Hm… A wie pani, gdzie mieszka albo gdzie pracuje? Próbuję go znaleźć.

Wzrusza ramionami.

– Przykro mi, młody. Już go nie ma.

– A gdzie jest?

Wrzeszczy na kogoś na zapleczu w języku, którego nie rozumiem, po czym zwraca się do mnie.

– Nie ma go już prawie rok.

Podnoszę głos wraz z rosnącą we mnie frustracją.

– Tylko rok? A gdzie jest? Dokąd pojechał?

Opuszcza ramiona. Mój pusty żołądek wypełnia się grozą.

– Już prawie rok. Tyle Preppy nie żyje.

Nie wiem, co się wydarzyło, odkąd opuściłem stację benzynową, ale było to dobrą chwilę temu. Minęły dwa dni? Może dwa tygodnie?

Nie mam pewności, ponieważ jestem w gęstej mgle, która nie chce opaść. Mgła właściwie wcale mnie nie otacza, ale jest we mnie.

W głowie mi kołacze, ale nie mogę sobie przypomnieć czemu. Syczę z bólu, kiedy dotykam prawego oka i stwierdzam, że spuchło tak bardzo, że jest prawie zamknięte.

– Co jest, do diabła? – mamroczę, po czym powoli, choć wciąż mgliście, zaczynam przypominać sobie bójkę, w którą wdałem się wcześniej na parkingu dla ciężarówek. Ale gdzie jestem teraz?

W oddali trąbi samochód. Klakson staje się coraz głośniejszy, aż przedziera się przez mój senny trans. Obracam się w stronę hałasu i jęczę, zasłaniając oczy przed przednimi światłami sedana stojącego zaledwie metr ode mnie.

– Spływaj z pieprzonej drogi, chłopcze! – wrzeszczy wściekły głos.

Z drogi? Rozglądam się. Stoję na samym środku jezdni. Nie, to nie jest zwykła droga. Jestem na wysokim moście. Jak się tu znalazłem, do kurwy nędzy?

Nawierzchnia rani moje bose stopy, gdy kuśtykam na pobocze. Pozwalam samochodom mnie minąć i przypominam sobie, że straciłem buty, kiedy tirowcy przeciągnęli mnie przez parking.

Kierowca przejeżdżającego auta mija mnie pędem i pokazuje mi środkowy palec.

Opieram się o barierkę, a coś w mojej tylnej kieszeni uderza z brzękiem o metal.

Sięgam za siebie z jękiem – moje mięśnie protestują – i wyciągam wypitą do połowy butelkę wódki, która wystawała mi z tylnej kieszeni.

– Bóg istnieje – bełkoczę, po czym pociągam dwa solidne łyki. Patrzę w niebo. – Gdzie byłeś, kiedy jeszcze miałem buty?

Znów wszystko zasnuwa mgła. Gdy dochodzę do siebie, stwierdzam, że siedzę na krawędzi barierki, podczas gdy samochody mkną po moście. Od wody poniżej oddziela mnie tylko jedno – nocne powietrze. Spoglądam w dół na płyciznę. Spiczaste wierzchołki ostrych kamieni wystają ponad delikatnie kołyszącymi się falami.

– Pora poszukać miejscówki na odpoczynek – mówię do siebie.

Znów podnoszę butelkę do ust i piję długi łyk.

Noc jest wilgotna i niemożliwie upalna, ale powietrze u góry, na moście, jest chłodniejsze, bryza suszy pot, gdy tylko ten się skrapla na mojej skórze.

Nie zamierzam skoczyć. Albo przynajmniej nie sądzę, żebym miał to zrobić. Nie dlatego tu jestem, ale nie chcę opuszczać tego miejsca. Jeszcze nie teraz. Chcę tylko posiedzieć. Nie chcę umierać, choć mam wrażenie, że jestem martwy dla całego świata. Mimo wszystko oczy mam zamknięte jeszcze przez chwilę – na tyle długą, że nie zauważam przednich reflektorów zaparkowanego auta ani osoby wysiadającej z wozu. Orientuję się dopiero wtedy, gdy słyszę skrobanie o balustradę nad moją głową.

Podnoszę wzrok i widzę dziewczynę. Jest mniej więcej w moim wieku, ma krótkie platynowe włosy, z jednej strony sięgają jej do podbródka, po drugiej są nieco krótsze. Wspina się na barierkę. Oczy osadzone w twarzy w kształcie serca ma szeroko otwarte, ale nie widzę, jaki mają kolor, ponieważ jej źrenice są ogromne, kiedy patrzy na wodę pod swoimi stopami. Jej klatka piersiowa z trudem podnosi się i opada. Białe obcięte szorty, które wyglądają na nietanie, i błękitny top odsłaniający ramiona szybko zostają ubrudzone smugami smaru i sadzy zalegającymi na moście. Dziewczyna niespiesznie się osuwa i siada, ramiona trzyma nad głową, jednocześnie wypycha pierś, gdy przywiera do metalowych drutów oplatających most z boku. Zamyka oczy i głęboko oddycha przez nos.

 

– Cześć. Polać ci? – pytam.

Raptownie obraca ku mnie głowę, ma spłoszony wyraz twarzy.

– Co ty tu robisz? Kim jesteś?

Podnoszę butelkę.

– No wiesz, piję sobie. Zażywam bryzy. – Wyciągam ramiona. – To, co człowiek zwykle robi na moście.

Nie widzę jej twarzy, ale prawie słyszę, jak przewraca oczami.

– Jasne, zawsze wspinam się na szczyt najwyższego mostu w mieście i balansuję na krawędzi balustrady tylko po to, żeby poczuć wiatr we włosach i wypić kieliszek przed snem. – Jej głos ocieka sarkazmem.

– Masz lepszy powód, żeby tu być? – pytam, znów pociągając z butelki.

– Może nie lepszy – mówi, jej ton traci trochę na ostrości. – Po prostu chcę być sama.

– Ja też.

Po kilku sekundach milczenia, gdy towarzyszy nam tylko dźwięk przejeżdżających od czasu do czasu za naszymi plecami samochodów oraz łagodnych fal rozbijających się o namorzyny poniżej, znów się odzywa.

– Co ci się stało w twarz?

Wzruszam ramionami.

– Przewróciłem się.

– Przewróciłeś się? – pyta, nie kupuje mojej śpiewki. – Niech zgadnę, spadłeś ze schodów?

– Nie, upadłem na pięści wściekłych tirowców – cedzę przez zęby, z każdą mijającą chwilą przypominając sobie coraz wyraźniej nocne wypadki. Kierowcę tira, którego próbowałem skroić. Manto, jakie dostałem w zamian.

Włosy okalające jej twarz kołyszą się na wietrze, kiedy spogląda poniżej chwiejnych stóp. Prawie jakby szacowała odległość.

– Skąd jesteś? – pytam.

– Stąd. – Wskazuje na przeciwny koniec mostu. – A ty?

– Stąd. I stamtąd. Zewsząd. A najbardziej z ulicy.

Nie odpowiada. Jest zbyt skupiona na swoich stopach, a raczej na tym, co pod nimi.

– Skoczysz? – pytam od niechcenia.

– Nie jestem pewna – szepcze. – Nie sądzę, chociaż… sama nie wiem. – Wciąż ze wzrokiem utkwionym w dole dodaje: – „Granica oddzielająca życie od śmierci w najlepszym razie jest mglista i niewyraźna”.

Fukam z irytacją.

– Ach, stary dobry E.A.P. – mówię, po czym w odpowiedzi rzucam własnym cytatem: – „Nigdy nie odszedłem od zmysłów, nie licząc chwil, gdy me serce zostało dotknięte”.

– Świetnie, znasz Edgara Allana Poego? – pyta, w końcu podnosząc wzrok.

Niemal dostrzegam w ciemności jej zaskoczoną minę. Jej ton jest… uroczy? Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu myślał, że ktoś jest uroczy.

– Czemu tu przyszłaś? – pytam.

Kręci przecząco głową.

– Najpierw ty.

Staram się głęboko zaczerpnąć powietrza, ale nie mogę. Jeszcze nie teraz. Jakby ani mózg, ani płuca nie sądziły, że jestem gotowy na taki wysiłek.

– Próbuję tylko złapać pieprzony oddech i przemyśleć ten szajs.

– Okej, ale czemu? – naciska.

– Nie chcesz wiedzieć. Wierz mi, że gdybym zdradził ci swoje powody, dostałabyś cholernej gęsiej skórki. Czemu tu jesteś? Nie masz tak wiele na funduszu powierniczym, jak myślałaś? Och nie, niech zgadnę, dostałaś mercedesa zamiast wymarzonej tesli na urodziny – mówię.

– Gdybyś miał rację, nie posiadałabym się z radości. Powiem tylko tyle, że gdybym miała skoczyć tu i teraz, to miałabym ku temu powody i nikt by się nie zdziwił – mówi. Głęboko oddycha. – Naprawdę jest tu pięknie, co nie?

– Taa, to prawda – zgadzam się.

– Powiesz mi czemu? Nie boję się gęsiej skórki – zapewnia takim tonem, jakby błagała, jak gdyby nie tylko była ciekawa, ale z jakiegoś powodu musiała wiedzieć. – Czy to ma coś wspólnego z tym, że wyglądasz, jakbyś miał uczulenie na orzeszki, ale i tak wysmarowałeś sobie całą twarz masłem orzechowym?

Nie zdawałem sobie sprawy, że widzi mnie tak dobrze, choć sama stoi w cieniu.

– Jakie to ma znaczenie? – pytam.

– Nie wiem – odpowiada szczerze. – Nie jestem pewna, ale ma.

– W porządku. Chodzi o prochy – kłamię.

Nie będę się wysypywał przed obcą osobą bez względu na to, jaka jest piękna.

– Ściema. Próbuj dalej. – Podnosi gołą stopę i macha nią w powietrzu, jakby próbowała dotyku wiatru na swojej skórze. Teraz trzyma się już tylko jednej stalowej liny.

Warczę na jej zuchwałość, ale właściwie co mnie to obchodzi, jeśli skoczy? A jednak tak jest, choć wcale tego nie chcę.

Funduję jej bardzo okrojoną wersję mojej historii.

– Dobra, prawda jest taka, że mieszkam na ulicy. Całe życie spędziłem w rodzinach zastępczych, a niedawno się dowiedziałem, że mam brata. Uciekłem i zacząłem go szukać. Dotarłem do informacji, że nie żyje. Potrzebowałem trochę gotówki, żeby się gdzieś zatrzymać, więc spróbowałem okraść tirowca, który wziął na mnie odwet razem z kilkoma większymi i paskudniejszymi koleżkami. Najebali mi tak, że się zesrałem. I popuściłem nie tylko w gacie.

Czuję zarazem żal i przyjemną ulgę.

– Brzmi prawdopodobnie – mówi bez śladu współczucia w głosie.

– Twoja kolej – oznajmiam. – Powiedziałaś, że nikt by się nie zdziwił, gdybyś się zabiła. Czemu? – pytam, bo chcę wiedzieć, jakie problemy może mieć taka piękna dziewczyna jak ona, żeby tu teraz być.

Ciężko wzdycha.

– Moi rodzice… zginęli. Dzisiaj. Zginęli dzisiaj – wypowiada te słowa, jakby ją bolały, choć jednocześnie w nie niedowierzała.

Ze współczucia dla niej ściska mnie w klatce piersiowej.

Pociągam kolejny łyk i silę się na logiczną odpowiedź, udaję, że wcale nie zakłuło mnie serce z jej powodu.

– Ale przecież jesteś w moim wieku, prawda? Ile masz lat? Siedemnaście? Osiemnaście? Dasz sobie radę z tym gównem.

– Osiemnaście – mówi. – Mam osiemnaście lat.

Zapada między nami kilkusekundowe milczenie.

– Nie mówisz, że ci przykro. Dziękuję. Wszyscy do mnie wydzwaniają i zapewniają, że im przykro. Nienawidzę tego.

Śmieję się.

– Kurwa, niby czemu ma być im przykro? Przecież nikogo nie zabiłaś.

Ku mojemu zdziwieniu śmieje się razem ze mną, a ten dźwięk jest najlepszą rzeczą, którą usłyszałem tej nocy, jeśli nie w całym życiu.

– Wiesz, to najwspanialsza rzecz, jaką ktokolwiek mi do tej pory powiedział.

Cień się porusza, pozwalając mi lepiej zobaczyć jej twarz. Oczy ma dzikie, źrenice ogromne, jakby była na haju, ale znam się na haju i wiem, że tym razem to co innego, raczej haj szaleństwa. A gdy przyglądam się jej bladej, nieskazitelnej skórze i ciemnoróżowym ustom, stwierdzam, że z obłędem jej nie do twarzy, ponieważ jest w niej coś więcej. Jest tak piękna, że zapiera mi dech w piersiach, ale w zupełnie wyjątkowy sposób.

– Powiedz mi, dziewczyno, która nie ma rodziców, co chciałaś począć ze swoim życiem, zanim postanowiłaś wspiąć się tutaj i rozważać jego zakończenie? – pytam.

Przygląda mi się zmieszana, lekki uśmiech gości na jej ustach.

– Nigdy nie poznałam kogoś takiego jak ty. Walisz prosto z mostu. To… orzeźwiające? Jeśli to właściwe słowo.

– Nie mam pojęcia, czy to dobre, czy złe słowo, ale jestem pewny jak cholera, że pierwszy raz ktoś powiedział, że jestem orzeźwiający.

Przygryza dolną wargę

– Zawsze chciałam być kuratorką sądową. Wiesz, kuratorzy stawiają się w sądzie w imieniu dzieci, które albo nie mogą, albo za bardzo się boją, żeby same zeznawać. Gdybym zdołała sprawić, że choć jedno dziecko nie czułoby się samo na tym świecie… Głupie, co nie?

– Nie – mówię, gdy w końcu odzyskuję głos. Mam serce w cholernym przełyku. Sam potrzebowałem kogoś takiego i jest mnóstwo dzieciaków, które potrzebują takiej osoby. – Myślę, że to jest najzajebistszy pomysł, jaki w życiu słyszałem.

Rumieni się.

– Jest jeszcze coś, co zawsze chciałam zrobić, ale nigdy wcześniej nie próbowałam. Chyba za bardzo się bałam.

– Co? – pytam, chwytając każde słowo, zaciekawiony, co zaraz powie.

– Choć wcale nie jestem przygotowana na to, co się wydarzy.

Podchodzi do mnie powoli i naciska udem na moje poszarpane dżinsy. Wyjmuje mi butelkę z rąk i pociąga solidny łyk, po czym kaszle i oddaje mi flaszkę. Ociera usta wierzchem dłoni i odchrząkuje.

Teraz ja upijam spory łyk, ale nie ma żadnego pieczenia, żadnego kaszlu. Chyba wódka się popsuła.

– Ja… Zawsze chciałam… – Z frustracją wypuszcza powietrze i mierzwi sobie włosy. – No dobra, chodzi o to… Ech! Po prostu to powiem. Nigdy wcześniej nikt mnie nie pocałował! – wypala.

Jak to możliwe? Ja cię pocałuję.

– Zrobisz to? – pyta, a jej twarz się rozpogadza.

Jestem zaskoczony jej odpowiedzią – nie zdawałem sobie sprawy, że wyraziłem swoje myśli na głos.