Piter. WojnaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„To moja szansa!” Zamiast odpowiedzi Artem wsunął dłoń za pazuchę i wyjął piłeczki. Oczy siłacza rozszerzyły się na ułamek sekundy. Lachezis uśmiechnęła się. Artem zaczął żonglować. Podrzucał, łapał, znowu podrzucał. Czuł, jak policzek mu drży w nerwowym tiku. Ale nie przestawał.

Wielkolud patrzył na niego z uwagą. Lecz jego oczy – Artem przełknął ślinę – pozostawały obojętne. To go wybiło ze spokoju ducha, z wyobcowania, tak niezbędnego każdemu żonglerowi. Stracił skupienie. I wtem o mało nie upuścił jednej z piłeczek. Cholera!

Zaklął w duchu. I niech to diabli – następna piłeczka wyskoczyła mu z ręki i potoczyła się pod nogi siłacza. Igorowi nawet brew nie drgnęła, wciąż patrzył na Artema swoimi zimnymi, zamglonymi oczyma…

„Nie jak u psa”, pomyślał Artem. „Jak u węża. Wielkiego, leniwego węża”.

Przestał żonglować.

– To wszystko? – zapytał olbrzym.

I Artem zrozumiał, że swoją szansę właśnie zaprzepaścił.

– Ja… ja… Wszystko.

Siłacz już na niego nie patrzył. Lachezis zmarkotniała, jakby on, Artem, jakoś ją zawiódł.

– Igor – odezwała się i zamilkła. Mocarz kiwnął głową. Jakby prowadzili rozmowę zrozumiałą tylko dla nich dwojga.

To była porażka.

Artem wyszedł z namiotu, nie czując pod sobą nóg. Zatrzymał się, żeby uspokoić oddech, oparł się ręką o ścianę… ze zdziwieniem oderwał dłoń.

Przed wejściem do namiotu stało pianino. Drewniane, odrapane, z łuszczącym się na obrzeżach lakierem. Prawdziwe, z ładnego drewna, z mosiężnymi pedałami. To samo pianino, które siłacz nosił na ramionach podczas przedstawienia. Pokrywa była uniesiona. Artem widział czarno-biały uśmiech starego instrumentu.

Co to zmienia? Nic.

Podszedł do pianina. „Fono” – tak nazywała je mama.

Położył dłonie na klawiszach. Wolno, przypominając sobie, jak to jest, pogładził ciepłe, jakby z kości słoniowej (jak opowiadają w starych książkach) klawisze… Potem ostrożnie nacisnął.

„DOOO” – wydało z siebie pianino, budząc się ze snu. Pauza. Artem, nie oglądając się za siebie, nagle pojął, że siłacz i Lachezis stoją za jego plecami. „No i niech tam! Do diabła!”

Zacinając się, zagrał początek Dla Elizy. Tylko jedną ręką, bez partii basów.

Czasami zapominał nuty i szukał jej na dotyk. Jakby podróżował w ciemności opuszczonego tunelu. Gdzieś tam powinni być ludzie, trzeba tylko znaleźć do nich drogę. Artem znajdował i ruszał dalej. Instrument był rozstrojony, ale nie tak bardzo, jak można się było spodziewać…

Dotarłszy do finału, Artem zatrzymał się. Słyszał ciche głosy – cyrkowcy zeszli się z całego obozu. Czuł na plecach ich oczy – ich zdziwienie i zaintrygowanie. Potem splunął w myślach, wrócił do początku sonaty i zaczął grać Dla Elizy już zgodnie z zasadami – na dwie ręce.

…I dźwięki popłynęły nad głowami, pieszczotliwe jak śmierć…

To była dziwna, kulawa, nierówna „Eliza”, z rwącym się rytmem. Ale to była jego najlepsza „Eliza”. Przepiękna, jak zamierający brzask skazanego na zagładę świata. Artem grał. Finalna nuta zabrzmiała pod stropem opuszczonego peronu, w ciasnym, wilgotnym i dusznym metrze. W ostatniej przystani zagonionej do kąta ludzkości… W piekle.

Nastała cisza.

Potem rozległy się brawa.

Artem stał chwilę, zanim się odwrócił.

Patrzyli na niego. Wszyscy. Cyrkowcy mali i duzi, ładni i nie za bardzo, groteskowi i groteskowi kompletnie. Lachezis miała dziwną minę. Jakby rysy wróżki skaziło dręczące wspomnienie. Kobieta powoli skinęła Artemowi i przymknęła oczy: i to żywe, i to martwe. Potem odwróciła się i kulejąc, wróciła do namiotu.

– Grasz? – zapytał Igor.

Artema nieprzyjemnie zdziwił wyraz oczu mocarza – jakby w końcu zrobił coś godnego uwagi. Jakby w tym brzdąkaniu na starym instrumencie było coś szczególnego, niepojętego dla zwykłego człowieka.

Jakieś czarodziejstwo.

Artem wyprostował się. W głowie kręciło mu się tak mocno, że bał się, iż lada chwila straci równowagę. A tak… nie można. Jest mężczyzną. Wojownikiem. Jest silny.

– Trochę.

Przez mgnienie zdawało mu się, że Igora przebiło na wylot.

Ale wielkolud już wziął się w garść. Minę znów miał znudzoną.

– No, zagraj jeszcze… trochę to swoje.

Miejsce radości zajęła złość. Ach tak. Znaleźli sobie tresowaną małpkę!

Ostro szarpnął ręką… Zawahał się i miękko, starannie zamknął pokrywę. Pianino przecież niewinne. Wszystko przez ludzi.

„Dumny?”, przypomniał sobie słowa Zdechlaka. „Idź i się wal, dumny”.

„Dobrze”, pomyślał ze złością Artem. „Pójdę się walić”.

Rżnięcie w żołądku stało się nie do zniesienia. Artem odwrócił się i zrobił krok. W następnej chwili posadzka zakołysała się pod nogami, poleciała precz. Ziemia boleśnie uderzyła w tył głowy…

I wszystko znikło.

* A. Puszkin, Pismo na Sybir, tłum. J. Tuwim [w:] Dzieła, t. 4, ks. 1, Warszawa 1959, s. 337.

ROZDZIAŁ 5

W klatce

Stacja Władimirska, godzina X + 32 minuty

BUMM. BUMM. Nad głowami unosił się pył. Wstrząsało gorącym powietrzem. Przy każdym kolejnym łupnięciu siedzący na peronie ludzie kulili się. Szare pole pochylonych głów…

Gerda obejrzała się z niepokojem. Skończyła opatrywać rannego, zarzuciła na ramię ciężką medyczną torbę i ruszyła między ludźmi szukać następnego. Siedzący na peronie rozstępowali się, robili Gerdzie przejście. Nie było kiedy urządzić stałego szpitala, lada chwila mógł przyjść rozkaz o ewakuowaniu stacji.

Chyba przegrywamy, pomyślała Gerda. Primorcy przegrywają.

Torba wrzynała się w ramię. Godzinę temu posłaniec Primorców dostarczył skrzynkę medykamentów, wręczył ją Gerdzie i zniknął, nawet pokwitowania nie wziął. Czego w tej skrzynce nie było! Bandaże, plastry, opaski uciskowe, zszywacz do ran (!!), półlitrowa butelka z ciemnym, najwyraźniej samodzielnie upędzonym spirytusem. Przeterminowana woda utleniona, na wpół wyschnięta jodyna, nawet antybiotyki i środki przeciwbólowe. I z jakiegoś powodu cała paczka tabletek kanefronu, jakby w polowych warunkach był czas na leczenie chronicznego zapalenia układu moczowego. Skrzynka była na wagę złota. Gerda tak sobie naładowała torbę, że z trudem ją teraz taszczyła… Ale własne nie ciąży.

Tylko powód nie całkiem radosny.

Kiedy dają tyle, to znaczy, że przydałoby się z dziesięć razy więcej. Pierwsza zasada szczodrości dowództwa. A kiedy czegoś nie starcza, to ci zabierają. Druga zasada.

No i masz! Znowu!

BUMM. Dalekie wystrzały. Krzyki. Znów BUMMM. Łupnięcie po uszach. Fala ciepłego powietrza była tak silna, że Gerda o mało nie upadła. Słabe światło karbidówek zakołysało się. Centralne oświetlenie stacji było wyłączone, kilka minut temu obok Gerdy przebiegła ekipa techników. Możliwe, że lecieli zdemontować generator, żeby go wywieźć na tyły, do Wielkiego Metra.

BUMM. Gerda przestała już pochylać głowę, jak początkowo robiła za każdym razem. Do wszystkiego człowiek przywyknie. Do niedawna Władimircy żyli w oczekiwaniu na wojnę, teraz będą żyć podczas wojny. BUMMMM. Szczególnie silny wybuch. A zaraz potem – nagła cisza. Ludzie na peronie zaczęli się rozglądać. Z trwogą i konsternacją. Do wybuchów zdążyli się przyzwyczaić, ale co oznacza ta cisza?

Wtem u wyjścia od strony Dostojewskiej rozległ się szum. Gerda odwróciła się i ujrzała, że jakiś człowiek w szarej panterce coś krzyczy i macha ręką. Długa pauza. W następnej chwili siedzący na peronie ludzie podnieśli się równocześnie. Jak roboty. Zapłakało dziecko. Szelest i cichy ochrzan. Jakaś kobieta lamentowała wyjącym głosem: „Co to się wyrabia… co się wyrabia?”. Ludzie zadeptali ją w milczeniu, prawie na miejscu…

– Co się dzieje? – doleciało do Gerdy. I w odpowiedzi: – Ewakuacja, ewakuacja.

Ewakuacja. Jakie niemiłe słowo.

– Naprzód! Naprzód! – rozkazywał wojskowy. Tym razem dziewczyna usłyszała słowa. – Poruszamy się wolno, ale nie zatrzymujemy się. Bez pośpiechu! Wszyscy zdążą! Wszyscy uciekną! Nikogo nie zostawimy… Nikogo nie…

Ludzie zaczęli strumieniem wlewać się na schody wiodące do przejścia, znikali między ogromnymi kolumnami. Paniki nie było, panowało jednak przerażające otępienie, jakby z ciał ludzi wypuszczono całą krew i energię, nogi ich poruszały się siłą bezwładności, jak u automatów. Gerda pokręciła głową. Dopiero co wszyscy prowadzili ustatkowane, unormowane życie… I oto tego życia już nie ma. Niczego nie ma.

Cały swój skromny dobytek ludzie nieśli z sobą. Dzieci tuliły się do rodziców. Od karbidówek, które zostały na peronie, na suficie stacji kładły się monstrualne, zniekształcone cienie.

– Szybciej! – zawołał nagle wojskowy, jakby zapomniał, że przed chwilą kazał im się nie śpieszyć. – Szybciej! Nie zatrzymywać się.

Pochód przyśpieszył kroku. O mało nie zwalili Gerdy z nóg. Potrącali ją i zahaczali tobołami. Przecisnęła się przez ludzką ciżbę i wyskoczyła w pustą przestrzeń, prosto na człowieka w panterce. Serce kołatało jej jak oszalałe.

– Dokąd?! – krzyknął na nią wojskowy. Okazał się młody, dwudziestoletni. Twarz miał ściągniętą, surową, a pod oczami czarne kręgi, jakby cierpiał na problemy z nerkami. – Szybko za pozostałymi!

– Ja… – zaczęła Gerda. Lecz jej przerwano.

– Bez gadania! Naprzód! – Od krzyku na wargach pojawiły mu się białe kropelki śliny. – Powiedziałem!

Ludzie szli.

…Dostojewską, ciemną i straszną, Władimircy przechodzili na autopilocie. Gerda prawie nie zdążyła niczego zobaczyć. Miejscowi mijali stację, nie patrząc na boki, unikali Dostojewskiej nawet w czasie pokoju. Z mozaikowego panneau spoglądało na przechodzących tchnące grozą czarne oblicze Dostojewskiego. Z ponurym uśmieszkiem. Gerda odniosła wrażenie, że dawno zmarły pisarz upaja się sytuacją.… Jak Primorcy w ogóle przebywali tu, a nawet żyli? Gerda zobaczyła poukładane worki z piaskiem, karabin na stanowisku i rozbebeszone wojskowe legowiska, pracujący generator – w powietrzu unosił się duszący posmak dymu. To znaczy, że Primorcy urządzili się tu doskonale. Obok stali żołnierze z bronią. Odprowadzali uciekinierów wzrokiem…

 

Współczucia w ich oczach nie było.

Tunel w stronę Spasskiej. Ludzie, ludzie, ludzie. Tupot licznych nóg, snopy światła latarek błądzące po suficie i ścianach. Plusk wody pod nogami odbijający się echem w tunelu…

Z przodu narastał potężny hałas, pulsujący, rytmiczny, mocny.

Władimircy zatrzymywali się. Teraz, kiedy rozciągnęli się po całym tunelu, zrobiło się luźniej – i masa straciła impet, który wcześniej nadało jej straszne słowo „ewakuacja”. Zaczęły ich ogarniać wątpliwości.

Szum się przybliżał. Coraz głośniejszy i głośniejszy.

– Patrzcie! Patrzcie!

Ludzie zatrzymywali się, wyciągali szyje.

Potem zobaczyła i Gerda. Postawni młodzi mężczyźni w czerni biegli przez tunel kolumną, trzymając szyk. Dudniły wojskowe buciory.

Gerda ich rozpoznała. Piechota morska z Czkałowskiej, uchodźcy z unicestwionej wyspy Moszcznyj. Wczoraj szeryf Wasilij Michajłowicz mówił, że przyjdą. Tylko marynarze przemieszczali się w stronę Władimirskiej. Kolumna krzepkich zuchów w czarnych buszłatach przebiegła obok Gerdy, tupiąc butami w zalanym wodą tunelu. Brudne rozbryzgi leciały na wszystkie strony, padały na ubrania i twarze. Ludzie milczeli.

Uzbrojeni marynarze byli ucztą dla oczu. Nowiutkie czarne automaty, na buszłatach kamizelki z mnóstwem kieszonek, zapasowe magazynki, przy pasie prawie u każdego granaty… Może i nie oddamy stacji, pomyślała Gerda z nadzieją. Czy takie zuchy nie powstrzymają zielonych?

Kolumna przebiegła.

Jakiś człowiek ze zdeformowaną twarzą zawołał nagle za nimi:

– Po co wy to robicie?! Uciekajcie stamtąd w cholerę! Czego wam tu trzeba?!

Tunelem przeleciało echo. Władimircy patrzyli w milczeniu.

Tamten wciąż krzyczał. Purpurowa twarz wydawała się obłąkana, dzika. W końcu do krzykacza podeszła jakaś staruszka w szarym szalu, przypominająca nauczycielkę. Zawahała się i… wymierzyła mu policzek. Pac!

Mężczyzna zamarł. Zamrugał okrągłymi ze zdziwienia oczami, uniósł dłoń do policzka, jakby nie wierząc…

– Wstydziłbyś się – powiedziała staruszka z cicha, ale jej głos rozległ się daleko w tunelu. – Kto nie chce karmić swojej armii, będzie karmił cudzą.

Cisza.

Mężczyzna w końcu doszedł do siebie, zamachnął się… Gerda zrobiła krok do przodu, czując, że nie zdąży. Zanim jednak tamten uderzył, zwalono go z nóg. Cios. Plusk. Obok staruszki stał długonogi wyrostek. Gerda go znała, to sąsiad z namiotu, Kola. Zawsze wydawał się jej nazbyt skromny i cichy…

Teraz nie był już cichy. Pięści miał zaciśnięte, w ciemności bielały knykcie.

– Nawet nie wstawaj – powiedział krzykaczowi. Głos mu wibrował od basu do tenoru i z powrotem, ale z jakiegoś powodu nie wydawało się to śmieszne. Kola odwrócił głowę do staruszki. – W porządku, Nelu Iwanno?

Staruszka uśmiechnęła się.

– Wszystko dobrze, Koleńka. Chodźmy. Zostaw go… Bóg z nim.

Kola zrobił krok w stronę mężczyzny. Ten był wyższy od niego i mocniej zbudowany i w innej sytuacji chłopak pewnie napytałby sobie biedy, ale tu…

– Tchórz – powiedział Kola cicho i wyraźnie. – Nędzny tchórz.

Mężczyzna skulił się i nie odezwał ani słowem. Patrzył tylko spode łba z nienawiścią.

– Czort z tobą – rzucił wyrostek. Zwrócił się ku staruszce, wziął jej tobół i podał ramię. – Proszę, Nelu Iwanno. Poprowadzę panią, można?

Za tą parą poszli pozostali. Gerda potknęła się. No i masz! Torba zerwała się jej z ramienia, plasnęła w błoto…

Dziewczyna wyprostowała się z trudem. Przeklęty ciężar. Całe ramię naciągnięte. Gerda schyliła się, żeby podnieść torbę…

– Pozwoli pani? – Męski głos.

Silna ręka dźwignęła torbę lekko, jakby ta nic nie ważyła. Gerda podniosła wzrok.

Przed nią stał jeden z marynarzy z Czkałowskiej. Postawny, jasnowłosy, z kpiarskimi kurzymi łapkami w kącikach oczu.

– Oho, siostrzyczko, nosisz w tym cegły czy co? – zagadnął marynarz.

– Dziękuję. – Gerda kiwnęła głową, wyciągnęła rękę. Marynarz starannie powiesił jej torbę na ramieniu, wypuścił. Dziewczyna ledwie się powstrzymała od stęknięcia. Wszystko to przez zachłanność, zachłanność…

– Szczegłow, nadążaj! – doleciało z tunelu.

Marynarz mrugnął do Gerdy, potem nagle spoważniał.

– Uciekajcie szybciej – powiedział cicho. Kurze łapki w kącikach oczu drgnęły. – Zaraz się zacznie.

Skinął jej głową, odwrócił się i pobiegł. Przez chwilę po jego obecności pozostał tylko lekki męski zapach potu i tytoniu. I chyba też dalekiego słonego morza…

„Mam nadzieję, że wszystko będzie u ciebie dobrze”, pomyślała Gerda ze smutkiem. „Proszę, marynarzyku, przeżyj”.

Torba ciążyła na ramieniu. Gerda postawiła ją na ziemi, złapała oddech i od razu, niczym atakujący leming, zarzuciła pasek na drugie ramię. Raz, dwa!

Ucieczka z Władimirskiej trwała dalej. Gerda nagle przypomniała sobie, że nie widziała dziś szeryfa. Gdzie Wasilij Michajłowicz? Chyba nie został? A jak tam… Przystanęła. Jak tam mój pacjent? Jak ranni? Primorcy, rzecz jasna, mają swoich medyków. Ale… czy jej pomoc nie będzie potrzebna?

„Tylko byś koty ratowała… albo tygrysy” – przypomniała sobie słowa Wasilija Michajłowicza.

Gerda zawróciła i ruszyła pod prąd. Raz czy drugi ktoś popatrzył na nią w zdumieniu, ale nikt nie zawołał. W zasadzie nikogo nie obchodziła.

Po jakimś czasie zobaczyła tłum idący w stronę Spasskiej. Odetchnęła z ulgą. Mimo wszystko szeryf nie zapomniał. To człapali aresztanci z miejscowego więzienia, część w kajdankach. Na ich czele szedł wątły, ofermowaty chłopak w jasnoniebieskiej koszuli. Kiesza, pomocnik szeryfa. Pozostali pomocnicy szturchali aresztantów pałkami i kolbami automatów.

– Ruszać się, nikczemnicy! Naprzód! – komenderował Kiesza. W ręce trzymał pistolet.

– Ruchy, ruchy, szlag by was!

Przeszli obok Gerdy. Dziewczyna obejrzała się, znowu przebiegła wzrokiem po kolumnie więźniów. Zdaje się, że wszyscy na miejscu… prócz jednego.

Gerda obiegła grupę, zawołała na pomocnika:

– Kiesza! Kiesza!

Niechętnie odwrócił głowę, zatrzymał się, spojrzał na nią z góry.

– Czego chcesz?

– Gdzie Wasilij Michajłowicz?

– Tam. – Kiesza nagle rozpłynął się w złośliwym, obmierzłym uśmieszku. Wskazał ruchem głowy. – Z tyłu. Dogania nas.

Co ma oznaczać ten uśmieszek, Gerda nie pojęła.

– A gdzie ten… – Na moment odebrało jej mowę. – Diabeł z aresztu?

– Kto? Diabeł…? Ten łysy, tak? Szef go wziął.

– Dokąd? Po co?

Kiesza wyszczerzył się.

– A skąd mam wiedzieć? Dowództwo kazało. Przenieśli tego świra ze wspólnej celi do nas, do szeryfówki, tam siedział jeszcze jeden przybłęda…

– Ale szeryf powinien ich wyprowadzić! Jeżeli Weganie…

– Skąd mam wiedzieć?! – wrzasnął nagle Kiesza. – To w ogóle nie moja sprawa! Nie stój na drodze! – Odepchnął ją grubiańsko. – Co ci do tego? Naprzód, naprzód!

Gerda odsunęła się na bok. Co za cienki zasraniec. No ładnie.

Wasilij Michajłowicz zostawał w tyle za swymi pomocnikami aż pięćdziesiąt metrów. Szedł nieśpiesznie, jakby go nic nie nagliło. I był sam. To znaczy, że aresztanci… w tym Diabeł, zostali na Władimirskiej…

Gerda stanęła przed szeryfem. Ten zatrzymał się niechętnie, podniósł głowę. Twarz miał wymiętą, bezkształtną.

– Wasiliju Michajłowiczu! Wasiliju… – Gerda urwała. – Gdzie ten… Diabeł? Indianin?

Szeryf popatrzył na nią z chytrze, uśmiechnął się. Do Gerdy nagle dotarło, że wionie od niego spirytusem. Jakby pałką na odlew.

– Wasiliju Michajłowiczu, pan znowu?

Szeryf pijacko pokręcił głową.

– N-nie twoja… s-sprawa.

– Gdzie on jest?!

Oczy szeryfa były puste. Mętne. Martwe.

– Wasiliju Michajłowiczu!

– C-co ci do tego? Czemu ty wciąż się… p-pchasz? Nic mu nie będzie. P-pomyśl… o sobie. Ch-chcesz?

Wyjął metalową manierkę z herbem, podał dziewczynie.

– T-tylko spróbuj, od razu będzie l-lepiej… Ja…

Gerda nie słuchała do końca. Odwróciła się, ominęła szeryfa i pobiegła naprzód, na Władimirską.

– Taka d-durna – wybełkotał szeryf. Zatoczył się, nie utrzymał równowagi i plasnął tyłkiem między szyny. Prosto w kałużę.

Podniósł manierkę do ust, zadarł głowę… potrząsnął flaszką nad ustami. Pusto!

Odrzucił manierkę na bok.

– I ty durna – powiedział i nagle zapłakał. Uciekinierzy mijali go bez słowa. – I ja durny.

***

Śniła mu się Wyspa Wasiljewska, noc, zima i śnieg padający dużymi płatkami. Śnił mu się czarny człowiek stojący pośrodku ulicy, śnieżne płatki opadały mu na ramiona i włosy – tak gęsto, że prawie utworzyły zaspy. Z prawej i dalej na ulicy ciemniała przekrzywiona sylweta luterańskiego kościoła. Zdawało się, że na jego dachu zastygły skrzydlate cienie.

Uber ruszył do przodu. Powieki zalepiał mu śnieg, nogi zapadały się w świeże zaspy.

Z jakiegoś powodu ważne było, by dojść do tego człowieka. Uber nie wiedział czemu, ale… trzeba było tak zrobić.

Uber szedł.

Było już widać, że tamten ma na sobie podarty w wielu miejscach roboczy kombinezon mazuta. Mężczyzna stał zwrócony plecami do Ubera i patrzył na ciemny zarys świątyni.

W ostatniej chwili człowiek się odwrócił.

Uber cofnął się o krok. Zamarł. Nawet we śnie poczuł, jak po wygolonym karku przebiega mu ziąb.

– Mandela… – zaciął się, po czym zagadnął znowu: – Jura, to ty?

– Cześć – powiedział Mandela chłodnym głosem z zaświatów. – A kogo się spodziewałeś… brachu?

Miał okaleczoną twarz. Połowy jej właściwie nie było, przez dziurę w policzku przezierały resztki zębów. Uberowi zebrało się na mdłości.

„Bestie wykopały ciało i obgryzły”, pomyślał. „Rozgrzebały kamienie i pożarły mu twarz”. Wybacz, Jura. Wybacz, mój brachu.

– Kogo się spodziewałeś? – powtórzył Mandela.

„Właściwie spodziewałem się Iwana”, pomyślał Uber. Z jakiegoś powodu nagle mu się wydało, że przyjaciel od dawna nie żyje. Leży pogrzebany głęboko w tunelu i robaki zjadają mu twarz.

Cholera. Tylko tego brakowało.

Mandela przechylił okaleczoną głowę na ramię i rzekł:

– Na twoim miejscu, Uber, otworzyłbym oczy. I to już.

***

Ściany drgnęły. Posypał się pył. W pierwszej chwili Uber pomyślał nawet, że spadł śnieg. Tak jak w jego śnie…

„Niech to cholera, jak się okazuje, dawno nie widziałem śniegu!”

Na twarz spadły mu betonowe okruchy. Uber zamrugał, zaczął trzeć oczy. BUMMM.

Daleki huk wybuchu. Co się dzieje?! Pospać nie dają.

Zwiesił nogi z pryczy, siadł.

– Ej, jest tu kto? – zawołał, nie mając szczególnej nadziei na odpowiedź.

Cisza.

Uber rozejrzał się ostrożnie, starając się nie robić gwałtownych ruchów, żeby nie urazić bolącej głowy. Betonowa komórka zagrodzona drucianą siatką. Sądząc po resztkach mocowań na ścianie, kiedyś mieściły się tu instrumenty miernicze metra. Teraz nic z nich nie zostało. Z drugiej strony siatki znajdował się pokój miejscowego szeryfa.

Druty zardzewiałe, jakby zapomniane na zawsze.

I nikogo.

Fakt pozostawał faktem: miejscowi uciekli, zostawiając aresztantów na łasce Wegańców. Chcesz czy nie chcesz – siedź.

Przez siatkę Uber widział zawalony rupieciami stół szeryfa, zmiętą pościel, na której ten zostawił koszulę. Uciekając (czy raczej: odpełzając?), szeryf zostawił nawet palącą się karbidówkę, żółte światło zalewało pokój. No, dzięki i za to. Wyczekiwać przyjścia Wegan w zupełnej ciemności, to by było już za wiele.

Uber oblizał spierzchnięte, popękane wargi. Ależ chce się pić… sucho w gębie, brachu.

Na stole szeryfa jakby na urągowisko stał słoik do połowy wypełniony wodą. Na zakurzonym szkle wyraźnie widniały ślady palców.

– Co… co się stało? – Sąsiad z celi podniósł rozczochraną ciemną głowę.

Uber obejrzał się i – zmarszczył brwi.

Tadżyk. Jeszcze tego brakowało!

Jak pech, to pech. Mało tego, że są teraz zamknięci w miejscowym areszcie, to jeszcze ich zostawili nadciągającym Weganom. Do tego sąsiad – najwyraźniej z ciepłej Azji. Po celi rozchodziła się silna, kwaskowata woń potu. Uber sam różami nie pachniał, tylko że to już była… hmm, przesada.

 

– Ty kto? – Uber podrapał się po nosie. Tadżyk otworzył usta. Uber ciągnął swoje: – Zresztą czort z tobą, nie odpowiadaj. Widzę przecież, że małomówny. Lubię takich.

Tadżyk zamknął usta.

– Czemu wciąż mi się mylicie? – gadał Uber, jednocześnie próbując jak najdalej wysunąć rękę przez kratkę. Na ścianie na osadzonym w betonie wkręcie wisiały klucze. Gdyby się do nich dostać… cholera. Daleko. Ramię utknęło między prętami, dalsze próby groziły zwichnięciem stawu. – Ale wy przecież wszyscy na jedno! – ciągnął skinhead. – Czy Azerowie, czy Ormianie, czy Turcy. Czy, kurna, Włosi. Tylko Celentana szanuję. Poskromienie złośnika, wszystkie dzieła. Sette giorni a Portofino!

Uber nabiedził się, ale i tak nie dosięgnął kluczy. Cholera, może jakimś drutem zaczepić?

– A to dranie, no i zostawili nas. Zapomnieli. Przyjdzie nam tu czekać na Wegańców.

Tiaa. Uber podrapał się po potylicy. Baardzo nie miał ochoty na ponowne spotkanie z Weganami.

– Określiłbym tę sytuację nieco innymi słowami – odezwał się nagle ktoś z tyłu. Głos był nienatarczywy, ładnie wymodulowany, z lekką aksamitną intonacją. Uber z zaskoczenia zapomniał nawet, co robi. Zaklął. Odwrócił się. Nie, nie ma nikogo trzeciego. Tylko siedzący na łóżku Tadżyk. Uber podejrzliwie obejrzał sąsiada. Czyżby to on go zagadnął?

– Zostawili nas żywych. A mogli rozstrzelać – rzekł głos.

Uber zagwizdał, podrapał się po karku. Inteligentny, radiowy niemal głos należał do Tadżyka. Cokolwiek to znaczyło.

– Słuchaj, Tadżyk, a ty skąd taki mądry jesteś?

Przez sekundę czy dwie Uber miał wrażenie, że tamten teraz odpowie: „Ja nie Tadżyk”, ale współwięźniowi tylko drgnął policzek. Tadżyk z powrotem położył się na pryczy, odwrócił do ściany.

– Jest tu kto? – rozległ się kobiecy głos. Znajomy. Przez drzwi ostrożnie zajrzała dziewczyna z torbą medyczną. W ręce miała słabo świecącą latarkę LED.

Uber natychmiast się ożywił.

– A, siostrzyczka!

– Właściwie jestem lekarzem – poprawiła sucho Gerda.

Uber uśmiechnął się. Gerda poczuła przypływ nienawiści do tej bezczelnej wygolonej pały.

– I nic w tym śmiesznego!

Uber wciąż się uśmiechał. Gerda niespodziewanie dla samej siebie stwierdziła, że ten uśmiech nie jest pozbawiony uroku. Pokręciła głową, odganiając nieproszone myśli. Zapytała:

– Mam pana wrzątkiem oparzyć, żeby pan doszedł do siebie?

Uber puścił to mimo uszu. Zamiast odpowiadać, wyprostował się i zapytał:

– Czemu pani wróciła?

Gerda nagle odkryła, że więzień stoi całkiem blisko. Przeklęte jasnoniebieskie oczy…

– Nie mogłam was tu… zostawić. Ja…

Uber uniósł brwi.

Nieoczekiwanie odezwał się Tadżyk:

– Wybaczcie, że wtrącę się w waszą pełną aluzji i gry słownej wielce intelektualną rozmowę, lecz czy nie pora, jak by to rzec przystępnie, spieprzać stąd w podskokach?

Uber i Gerda spojrzeli po sobie. Usta dziewczyny zaokrągliły się w pytające „o”.

– Ziomal jak złoto – stwierdził Uber. – No, nieprawda? – Po czym dodał z dumą: – Moja szkoła.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora