Piter. WojnaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Profesora ze związanymi z tyłu rękami oddano „niańkom” ze Zwiozdnej. Maks patrzył, jak zbiega prowadzą do drezyny, sadzają w kucki. Profesor był blady i przygnębiony, pochlipywał. Bez pomocy Maksa niedługo tam pociągnie. I bez opieki nad Saszikiem.

Mam mnóstwo swoich spraw, napomniał sam siebie Lotnik. Nie zrobiło mu się od tego lżej. Wręcz przeciwnie – do gardła podeszło jakieś cholerstwo, o mało nie zwrócił.

Postąpił krok naprzód.

– Następny idzie skinhead.

Maks mimo woli ujrzał w pamięci, jak Uber się podnosił, jak mu płonęły oczy… Nieubłagany, twardy anioł zemsty. Nigdy się nie poddaje.

– Na pana miejscu nawet bym mu łopaty do ręki nie dawał.

Dyrektor uśmiechnął się, że niby to śmieszne. Rozumiem, rozumiem.

– Nie żartuję – rzekł sucho Maks.

Dyrektor ze zdziwieniem uniósł brwi.

– Pan tak poważnie?

– Absolutnie.

– To zwykły bandyta…

– Myli się pan, Dyrektorze. Ja jestem zwykłym bandytą. A Uber kimś całkiem innym. Zresztą, nieważne. – Maks szybko pojął, że znudziła mu się rozmowa z tym nadętym bałwanem. Który sprawia wrażenie, że wszystko rozumie, a tak naprawdę niczego nie łapie. – Teraz to pana problem, nie mój. A przy okazji… Dyrektorze? Może mi pan odpowiedzieć na jedno pytanie?

Tamten znów uniósł brwi.

– Tak?

– Jest pan specjalistą, zapewne przeczytał pan dziesiątki książek. – Maks się zawahał. – Jak się zaczynają rewolucje?

Dyrektor zmarszczył czoło.

– Co?

– Pytam zupełnie poważnie. Interesuje mnie to.

– Hmm, no, wszystko klasycznie: dół nie chce, góra nie może. A o co chodzi?

Maks pokiwał głową.

– Niekoniecznie. Zresztą, nieważne. Powodzenia, panie Dyrektorze. – Odwrócił się i ruszył przed siebie. Wszystko skończone. Czyżby, Lotnik? Zdaje się, że sprzedałeś już każdego, kogo mogłeś…

I wtem usłyszał słowa, które go zatrzymały.

– Nie tak szybko, drogi panie Lotnik. Nie tak szybko.

***

– Spełniłem swoją obietnicę – przypomniał Maks.

Dyrektor pokręcił głową.

– Nie wszystko załatwia się tak łatwo, drogi przyjacielu. Pokaleczył pan dwóch moich ludzi, panie Lotnik. Jeden ma złamaną szczękę, drugi stracił oko. Nie wydaje się panu, że to wymaga oddzielnej rozmowy?

– Ale…

– I nawet nie będę pytał, gdzie są grabarze – przerwał mu Dyrektor. – Nie pańscy „grabarze”. Prawdziwi.

Maks się zawahał. A więc o taką stawkę się rozchodzi.

– Z nimi wszystko w porządku. Siedzą sobie pod kluczem…

– Martwi?

Jasne oczy Dyrektora wpatrywały się w byłego więźnia.

– Tak – odparł Maks. Nie ma sensu kłamać, kiedy i tak wszystko wiadomo.

– Jest pan pewny?

Maks westchnął ciężko. „Nie, Hammer grzecznie poprosił mortusów, żeby mu oddali ubranie, broń i drezynę. A oni uprzejmie się zgodzili. Absurd”.

– Nie można bardziej.

– Dobrze – stwierdził Dyrektor, tak że aż Maks się zachłysnął. – To bardzo dobrze. Upraszcza sprawę. Oznacza, że po prostu powinienem wskazać winnych. Kogo mam ukrzyżować w tunelu, Maksymie Aleksandrowiczu? Są kandydaci?

Lotnik zacisnął zęby, z bezsilnej złości poczuł ścisk w kościach policzkowych.

„Wiesz, jak czasami chciałoby się mylić?”

Wypuścił powietrze. Szybkim ruchem wyrwał zza pasa pistolet. Zdążył zobaczyć skonsternowaną minę Dyrektora, rozszerzające się oczy Junty… Profesora przycupniętego na drezynie. Hammera otwierającego usta… Ubera…

– Wiem – powiedział Maks i nacisnął spust.

Bach! Pistolet szarpnął się w ręce. Bach! Jeszcze raz. Powoli opadająca łuska, z boku połyskuje blask drugiego wystrzału…

Hammer zaczął się osuwać.

Maks się zawahał.

„Potem tyran wziął witkę i zaczął nią kosić najwyższe kłosy. Rozumiesz analogię?”

Doskonale rozumiem.

– Oto pański zabójca, Dyrektorze. Jesteśmy kwita? – Głos brzmiał miękko, idealnie spokojnie. Maks sam się zdziwił.

– To był pański człowiek? – Dyrektor wyglądał na oszołomionego.

– Zgadza się, to był mój człowiek. Teraz pan rozumie, jak bardzo jestem poważny?

Dyrektor po chwili wahania skinął głową. W jego oczach malowały się uznanie i kiełkujący strach.

– Rozumiem. Nasza umowa pozostaje w mocy, panie Lotnik. Proszę o wybaczenie.

***

Junta był zadowolony. Nie odbijało się to w żaden sposób na jego twarzy, ale od „niańki” poszła potężna fala okrutnej radości. Maks się skrzywił.

– I ty tutaj? – Uber ucieszył się na widok „niańki”. – Tacy ludzie bez obstawy!

Junta bez słowa grzmotnął go pałką w brzuch – masz. Skin opadł na kolana, zgiął się wpół. Dziwne dźwięki. Gdy podniósł głowę, Maks ujrzał, że Uber się śmieje. W skrwawionym uśmiechu szczerzy ocalałe zęby.

To ci świr.

Junta obojętnie kiwnął głową i zamachnął się pałką…

– Dajcie mu powiedzieć! – zawołał Maks.

„Niańki” i wychowawcy posłuchali – raczej z zaskoczenia. Wściekłość. Maks z wysiłkiem zdjął rękę z pistoletu. Spokojnie, spokojnie.

Uber uśmiechnął się.

– Niczego nie zrozumiałeś, Maks? Rewolucja to nieuchronność. W tym tkwi istota rzeczy.

– Zabierzcie go – rozkazał Dyrektor.

Junta razem z innymi „niańkami” wzięli skinheada pod łokcie i powlekli go ku drezynie – jak worek. Jego nogi ciągnęły się po ziemi, podrygiwały. Zostawiały po sobie wyżłobienie w szarym pyle.

– Powodzenia, brachu – powiedział Maks do siebie. Ale skinhead jakby usłyszał.

– Zachowaj sobie swoje trzydzieści srebrników! – zawołał Uber ze śmiechem. – Ja jeszcze wrócę, Lotnik!

Gdy go zabrali, Dyrektor popatrzył na Maksa.

– Wie pan, Maksymie. To, co powiedział… Niech pan się tym nie przejmuje. Rozumie pan, my wszyscy tu jesteśmy za rewolucją. Ale u każdego ta rewolucja jest inna.

Dwa tygodnie później, stacja Narwska

Nie udało mu się pospać. Tu nigdy nie dawało się wyspać… Dlatego że jeżeli nie możesz zasnąć, to i wyspać się – nie ma szans. Wszystko bardzo proste. Jeden plus jeden równa się dwa.

Lotnik otworzył oczy. Leżał przez jakiś czas, patrząc w ciemny sufit…

Gdzieś daleko kapała woda. Kap. Kap.

Wstał, podszedł do umywalki i splunął gęstą, żółtą plwociną. Od goryczy ściskało szczęki. Poruszył głową. Plecy całe mokre od potu, palce drżą…

Kap. Kap.

„A niech cię”.

Bezsenność. Nigdy nie wiedział, co to takiego, a tu – dopadła go. Już którąś z kolei noc.

Wyjrzał za drzwi. Peron stacji był pusty, tylko przy oddalonej stercie worków z piaskiem strażnik przestępował z nogi na nogę. Narwa spała. Lotnik wyprostował się. Tym razem podziemny bóg-idiota wziął sobie jego sen. I najwyraźniej nie zamierza go na razie zwrócić. Pokraka. Kostian przy drzwiach spał na dzięcioła.

– Szefie. – Osobisty ochroniarz podniósł głowę. – Coś się stało?

– Wszystko w porządku.

Udręka taka, że chce się wyć.

Lotnik wrócił do stołu, nalał sobie spirytusu. Podniósł graniastą szklankę, nadpękniętą, i wypił duszkiem. W żołądku wybuchł ogień.

I nagle Maks zrozumiał, co właśnie usłyszał w półśnie. Co to za dźwięk. Grrr. Grrr. Kilof. Zwyczajny kilof, którym wyrąbuje się kwarcową skałę. Takich skał było wokół Zwiozdnej od groma i trochę. Początkowo kruszono je młotami pneumatycznymi, a jeżeli kompresor nie działał, to zwykłymi łomami…

Na dobiegające ze środka odgłosy pojawił się Kostian, ochroniarz. Ziewnął. Odkąd Maks triumfalnie powrócił na Narwę, Kostian wszędzie był z nim. Trudno jest tyranom w naszych czasach, pomyślał Maks sarkastycznie. Wszędzie wietrzą wrogów…

Grrrr. Grrr. Maks wzdrygnął się, zrobił gwałtowny obrót. Przez okamgnienie miał wrażenie, że w głębi pomieszczenia zastygła wysoka postać z łysą głową…

W izbie było pusto.

– Kostian, do mnie! – rozkazał.

Ochroniarz w jednej chwili znalazł się obok niego, z pistoletem w dłoni.

– Szefie?

– Co to za dźwięk? – Maks się obejrzał.

Ochroniarz podniósł głowę, przesunął lufą pistoletu w prawo, w lewo. Widać było, że stara się usłyszeć, ale właściwie nie rozumie, co by to miało być.

– Jaki dźwięk?

– Jakby ktoś stukał kilofem… albo skrobał czy jeszcze co innego, licho wie. Słyszałeś?

Kostian potarł sobie kark. Nadstawił uszu.

– N-nie, szefie. Nie słyszę.

Maks obejrzał oddanego ochroniarza od stóp do głów i skinął głową. U ciebie wszystko dobrze.

– Idź.

– Szefie?

– W porządku, Kostia. Idź, pracuj.

Gdy kroki ochroniarza umilkły, Maks nalał sobie jeszcze raz i zapalił. Płuca napełniły się ciepłem.

„Rewolucja to nieuchronność”. Uber.

Splunął, papieros gorzkniał i śmierdział. Nie dawał żadnej przyjemności. A co, jeśli Uber pewnego dnia przyjdzie? Dopiero będzie spotkanie.

„Zachowaj sobie swoje trzydzieści srebrników!”

Mocno wgniótł papierosa w ścianę. Cóż, Uber. Gdyby na twoim miejscu był ktoś inny, przyjąłbym jego słowa po prostu jako słowa. Ale ty…

Ty nigdy się nie poddasz.

„Tak że – obawiam się – jeszcze się spotkamy”.

Gdzieś w oddali szyderczo milczał podziemny bóg-idiota.

Niebieska linia, „Czerwony tor”, karny ślepy zaułek

Człowiek z wygoloną głową w szramach, półleżąc, uderza kilofem. Czasami odpadają kawałki skały. Częściej – nie. Na nogach tego człowieka kajdany.

Światła prawie tu nie ma. Jedyna karbidówka pali się nierówno. Malutki języczek ognia z trudem płonie przy zakopconym odbłyśniku. Cień na ścianie wygina się, wymachuje rękami.

Nagle człowiek na ścianie zamiera i zaczyna mamrotać:

 

– Skąd ty się taki wziąłeś, Uber? Uber? Uber! Gdybyś nie był taki uparty, dawno znalazłbyś się na wolności. Słyszysz, Uber?

Nie odpowiada. Musi zbierać siły. Majaki poczekają.

Grrr, grrry, grrrr. Kilof skrobie ścianę, sądząc po dźwięku, znowu się natknął na kwarc. Albo to żelazobeton? Licho wie.

On nigdy się nie poddaje.

Uber zakaszlał, w piersi jakby się coś urwało, splunął – ciemny skrzep. Olać to. Żyć wiecznie i tak się nie da. Tak że przekręcić się z powodu choroby popromiennej – nie najgorsza opcja. Te chłopaki, które zabrały go z powierzchni, wstrzyknęły mu zwyczajne przeciwradiacyjne cholerstwo – nie pożałowali, i dzięki im za to. A przecież Blokadnik prawie go już zabił…

Teraz by czerwonego wina. Żeby się pozbyć radionuklidów, rzecz jasna. Uber uśmiechnął się spękanymi wargami – zabolało. Najlepiej gruzińskiego kindżmarauli. Nie pił go od stu lat. A ono, kurna, smaczne. Uber podniósł kilof. Takie pyszne, że nawet teraz, po tak wielu latach, zakręciło mu się w głowie od samego wspomnienia…

Oblizał sobie usta. Kindżmarauli by teraz… albo wody.

I kobiety. Po prostu, żeby posiedziała obok. Żeby położyła jego obolałą głowę na swoich miękkich kolanach…

Żeby drzemał, czując pod karkiem jej ciepło.

I więcej niczego nie trzeba w całym świecie.

– Ona tęskni tam za barem – zaśpiewał z cicha. Głosu prawie nie ma, tylko chrypienie i łomot. Ale bluesowi to nie przeszkadza. – W fartuchu, z serwetką…

W końcu ma prawdziwy bluesowy wokal. A wszystko przez tych bydlaków.

– Przyjdzie mój przyjaciel Iwan! – krzyknął nagle. – I wytłucze was wszystkich w cholerę, sukinsyny!

Uber ocknął się. Wokół panowała ciemność, lampa prawie zgasła. Przyciągnął do siebie kilof, z trudem podniósł…

– Jak cukiereczek. Czegoś tu zapomniała, dziecino?

Kilof uderza w kamień. Brzęczenie kajdan.

– Świeża nad podziw… – Jeszcze uderzenie. – Od pantofelków po korale…

Przerwał, by złapać oddech.

– Tak jak zaprasza – zakaszlał, splunął – baaardzo dziwny blues.

* Tom Waits, Invitation to the Blues

INTERLUDIUM 1

Uber i Taran

Odcinek Zwiozdna–Moskowska, dwa miesiące później

Nigdy nie odkopujcie nieznajomych.

Uber uśmiechnął się. Ból w piersi mu nie odpuszczał, w gardle paliło… Skinhead przełknął ślinę. A więc nigdy? Niezły żart. Odkopiecie kogoś takiego, a on wyciągnie was z katorgi. Bez uprzedzenia. Bez długów. Bez zobowiązań. Po prostu. Za darmo.

Teraz żegnali się, by pójść każdy swoją drogą. Ścieżka nieznajomego, którego strażnik z posterunku Zwiozdy nazwał Taranem, wiodła ku jakiemuś ważnemu celowi. Ścieżka czerwonego skinheada Uberführera tradycyjnie prowadziła ku śmierci. Uber odkaszlnął i ukradkiem, żeby towarzysz nie widział, splunął na bok. Posmak żelaza w ustach. Znowu krew.

„Z dwóch dróg zawsze wybieraj tę, która wiedzie ku śmierci”.

Porąbane buskido porąbanego samuraja. A co począć, jeżeli teraz wszystkie drogi prowadzą do śmierci? Uber chrząknął „hm”, wyprostował się, zrobił jeden krok i drugi…

W ostatniej chwili nieznajomy zawołał do niego:

– Stój, cholero! Jak mam cię nazywać?

Uber odwrócił głowę, uśmiechnął się mimo woli. Cholerą jeszcze nikt go dotąd nie nazwał. Zwykle zadowalali się tradycyjnym „wrzodem na dupie”.

– Andriej – odparł. Podniósł rękę na pożegnanie. – Hasta siempre, comandante. Do wieczności, brachu.

Kiedy kroki wybawiciela ucichły w głębi tunelu, Uber zatrzymał się. Runął prosto na zardzewiałe szyny. Przed Taranem trzymał fason, ale tak naprawdę ledwie mógł ustać na nogach. Na przodku człowiek odwyka od chodzenia. No i w ogóle – odwyka od wielu rzeczy.

Skinhead podrapał się po potylicy.

– I co teraz? – spytał na głos. – Tamtemu to dobrze, wyciągnął cię z katorgi i wolny. A ty tutaj radź sobie sam… żywy.

Uber pokręcił głową, wypuścił powietrze. Tchnienie wolności trąciło wilgocią. Siedziało się dobrze, ale… niezupełnie. Skinhead ułożył się między szynami na plecach. Wyciągnął nogi – teraz dobrze. Był zupełnie bez sił. Z tyłu głowy czuł przyjemny chłód, w górze w obie strony rozpościerał się betonowy sufit. Dokoła półprzezroczysty, nastrojowy mrok. W sam raz dla majaków. Skinhead zadumał się i rzucił w kierunku tunelu:

– Napiłbym się. – Zawahał się chwilę i dodał: – Żeby to uczcić.

Z jakiegoś powodu wielka radość wyczerpuje bardziej niż największa rozpacz.

Tunel milczał.

Stacja Zwiozdna, gabinet naczelnika „Czerwonego toru”,

wieczór następnego dnia

– Może go powiadomić? – zaproponował starszy nadzorca Junta. Oficjalnie w hierarchii Zwiozdnej nie awansował ponad średnią kadrę kierowniczą, ale uważał się za zaufanego człowieka Dyrektora. A to wiele znaczy. Znacznie więcej niż jakikolwiek tytuł. Krzepkiemu, szpetnemu nadzorcy ludzie już zaczynali się podlizywać.

Junta wiedział, że wielu uważa go za tępaka – z powodu wyglądu. Niskie czoło, grube łuki brwiowe, szeroki nos, szpetne uszy, pokiereszowane kiedyś podczas treningu zapasów. Właściwie bardziej przypominał małpoluda niż doradcę wodza. Ale to i dobrze. Takie mylne wrażenie świetnie ułatwia życie. Niech nieprzyjaciele do ostatniej chwili myślą, że jest tępakiem. On, tępak i szpetny małpolud, przeżyje wszystkie mądrale. I stanie koło pogrzebowej drezyny, kiedy mortusy będą pakować tych przystojniaków w brezentowy całun.

– Powiadomić?

Dyrektor w zamyśleniu pokręcił głową.

– Nie będziemy się śpieszyć. Jak to się stało?

Ucieczka katorżnika to zawsze sytuacja niezwykła. Ale ten właśnie katorżnik to szczególny przypadek. Czwarta próba ucieczki! Zakuli go w kajdany, bili, morzyli głodem, zagnali w odległy ślepy zaułek, gdzie nawet wyprostować się porządnie nie można, zostawili w samotności, żeby nie mącił w umysłach pozostałym katorżnikom… A on mimo to uciekł. Niewiarygodne i już! Gdyby nie osobista prośba jakiegoś ważnego człowieka, już poprzednim razem rozstrzelaliby tego mąciwodę… Żeby uniknąć konsekwencji. Nie, na takich jak on zwykłe metody wychowania nie działają. Takich to można tylko tępić.

Junta podrapał się po potylicy. Nieśpiesznie rzucając słowa, wyjaśnił:

– Wyprowadził go ten walnięty stalker, Taran. Posługiwał się mandatem, który podpisały wszystkie stacje Wielkiego Metra. Zuchwale i cynicznie oszukał ochronę, właściwie zastraszył ją, dokładnie rzecz ujmując. I wyprowadził sprawiającego trudności wychowawcze poza granice stacji.

Dyrektor milczał przez chwilę. Zamyślony obracał w palcach kubek z herbatą. Ciepło kubka ogrzewało dłoń.

– Myślisz, że wiedział, kogo wyciąga? – spytał w końcu.

Junta zastanowił się i wzruszył ramionami.

– Chyba nie. Wygląda to raczej na przypadkowe spotkanie.

– Jesteś pewny?

– Nie do końca. Ale po co komu chory skinhead?

– Chory skinhead i do tego osobisty wróg naszego głównego sprzymierzeńca. Interesujący zbieg okoliczności.

– Lotnik… powiadomić go?

Dyrektor wstał i podszedł do dekoracyjnego okna. Niedawno podarowali mu je stalkerzy, znaleźli na powierzchni w jakimś zamkniętym pomieszczeniu. Prawie nie promieniuje. Osobisty prezent od Greka Fieofanowa. Bardzo podobne do prawdziwego okna. Drzwi do lata. Jeśli się wysili wyobraźnię, można mieć złudzenie, że tam, na zewnątrz, jak dawniej świeci słońce, szumi ciepłe lazurowe morze, zieleni się trawa, wszyscy ludzie normalnie żyją, nie ma żadnego promieniowania, żadnych mutantów. Jakby dwadzieścia lat temu nie doszło do Katastrofy…

– Nie. Na razie zaczekamy – postanowił Dyrektor. – Mówisz, że ma chorobę popromienną? Pij herbatkę, pij.

W końcu odwrócił głowę w stronę nadzorcy. Junta od razu się nastroszył. Oczy Dyrektora były zbyt łagodne. Zwierzęcy instynkt nadzorcy podpowiadał, że coś się za tym kryje.

– Dobra herbata? – zainteresował się Dyrektor. – Smakuje?

– Tak.

„Udław się tą swoją durną herbatą”, warknął w duchu Junta. Nie mógł ścierpieć tej słodkiej lury.

– Znakomicie. A co do Ubera, sam osobiście sprawdzisz, czy to był przypadek, czy nie, mój druhu. Zadanie jasne? Jutro wyruszysz do Wielkiego Metra. Rozumiesz? Znajdziesz łysego. I dopilnujesz, żeby już więcej nie stanowił dla nas zagrożenia.

Junta obrócił w łapskach kubek, odstawił go na stół. Zawsze czuł instynktownie, kiedy można dyskutować z postanowieniem zwierzchnika, a kiedy lepiej powiedzieć: „Tak jest, zrobi się”. Teraz akurat był ten drugi przypadek.

– Tak jest. Zrobi się – rzekł Junta.

II

UBER I WOJNA

ROZDZIAŁ 1

Diabeł

Zniszczony atomowym ogniem Piter. Kamienne lwy na nabrzeżu wyszczerbione pyski wystawiły w pustkę. Nadciągająca burza. Na horyzoncie nad niską taflą Zalewu kłębią się czarnoszare chmury. Szara powierzchnia Newy marszczy się pod wpływem wiatru. Z opustoszałego mostu Pałacowego opadają krople. Pod nim wolno przepływa zrudziały kawał drewna. Wiatr pędzi drobną przeciwną falę. Belka płynie, nad nią tkwią nieruchomo zardzewiałe dźwigary i żebra konstrukcji mostowej. A w nich okrągłe otwory. Rdzawy pył-farba-brud.

Belka płynie.

Po prawej zielonkawy budynek, jakby spłowiały od upływu czasu. Na nim nieduża wieżyczka. To Kunstkamera. Wybite okna. Ale jest kilka całych. Ocalałe szyby zarosły brudem. Zimno. Zimno.

Wyje wiatr.

Nabrzeże Wyspy Wasiliewskiej.

Człowiek w masce przeciwgazowej idzie, walcząc z przeciwnym wiatrem. Po prawej od niego, kiedy tak brnie w dół nabrzeża, wznoszą się opuszczone, martwe domy, po lewej ciągnie się szary pas Newy. Wiatr wzdyma na nim stary brezentowy płaszcz z białawymi plamami (od farby? od kwasu?). Maska przeciwgazowa jest starodawna, z gumowym namordnikiem, w zielonym wojskowym kolorze, z odpadniętym filtrem. Okrągłe okulary w mosiężnym obramowaniu, jedno szkło pęknięte. Na szarej gumie naklejki: dziecinne, kolorowe. Róża ze Śmieszaczków, Myszka Miki, Łuntik, jakiś królik, śmieszny samochód z oczami. I z jakiegoś powodu naklejka z bananów. Jaskrawozielona.

Człowiek-banan idzie dalej.

Kłębią się czarne chmury, od strony Zalewu nadciąga nad Petersburg potężny burzowy front.

Wydaje się, że tam, skąd idzie sztorm, nie ma już nic.

Ani ziemi, ani nieba.

Tylko bezdenna czerń.

Wyrwa w przestrzeni kosmicznej.

Petersburg, stacja Władimirska, 8 godzin do godziny X

Typ, którego miejscowi przezwali Diabłem, leżał na gołym betonie, podłożywszy sobie pod głowę żylaste ręce.

Nad nim unosił się odczuwalny, niemal fizyczny zapach taniego alkoholu.

Gerda przyjrzała mu się. Niczego sobie ten diabeł. Gdyby go domyć. Ogolić. Oskrobać. Podkarmić. Popieś… stop!

Pokręciła głową. „Wiecznie zbierasz kaleki”, powiedziała sobie. Postawiła na podłodze ciężką medyczną torbę, w myślach przejrzała lekarstwa. Zdaje się, że trzeba będzie zaszyć ranę na potylicy. Gerda westchnęła. A ona nawet nie ma spirytusu.

Diabeł spał dalej. Głowa, najwyraźniej niedawno ogolona, cała była w zaciekach zaschniętego brudu. Regularne rysy twarzy. Gdyby nie szramy, można by go było nazwać przystojnym. Choć twarz raczej interesująca, taka zawzięcie ironiczna, niż ładna. Za dużo ten człowiek przemyślał, za dużo przeżył uczuć, żeby być po prostu przystojnym. Zbyt wielu stracił przyjaciół.

Wysoki. Choć na leżąco raczej długi. Chudy do tego stopnia, że mu wystają żebra. A przy tym wąski w pasie, w barach szeroki.

I porusza się na pewno – sądząc po tym, jak teraz leży – bardziej jak drapieżny kocur niż jak człowiek. Gibki wdzięk na miękkich łapach. Z pazurami w środku.

Z ubrania – starodawne dżinsy, podwinięte tak wysoko, że prawie zamieniły się w szorty.

Krzepkie kostki, bose stopy. Pięty czarne jak podziemna ciemność.

„Stop, starczy już tego gapienia się”, ofuknęła siebie w duchu Gerda. W końcu jest Gerdyszewą Antoniną Siergiejewną, przyjechała z Woroneża ze szkolną wycieczką zwiedzać odległe miasto Piotra. Antonina pokręciła głową. Pozwiedzała, a jakże! Dwanaście minut na dworcu, piętnaście w metrze… A potem, gdy hałaśliwą grupą jechali do góry ruchomymi schodami, niekończącymi się jak serial Gra o tron, wszystko się zatrzymało. I wycieczka do Petersburga, i schody, nagle już nieruchome.

 

Metalicznie brzmiący, pełen grozy komunikat płynący z głośników kazał im nie panikować i zejść na sam dół, na perony. Do metra.

No i tak nie zobaczyła ani Twierdzy Pietropawłowskiej, ani soboru Świętego Izaaka, ani nawet Pałacu Zimowego. O Peterhofie w ogóle nie ma co wspominać… już nigdy.

Znowu ujrzała w wyobraźni, jak stoi na wieży Twierdzy Pietropawłowskiej i widzi rozkwitające w dali ogniste kwiaty. Pomarańczowe refleksy w wodzie Newy powoli rozrastają się i zapalają jaskrawym, nieznośnie jaskrawym światłem. I wszystko rozjaśnia się jak za dnia.

Gerda zamrugała. Wizja znikła, ale pozostało wrażenie beznadziei, jak wtedy, w pierwszych dniach… Ona była w metrze, pod grubą warstwą kamieni i betonu, ziemi i żwiru, asfaltu i cegieł. A mimo to widziała, jak umiera Ziemia.

Dobrze, że tamten chłopak (skąd on przyjechał? Zdaje się, że z Tweru) miał przy sobie jointa. Słodkawy dym, uspokajające bajki. Gdyby nie to, Gerda była pewna, że postradałaby wtedy zmysły. Wielu się to przydarzyło.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że znowu będziemy żyć… Szukała odpowiedniego słowa. Normalnie? Baardzo śmieszne.

Gerda pochyliła się, dotknęła ramienia Diabła.

– Ej, ty! – Ramię było twarde, prawie jak kamień. – Słyszysz mnie?

Zero reakcji. Na ramieniu tatuaż: sierp i młot otoczone laurowym wieńcem. Ciekawe, co to znaczy. Coś radzieckiego. Albo rzymskiego?

Cokolwiek znaczyło kiedyś, teraz i tak nie ma już znaczenia. A dookoła szramy… na całym ciele. Interesujące.

Gerda wyprostowała się.

– Co on nabroił?

Szeryf się uśmiechnął. Tak że cała jego twarz pokryła się zmarszczkami. Czerwonofioletowy, żyłkowany nos alkoholika zaczął wyglądać jeszcze okropniej niż zwykle. W zasadzie Wasilij Michajłowicz nie był złym człowiekiem. Ale zaglądając na komisariat w zwyczajny dzień, łatwo się można było pomylić co do tego, kto jest przedstawicielem prawa, a kto przestępcą. W pomieszczeniu utrzymywała się przykra woń pijackiego oddechu, zaschniętych wymiocin i starych skarpetek.

Gerda zmarszczyła nos. Ostatnie skojarzenie było zupełnie zbędne.

– No i?

Wzruszenie ramion.

– Urządził drakę. Albo nie on, nie wiem… Ale wyrywał się, walczył jak wariat. Ledwie go powiązali, wyobrażasz sobie? Już myśleli, że trzeba będzie strzelać. Tylko naboi pożałowali.

– Jasne.

„Ludzi nie żałujemy, ale naboje…”

– I rozumiesz, sprawa jest taka… – ciągnął szeryf.

– Jaka?

Szeryf zamilkł, poskrobał się po ciemieniu.

– Nie wiem, jak to wyjaśnić. Jest jakiś stuknięty czy co. Drugi dostanie w czerep i gotowiutki. A ten… wstaje i wstaje. Rocky Balboa, kurna. Włoski Ogier. Przewrócić go nietrudno: zalany w trupa, palcem tknij… Ale kładziesz go, kładziesz, a on znów się podnosi. Aż śmieszne to było. A kiedy go w końcu związaliśmy, on dawaj znów: idźcie w chuj, jestem aniołem Pańskim. Czy wyobrażasz sobie? Cały we krwi i gównie, a tu… aniołem.

Na te słowa powieki człowieka zatrzepotały. Z widocznym wysiłkiem otwarł jedno oko – w aureoli zakrzepłej krwi. Potem drugie. Gerda ze zdziwieniem zauważyła, że te oczy są niebieskie, jasne, zupełnie niepodobne do oczu alkoholika. Zdumiewające.

Ale to, co zaraz powiedział, było jeszcze dziwniejsze.

– Panie, wreszcie na mnie wejrzałeś?

„Sekciarz”, pomyślała Gerda z rozczarowaniem. „Po prostu fanatyk, a ja już myślałam… Ech, Gerda. Pora przestać żyć w bajkach”.

– Aha – mruknął szeryf sarkastycznie. – Ciebie, kurna, zapomnieć.

Co robić, jeśli wszystkiego nie naprawisz? Robić, co się da. Gerda otwarła torbę. Tak czy inaczej, trzeba mu opatrzyć rany. Mózgu mu nie wyleczysz, a ciało – całkiem możliwe, że tak.

– Coś ty za jeden? Imię? Przezwisko? Skąd się wziąłeś?

Człowiek podniósł głowę, potem usiadł. Ogolona czaszka w siniakach, zadrapaniach, paskudnych szramach i zakrzepłej krwi. Jakby nie zauważył pytania.

Szeryf przestąpił z nogi na nogę. Wyraźnie miał ochotę wlać „aniołowi” profilaktycznie. Gdyby nie było tu Gerdy, zapewne tak właśnie by zrobił.

– Ej, ty! Słyszysz mnie?

Człowiek zakaszlał. Uderzył się w pierś dłonią. Odezwało się echo. Głuche i straszne, jakby we wnętrzu człowieka coś się złamało i nie było żadnej możliwości naprawy. Jak gdyby tam, w ogromnej klatce piersiowej, chaotycznie przetaczały się kółka zębate i trybiki, które wyleciały ze swoich miejsc.

– Ej! – powtórzył szeryf. Gerdzie włoski na karku stanęły dęba. – Ej!

Człowiek przeniósł wzrok na dziewczynę…

W pierwszej chwili Gerdzie wydało się, że spogląda na nią sama Wieczność. W głowie się jej zakręciło. Szarpnęło w żołądku, jakby spadała z wysokości, z przegniłych szczebli drabinki, która oberwała się pod nią w szybie wentylacyjnym. I leciała tak jeszcze ze sto metrów… na zardzewiałe pręty zbrojenia.

Jasnoniebieskie oczy.

Jego twarz robiła spore wrażenie – z jakiegoś punktu widzenia. Można by go nawet nazwać przystojnym… diabelnie przystojnym. Twarz archanioła Gabriela skażona tysiącleciami wymuszonego życia na ziemi, wśród ludzi, zabójstw i nieszczęść.

– K-kiego czorta? – odezwał się Diabeł ochryple. – Zupełnie opromienieli, pobudki jeszcze nie było.

– Opromienieli? – spytała Gerda cicho.

– Pobudki? – Brwi szeryfa popełzły do góry.

Diabeł nachmurzył się.

– Grupa „Słoneczko”… No co? Zapomnieliście?

Szeryf z Gerdą spojrzeli po sobie. „Biała gorączka”, powiedziała bezgłośnie dziewczyna. Szeryf kiwnął głową. Kogo jak kogo, ale ludzi z taką diagnozą widywał regularnie… Czasami, niech Bóg ma go w opiece, nawet w lustrze.

– A tak w ogóle, jak się nazywasz? – zagadnął.

– Czego?

Szeryf zmarszczył brwi.

– Jak masz na imię, przygłupie?

– Przygłupie? – powtórzył Diabeł. Jasnoniebieskie oczy spojrzały na szeryfa bezradnie. Diabeł pokręcił głową, jakby się poddawał. – Przygłup? K-kto tu przygłup?

Szeryf roześmiał się.

– No patrz, rozumie… Pewnie, że nie ja.

– A ty kto? – zwrócił się do niego Diabeł, marszcząc czoło.

Wasilij Michajłowicz odsunął się.

– Ja? – Położył rękę na wytartej kaburze z makarowem. – Jestem szeryfem.

– Szeryfem? A! – Przybłęda ożywił się. – Problemy Indian szeryfa nie obchodzą – rzekł. I znów pokręcił głową jak pijany. Bredzi?

Szeryf zrobił krok i potrząsnął jego ramieniem. Tak mocno, że głowa przybłędy podskoczyła.

– Słyszysz ty… Indianinie! Odpowiadaj! Skąd się wziąłeś?

Indianin zadarł głowę i bezmyślnie zamrugał. Jego jasnoniebieskie oczy nabrały przerażająco głębokiego, czystego wyrazu. Jak u niemowlęcia. Szeryf zezłościł się.

– Jak ci przywalę między oczy, zaraz się rozgadasz!

Gerda miękko odsunęła szeryfa.

– Niech pan przestanie, Wasiliju Michajłowiczu. Na litość boską. Najprawdopodobniej jest w szoku pourazowym. Nawet nie rozumie, co mówi. A pan… Indianin, Indianin… też mi coś, jaki z niego Indianin?

Jakby na dany znak przybłęda zerwał się na równe nogi. Szeryf poleciał kilka kroków w tył, potknął się o medyczną torbę, ale utrzymał równowagę. Gerda, którą odskakując, zaczepił łokciem, plasnęła na cztery litery i syknęła z bólu.

– Chingachgook, Wielki Wąż! – zakrzyknął Indianin. Gerda zmarszczyła brwi: od jego głosu zadzwoniło w uszach. – Ostatni Mohikanin! Idę z tobą, Sokole Oko!

Dumnie zrobił dwa kroki i runął na twarz. Bum.

Szeryf z Gerdą spojrzeli po sobie i zaczęli się śmiać. Gerda popłakała się ze śmiechu. W końcu szeryf wyciągnął do niej rękę. Dziewczyna z trudem wstała i potarła sobie stłuczoną kość guziczną.

– Co zrobimy z tym… – stłumiła chichot – Chingachgookiem?

Szeryf podszedł i kopnął leżące ciało. Zadrżało. Gerda wzięła się w garść. To prawda, szeryf nie jest złym człowiekiem, ale czasami go ponosi. Jak na przykład teraz.

– No co, Wasiliju Michałowiczu… Niech pan go gdzieś na razie zamknie, dobrze? Tylko bić więcej nie trzeba. Bardzo proszę. Słyszy pan?

Szeryf podrapał się po głowie, spojrzał na dziewczynę, mrużąc oczy.

– Na pewno nie trzeba?

– Wasiliju Michajłowiczu!

Szeryf uśmiechnął się.

– No, przecież żartuję, żartuję. Będzie calutki ten twój Indianin i… hmm… zdro… – Zakrztusił się, zawahał, po czym dokończył: – Taki, jaki jest teraz, to i zostanie. A tak w ogóle, Gerda, ty znów swoje? Tylko byś kocury ze śmietnika ratowała. Rany mu wyleczysz, sierść z gówna obmyjesz, a dalej co? No?

Nie odpowiedziała. W słowach szeryfa było więcej prawdy, niż sama była gotowa przyznać.

– Rozmowa skończona.

– Zabierzcie… toto. – Szeryf otrzepał ręce, jakby się brzydził. Jego pomocnik kiwnął głową. – Zupełnie nie umieją już pić, szumowiny.

Inne książki tego autora