Piter. WojnaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Uber popatrzył na broń, z jakiegoś powodu dotknął sobie czoła i zaczął pogwizdywać…

***

Maks opuścił biały szalik – znak rozejmu. Przestali mu świecić w twarz latarką. Zachmurzył się, zamrugał. Oczy łzawiły.

Obszukali go, poprowadzili do ciemnej postaci. Niewysoki człowiek zrobił krok w jego stronę, wyciągnął rękę.

– Miło mi znów pana widzieć, Maksymie Aleksandrowiczu – zagadnął.

Maks poznał go najprędzej po głosie.

– Dyrektor?

– Co robić! – Dyrektor się roześmiał. – Winny. Wszystko muszę rozwiązywać sam.

Ostry ból oczu stopniowo ustępował. W otoczeniu pana Zwiozdnej Maks zobaczył kilka znajomych twarzy wychowawców i strażników. I jeszcze jeden typ – trudno go było nawet nazwać człowiekiem. Junta. Ogromny „niańka” spoglądał na Maksa z góry.

– Czym wy go karmicie? – spytał Maks.

Junta mruknął pod nosem.

– Sam jem. Różnych przygłupów, takich jak ty.

– Aha, tak mi się zdawało. I nawet wiem, od jakiego miejsca zaczynasz.

– No, no, nie należy się nawzajem obrażać. – Dyrektor był w dobrym nastroju. – Mimo wszystko nadal jesteśmy starymi przyjaciółmi, prawda?

– Nie wątpię – odpowiedział Maks.

Junta wyszczerzył się. Cuchnąca bezdenna paszcza. Maks znowu przypomniał sobie zwierzę za szklaną ścianą. Zmierzył „niańkę” wzrokiem. Co by nie mówić, wielkolud…

Za to długo będzie spadać. I mocno się uderzy.

– Do rzeczy. Lepiej, żeby się pan poddał – rzekł Dyrektor. – Jak pan uważa?

Maks ocknął się.

– Po co mi to? – Wzruszył ramionami. – Już jestem prawie na wolności.

– Na ile rozumiem, właśnie „prawie” jest tutaj kluczowym słowem. – Dyrektor uśmiechnął się. – Poważnie myśli pan, że pana tak po prostu wypuścimy? Niech się stanie światło! – Machnął ręką.

Maks obrócił głowę i zaklął.

Ledwie zdążył zakryć oczy dłonią. Kurna! I tak przypaliło mu oczy, wycisnęło łzy. W tunelu zapłonął reflektor. Fala światła przetoczyła się po tubingach, czyszcząc do białości, czyniąc człowieka bezbronnym…

Na ile się Maks orientował, „niańki” mogły mieć i karabin maszynowy. Zresztą, wystarczyłyby dwa automaty. W tunelu zbiegowie będą widoczni jak na dłoni. Uber miał rację, trzeba było uciekać na powierzchnię…

Teraz to już musztarda po obiedzie.

– W takim razie po co ta farsa z rozmowami?

Dyrektor rozciągnął cienkie wargi.

– Może pan wie coś, czego nie wiem ja. Jest pan za bardzo pewny siebie, Maksymie. To intrygujące.

Maks milczał przez chwilę. Zdaje się, że nie ma sensu dalej tego ukrywać.

– Mówi panu coś ta kurtka, Dyrektorze?

Dyrektor przez jakiś czas przyglądał się Maksowi z konsternacją. Potem zauważył na jego piersi naszywkę ze skrzydełkami. Twarz mu ledwie dostrzegalnie drgnęła.

– To tak, że ja…

– Właśnie, Dyrektorze. To kurtka lotnicza – powiedział Maks. – Jestem z Narwskiej. Zwykle nazywają mnie Lotnikiem.

– To zrozumiałe… – zaczął Dyrektor, ale Maks mu przerwał:

– Nie zrozumiał pan. Lotnik to moje imię.

Chwila ciszy. Dyrektorowi wyciągnęła się twarz…

Szybko się jednak uporał z szokiem wywołanym przez zaskoczenie.

– Czyli że pan… to sam… – Pan Zwiozdnej spojrzał na niego z zainteresowaniem. – Sławny przywódca „latawców”. Jest pan legendarną osobistością, wie pan o tym, Maksymie? Jasny szlag, tego się nie spodziewałem. Niech mi pan da minutę… muszę pomyśleć. Zresztą, już postanowiłem.

– Co mianowicie?

Teraz na twarzy Dyrektora malowało się współczucie.

– Będę pana musiał rozstrzelać, Maksymie. Bardzo mi przykro. Miło było pana poznać.

– Co?! – Takiego obrotu sprawy Maks nie przewidział. – Ale… dlaczego?

– A czemu pan pyta?

– Nie rozumiem.

Dyrektor wygiął cienkie wargi w uśmiechu.

– Jeżeli przyjmę pana z powrotem, to dostanę zaledwie kolejnego sprawiającego trudności wychowawcze. Który w dodatku wciąż będzie psuł dyscyplinę. Po co mi więc taki, wybaczy pan bezpośredniość, wrzód na dupie?

– Cóż – przyznał Maks. – Co za pech. I co zrobimy?

Wypruć by z ciebie mózg, pomyślał. Szkoda, że nie zrobiłem tego wtedy w gabinecie…

– Chociaż jest jeszcze jedna opcja. – Dyrektor uniósł palec wskazujący. – Tak, tak, to w pełni możliwe.

– Jaka opcja?

– Pomóc panu.

Maks stwierdził, że się przesłyszał.

– Niby jak?

– Tak będzie najlepiej. Zabiję pana, dostanę tylko trupa. A pomagając, nawiążę stosunki dyplomatyczne z szefem stacji.

To zmieniało całą sprawę. Nawet więcej, niż zmieniało.

– Narwa ma teraz innego szefa – przypomniał Maks.

– Tymczasowo, tylko tymczasowo. – Dyrektor pokręcił głową. – Wierzę w pana, panie Lotnik. – Podniósł wzrok, rzadkie włosy opadły mu na wydatne czoło. – Dlatego proponuję pomoc i wsparcie w imieniu Zwiozdnej. Mówię jak najbardziej poważnie. Kiedy przejmie pan władzę…

– Hm.

– Przepraszam – poprawił się Dyrektor. – Kiedy ustanowi pan na Narwskiej sprawiedliwość i demokrację, będzie pan miał jednego przyjaciela więcej. I śmiem mieć nadzieję, że ja też. Co pan powie? Dać panu czas do namysłu?

Chwila ciszy.

– To możliwe – odpowiedział Maks powoli. – Pańskie warunki?

– To jeszcze omówimy. Co do pozostałych… – Dyrektor zawahał się, przesunął sobie palcem po górnej wardze. – Czy oni… jak by to powiedzieć delikatnie… są żywi?

Maks przechylił głowę na bok.

– Co?

Dyrektora nie zbiło to z tropu.

– Rozumie pan… Tylko bez obrazy, panie Lotnik. Słyszałem, że lubi pan zabijać ludzi.

Maks zacisnął zęby. „Nie twój zasrany interes”, pomyślał w rozdrażnieniu.

Przed oczami znowu stanęli mu wzięci do niewoli kirowscy. Przystawiasz pistolet do potylicy, pociągasz za spust… Bang! Bang!

Bryzgi krwi. Powoli osuwające się ciała. Tocząca się łuska.

Bang!

Maks wyprostował się.

– Jeśli na to zasłużyli.

– Jasne, jasne. – Wokół oczu Dyrektora zebrały się zmarszczki. – Ale nie pomyślał pan, że mogliby ponieść karę… inaczej? Rozumiemy się?

Maks przestąpił z nogi na nogę. Potem zrozumiał: jasne, wzięci do niewoli kirowscy…

– Potrzebni panu robotnicy?

– Niepotrzebne mi właściwie tylko trupy. – Dyrektor uśmiechnął się. – Trupy zwykle kiepsko kopią. Dogadaliśmy się?

Maks podniósł głowę, popatrzył tam, skąd biło bezlitosne światło reflektora. A w każdej chwili mogła paść seria.

– Chyba tak – odrzekł. – Co jeszcze?

– Jeden maleńki warunek…

Maks nie odezwał się od razu. Zdaje się, że zaraz zawrze układ z diabłem.

– Słucham pana, panie Dyrektorze.

***

– Śmiech bez przyczyny, oznaka głup… dobrej trawy – powiedział Hammer. Roześmiał się płytko i przenikliwie.

Z głębi WSz odpowiedziało donośne echo. Maks pokręcił głową. Przygłup. Przebąkiwano, że Hammer jedzie na grzybach – tych ze stacji Dybienko.

– Śpicie? – Maks się obejrzał.

Profesor Lebiediew i Kostian patrzyli na niego z przestrachem. Nawet Saszik przestał gmerać palcami w brudzie.

– Na czym stanęło? – zapytał profesor.

Maks wzdrygnął się mimowolnie, choć był przygotowany na to pytanie.

– Wszystko świetnie – rzekł. – Pozwalają nam odejść.

Profesor wyraźnie się rozpromienił. Uwierzył. Maks poczuł mdłości. Ludzie wierzą, ponieważ chcą wierzyć. A jedyny człowiek, który go może rozgryźć… no właśnie!

– Gdzie Uber?

– Pańskiemu przyjacielowi zrobiło się niedobrze – wyjaśnił Lebiediew.

Choroba popromienna, uświadomił sobie Maks.

Nowy atak, aha.

– Świetnie. – Wysiłkiem woli zmusił się do uśmiechu. – Tak nawet lepiej.

Profesor zatrzepotał powiekami.

– Świe… świetnie? – Aż się lekko podniósł. – Co to znaczy?

Maks nie odpowiedział. W pierwszej chwili wydało mu się, że nie ma na miejscu pistoletu… ale był. Znakomicie. Maks wolno podniósł gawrona (pistolet okazał się ciężki jak ołowiana płyta). Odwrócił się i wycelował w Lebiediewa.

– Bardzo mi przykro, profesorze. Ręce do góry, proszę.

Profesor zamrugał.

– Maksym, żartuje pan sobie?

– Powiedziałem: ręce do góry! – Maksa ogarnęła fala wściekłości.

Wzięli profesora i Saszika z zaskoczenia. Zresztą, jaki z ich strony mógł być opór? Maks skrzywił się. Staruszek i kaleka. Niestety, z Uberem raczej nie pójdzie tak łatwo.

– Dlaczego pan to robi, Maksym? – zapytał profesor, ocierając krew z ust.

Maks wzruszył ramionami.

– Jaka różnica?

– Miałem pana za dobrego człowieka.

– Pomylił się pan – odrzekł szorstko Maks. – Nie zna się pan na ludziach. Hammer, bądź tak dobry, zajmij się nimi.

Spętali jeńców, rzucili na ziemię jak worki ze skalnym urobkiem. Maks poczuł spóźnioną złość i nienawiść – do siebie, do Dyrektora, do tego, co mu przychodzi robić. Błysk. Wziął się w garść. Trzymać się, przeklęty skurwiel, jeszcze nie wszystko stracone…

Maks odwrócił głowę. Patrzył na niego Saszik, głupek, w okrągłych bezmyślnych oczach zastygł strach. Zastygło zaskoczenie, Maks uśmiechnął się niezręcznie…

Wtem Saszik zawył. Głośno i okropnie, jak tylko on umiał. Hammer walnął głupka w tył głowy. Raz! Wycie ustało.

– Debila też oddamy? – Hammer podrapał się lufą makarowa za uchem.

– A co, obudziły się w tobie ojcowskie uczucia wobec niego?

– No… nie. Nie wiem. Żal mi go czy co.

Maks podniósł rękę. Cicho tam! Jeśli Uber usłyszał wycie Saszika i skapnął, co się dzieje, postara się uciec.

 

Albo nie?

„Za cholerę nie zna się pan na ludziach, profesorze”. A na czym się zna sam Uber?

„A na czym ja się znam?”, Maks nie wiedział.

– Posadź ich tam, w cieniu – polecił Hammerowi.

„Mortus” powiódł dłonią po gardle – niby: skończyć z nimi? Maksowi drgnął policzek. Gestem pokazał: przygłup, nawet o tym nie myśl. Zaraz potem usłyszał głuche, przytłumione „khy, khhy”. Uber.

– Wraca – zdał sobie sprawę Maks. – Hammer, Kostian, na miejsca!

Ledwo dosłyszalny odgłos kroków.

– A mówił pan, że on się zna na ludziach… – powiedział Lebiediew.

W oczach Maksa tak jakby coś mignęło. Profesor odwrócił się, nic już nie rzekł.

– Uber wraca nie dlatego, że się nie zna na ludziach – odpowiedział powoli Maks. W piersi go bolało. – Wraca dlatego, że zna się na nich aż za dobrze.

Maks upewnił się, że łatwo mu będzie sięgnąć po pistolet. Przykrył go kurtką.

– Hammer, stań za drzwiami. Kostian, przygotuj się.

Niedługo trzeba było czekać. Skrzypnęły zardzewiałe zawiasy drzwi.

Uber wkroczył ze śluzy, wyprostował się. Przy swoim wzroście i krzepkiej budowie ciała poruszał się bardzo miękko i żwawo. Mimo że porządnie wychudł na wikcie komunistów, wciąż wyglądał groźnie.

Maks ruszył ku niemu z szerokim uśmiechem.

– Bracie, jest sprawa. Zapomniałem, jaką masz grupę krwi.

Skinhead uniósł brwi i w tym momencie połapał się, że wpadł. Zdążył nawet obronić się ręką… Szybka reakcja, cholera. W następnej chwili Hammer wyszedł zza drzwi i silnym uderzeniem zwalił Ubera z nóg.

– Leżeć, skurwielu! – krzyknął.

Skierowali w skinheada lufy.

– Podnieście go – rozkazał Maks.

Odpłynął po ciosie, dźwignęli go więc na kolana.

– Ciężki, sukinkot. – Hammer podrapał się w brew lufą pistoletu. – A nie wygląda.

– Idźcie – polecił Maks. – A ich weźcie ze sobą. Niech sobie pobędą w tunelu.

– Ale, szefie… – zaczął Hammer.

– Powiedziałem: spadajcie!

Zostali jeden na jednego. Maks przystawił makarowa do wygolonej potylicy skinheada. Dużym palcem odwiódł kurek. Cyk!

– Nie ruszaj się – rozkazał Uberowi.

Zwlekał. Dawniej po prostu nacisnąłby spust… Naciskasz, pistolet robi „bang” i ciało opada do przodu. Bardzo prosto. „Czemu zwlekam?”, pomyślał Maks. „Czyżbym robił się sentymentalny?”

Nie wolno się rozczulać. Ludzie to ścierwojady, sfora psów Pawłowa, pożrą cię, jeśli zauważą, że okazałeś słabość.

Nie można być dobrym w niedobrym świecie.

Maks spojrzał na poznaczoną szramami potylicę skinheada. Wystarczy nacisnąć spust i kula, przebiwszy się przez kości czaszki, rozwinie się w ołowiany kwiat i zmiecie Uberowi pół twarzy. I nie będzie już żadnych jasnoniebieskich oczu, żadnych kpiących pomruków… tylko krew i mózg.

Koktajl: Krwawa Mary à la Tunel.

– Uber, słyszysz mnie?

– Tak, brachu – odrzekł skinhead, nie odwracając głowy.

– Zaraz strzelę.

– O – wymówił Uber bezbarwnym tonem.

– Co na to powiesz?

Uber zamyślił się.

– Niczego sobie nie odmawiaj.

„A to uparty sukinsyn!”

Maks zmrużył oczy, położył palec na spuście.

– A gdyby na poważnie? Podaj mi przyczynę, Uber. Jedną, jedyną. Dlaczego miałbym cię nie zabić?

Chwila milczenia. Maks poczuł, że spoczywający na spuście palec robi się mokry.

– Hm – mruknął Uber i odwrócił głowę. – Bardzo proste. Kiedy cię nie było, wyjąłem z pistoletu naboje.

***

Każdemu w życiu zdarzają się chwile, kiedy chce wszystko rzucić i wrzasnąć: „Chrzanić to!”.

W samą porę. „Chrzanić to”, pomyślał Maks. Metal pod palcami – kanciasty i chłodny. Plastikowa okładzina rękojeści boleśnie wpija się w dłoń.

Gawron rozładowany?

„Spokojnie”, przykazał sobie Maks. „Pomyśl. Zawsze to umiałeś”. Pistolet rzeczywiście wydaje się za lekki… ale może to blef? Nie wolno nie doceniać Ubera.

Maks płynnie cofnął się o dwa kroki. Potem rzekł:

– Gdybyś to zrobił, to chyba byś mi nie powiedział, co?

Milczenie.

– Domyślny – odparł Uber. I zaczął się odwracać…

Maks podniósł pistolet, celując w ogoloną na łyso głowę, i nacisnął spust. Metaliczny szczęk… Nic! Zupełnie nic.

A trzeba było rozwalić skinowi ten uparty łeb.

„Uber zna się na ludziach aż za dobrze”.

– Co, brachu, niewypał? – Uber stanął na nogi.

Maks, cofając się, wolną ręką odciągnął zamek… W lufie nie było naboju. Cholera!

– Czy nie to zgubiłeś?

Uber otwarł dłoń. Wysypały się z niej metalowe walce i z brzękiem rozprysnęły po betonie. Blask metalu.

A niech cię.

– Niespodzianka! – powiedział Uber i skoczył.

W następnej chwili w głowie Maksa wybuchło światło, w szczęce jakby rozerwał się granat. Lotnikiem rzuciło, pokój się przechylił. Światło jedynej latarki nagle poleciało w bok. Dobry cios. Gawron wypadł z dłoni… upadł gdzieś pod nogi…

Maks potrząsnął głową, ale ustał na nogach. W ogóle trudno go było powalić, nawet takiemu doświadczonemu zabijace jak Uber.

Uparcie pokręcił głową i przyjął pozycję. Zablokował łokciem kolejny cios, i jeszcze. Tępy ból w przedramionach. I przeszedł do kontrataku. Pracował na krótkich prostych. Raz, dwa, trzy. Raz, dwa. Bij! Uber ma długie ręce, dlatego trzeba być bliżej. Za to Maks jest zdrowy i wytrzymały. I niższy przy takiej samej wadze. Bij!

Czerwona chmura przed oczami.

Zatrzymali się, żeby złapać oddech.

– Poddaj się, Lotnik – wychrypiał Uber. – Słyszysz?

– Spadaj.

– Sam spadaj.

Zupełnie jak mali chłopcy.

– Co teraz? – zapytał głucho Maks.

– Teraz porozmawiamy.

– Nie uda się. – Maks spróbował się uśmiechnąć, szczęka bolała dziko. – Pluć by się chciało na ciebie i twoje rozmowy. Cholerny faszysta. Mózg z ciebie wybić, do ciężkiego diabła!

Maks zrobił krok do tyłu. Nadepnął na nabój, noga się powinęła, o mało nie upadł.

– Spróbuj – zaproponował Uber. – A może potrzebny ci do tego pistolet?

Równocześnie spojrzeli w tę stronę, gdzie leżał gawron.

– Co, brachu, dobre pytanie? – Uber uśmiechnął się.

Maks kiwnął głową i kopnął go w kolano. Skinhead jęknął. Nieczyste zagranie, ale skuteczne.

W następnej chwili Maks zanurkował w dół, przetoczył się po podłodze, złapał pistolet. Raz! W palcach ściskał już nabój. Odciągnął zamek – dwa! Włożył nabój do komory. Cholera, ciasno weszło… Trzy! Spuścił zamek: klak! Cztery. Teraz można strzelać. W mgnieniu oka podniósł rękę i wycelował w skinheada.

– Uber, wszystko skończone.

Ten wyszczerzył się, wstał z kolan… Pistolet patrzył mu prosto w szerokie, odsłonięte czoło. „Tak, a niech cię”, mruknął w duchu Maks.

– Uber, nie trzeba. Uber?

Jasnoniebieskie oczy skinheada płonęły.

Powoli i nieubłaganie, jak ogromny żelazny posąg, skin wstał i ruszył wprost na Maksa.

– Sukinsyn, przecież cię zastrzelę… cholerny przygłupie, stój!

Bez skutku.

– Wiesz, z kim zadarłeś? – spytał z zainteresowaniem Uber. – Ty, skurwielu, nie wiesz, z kim zadarłeś.

Maks cofnął się o krok, ale za późno.

Cholera! Uber walnął go w rękę, gruchnął strzał. Kula poszła w sufit, gwizdnęła, zniknęła w ciemności. Nad ich głowami zadźwięczała trafiona pociskiem rura przewodu wentylacyjnego. Od wystrzału wszystko wokół nich zamigotało, zadzwoniło w uszach…

– Zadarłeś ze skinami, rozumiesz?

Pistolet wyleciał. Brzdęk. Maks wyprowadził cios prawą ręką, celując w szczękę Ubera, lecz nadział się na twardy blok. Jego rękę szarpnięto do przodu, stracił równowagę…

W następnej chwili Uber zaczął go dusić. Zaraza! Maks rzucał się. W oczach mu pociemniało, migoczący świat gwałtownie się oddalił i zaczął się chylić na bok. Maks walnął Ubera po rękach. Raz, drugi – bez skutku. Nie ręce, lecz żelazne liny. Ból. Powietrza! Powietrza! Powie…

Ciemna zapaść.

Po chwili nagle pojął, że uścisk na gardle zelżał. Co za…

Powietrze.

Maks spazmatycznie odetchnął, zakaszlał. I znowu się chwycił za gardło – teraz już sam. Ból taki jak od przełykania rozżarzonego metalu. Pulsująca czerń przed oczami.

„Dlaczego mnie puścił?”, pytał w duchu Maks. Nie widział jeszcze jak trzeba.

Uberführer złapał się za głowę i wrzasnął.

Dzięki bogu-idiocie, pomyślał Maks. W samą porę.

W tym momencie przez drzwi wpadli wreszcie przebudzeni Hammer i Kostian…

***

Uber znów krzyknął – ochryple, rozdzierająco. Złapał się za głowę. Na skroniach i na gardle wystąpiły mu strasznie żyły…

Zaniósł się udręczonym kaszlem. Bydlak.

Maks wyprostował się. Oblizał sobie wargi. Przypominały nabiegłe krwią woreczki. Twarz go paliła tak, jakby z niej zdarto skórę. To ci sukinsyn, ten Uber. Cała gęba rozbita.

Kostian z Hammerem spojrzeli nerwowo po sobie.

Jeszcze by się pojawili w przyszłym roku. Tu leją ich ukochanego Lotnika, a oni się wylegują… Maks jęknął, skrzywił się. Szczęka wręcz rozpada mu się na części, aż odbija się echem w tyle głowy.

– Szefie, u ciebie w porządku? – Hammer pomógł mu wstać.

– Khh… Tak.

– A co z nim?

Z Uberem było źle. Skinhead spróbował dźwignąć się na czworaki, ale nie dał rady.

– Pistolet! – rozkazał Maks.

– A twój gdzie? – zdziwił się Hammer.

– Kurna, nie kłóć się i daj mi ten zasrany pistolet.

Hammer z wahaniem podał mu makarowa. Chłodny, solidnie ciężki. Maks przyłożył sobie broń do szczęki – i o mało nie jęknął z rozkoszy. O, tak lepiej. Zdecydowanie lepiej. Chłód metalu działał kojąco.

Maks przykucnął przed skinheadem. Pół twarzy mu zdrętwiało.

– Po co wróciłeś, Uber? Nie wiedziałeś, co będzie?

Ten z trudem skupił wzrok na Maksie. Czerwone białka, rozcięta brew.

– Do… domyślałem się.

– Więc po co?

Milczenie. Uber nagle się uśmiechnął. Na siłę.

– A gdybym się pomylił? – Jasne oczy skinheada patrzyły na Maksa. – Wiesz, jak czasami chciałoby się mylić?

Słaby blask karbidówki, głuchy łoskot tuneli…

– Wiem – odrzekł Maks.

***

– Słyszałem, że wy tam, u siebie na Narwie, kłaniacie się Stalinowi – powiedział Uber. – Słyszysz, ty krzywy nosie? Prawda to?

Hammer zamyślił się i odwrócił do skinheada.

– No… prawda. A co?

– Stalin męt – stwierdził Uber.

Hammer z rozmachem kopnął go w brzuch – skinhead zgiął się wpół. Hammer chwycił gawrona.

– Nie! – rozkazał Maks. – On cię prowokuje.

Uber się zaśmiał. Z trudem usiadł i przysunął się plecami do ściany. Odchylił głowę. Z rozciętej brwi ciekła krew i płynęła po twarzy.

– Wyglądasz jak badziewie ręcznej roboty. – Maks kucnął, zajrzał mu w twarz. – Dlaczego to robisz, Uber?

– Rewolucja.

– Co?

Uber zakaszlał, splunął krwią.

– Mówię: całemu światu potrzebna jest rewolucja. Możliwe, że to dla nas jedyne wyjście. Dla całego naszego cholernego podziemnego skurwysyńskiego raju kropka ru.

– Taa – przeciągnął Maks. – Porządnie stuknęli cię w bańkę.

Rozbite wargi skinheada wygięły się w uśmieszku.

– Właśnie tak, brachu. A Stalin to i tak męt.

Hammer ryknął.

– Nie obrażaj cudzych bogów, Uber… – doradził Maks. – Bo mogą w odpowiedzi obrazić ciebie… Wyślą jakiegoś anioła zemsty albo kogo tam mają. I czemu ty cały czas rżysz, przygłupie?!

– Przypomniałem sobie, jak mnie raz nazwali aniołem. I co było potem.

– Potem? – Maks zadarł podbródek. – A co takiego?

Uber nagle przestał się śmiać. Na Lotnika patrzyły martwe jasnoniebieskie oczy.

– Wszystkich ich zabiłem.

***

– A tak w ogóle to z ciebie mały tyran, Lotnik. Taki klasyczny, z historii starożytnej. Przecież wiem, że ten wasz Stalin na Narwskiej to najzwyczajniejszy bożek, żeby trzymać ludność w cuglach. Opium dla ludu, prawda, brachu? Powiedz szczerze. Przecież na chuj ci potrzebna jakaś rewolucja, Lotnik, nie? Po prostu gotów jesteś wziąć witkę i kosić te kłosy, które choć trochę wystają ponad inne.

– O czym ty gadasz? – spytał Maks ze zmęczeniem. Czy on się kiedyś choć na chwilę zamknie?

– Była taka opowieść, brachu. Przyjechał jeden grecki tyran w gości do drugiego, żeby się wymienić doświadczeniami. I pyta: jak mam utrzymać władzę? To znaczy, żeby mnie moi poddani nie obalili. Drugi tyran, bardziej doświadczony, zaprowadził go na pole. Milcząc, wziął witkę i zaczął nią kosić najwyższe kłosy. Te, które wyrosły nad pozostałą szarą masę. Rozumiesz analogię?

 

– Aż za dobrze. Lepiej ci?

Uber odrzucił głowę w tył i roześmiał się ochryple.

– Powiedziałem coś śmiesznego?

– Nie. Po prostu wyobraziłem sobie, jak dotykasz mi czoła, niby czy nie mam gorączki, poisz herbatą. No, powiedz, brachu. Po kiego czorta tak się ze mną certolisz? Co to, pocałunek Judasza? Trochę za długo się ciągnie, nie?

Hammer zważył w rękach gawrona, popatrzył na Maksa.

– Załatwić go, szefie?

– Hammer, wynoś się – rzekł Maks ze znużeniem w głosie. – No już, ruchy. Idź się przejść. Uber, słyszysz mnie? Jak się czujesz?

Męczący kaszel.

– Hmm… jaką chcesz wersję? Matczyną czy zwykłą?

Maks pomyślał chwilę.

– Krótką.

Skinhead uśmiechnął się.

– Chujowo, brachu.

***

Hammer przestąpił z nogi na nogę.

– Co tobie? – Maks podniósł głowę.

– Na co czekamy, szefie? Oddajmy ich szybko i spadajmy.

Uber mruknął znacząco za jego plecami. Hammer odwrócił się gwałtownie i milczał ponuro.

– Nie zrozumiałeś, co? – zakpił Uber. – On przeciąga czas. Żeby ci tam nie myśleli, że się uwija. Prawda, brachu? Ech, nosaczu, co ty wiesz o dyktatorach.

– Sam jesteś nosacz – odgryzł się Hammer. Bezwiednie chwycił się za złamany niegdyś nos. – Szefie, czemu on mówi…

– Uber ma rację. Gram na czas.

– E… – Hammer już się pogubił. – A czemu?

Maks spojrzał na niego, uśmiechnął się nieprzyjemnie.

– Nie twoja sprawa. Uwierz.

***

– Która godzina?

Tylko Hammer miał zegarek, duży, z zardzewiałą żelazną bransoletą.

– Piąta czterdzieści dwie.

– Aha – rzekł Maks – To znaczy, że jeszcze trochę pogadamy.

Uber przewrócił się na plecy.

– Jestem zaproszony na ślub, wyobrażasz sobie? Tak że wybacz, brachu, ale z powrotem do „słoneczek” nijak wrócić nie mogę. Nie teraz, bracie. Nie mam czasu, żeby się tu zatrzymywać.

– A w ogóle jak znalazłeś się na Zwiozdnej? – spytał Maks. – Jesteś przecież tutejszy.

– Uratowali mi życie. Dokładniej nie oni, a ichni diggerzy.

– Kto?

– No, ci… jak im tam? Stalkerzy. Wciąż zapominam, że u was, w dole, diggerów nazywają nie po ludzku. W skrócie. Tam, na powierzchni, jedno zwierzątko tak mnie obrobiło, właściwie przypadkowo, że myślałem: już nie pozbieram kości. Tak mnie urządziło, że nie było zabawnie. O cholera. Przypomniałem sobie. Spóźnię się przez ciebie na wesele!

Chwila ciszy. Maks potarł sobie kark. Popatrzył na związanego, zbitego Ubera. Ani jednego zdrowego miejsca.

– A kiedy to wesele?

Uber na leżąco wzruszył ramionami.

– Żeby to wiedzieć, brachu. Żeby wiedzieć… O Waśce słyszałeś coś?

Maks nie odpowiedział. Waśka… Wasilieostrowska to drugi koniec metra? Daleko.

– Hammer? – spytał.

– Nie wiem. Mówią, że pojawiło się u nich światło. Może łgarstwo.

– Światło – przeciągnął Uber, twarz mu pojaśniała. – Światło… to dobrze. A o Memowie co słychać?

– O generale? Gdzieś ty się podziewał? – Maks pokręcił głową. – To nawet ja wiem. Zabili go. Właśnie na Waśce. Jakiś zwierzak z powierzchni się przedarł, no i… w ogóle teraz w Aliansie mają innego walniętego wodza.

– Iwana? – Uber ożywił się.

– Jakoś inaczej… nie pamiętam, jak mu na imię. Ale na pewno nowy.

– Dlaczego ludzie tak chcą żyć? – rzucił Uber w przestrzeń. – Co, brachu?

– Hm – mruknął Maks. – A ty?

– Co ja?

– Ty chcesz żyć, Uber?

Skinhead uśmiechnął się ironicznie.

– Ja wierzę w bushido.

– Co za cholerstwo? – Słowo brzmiało znajomo. Zdaje się, że już je gdzieś słyszał. Tylko gdzie?

– Kodeks kretyńskiego samuraja. Co dzień bądź gotowy na śmierć. Jakbyś już umarł, a twój okaleczony trup został zakopany. W skrócie. Niech strach przed śmiercią nie wpływa na twoje decyzje. I takie tam. Jesteś lotnikiem, powinieneś to znać.

Maks uniósł brwi.

– Jakim, do chuja, lotnikiem. Uber, co ty? Uczyłem się w Wyborgu, w szkole obsługi śmigłowców. Specjalność: mechanik-remontowiec. Żaden ze mnie, do chuja, pilot, uwierzysz? A to… – wskazał na mundur – dobra rzecz. Mam jeszcze niebieski. Ze złotem i pagonami. Prawdziwy komplet pilota pierwszej klasy. Bardzo dobrze robi na image.

– Rozumiem, brachu, rozumiem… A dobrze leży, co?

Maks podniósł się z klęczek, otrzepał nogawki. Dobrze, lotniczą kurtkę trudno zedrzeć, a w ostatniej bijatyce pewnie by ją podarli. Światło karbidówki wydało się żałobnym blaskiem.

– Która teraz godzina? – zapytał Hammera.

– Szósta trzydzieści, szefie.

Maks skinął głową.

– Dość, wystarczy odpoczynku. Wyprowadzamy ich.

***

Światła latarek oświetliły tor z zardzewiałymi szynami. Drezyna stała, jak ją zostawili – niczym świadek przestępstwa. Ciekawe, gdzie są prawdziwi grabarze?

Saszik się znarowił. Maksowi było to znane, zwyczajne kaprysy, profesor poradziłby sobie bez trudu. Poranne procedury.

„Proszę, potrzymajcie Saszika”.

– Ty, zaraza. – Hammer potarł sobie dłoń. – Cholerny debil!

Saszik wczepił mu się w rękę.

– Ugryzł mnie! – oburzał się Hammer. – Aj, zaraza… palce… aaa! – Zamachnął się i wymierzył Saszikowi policzek. Prask! Płowowłosa głowa odskoczyła w bok. Saszik zawył.

– Hammer, niech pan przestanie! – To profesor.

Saszik niezgrabnie wywinął się z rąk Hammera i pobiegł. Nieoczekiwanie sprawnie. Lekko. Swobodnie. Biegł w głąb tunelu z rękami związanymi z tyłu…

Hammer rzucił się za nim, potknął się. Przeklinając, zerwał się na nogi i wyjął pistolet.

– Nie strzelaj! – krzyknął Maks, ale się spóźnił. BACH.

Strzał. Ciemność rozerwana skondensowanym blaskiem.

W pierwszej chwili wydawało się, że Hammer chybił. Saszik biegł dalej. Swobodnie, pięknie. Zaraz zniknie w ciemności, szukaj go potem. I wtem jego kurs zaczął schodzić z prostej… coraz bardziej i bardziej… jeszcze biegnie, chwieje się… przechyla, potyka… „Co teraz będzie?”, pomyślał Maks.

Saszik upadł.

I tak został. Cisza. Maks zwrócił się do Hammera:

– I czemu?

Tamten wyglądał na zmieszanego. Potarł sobie kark.

– Myślałem, że nie trafię.

Naraz profesor osunął się na ziemię, jakby mu nagle wyjęto wszystkie kości. Okulary trzymały się na nosie krzywo.

– Ja… – zająknął się. – Ja… jak to tak? Mój chłopiec. Gdzie sprawiedliwość?! Gdzie? Gdzie? Gdzie, pytam?!! – zakrzyczał straszliwie Lebiediew i rozpłakał się.

***

– Ej, krzywy! – Uber wstał. – Czemu zabiłeś Forresta Gumpa?

– Czego?

Cios głową w twarz – chrup. Hammer, ogłuszony, padł na kolana, krew mu chlusnęła z nosa. Z nieogolonego podbródka skapywała na beton. Kap, kap, kap. Hammer potrząsnął głową, krople rozleciały się na wszystkie strony. Niewidzące oczy.

Prawie nokaut.

Zdaje się, że Hammerowi znów złamano nos.

– Uber! – zawołał Maks.

Uber zadarł głowę. Ręce związane za plecami. Skinhead wyszczerzył się nieśpiesznie, ruszył w stronę Maksa.

Przystojniak, kurna. Podobny do ogromnego kota.

Zaraz rozstrzygniemy, kto tu jest drapieżnikiem… Maks skoczył do przodu – szybki, silny, zwinny. Ciało działało posłusznie, chodziło jak zegarek. Lewą pięścią w splot słoneczny. Prawą – sierpowym w żebra. Przy trzecim ciosie Uber padł.

Jeszcze poprawić… nogą!

Uberem aż rzuciło, zajęczał, przetoczył się po podłodze. Wypluł krew, ocalałe zęby były całe w czerwieni. Skinhead napiął się w sobie jak sprężyna, przyciągnął nogi do piersi. Z wysiłkiem zaczął się podnosić…

– Wstawaj, żołnierzu! – rozkazał sam sobie ochryple. – Raz, dwa. Idziemy przez Afrykę… Raz, dwa…

– Więcej nie trzeba… – ostrzegł Maks. – Uber, starczy… Co to ma być!

– Wiesz, z kim zadarłeś?! Ty sukinsynu, ze skinami… Raz, dwa…

Przyłożył mu tak, że noga zdrętwiała, mimo ciężkiego buta. Bum. Coś chrupnęło. Możliwe, że złamał skinowi kilka żeber. Ciało Ubera bezwładnie rozpłaszczyło się na betonowej podłodze.

Pauza. Maks pomyślał, że teraz skinhead pewnie się uspokoi.

Każdego innego na pewno by uspokoiło…

Ale nie tego łysego błazna.

Cisza.

– To tylko ból – stwierdził ochrypłym głosem Uber. Zaczął wstawać. Biała twarz. W następnej chwili Hammer, już przytomny, kopnął go butem w bok. Walnął jeszcze raz. Otumanienie.

Hammer kopał wściekle leżącego.

– Wys… starczy – wychrypiał Maks. – Zostaw go. Słyszysz?! Starczy!

Wszedł Kostian. Niewzruszenie przyglądał się tej jatce.

– Szefie, tam znowu ten… w białym fartuchu. Pyta o ciebie.

Maks skinął głową.

Szalik. Owinął sobie szalikiem szyję, by ukryć ślady palców. Głowa bolała wprost potwornie.

Cóż. Przyszedł czas rozmówić się z Dyrektorem.

***

– Cześć, Junta. – Głos jak z beczki. Ochrypły i skrzypiący.

– Co z pańskim głosem? – Dyrektor przyglądał się z ciekawością.

– Co za różnica? Do rzeczy, Dyrektorze. – Maks obrócił się całym ciałem. Starał się nie poruszać szyją, bolało. – Hammer, dawaj!

Inne książki tego autora