Piter. WojnaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maks skinął głową. Woń spalenizny stała się silniejsza, dym drapał w gardle.

W oddali krzyczeli ludzie, przykrym dla ucha głosem wyła syrena pożarowa.

– Bracia! – zawołał Uberführer. Wskoczył na przewróconą beczkę, uniósł ręce. – Bliska jest ostatnia godzina! U progu stoi rewolucja! Albo, jak rzekł wielki Ernesto Che Guevara…

Taak. Skinhead w swoim żywiole. Maks pobiegł szukać profesora z Saszikiem. Lebiediewa trzeba stąd zabrać, bez Ubera i Maksa długo tu nie pociągnie…

W ogóle pora dać nogę.

***

Zwartą grupą wyrwali się z tłumu.

Uber niósł na ramieniu łom, profesor i Saszik – łopaty. Maks w białym kitlu wychowawcy szedł na czele z nadętą, oficjalną miną, zupełnie jak dyrektor cmentarza. Obrazu dopełniał utrzymany w dobrym stanie ratunkowy aparat oddechowy. Żaden ze strażników nie posądził ich, że są zbiegami.

Przeszli obok służbowego peronu. Obok rampy.

Na przeciwległym końcu stała na torach drezyna mortusów. Na przyczepie leżały dwa zawinięte w brezent ciała. Maks ocenił: zwyczajnie, wejdziemy, jeszcze miejsce zostanie. A oto i zapasowe płaszcze grabarzy. Świetnie!

Uberführer wskazał ruchem głowy – patrz. Oczy mu płonęły.

– Tak – rzekł Maks. „Najwyższy czas być martwym. Zabijali mnie już, zabijali…”

– Zdaje się – powiedział Uber – że myślimy o tym samym.

Maks skinął głową. Jeśli wezmą drezynę mortusów…

– O babach – dokończył skinhead, drapiąc się w czoło. – Ostatnio głównie o nich myślę… No co, bierzemy sprzęt?

***

Mortusy, grabarze z metra, mieszkali na dwóch stacjach: Bukareszteńskiej i Mieżdunarodnej, na samym końcu fioletowej linii. Tylko oni mieli dostęp do wszystkich zamieszkanych stacji – z wyjątkiem tych należących do Imperium Wegan.

– Szybciej! – popędzał Maks.

Razem z Uberem założyli Saszikowi i profesorowi maski przeciwgazowe, owinęli ich w brezent i położyli obok prawdziwych nieboszczyków. Teraz mieli się przebrać sami… Maks zapiął płaszcz, odwrócił głowę.

I wtedy zobaczył.

– Uber – rzekł cicho.

– No, nie denerwuj się, zaraz pojedziemy… – Skinhead wkładał płaszcz. – Kurna, co wy tacy nieduzi…

– Uber!

Skinhead obrócił się gwałtownie i uśmiech mu zamarł na ustach. Milczenie. Przed nimi stali grabarze. Twarze, widoczne zza aparatów oddechowych, wyglądały na nieporuszone.

– Ups – powiedział Uber. W zakłopotaniu podrapał się po potylicy. – Jak to niefajnie wyszło. Chłopaki, bez urazy. Taka sprawa…

Mortus zrobił krok w przód. Maks zaklął w duchu.

W ręce grabarza błysnął pistolet. Stary wysłużony makarow.

Drugi mortus odsunął połę płaszcza i podniósł do ramienia skróconego kałacha.

– Ręce – rozkazał mortus z pistoletem.

Maks skrzywił się. Sytuacja zrobiła się… hmm, skomplikowana.

Napaść na grabarzy, cholera. Na cywilizowanych stacjach za coś takiego czeka cię egzekucja bez gadania. I trup ma wisieć w tunelu, dopóki nie zgnije – dopiero wtedy go zdejmują i oddają mortusom do pogrzebania.

– Chłopaki, nigdy was nie widziałem z giwerami. – Uber poczuł się pewniej, jakby broń w rękach grabarzy odjęła sytuacji wszelką niezręczność. – Co, umrzyki w dzisiejszych czasach zrobiły się ruchliwe? Rozumiem, rozumiem. Noc żywych trupów, czyli nie wychodź z domu bez nagana. A przy okazji, jak będziecie u siebie, przekażcie pozdrowienia Chomikowi!

Grabarze spojrzeli po sobie. „Jakiemu znów Chomikowi?”, mówiły ich oczy.

No i tyle, pomyślał Maks. Pojechaliśmy. Mocno zacisnął rękę na gumowanym metalowym korpusie. Latarka jest długa i ciężka, można się nią posłużyć jak pałką. Nic już im teraz nie pozostaje… trzeba zaryzykować. Dłoń mu zwilgotniała.

– To wy podpaliliście? – spytał Uber.

Maks nie pojmował, do czego on zmierza. Podpalili? Po co?

Grabarze spojrzeli po sobie.

– Aha – odparł ten z kałachem. – Skąd wiesz?

Wyższy z mortusów uniósł makarowa, kierując lufę w sufit. Ściągnął z twarzy maskę. A niech mnie – pomyślał Maks. – To przecież…

– Cześć, szefie! – powiedział mortus. Ukazała się jego poważna fizjonomia z krzywym nosem i brodawkami na policzku. I wyjątkowo szkaradny uśmiech. – Nie poznajesz czy co?

Długa chwila… Maks zaklął z ulgą.

– Hammer! Drań z ciebie, co? No, nabraliście mnie, chłopcy.

Uber chrząknął.

Maks dźgnął ręką najpierw fałszywych grabarzy, a potem skinheada.

– Uber, to swoi. Swoi, Uber.

Skinhead odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się.

***

Dym snuł się niebieskawymi kłębami pod sufitem. Drezyna monotonnie stukała. Widoczność spadła. Paliło się w sąsiednim tunelu, ale i tu dymu nie brakowało.

W gardle zaczynało drapać.

– Maski – przypomniał Uber. – Powinny być w skrzynce pod siedzeniem. Ruchy, chłopaki! No, już!

Na szczęście okazało się, że oprócz aparatów oddechowych grabarze mieli też izolacyjne maski przeciwgazowe. Ledwie zdążyli je założyć, drezyna wjechała w wyjątkowo gęsty dym. Za cholerę nie było nic widać.

Hammer siedział przy dźwigniach sterowniczych. Drugi „mortus”, nazywany Kostianem, milczący krzepki chłopak, zajmował się silnikiem. Uber pogwizdywał. W całości – świetna kompania grabarzy. Maks przekręcił w rękach latarkę Skobli, przesunął pstryczek. Klik.

Snop światła wydawał się wśród dymu gruby jak podziemny robak. I żywy. Maks o ogromnym robalu tylko słyszał, ale mówią, że w metrze jest ich pełno.

– Dobra latarka, szefie – ocenił Hammer.

– Tak.

– Skąd wzięliście drezynę? – zainteresował się Uber.

Hammer wymijająco wzruszył ramionami. Kostian uśmiechnął się, ale nic nie powiedział. Jasne. Maks nawet nie chciał drążyć.

Drezyna dojechała do dwusetnego znaku. Płonęła tu latarnia, z grubych przewodów zwisały wiechcie ciemnobrązowej trawy. Maks pomyślał, że lepiej jej nie dotykać.

Dymu już nie było, mogli zdjąć maski.

Mijali punkt kontrolny. Strażnik na widok drezyny lekko podniósł się z krzesła i leniwie machnął ręką. Uśmiechnął się z jakiegoś powodu.

Jego twarz przypominała twarz tamtego typa, który szturchnął Maksa dziś rano.

Cholera.

Maks rozpoznał znajome swędzenie. W piersi bolało, jakby tam w środku była stalowa sprężyna. I coś ściskało ją, ściskało przez cały ten czas, póki był na Zwiozdnej, a teraz trzeba w porę tę sprężynę zwolnić, zanim rozerwie Maksa na amen.

Przyłożył dłoń do piersi i poczuł chłód metalu. Swędzenie przybrało na sile.

Trzeba było zabrać Hammerowi broń, pomyślał Maks.

Podnieść pistolet i opróżnić go prosto w tę uśmiechniętą gębę. Dwa naboje. Zupełnie wystarczy, żeby się poczuć lepiej…

Żeby ta pustka w środku nie była taka… pusta.

– Brachu – odezwał się cicho Uber.

– Tak, tak. – Maks zreflektował się i pomachał strażnikowi ręką. Niby że wszystko w porządku.

Strażnik spoglądał na niego z powątpiewaniem. Potem jeszcze chwilę stał, patrząc na drezynę, kiwnął głową i odwrócił się do nich plecami.

Wjechali w nieoświetlony tunel.

***

Maks się zawahał. „Nie rób tego”, powiedział sam sobie. Ale w już następnej chwili zeskoczył – ziemia uderzyła w pięty, chrzęst kamieni. Z trudem utrzymał równowagę, wyprostował się. Czas, czas. Szybkim krokiem ruszył w stronę punktu kontrolnego, po drodze chwycił latarkę jak pałkę.

– Szefie, a ty co? – poniewczasie zapytał Hammer.

Maks nie odwrócił się, szedł dalej.

Strażników było dwóch. Jeden, którego Maks dotąd nie widział, czytał stary magazyn pornograficzny. Na odgłos kroków podniósł głowę…

Maks zrobił krok i uderzył go latarką od dołu, w szczękę. Bum. Wartownik runął razem z krzesłem w tył, czasopismo spadło mu na twarz. Maks ujrzał na okładce dziewczynę z ogromnymi piersiami. Drugi strażnik odwrócił się, słysząc hałas. Źrenice mu się rozszerzyły.

– Nie jestem dla ciebie byle kim, rozumiesz, bydlaku? – wyrzucił z siebie Maks.

Strażnik pobladł, zrobił unik, sięgnął do kabury… Pomału. Za wolno. Jak można być taką dupą wołową? Maks uderzył na odlew – chrup. Bryzgi krwi. Strażnika obróciło. Maks chwycił latarkę oburącz jak topór i spuścił ją na potylicę przeciwnika. A masz!

Wartownik osunął się wolno jak we śnie.

Maks pochylił się nad ciałem. Tamten jeszcze dychał. Co za bydlak! Maks zamachnął się…

Walnął. Jeszcze. I jeszcze raz.

Bryzgi.

– Dość! – Ktoś złapał Maksa za ramię.

Odwrócił głowę, gotowy rozbić łeb kolejnemu przygłupowi… Ten co znowu taki wyrywny?! Chwycono Maksa za nadgarstki. Zaryczał z wściekłości, zerwał się na równe nogi… Przed nim stał Uber. Patrzyli na siebie długą chwilę.

– Idziemy – odezwał się cicho skinhead. – Nie ma czasu.

Maks obejrzał się. Strażnik leżał w kałuży krwi i jęczał. Teraz już wcale nie przypominał tamtego z umywalni.

– Trzeba wiać – powtórzył Uber.

Maks spojrzał na niego bez słowa, potem przeniósł wzrok na swoją rękę z latarką. Z długiego czarnego korpusu kapała krew. Szkło rozbite, żaróweczka mruga. Maks rozwarł palce – latarka upadła na ziemię, potoczyła się. Jej światło, nierówne, filujące, wsiąkło w czarną nogawkę wartownika. W gasnącym świetle było widać, jak spod ciała wycieka ciemna ciecz.

Razem z Uberem dobiegli do drezyny, wskoczyli.

– No, nareszcie! – Hammer szarpnął dźwignię.

Z narastającym wyciem silnika i wizgiem metalu drezyna pomknęła, oddalając się od Zwiozdnej. Spod kół posypały się niebieskie iskry. Maks zamrugał. Ogniki i tak nadal migały, gdziekolwiek spojrzał.

Zamknął oczy. Palce mu drżały.

 

Powidoki iskier migały nawet pod zaciśniętymi powiekami.

– Dalej mogą się włóczyć bezbożnicy – wyjaśnił Hammer nie wiedzieć czemu.

– Wiem – odrzekł Maks.

Jak miałby nie wiedzieć. Banda grabieżców i handlarzy niewolników, którzy sami siebie nazywają bezbożnikami – to właśnie przez nich znalazł się na Zwiozdnej. A przecież mógł trafić do Wegan. Faktycznie: prawdziwe szczęście.

I najwyraźniej modlitwa w porę skierowana do boga-idioty.

– Szybciej! – polecił Maks, otwarł oczy. – A te… żywe trupy… – Ruchem głowy wskazał brezentowe zawiniątka. – Można oswobodzić. Teraz już i tak bez różnicy.

Pewnie, po tym, jak ich zdemaskował. Teraz trzeba będzie porzucić drezynę.

Kostian przeskoczył na przyczepę, przyklęknął, wyjął nóż. Przymierzył, gdzie ciąć.

– Tylko nie pomyl pakunków – powiedział cicho Uber.

Kostian wystraszył się i cofnął rękę, Hammer parsknął śmiechem.

Skinhead o nic nie pytał. Kiedy podawał manierkę z wodą, Maks zauważył, że palce obejmujące pogięty metal nie mają paznokci. Wcale. Tylko same odrażające różowe kikuty.

– „Ona tęskni tam za barem…” – zaśpiewał Uber. Przymknął oczy, odchylił się na siedzeniu. – „W fartuchu, z serwetką…”

Maks przyłożył sobie manierkę do ust, przełknął łyk. Drezyna stukała. Przy okropnym zgrzycie metalu i cichym bluesie wjechali w lepką, głuchą czerń.

– „Jak cukiereczek… czegoś tu zapomniała, dziecino…”* Nie wiedzieć czemu mój głos za cholerę nie pasuje do bluesa – powiedział cicho Uber.

– Spoko. – Hammer podrapał się w ucho, splunął. – Wyj dalej.

***

Snopy światła latarek wydobywały z ciemności tubingi zarosłe burą masą podobną do gąbki. Miejscami było jej tyle, że odnosiło się wrażenie, jakby sufit oddychał.

– Nie lubię tuneli. – Hammer się wzdrygnął. – Mrowią mnie od nich plecy i to… cały czas chce się sikać.

– No, to idź i się odlej – doradził drwiąco Uber.

– Nie mogę… Kiedy się denerwuję, nie udaje mi się.

W ciągu pół godziny dotarli na miejsce. Krrrk. Drezyna zatrzymała się ze zgrzytem.

Hammer zeskoczył na ziemię i rzucił się w ciemność. Po dłuższej chwili rozległ się tam dziarski szmer tryskającej cieczy, a po jakimś czasie – całkiem długim czasie – westchnienie zadowolenia.

– Odlot – rzekł Hammer po powrocie.

– Cieszę się razem z tobą – mruknął Uber. – A czemu stoimy?

– No bo… przyjechaliśmy.

– Dokąd?

Kostian bez słowa podniósł latarkę i oświetlił zardzewiałe metalowe drzwi z napisem: „WSz-300. Służbowe. WSTĘP WZBRONIONY”.

Szyb wentylacyjny numer trzysta. Okrągła liczba.

Wewnątrz królował mrok. Hammer przyniósł z drezyny i zapalił karbidówkę – pomieszczenie zalał chybotliwy żółty blask. Wnętrze wyglądało na opuszczone. Ktoś kiedyś zdążył je ograbić: odrapane ściany, otwarte skrzynki narzędziowe. Ruina. Rury pokryte grubą warstwą rdzy i narosłym brudem. Zakurzone cyferblaty z potłuczonymi szkłami. W kącie porzucone maski przeciwgazowe z trąbami, podobne do cmentarzyska dżdżownic, którym z jakiegoś powodu popodrzynano gardła.

Ogólnie po Katastrofie takie pomieszczenia wszystkie były na jedno kopyto. Dobrze, że przynajmniej szczurów nie ma. A może są?

Hammer pod zwałami gratów odszukał schowek, zaczął z niego wyciągać pakunki. Odzież, sprzęt, wszystko po kolei. Latarki, zapałki, sznurki. Noże. Zapasowe maski przeciwgazowe.

Uber obejrzał maskę, przechylił głowę, próbując przeczytać w tym świetle oznaczenie na zakrętce filtra. Chrząknął. Nie wiedzieć czemu wziął filtr i potrząsnął nim – brakowało wkładu. Uśmiechnął się ironicznie.

– Idziemy na wierzch? – spytał. – Tak byłoby lepiej.

Maks pokręcił głową. Pchać się na powierzchnię? Dzięki, od tego są pomyleni stalkerzy. Świry.

– I co teraz? – Uber podrapał się w czoło, ziewnął. – A właśnie! Zżarłoby się coś… Aż chce się wrócić na kolację.

– Hammer – powiedział Maks.

Fałszywy mortus kiwnął głową.

– Aluzja dotarła, szefie. Zaraz skombinujemy.

Na widok grubych puszek przedwojennej tuszonki, białoruskiej, sądząc po naklejkach, zbiegowie się ożywili. Maks zgłodniał, w brzuchu mu zaburczało. Piękno i uczta. Hammer wbił nóż w wieczko, nacisnął – w powietrzu rozeszło się niesamowite mięsne tchnienie.

Kostian wydał wszystkim aluminiowe łyżki. Przez jakiś czas w pomieszczeniu WSz rozlegały się tylko odgłosy jedzenia i skrobanie łyżek o puszkę.

– Opowiadajcie, co nowego – poprosił Maks, manipulując łyżką. – Zupełnie zdziczałem. Co nowego w świecie?

Kostian z Hammerem spojrzeli po sobie.

– Nie słyszałeś, szefie? – Hamer podrapał się w ucho. – Rozgonili tutaj niedawno sektę ludożerców.

– Kogo?

– Ludożerców. Krótko mówiąc, wyprowadzali ludzi z metra i tam ich zjadali.

Maks wyłowił z konserwy kawałek mięsa, włożył sobie do ust i połknął, prawie nie gryząc. Aż ręce się trzęsą, tak chce się normalnego jedzenia…

– Czemu? – Maks oblizał łyżkę. Pyszne, pyszne, pyszne.

– Co czemu?

– Czemu wyprowadzali? W samym metrze nie dało się ich zjeść?

Hammer zamyślił się. Wzruszył ramionami.

– Widocznie na świeżym powietrzu ludzkie mięso smaczniejsze. Nie wiem, szefie. I nie w tym rzecz. Ogólnie, zjadali sobie ludzi, nikomu nie wadzili, ale jeden surowy człowiek, prawdziwy „czelabiniec”, orzekł, że nie godzi się żreć ludzi. Człek z zasadami. No, i rozprawił się z nimi. Nazywają go Taranem, może słyszałeś, szefie?

– Słyszałem – przytaknął Maks. – Mówią, że z niego twardziel.

– A jednocześnie ten bohater ściągnął na nas kupę nowych zasranych problemów.

Hammer przekazał im bajki o tym, że niby platforma wiertnicza dryfowała po morzu, a teraz przybiła do brzegu i nawiązała łączność z metrem. I ludziska wylecieli do niej z podziemia. I że tam, na powierzchni, podobno jest jeszcze cała wyspa.

Interesująca bzdura.

– Teraz trzeba pomyśleć, co zrobić z tamtymi na platformie… ludziska do nich pociągną, wszyscy chcą żyć w cieple i sytości. Od nas też paru zwiało. Po prostu uciekają. Budzisz się, a ktoś znowu zniknął. Wiesz, co pomyślałem, szefie? Niedługo wszyscy będziemy żyć na wierzchu. Wszyscy.

– No, no – skwitował Maks. – Zobaczymy.

Nowe perspektywy. Platforma z technologią, wyjście na powierzchnię… Tak, trzeba to przemyśleć.

Po porządnym, sycącym posiłku chciało się spać.

– Za dwadzieścia minut wyruszamy – rozkazał Maks. – Kto chce odpocząć – ziewnął głośno – niech ooodpoczywa.

***

Gdy pozostali zajęli się swoimi sprawami, Maks przysiadł koło Hammera. Cicho zagadnął:

– Kto tam teraz rządzi? Na Narwie?

Hammer zwlekał z odpowiedzią.

– Zadałem pytanie. – Maks zmrużył oczy. – No?

– Zweig.

Maks nie wytrzymał, strzelił palcami. W końcu ręce są lustrem człowieka – popatrz na ręce, zawsze zobaczysz, kiedy człowiek kłamie. Na Maksa ze zdziwieniem spojrzeli Lebiediew i Kostian, nawet Saszik podniósł głowę.

Pomachał im ręką – nic, nic, po prostu się zamyśliłem.

– Trzeba się było z nim rozprawić – rzekł powoli. Hammer otworzył usta. – No nic, jeszcze się spotkamy.

Szczęka Hammera wróciła na miejsce, stuknęły zęby. Maks poklepał go po ramieniu – wszystko w porządku. Za to teraz wiadomo, komu ta napaść była na rękę. Biedny Księgowy, znalazł się na linii ognia…

Spać.

Maks na krótką chwilę zamknął oczy, a zaraz potem ktoś potrząsnął jego ramieniem.

– Szefie, obudź się. – Nad nim pochylał się Hammer. – Drzemiesz już pół godziny.

Maks przeciągnął się z bólem, ziewnął.

– A gdzie Uber?

– Twój faszysta, co nie? – Hammer wskazał głową drzwi śluzy. – Tam jest. Gadał, że chce sprawdzić hermę.

– Hermę?

Innymi słowy, Uber chce sprawdzić, czy można się wydostać na wierzch przez przewód szybu wentylacyjnego. Maks pokręcił głową. Ten to nie usiedzi na miejscu.

Skrzypnęły drzwi. Mignął snop światła latarki, ostry, oślepiający. Uber wrócił.

– Do kitu. Drabinka zgniła, wisi na słowo honoru. Ale można spróbować. Tu nie jest tak wysoko: trzydzieści metrów, może nieco więcej. W skrócie: jeżeli odpadniesz, naleśnik będzie nieduży. Nie rozpryśnie się bardzo.

Hammer parsknął śmiechem.

– Czyli pójdziemy tak, jak planowaliśmy. – Maks wyprostował się. – Przynieśliście broń?

„Mortusy” popatrzyły po sobie.

– Obrażasz nas – powiedział Hammer i nagle się zmieszał. – Szefie!

– Co?

– Taka sprawa… no, rozumiesz… niedawno miałeś coś w rodzaju urodzin…

Aha. Akurat wtedy, kiedy siedział w karcerze. Solenizant wspaniale spędził ten dzień w samotności. Maks przyjrzał się obu „mortusom”, westchnął.

– No dobra już, wyduście to z siebie.

– Mamy dla ciebie prezent, szefie – odezwał się Kostian.

– Aha – przytaknął Hammer. – Przekonasz się, że mamy! Kostian, dawaj.

Ten kiwnął głową. Wyjął ze schowka jeszcze jedno zawiniątko, rozpakował i wyciągnął kurtkę. Z przetartej brązowej skóry, z mankietami. Z naszywką w kształcie skrzydełek na piersi.

Oż w mordę, pomyślał Maks.

Lotnicza kurtka okryła ramiona znajomo i ciepło. Jak stary, godny zaufania przyjaciel. Przyjaciel, który nigdy nie zdradzi. Maks powoli zasunął zamek, wyprostował się…

Wspaniale.

– Dobrze wyglądasz, szefie.

– Broń?

Kostian wręczył mu pistolet Gawron kalibru dziewięć milimetrów z magazynkiem na siedemnaście naboi. Dobra rzecz, choć ciężkawa.

Maks odciągnął zamek, upewnił się, że nabój znajduje się w lufie. Zabezpieczył broń i wsadził ją sobie z tyłu za pasek. Teraz wszystko jest jak ta lala.

Chłopcy stali i uśmiechali się, dranie.

– I jak, szefie?

– W sam raz. – Maks skinął głową. – Dzięki, chłopaki.

– No, niczego sobie. – Głos skinheada. Uber podszedł do Maksa, wyższy od niego prawie o głowę. Maks czekał na ciąg dalszy.

Uber przyglądał mu się przez jakiś czas, jakby go pierwszy raz zobaczył.

– To znaczy, że jesteś zajebistym twardzielem? – zainteresował się w końcu skinhead. – Wyobrażałem sobie ciebie inaczej.

Maks uniósł brwi. Co?

– Jesteś Lotnik? – zapytał go wprost Uber.

Maks zawahał się. Wyjął z wewnętrznej kieszeni blaszane pudełko, otworzył, wyłuskał skręta. Włożył do ust. Teraz zapalniczka. Pstryk! Pszsz. Wciągnął ciepły dym. Dobrze. Wypuścił dym, wyciągnął papierośnicę do skinheada, częstuj się.

Ten wciąż patrzył na Maksa, nie mrugając. Jasne oczy.

– Tak, jestem Lotnik – odparł Maks niegłośno. Od pierwszego zaciągnięcia po długim nikotynowym poście zakręciło mu się w głowie. Prawdziwy tytoń z domowej uprawy. Mocny jak bomba atomowa. Odlot. Takie wrażenie, że w środku głowy powoli rozwijają się dwa malutkie grzybki jądrowe. – A co?

– Wiesz, brachu. Podoba mi się twoja kurtka. – Uber pokręcił głową. – Ze sto lat już nie chodziłem we flejersie, ale ta jest świetna.

– Kurtka? Co ci z tą kurtką?

– Po prostu mi się podoba. – Skinhead podniósł wzrok, zalewając Maksa chłodnym, jasnoniebieskim światłem. – Ale ty w niej: nie bardzo. Coś się w tobie zmieniło, brachu. Za cholerę nie rozumiem, co właściwie… ale wyraźnie nie na lepsze.

W powietrzu zawisło napięcie.

– Wlać mu, szefie? – spytał Hammer.

Uber spojrzał na niego z zainteresowaniem, na pistolet w jego dłoni, i chrząknął cicho. W oczach skinheada zapłonął niedobry ognik.

– Zrobisz sobie krzywdę – odparł Maks. – A w ogóle wszyscy tu jesteśmy przyjaciółmi. Jasno się wyrażam? Hammer?

Hammer niechętnie przytaknął.

– Uber?

Skinhead uśmiechnął się drwiąco.

– Czemu nie, brachu?

– No właśnie. – Maks się wyprostował. – Pora się stąd zbierać.

***

Drezynę trzeba było zostawić. Każdy patrol rozpozna w niej pojazd mortusów, a to równałoby się wyrokowi śmierci.

Poszli pieszo.

Snopy światła latarek kołysały się, wydobywały z czerni a to fragment szyny, a to zardzewiałe uchwyty na kable, a to oberwane, porosłe mchem przewody. Chwilami Maksowi zdawało się, że coś widzi. Coś tam przelatuje w głębi tunelu. Ale okazywało się to złudzeniem optycznym. Odgłosy kroków sprawiały wrażenie wyjątkowo donośnych…

Chrobot kamieni pod podeszwami.

Pochrząkiwanie profesora Lebiediewa. Skupione sapanie Saszika. Świszczący oddech Hammera.

 

Ciekawe, że tylko Ubera Maks nie słyszał. Wcale. Skinhead poruszał się zupełnie bezszelestnie. Choć był wśród nich i najwyższy, i najmniej zdrowy…

Maks poczuł dotknięcie na karku. Wzdrygnął się.

– Tam coś jest – rzucił cicho Uber.

– Gdzie?

– Przed nami. Jakieś cholerstwo, brachu.

Nawet jeśli było tam jakieś cholerstwo, Maks go nie widział ani nie słyszał.

– Widzisz?

– Niezupełnie… czuję.

Maks o mało nie zaklął. Czuje! Zresztą, strzeżonego Pan Bóg strzeże… nawet jeżeli to bóg-idiota.

– Hammer, sprawdź.

– Hej, tam! – Hammer zrobił krok w przód, podniósł broń. – Czego chcesz?

Cisza. Ciemność milczała.

Maks machnął ręką – można iść dalej… i wtedy się stało.

Wybuch! Echo wystrzału. Kula gwizdnęła im nad głowami, poleciała tunelem gdzieś w dal. Iskry.

Na wpół oślepieni, zbiegowie rzucili się na ziemię, wcisnęli się między szynami, próbując się jak najbardziej skurczyć. Hammer strzelił w odpowiedzi – na oślep. Zadzwoniło w uszach.

– Wyłączyć latarki! – rozkazał Maks szeptem. – Wy…

Jedna latarka zgasła. Druga jeszcze świeciła, kula trzasnęła obok niej, posypały się odłamki. Maks wzdrygnął się bezwiednie, podrapały mu policzek. Wystrzał. Jeszcze jedna kula przeleciała obok, z wizgiem pomknęła dalej. Latarka leżała pół metra od Maksa, ale żeby wyciągnąć rękę i wyłączyć… nie, lepiej nie tym razem.

Poczołgał się w tył.

– Otoczyli nas! – wyszeptał mu Hammer do ucha. – Skurwiele! Skurwiele! Nie dam się wziąć żywcem!

Maks skrzywił się, wzruszył ramieniem.

– Przestań histeryzować, Hammer. Gdyby nas chcieli zastrzelić, już by to zrobili.

Hammer zamilkł.

– To czego chcą? – zapytał z niechęcią.

Maks nawet nie wiedział, co odrzec. No właśnie, czego chcą? Jeszcze strzelają!

– Cicho – rozkazał szeptem. – Zamknijcie się.

Leżeli na szynach w kompletnej ciemności i czekali. Cisza. Maks czuł wilgotny zapach tunelu, słyszał oddechy towarzyszy. W dzwoniącej, zwielokrotniającej dźwięki ciemnicy wydawały się nienaturalnie głośne. Więcej wystrzałów nie było.

– Do tyłu – rozkazał szeptem. – Odpełzamy. Ruchy, kluchy leniwe. Na moją komendę strzelamy i wiejemy. Raz, dwa… trzy! Ognia!

Maks strzelił, przeturlał się w lewo. Jeszcze raz… obok strzelał Hammer. Dobra, starczy. Teraz się wycofujemy…

– Ej, wy, przygłupy! – rozległ się głuchy głos. – Wiem, że tam jesteście. Poddajcie się!

Zbiegowie spojrzeli po sobie.

– A jeśli nie mamy ochoty?! – odkrzyknął Uber.

Denerwujące milczenie.

– W takim razie idźcie w ch… hmm. To znaczy przyślijcie tu parlamentariusza! – Po tamtej stronie rozwiązano w końcu skomplikowany problem. – Będziemy rozmawiać… Jeżeli nie łżecie.

„Jeżeli nie łżecie”. Jakiś idiotyzm.

– Odpełzamy, odpełzamy – polecił szeptem Maks. – Powoli i sprawnie.

W przygnębieniu wrócili doWSz-300. Popadali bez sił. Nikt nie rozmawiał. Światło karbidówki już nie wydawało się przytulne. Wydawało się… jakieś zaszczute, brudne, zbolałe. Przyszpilili ich. Wyjście w stronę Moskowskiej odcięte. Z powrotem na Zwiozdną nie ma jak. Iść po powierzchni – drabinka przegniła, do tego zwyczajnie nie wystarczy broni. Nawet Uberowi nie ma czego dać.

Pchać się nieuzbrojonym na wierzch – czyste szaleństwo. Tam nawet uzbrojonych po zęby stalkerów, zdarza się, zjadają razem z giwerami i amunicją…

…A naboje pewnie tak zabawnie chrzęszczą między zębami mosiądzem.

Maks szybko wstał, przeszedł się po pomieszczeniu. Zamarł, czując się jak osaczone zwierzę. Też mi, Lotnik. Też mi, przywódca Narwy…

Co robić? Co robić?

Co, do jasnego robaka, mam teraz zrobić?!

Boże-idioto, pomóż mi. Maks zamknął oczy, wezwał go bezgłośnie. Pomóż mi… pomóż nam… pomóż mi…

– Jasne! – ocknął się Uber. – Że też od razu nie przyszło mi to do głowy. Słuchaj, brachu, taka rzecz. Widziałem na jednej starej mapie. Ech, do diabła, trzeba będzie z pamięci… W skrócie: ze Zwiozdnej do Moskowskiej właściwie są nie dwa tunele, tylko jeszcze jeden…

– Jak?

Uber zerwał się na równe nogi.

– Sto procent! Naprawdę jest tutaj trzeci tunel. Opuszczony. Przed Katastrofą uważali go za ślepy zaułek, bo szyny są tam mniej więcej do połowy rozebrane. Teraz nim, myślę, mało kto chodzi, jeździ się głównie na drezynach. W skrócie: trzeba nam iść z powrotem w stronę Zwiozdnej, a potem skręcić. Gdzieś tam powinien być łącznik. Jestem pewny.

„Pewny!” – chciał warknąć Maks, ale nagle zrozumiał, że jest to jakieś wyjście. Akurat. Wrócić się. I napatoczyć na pogoń? Jednak jeśli nas jeszcze nie złapali, to może w ogóle nie ma pogoni? Może zginęliśmy w ogniu, a nasze ciała zabrali grabarze… Dobra opcja.

Cholera, przypomniał sobie. Latarka Skobli. Ta, która została na punkcie kontrolnym.

Tak że żadnych złudzeń. Wiedzą, że jesteśmy żywi.

Maks podniósł się. Sprawdził, czy pistolet ma na miejscu (jest na miejscu), i machnął ręką.

– Wszyscy zbieramy się w drugą stronę. Szybko. Profesor, Saszik! Ruchy! Co, mam was poganiać kopniakami? Biegiem!

***

Tak czy inaczej, nie zdążyli. Maks zrozumiał to za późno.

Rozbłysło światło.

Zbiegowie, zakrywając oczy rękami, padli na ziemię. Uber zaklął z cicha.

– Ej, wy! Tam, w tunelu! – rozległ się wzmocniony metalem głos. – Wyślijcie człowieka, będziemy rozmawiać.

Maks mało się nie roześmiał. Ale jaja. Z konieczności rzucili się w drugą stronę i tu też proponują rozmowy. Najwyraźniej dzień dyplomatyczny.

Wracamy się.

Znowu cholerny WSz. Trzechsetny, drogi sercu. Ze spróchniałą drabinką prowadzącą na górę.

– Co zrobimy, szefie? – Hammer pogmerał sobie w uchu, splunął. Wytarł palce o kurtkę. Uber nieśpiesznie obrzucił go spojrzeniem.

– I za to cię cenię, właśnie za tę swobodę zachowania w towarzystwie.

– Cooo?

– Może wyjść im naprzeciw? – zaproponował Lebiediew.

– Dopiero co szliśmy… – Maks pokręcił głową.

Profesor odchrząknął.

– Mam na myśli: w przenośnym sensie. Zgodzić się na rozmowy i dowiedzieć się, co oferują.

– A, o tym pan mówi. Nie ma co z nimi gadać. – Uber zwrócił się do Maksa: – Brachu, nie warto. Lepiej sprawdzę drabinę.

Maks podniósł się. Zawsze można znaleźć wyjście. Ludzie to dranie, nie ma wątpliwości, ale nawet z draniami można poszukać alternatywy. A na powierzchni dranie zazwyczaj są mało rozmowni…

Skinhead popatrzył na niego, oczy mu lśniły w półmroku. Uber powoli kiwnął głową.

– Dobrze. Rozumiem. Zostaw broń, brachu. Ej, dajcie mu coś białego!

– Ten łach się nada? – spytał Hammer.

– Co?

Hammer podał Maksowi biały szalik z lejącego się materiału. Maks ze zdziwieniem rozpoznał w nim własny galowy szalik. Ciekawa sprawa. Skąd się wziął u Hammera?

– Jedwab – stwierdził Uber. – Wierzyć się nie chce. Najprawdopodobniej sztuczny, choć cholera go wie… może i prawdziwy. Wiesz, przyjacielu, na twoim miejscu sprawiłbym sobie jedwabny garniturek.

– A niby czemu? – nastroszył się Hammer.

Uber przyjrzał się kpiąco „latawcowi” i parsknął.

– A żeby wszy się nie zalęgły. Z jakiegoś powodu nie przełażą na jedwab.

Podczas gdy Hammer przetrawiał, co usłyszał, Uber zwrócił się do Maksa:

– Dobra, brachu. Wybacz. Ty porozmawiaj, a ja w tym czasie spróbuję ogarnąć wyjście na powierzchnię. Alternatywny wariant na pewno nam nie zaszkodzi.

Maks zastanowił się i skinął głową.

***

– Niech się pan zachowuje przyzwoicie, Uber! – Profesor nagle przeszedł w falset. – Co to w ogóle za psie przezwisko? Pozwoli pan poznać swoje ludzkie imię?

Uber spojrzał na niego. Twarz skinheada przybrała dziwny wyraz.

– Koniec końców, głupiec z pana, profesorze, chociaż mądry. Za cholerę nie zna się pan na ludziach.

– A pan… ty… – Profesor nie od razu znalazł odpowiedź. – Pan jest… faszysta!

Chwila milczenia. Skinhead ryknął śmiechem. Dźwięk gromko przetoczył się przez tunel. Uber natychmiast zatkał sobie usta dłonią, ale nie mógł przestać. Siedział i podrygiwał jak w napadzie padaczki.

– To na nic, psorze – rzekł w końcu, ocierając łzy. – Zresztą, teraz nie mam nastroju, żeby objaśniać różnicę między czerwonym skinem, takim jak ja, a naziskinami. Chociaż nie, teraz już jestem zmęczony i ostrożny… Tak. A dawniej z tego powodu dochodziło do przykrych zajść. Z tymi, którzy nazywali mnie faszystą. No, co pan jeszcze powie, psorze?

Profesor milczał. Saszik znowu zaczął wyć z cicha, patrząc na Ubera. Ten splunął i odszedł.

– Ciekawe, jak tam szef. – Hammer podrapał się po głowie, brudne włosy błyszczały w półmroku.

Uber westchnął.

– Tak, mnie też to ciekawi.

Kroki Maksa dawno ucichły w oddali. Na panelu sterowania leżał zostawiony przez niego pistolet. Chłodny błysk metalu.

Inne książki tego autora