SielankiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Warszawa 2016

Spis treści

[Dedykacja]

Sielanka I. Dafnis

Sielanka II. Wesele

Sielanka III. Silenus

Sielanka IV. Kosarze

Sielanka V. Baby

Sielanka VI. Mopsus

Sielanka VII. Alkon

Sielanka VIII. Dziewka

Sielanka IX. Kiermasz

Sielanka X. Wierzby

Sielanka XI. Ślub

Sielanka XII. Kołacze

Sielanka XIII. Zalotnicy

Sielanka XIV. Pomarlica

Sielanka XV. Czary

Sielanka XVI. Orfeus

Sielanka XVII. Pastuszy

Sielanka XVIII. Żeńcy

Sielanka XIX. Rocznica

Sielanka XX. Epitalamium Heleny

[Dedykacja]

JAŚNIE WIELMOŻNEMU PANU

JEGO MOŚCI PANU

MIKOŁAJOWI WOLSKIEMU

MARSZAŁKOWI NADWORNEMU KORONNEMU

KRZEPICKIEMU STAROŚCIE

PANU SWEMU MIŁOŚCIWEMU

SIMON SIMONIDES

NANIŻSZE SŁUŻBY ZALECIWSZY ETC.

Cny Marszałku, luboś jest nie w lesiech schowany,

Ani wiek twój na podłe zabawy oddany,

Aleś w pańskich pałacach lata świetne trawił

I dzielność swą na miejscach okazałych stawił;

Te wszakże sielskie mowy i proste rozprawy

Przynoszę przed cię! Czasem podlejsze potrawy

Lepiej smakują niżli pułmiski kosztowne!

A mnie nie tak do ciebie wiążą twoje głowne

I wielgomyślne sprawy, jako przyrodzona

Ludzkość, ode mnie zawsze cale doświadczę;

Więc i to, żeś ty prawie sam z grona onego

Ludzi chędogich został, którzy ozdobnego

Wieku kwitnęli, Muzom uczonym przyjemni,

Za co i po dziś dzień nie są światu tajemni.

Acz się obawam, żebym wstydu stąd nie zażył

Żem się otrzeć o przednie rymopisy ważył,

Którzy z tej cienkiej prace znacznej dostawali

Pochwały i sławnymi na wieki zostali;

Skąd i Maro, co męże, co wojny, co zbroje

Śpiewał, naprzód rozgłosił wielkie imię swoje;

Cienką tę pracą zowę, ale Maronowy

Wysoki duch nie zniży się moimi słowy.

Lubo Homera rymem głośnym wyrównywa,

Lubo przed Askrejczykiem górę wylatywa,

Gdy mu przyszło (mym zdanim) na sykulskie Muzy,

Nie dogania pasterza pięknej Syrakuzy.

A mnie co za rozsądek czeka, żem się pióry

Małymi kusił o wierzch niedostępnej góry?

Ten, co Ikara? Wszakże przewaga niech będzie

Wiadoma! Kto nie waży, wysoko nie śledzie.

Śmiałego szczęście dźwiga, szczęściu okręt daje

Żagle i rym za szczęściem przyjemnym się staje.

Owa i mnie skrzydłem swym wzniesie piękna sława,

Która i tobie niechaj wdzięczność swą oddawa

Za twe ozdobne cnoty. Ja będę w pamięci,

Pókim żyw, chował twoje nieodmienne chęci.

Sielanka I.

Dafnis

Kozy; ucieszne kozy, ma trzodo jedyna!

Tu, kędy to zarosła poziema leszczyna,

Tu gryźcie list zielony, gryźcie chróścik młody,

Ja tym czasem przy strugu tej ciekącej wody

Przylęgę i frasunku lubo snem swobodnym,

Lubo będę zabywał śpiewaniem łagodnym,

Ponieważ mię tak moja Fillis wyprawiła,

Że mię na wieki wolnych myśli pozbawiła.

Cóż czynić? Jakie szczęście o człeka się kusi,

Tak sercu bywa błogo i tym się paść musi.

Okrutna Filli, tobie ani zdrowie moje,

Ani starganych myśli ciężkie niepokoje,

Ani serce związane, ani zbytnie chęci,

Ani słowo oddane zostawa w pamięci!

Chociaj tobie i sady moje zaradzały,

Chociaj koszary mleka i słodkie nabiały,

I co piękniejsze jagnię, i koźlęta małe,

I za tobą szły barci i pasieki całe,

A nade wszystko ja sam i pieśniami mymi

Rozsławiłaś się między pasterzmi wszystkimi.

Przedtym albo nic, albo niewiele cię znano,

I krępą, i Cyganką czarną przezywano.

Dziś i płeć, i postawa u ciebie nadobna,

I uroda do jedlin wysokich podobna,

Lice do mleka z różą, wargi koralowi,

Zęby perłom, miękkiemu włosy jedwabiowi.

Dziś cię co żywo chwali, a to uczyniły

Pieśni moje, które cię wszędzie rozgłosiły.

Ty przedsię mną pogardzasz, a ledwie nie tego

Pragniesz, abyś mię w rychłe miała nieżywego.

Teraz, jako to słońce w południe dogrzéwa,

I ptak, i bydło w cichych chłodach odpoczywa,

I oracz wolno puścił woły wyprzężone,

I pod krzami ucichły jaszczurki zielone,

Ja tylko, nędznik, w sercu mam ustawną trwogę

Ani strapionych myśli uspokoić mogę.

Lwica za wilkiem bieży, za kozą wilczyca,

Koza za wrzosem, i mnie do ciebie tęsknica;

Każdego swoja lubość, swoja żądza pędzi,

Każdego swój mól gryzie, swoja nędza swędzi.

Ułapiłem sarneczek parę, jeszcze mają

Srokacinki na grzbiecie, co dzień wysysają

Dwie dojne kozie, a te chowam samej tobie,

Dawno Testylis chciała uprosić je sobie

I podobno otrzyma, ponieważ prze twoje

Zbytnią hardość u ciebie śmierdzą dary moje.

Tu lasy, tu po lesiech ptaszkowie śpiewają,

Tu łąki, a po łąkach piękne stada grają.

Tu byśmy z sobą wieku miłego zażyli,

Tu byśmy aż do śmierci lata przetrawili,

Byś się tylko pasterską budą nie brzydziła,

Byś tylko umysł ku mnie cały przykłoniła.

Tu jamy mchem odziane, tu debrze, tu cienie,

Tu strugi uciekają, szemrząc, przez kamienie,

Tu wyniosłe topole, lipy rozłożyste,

Tu jawory, tu dęby stoją wiekuiste.

Ale bez ciebie żadne rzeki, żadne gaje,

Bez ciebie żadne miejsce k sercu nie przystaje.

Nie owszem mię też możesz potępić w urodzie,

Widziałem się niedawno z brzegu w jasnej wodzie.

Nie kożdy z sąsiad moich, byś też i ty zgoła

Sądzić miała, podle mnie w tej mierze wydoła.

Owiec u mnie na polach ruskich tysiąc chodzi.

Tyle drugie z nich co rok jagniąt się przypłodzi.

Tu koło mnie kóz tysiąc; mleka mam bohato,

Mam świeże całą zimę, świeże całe lato.

Potrafię też na gęślach i o dwojej kwincie,

Jako więc na aktejskim grawał Aracyncie

Amfijon, muzyk derski, gdy chodził za stady,

A lasy i źwierz dziki szedł za jego szlady.

Cóż po tym? Gdy ja próżno śpiewam, próżno proszę,

Gdy od ciebie żal jawny i wzgardę odnoszę,

Okrutna Filli! Lecz i ja mało rozumny,

Co narzekaniem złomić chcę twój umysł dumny.

A ty się z tego kędyś pośmiewasz na stronie

Abo kogo inszego piastujesz na łonie.

Śmiej się zdrowa, okrutnej lwice srogie plemię,

Potym, kiedy nasypą na me oczy ziemię,

Niechaj ten napis niesie wyniosła mogiła:

„Fillis sroga nędznego Dafnisa zabiła”.

Sielanka II.

Wesele

TYRSIS, MORSON, ŚPIEWAKÓW CZTERY

TYRSIS

Powiedz nam, Morson – wszak to za pochwałę dają,

Kiedy się młodzi ludzie o rzeczach pytają –

Co za pieśni śpiewano, kiedy za Damona

Sąsiadka nasza, Fillis, była poślubiona?

Boś ty tam był, a nam się być tam nie zdarzyło,

A mam-li prawdę zeznać: i żal komuś było.

MORSON

Dobrze tak na leniwe, a teraz kto inny

Tak grzeczną dziewkę uniósł do cudzej dziedziny.

TYRSIS

Tak to bywa, postronni lepsze szczęście mają;

Na cudzym lepsze zboże, dawno powiadają.

MORSON

Barzo też przebieracie; wszak się wam kłaniano,

A ledwie, iż tak rzekę, do ręku nie tkano.

TYRSIS

Czego Bóg nie obiecał, otrzymać niesnadnie,

Często od samej gęby i łyżka odpadnie.

MORSON

Trudno na Boga składać, Bóg do gotowego.

 

Głupi, dopiero kiedy nie masz, chce dobrego.

TYRSIS

Bóg przecie nie opuści; czas wszystko przyniesie.

Niejedna, powiadają, rózga rośnie w lesie.

MORSON

Co nie szukać, nie szukać! Niech ślinki połyka,

Kto zaspał: a kto odniósł, niech ma i wykrzyka!

TYRSIS

Nie na tośmy zaczęli, abyś nas strofował,

Raczej byś to na inszy czas i miejsce schował.

Ale o pieśni prosim, bo je wysławiano

Aż nazbyt, w czym podobno nas też przegarzano.

MORSON

Było o co przegarzać; i ode mnie macie

Toż odnieść, i próżno się o pieśniach pytacie.

TYRSIS

Jeśli nam pannę wzięto, co czynić nie miano,

Pieśni nie dla jednego wesela składano,

Ale aby po wszystkich biesiadach latały.

Muzy cichej muzyki nigdy mieć nie chciały.

MORSON

Być-że tam sobie było: źle się rachujecie

Z rozumem; doma siedząc wszystko wiedzieć chcecie.

TYRSIS

Widzisz tę na mnie tajstrę szychem wyszywaną?

Widzisz i tę maczugę woskiem napuszczaną?

Oboje-ć to daruję, jedno nas tym daruj.

Słońca, mówią, i ognia używać nie żałuj.

MORSON

Byście się jedno na tej kupi nie sparzyli!

Kiedyście już tak mocno na nie zaważyli,

Ja-ć wezmę upominki i podobro z zyskiem

Będę lepszym, a wy się uweselcie piskiem.

TYRSIS

Już ty jedno zaczynaj nie bawiąc się siła.

MORSON

Jako wiecie, biesiada niemała tam była.

Gości wiele, sąsiedzi wszyscy z okolicy

I postronnych niemało; któż wszystkich wyliczy?

Picia, jedzenia wielki dostatek dawano,

W muzyki rozmaite na przemiany grano:

To w fletnie, to w piszczałki, to w gęśle podgorskie;

Były regały, były i skrzypice włoskie.

Potym pito za zdrowie małżeństwa przyszłego,

Każdy pełnił, a jeden doglądał drugiego,

Mieniąc Cyprydę, mieniąc jej pięknego syna:

Cyprydę i miłości dawcę – Kupidyna.

A wtym czterej śpiewaków wynidzie w pośrodek:

Stanie się pomilczenie i jednemu przodek

Inszy dadzą; on zacznie o małym Kupidzie,

Także o matce jego, nadobnej Cyprydzie.

Toż wtóry, toż i trzeci, toż i czwarty za nim,

Aż się wszyscy obeszli jednakim śpiewanim.

PIERWSZY

Cnej Wenery dziecinę, gdy miód z dzieni kradła,

Pczółka nielutościwa w paluszek ujadła,

Aż mu rączka opuchła. Od bólu krzyczało

Niebożątko i z płaczem do matki bieżało.

A depcąc nóżką w ziemię: „Moja matko droga!

Od jakiego robaczka, jaka rana sroga!”

A Wenus rośmiawszy się: „Mój synu kochany!

I tyś maluchny, ale czynisz wielkie rany”.

WTÓRY

Kiedym spał, piękna Wenus widzieć mi się dała,

A Kupida, chłopię swe, za rączkę trzymała,

Mówiąc do mnie: „Pasterzu, na-ć to z ręku moich

Chłopiątko, naucz mi go, proszę, piosnek swoich”.

A ja głupi, niemądry mniemając, że miało

Być co z niego, bo mi się chłopię rzeskie zdało,

Jąłem go uczyć i grać przed nim proste pieśni,

Jakie pasterze grają i faunowie leśni;

Jako niegdy wynalazł Pan piszczałkę krzywą,

Jako Minerwa surmę i dudkę krzykliwą,

Merkury wdzięczną lutnią, Apollo cytarę.

Tegom go uczył, alem puszczał próżną parę,

Bo on tego nie słuchał; ale swych chytrości

Używał, a przede mną śpiewał o miłości:

Co matka jego robi, jakie on sam strzela

Strzałki i jako miesza z frasunki wesela.

I takem do frymarku przyszedł misternego:

Czegom Kupida uczył, zapomniałem tego;

A czego mię Kupido nauczył, to miewam

W pamięci i dziś tylko o miłości śpiewam.

TRZECI

Chłopię małe po gaju na ptaszki strzelało

I tam Kupida między chróściną ujrzało

Na trzmielowej gałęzi: rączki mu zadrżały

Od chęci, bowiem się mu zdał być ptak niemały.

Pocznie kuszę napinać, bełciki gotuje,

A Kupido z krzaczka na krzaczek przelatuje.

Potym rozgniewawszy się, kiedy nic nie wskorał,

Szedł do starca, który tam niedaleko orał.

I jął się przed nim skarżyć, bo strzelać od niego

Nawykł był i ukazał mu ptaka onego.

A starzec, rośmiawszy się i trzasnąwszy głową,

Rzecze: „Nie baw się, dziecię, źwierzyną takową

Ani jej goń; i owszem, uciekaj, bo mściwy

To ptak jest i dotądeś, niebożę, szczęśliwy,

Póki go nie ułapisz, pókiś jeszcze mały,

Ale gdy lata twoje będą dorastały,

Ten, co teraz ucieka, co przed tobą stroni,

Sam ci na głowie siędzie i sam cię ugoni”.

CZWARTY

Wołała po ulicach Kupida zbiegłego

Piękna Wenus: „Widział kto kędy chłopca mego?

Uciekł mi. Kto mi o nim powie, udaruję;

Kto o nim powie, tego Wenus pocałuje.

A kto mi go przywiedzie, nie tylko całować,

Ale go może Wenus czym lepszym czestować.

Znaczny jest, rozeznasz go między stem: nie biały,

Ale jakoby słońcem wszystek przepalały.

Oczki ostre, ogniste, zła myśl, słodkie słowa;

Insze na sercu nosi, insze mówi mowa.

Słówka jego miód, ale złe serce, gniewliwe,

Nieubłagane, gdy się zwaśni, i zdradliwe.

Nic prawdy, chytre chłopię, śmieje się i dąsa,

Igra i nie folguje, żartuje i kąsa.

Włoski ma kędzierzawe i pogląda śmiele,

Twarzyczka uporniuchna i wstydu niewiele.

Ręczynki ma króciuchne, lecz nimi szeroko

Zasiąga i pod ziemię przenika głęboko.

Nagie i gołe ciałko, ale, myśl kudłata,

Skrzydełkami jako ptak to tam, to sam lata

Do panien, do otroków, a na sercach siada.

Łuczek ma, a na łuczek strzałeczkę przykłada.

Strzałka jego maluchna, lecz cięciwka tęga;

Kiedy strzeli, i nieba samego dosięga.

Sajdaczek złoty, a w nim strzałki gęsto tkane,

Którymi i mnie samej nie raz zadał ranę.

Wszystko jad, wszystko żądło. Nagorsza u niego

Maluchna pochodniczka, którą i samego

Febusa nie raz pali. Jeśli-ć się do ręki

Dostanie, wiedź, nie folguj i prowadź przez dzięki.

Jeśliby płakał, strzeż się; płacz jego fałszywy.

Śmiał-li-by się, wiedź przedsię; i śmiech nieprawdziwy.

Chciał-li-by cię całować, nie daj się, bo zdrady

Pełno w tym i nagorsze w uściech jego jady.

Mówił-li-by: «Cokolwiek broni mam przy sobie,

Pobierz ode mnie, a ja to daruję tobie».

Nie bierz ani się tykaj; niepewne u niego

Upominki i pełne ognia szkodliwego”.

MORSON

Tu koniec był, a wszyscy znowu wypijali,

Pannie i panicowi szczęścia winszowali.

Pannie dobrego męża, żony panicowi;

A pieśni sykulskiemu niegdy pasterzowi

Przyznawali, który lub pod Etną się bawił,

Lubo nad Syrakuzą spokojny wiek trawił,

Śpiewał łagodne pieśni, a stada mu zatym

Mnożyły się i słynął pasterzem bogatym.

TYRSIS

Bierz tajstrę i maczugę, mój Morsonie drogi,

A jeśli-ć się nawiedzić trafi tamte progi,

Powiedz Fillidzie, że się nazbyt ukwapiła.

Ukwapiona rzecz nigdy z pożytkiem nie była.

Sielanka III.

Silenus

Przedsię wy, leśne Muzy, przedsię w pieśni swoje!

Chromis, Mikon i Mnazyl, małych chłopiąt troje,

Sylena w cichej jamie zdybali spiącego.

Jeszcze był nie wyszumiał z wina wczorajszego.

Jako zawsze wieńce mu z głowy pospadały,

Dzban tylko i multanki przy stronie wisiały.

Rzucą się nań i jegoż własnymi wieńcami

Imą więżąc, bo nie raz ich obietnicami

Starzec wodził, a oni darmo się kłaniali,

A nigdy nic od niego nie otrzymywali.

Gdy się kręcą, wtym Egie do onej biesiady

Przypadnie, Egie między wszystkimi najady

Napiękniejsza, a gdy już patrzał, jako miała

Pełną garść kalin, twarz mu nimi popisała.

Rośmieje się i rzecze: „Po co mię wiążecie?

Rozwiążcie, dzieci! Pieśni będzie, ile chcecie.

Wam, dzieci, piękne pieśni będą, a ty za tę

Uczynność weźmiesz, miła, inakszą zapłatę”.

Wtym zaczynał, a nimfy zewsząd się zbiegały

I niektóre z faunami taniec gotowały.

Żwierz dziki z gór się sypał; las i wielkie sośnie,

I cokolwiek bujnego drzewa w boru rośnie,

Wierzchami potrząsały, właśnie by rozumne,

I wiatrowie ciszyli swoje wiania szumne.

Ani się tak dziwuje Izmar Orfeowi,

Ani skała parnaska mądremu Febowi.

A on śpiewał, jako świat stworzeń od początku,

Jako przed wiekiem rzeczy tych nie było szczątku,

Jako ziemia w swych grunciech zawieszona, jako

Wody, ognie, powietrza dzielą się trojako:

Skąd ludzki rodzaj, skąd źwierz wszelki inszy niemy,

Jako od bydła rożnym darem my żywiemy.

Skąd sionce, skąd gwiazdami niebo osypane,

Czemu księżyce biorą w światłości odmianę.

Skąd wichry, skąd pioruny, skąd straszliwe gromy,

Co ziemią trzęsie i gdzie są piekielne domy.

Czemu za wieków złotych ni ziemie orania,

Ni było po szerokich morzach żeglowania,

Ani zbrój, ani mieczów, ani wojen znano,

Ani praw, ani wielkich statutów pisano,

Cnotą i przyrodzeniem ludzie się rządzili,

Aż się potym znienagła swej wolej napili.

Więc z ojców niepobożnych nie lepszy synowie,

A z złych synów gorszy się rodzili wnukowie.

Na koniec do żelaznych przyszło wieków smutnych,

W których się namnożyło siła serc okrutnych,

Siła zdrad, siła fałszów. Brat powstał na brata,

Syn na ojca; tu żona męża gładzi z świata,

Tu gość gościa, sąsiedzi wzajem się mordują,

Złe macochy pasierbom truciny gotują,

A święta Sprawiedliwość, która tu mieszkała

Obecnie z ludźmi, natwet w niebo uleciała.

A wtym Bóg rozgniewany świat potopem psował,

Dwoje tylko lepszych dusz przy zdrowiu zachował.

A ci więc znowu ludzkie wieki rozmnażali,

Gdy kości wielkiej matki przez głowę miotali.

K temu przydawał, jako syn niezwyciężony

Jowiszów świat przejeździł i na wszystkie strony

Strasznym był. A cóż po tym? Wszystkim jego była

Moc straszna, a samego domowa zgubiła.

Po co, śliczna królowa, dufasz w chytre czary?

Po co mężowi swemu ślesz nieszczęsne dary?

Nie to cię ma zalecić, nie to wiarę daje,

Ale nienaganione, święte obyczaje.

Potym śmiech wszystkich bogów, gdy Marsa sieciami

Przyrzucił Wulkan, a sam połyskał rogami.

Więc bystrą Atalantę, która swe panice

Traciła przez zawodu srogą obietnice.

Więc ciebie, Enomau, ach, ojcze przeklęty!

I na toż uczyniony małżeński stan święty,

Aby nim nieostrożna młódź szła do utraty?

Źle do ciebie, zły ojcze, jeździć było w swaty.

Zły ojcze, i na tożeś pięknych cór namnożył,

Abyś nimi nad zdrowiem zięciów swych się srożył?

I wy, bezecne siostry, wy nielutościwe,

Coście pomordowały swe męże właściwe,

Za co w piekle bezdenną banię nalewacie,

Bezdenną, a prace swej korzyści nie macie.

Bodaj i ta niedługo wzięła równą mękę,

Co przypsiągszy i ślubem uwiązawszy rękę,

Potym do niecudnego rozwodu skoczyła,

A męża ojczystych państw pięknych pozbawiła.

A on nędznik, małżeństwa słowem omylony,

Został wygnańcem i dziś jedzie w obce strony.

Potym przypomniał, jako skrzętną Koronidę

Chciwe oko do paniej przywiodło w ohydę,

Ze ją od fraucymeru swojego wygnała.

Nędznico, do czego-ć nic, czemuś wiedzieć chciała?

Nie zżyje z ludźmi, kto się chce o wszystkim badać,

 

Kto skrzętny i językiem nie umie ten władać.

A język naszkodliwsza sztuka u człowieka,

Przełóż i ciebie każdy omijał z daleka,

A tyś tylko nad brzegi pustymi schadzała,

Ażeś się w wronie pióra na koniec odziała.

I tyś, kruku, przed laty pięknym ptakiem bywał,

I białością z łabęćmi dobrze porównywał.

Język, bezecny język i pióry czarnymi

Oszpecił cię, i z ptaki pomieszał grubymi.

I teraz, gdybyś cicho latał, cicho siadał,

Mniej byś miewał zazdrości i lepiej byś jadał;

Ale ty wszędzie kraczesz i sroki cię znają,

I psi, i wilcy prawie-ć z gęby wydzierają.

Takie piosnki wymyślał niegdy kształtem nowym

Apollo, gdy za bydłem chodził Admetowym,

I na bukach wycinał. Stamtąd wyczytali

Satyrowie i także po lesiech śpiewali.

Oni śpiewali, lasy im się odzywają,

A lasom się wokoło góry sprzeciwiają.

A starca więc tam one chłopięta trzymały,

Aż już prawie ostatnie zorze zapadały;

Dopiero się rozeszli, każdy w swoje ślady,

Chłopcy z bydłem do domu, Sylen do biesiady.

Sielanka IV.

Kosarze

MIŁKO, BATY

MIŁKO

Kosarzu, robotniku dobry, co-ć się stało?

Przedtym miedzy czeladzią nad cię nie bywało.

Teraz ani docinasz i pokosy psujesz,

Ani równo z inszymi w rzędzie postępujesz,

Ale po wszystkich idziesz; tak za trzodą w pole

Owca idzie, gdy nogę na cierniu zakole.

Jakim w południe będziesz abo do wieczora,

Jeśli-ć zaraz z poranku robota niespora?

BATY

Miłku, nie przyrównywaj inszych do swej mocy,

Bo ty kosisz nie tylko w dzień, ale i w nocy.

Dusza twoja z kamienia kędyś się urwała.

Słuchaj, abo-ć tęsknica nigdy nie bywała?

MIŁKO

Nie bywała: po kimże chłop prosty ma tużyć,

Który ustawnie musi robić abo służyć?

BATY

Ani-ć się przytrafiało, abyś zamiłował

I nie spał całej nocy, i zalot pilnował?

MILKO

Bodaj się nie trafiało: szkoda tam być musi

Bez pochyby, kędy pies rzemienia zakusi.

BATY

Alem ja zamiłował; już to wyminęła

Wtóra niedziela, jako napaść mię ta wzięła.

MIŁKO

Pan-eś ty, bracie, a my prosty chleb jadamy,

Ty z pełnej beczki toczysz, my drożdży nie mamy.

BATY

W tym państwie chwastem u mnie zarosły zagony,

A jakom posiał, jeszcze żaden nie plewiony.

MIŁKO

Któraż to zuchwalica tak cię popsowała?

BATY

Owa, co nam przy żniwie pieśni zaczynała.

MIŁKO

Dostałeś, czegoś szukał. Bóg frantom nagali.

I świercze w słomie, kiedyś spał, o tym śpiewali.

BATY

Nie każ na hardą i nie śmiej się z mej głupości:

Nie tylko ślepi żebrzą, lśną ludzie w miłości.

MIŁKO

Nie moja rzecz być hardym, wszakże nie próżnujmy,

Ale spieszno przy inszych z kosą postępujmy.

Ty zaśpiewaj co o swej miłej, lżejsza będzie

Tak robota; wszak i ty dudką słyniesz wszędzie.

BATY

Muzy, ucieszne Muzy, teraz zaczynajcie,

A ze mną moję piękną pannę wysławiajcie.

Kogo się wy dotkniecie przez wdzięczne śpiewanie,

Każdy się urodziwym, każdy pięknym zstanie.

Bombiko ma namilsza, wszyscy cię i małą,

I chudą, i Cyganką zową ogorzałą.

Ja subtelną, ja Greczką; nie wszystko są białe

Fijołki, są bronatne, są i podpalałe,

Są i ziółka ciemniejsze, a wżdy je zbierają

Piękne panny i w wieńcach przodek im dawają.

Oracz za pługiem chodzi, za oraczem wrona,

Ja za tobą, Bombiko moja ulubiona.

Gdybym miał skarb królewski abo złote bani,

Stalibyśmy oboje ze złota odlani.

Ty byś bębenek abo piszczałkę trzymała,

Abo różą, abo mi jabłko podawała.

Ja bym stał, jako stawam, gdy taniec wywodzę,

Piórko za czapką, gładka skórzenka na nodze.

Bombiko ma namilsza, twoja nóżka biała,

Słówka jedwabne, łaska, nie wiem, jako trwała?

MIŁKO

Wejże tego kosarza, jako chytrze z nami

Obchodzi się: tak długo taił się z pieśniami.

Wieręś ją dobrze wyciął; moja brodo miła,

Nie darmoś to konopie tak bujno puściła.

Posłuchaj też ty moich, lecz ja nic swojego

Nie zaśpiewam, rym tylko dawny Litersego.

Cerero wielożyzna, zdarz, aby to było

Plenne zboże, aby się do gumna zwoziło!

Grabcie i wiążcie mocno, aby nie rzeczono:

„Słomiany to robotnik, płacą tu stracono”.

Gdy wiatr z pułnocy abo z zachodu powiewa,

Rozstawcie snopy, bo tak kłos ziernistszy bywa.

Kto młóci, niech się strzeże w przypołudnie spania:

W południe zbite zboże lepsze do wywiania.

Kosarz ma wstać z skowronkiem, a lec, gdy on śledzie,

Dobremu kosarzowi znój nigdy nie będzie.

Najlepszy żabi żywot: nigdy nie upragnie,

Nigdy nie woła: „Daj pić”, zawsze mięszka w bagnie.

Urzędniku, nie umiesz, tylko nam chwast warzyć,

Kiedy pokrzywy dzielisz, waruj ręki sparzyć.

Azaby takie pieśni, kiedy słońce pali,

Przy robotach kosarze nie raczej śpiewali?

A ty więc o miłostkach swoje narzekanie

Zachowaj do macierze, kiedy rano wstanie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?