Niechciani generałowie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Okładka

Robert Kempisty

Zdjęcia

Autor dziękuję za możliwość wykorzystania w książce zdjęć ze zbiorów: Katarzyny

Ochabskiej-Olko, Alfreda Bielickiego „Mietka”, Instytutu Pamięci Narodowej,

Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Władysława Sikorskiego, Muzeum Powstania

Warszawskiego, Narodowego Archiwum Cyfrowego i Zespołu Szkół Publicznej

Szkoły Podstawowej i Publicznego Gimnazjum im. gen. bryg. pil. Stanisława

Skalskiego w Woli Mystkowskiej.

Redakcja i korekta

Ewa Popielarz

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Skład i łamanie

TEKST Projekt

ISBN 978-83-8079-176-3

Copyright © by Szymon Nowak

Copyright © by Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydawca

Fronda PL, Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Wydrukowano na papierze Ibook

dostarczonym przez fi rmę Igepa Sp. z o.o.

Konwersja Monika Lipiec

Spis treści

Wstęp

Emeryt

Mechanik

Pielęgniarz

Pracz

Magazynier

Tapicer

Barman

Bandyta

Szpieg

Wstęp

Maszerowali niewyobrażalnie długą kolumną, wybijając równy rytm tysiąca nóg na londyńskich trotuarach. Grzmot defiladowych kroków odbijał się od frontów kamienic i wracał zwielokrotnionym echem na ulicę, skutecznie zagłuszając wojskowe orkiestry, maszerujące przy armiach państw zwycięskiej koalicji i wygrywające najróżniejsze melodie, często egzotyczne dla Europejczyków.

W dżdżysty i pochmurny czerwcowy dzień roku 1946 wielka parada zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami i Japonią zgromadziła w Londynie setki tysięcy obserwatorów. Cały świat cieszył się z wiktorii koalicji sprzymierzonych i z zakończenia II wojny światowej. Po twarzach płynęły łzy radości i wzruszenia, a w górę leciały bukiety kwiatów. Główną część defilady na alei The Mall w loży honorowej przyjmowali król Jerzy VI i królowa Elżbieta wraz z królewską rodziną. Tuż obok stali: premier Wielkiej Brytanii Clement Attlee, były premier Winston Churchill (który choć wygrał dla Zjednoczonego Królestwa najkrwawszą z wojen – paradoksalnie przegrał ostatnie wybory), premier Kanady William Mackenzie King i premier Związku Południowej Afryki Jan Smuts.

Defiladę prowadzili najwyżsi rangą dowódcy sprzymierzonych, jadący w odkrytych jeepach. Za nimi posuwało się kilkaset pojazdów. Były tam czołgi, działa samobieżne, transportery opancerzone, samochody pancerne, amfibie, ciężarówki z armatami, wojskowe sanitarki i żołnierskie motocykle. Za zmotoryzowaną kolumną szli wojskowi reprezentujący trzydzieści narodów armii sprzymierzonych. Dwadzieścia tysięcy ludzi maszerowało w kolumnie rozciągniętej na przeszło piętnaście kilometrów. Pierwsi szli Amerykanie, których udział w zwycięstwie był bezdyskusyjny. Za nimi kroczyli Kanadyjczycy, Australijczycy, Nowozelandczycy i przedstawiciele Afryki Południowej. W dalszej kolejności maszerowali Czesi, Belgowie, Norwegowie, Francuzi, Irańczycy, Meksykanie i Brazylijczycy. Paradę zamykali najliczniejsi przedstawiciele gospodarzy, czyli Anglicy, Szkoci, Walijczycy i Irlandczycy Północni. W kolumnie nie zabrakło osobliwych Hindusów w turbanach, Szkotów w kiltach oraz Greków w białych spódniczkach i w butach z pomponami. Na paradzie byli obecni żołnierze z Etiopii, sanitariusze z Fidżi, policjanci z Libanu i oddziały robocze z Seszeli. W całej tej masie żołnierzy radujących się z końca wojny na londyńskich ulicach zabrakło Polaków.

* * *


Wezbrana rzeka brytyjskich żołnierzy na paradzie zwycięstwa 8 czerwca 1946 r.

(wolne zasoby Wikipedii)

Polska jako pierwsza przeciwstawiła się zbrojnym zapędom dwóch zbrodniczych totalitaryzmów. Od 1 września 1939 roku nasz kraj odpierał najazd wojsk III Rzeszy, a 17 września przyjął od Związku Sowieckiego zdradziecki „cios w plecy”, będący następstwem paktu Ribbentrop–Mołotow. Najeźdźcy zajęli Polskę i podzielili ją między siebie według własnego uznania. Nasi sojusznicy, Wielka Brytania i Francja, pomimo wypowiedzenia Niemcom wojny 3 września, nie uczynili nic, aby wspomóc swoich polskich przyjaciół. Zachodni front we Francji drgnął ledwie o kilka kilometrów i zamarł w „dziwnej wojnie”. W tym czasie z luków bombowców na niemieckie miasta leciało morze ulotek. Już rok później za swoją bezczynność względem Polski zapłaciła Francja. W niespełna miesiąc kraj ten padł pod niemieckim Blitzkriegiem, a na froncie walki pozostała osamotniona Wielka Brytania. I wtedy „najwierniejsi z sojuszników”, jak w pewnych kręgach nazywano Polaków, stanęli na wysokości zadania. Nie bacząc na zawód, jakiego doznali we wrześniu 1939 roku, ciągnęli na Wyspy Brytyjskie i wstępowali do tworzącego się tam Wojska Polskiego. W pewnym momencie wojny Polacy stanowili naprawdę ogromne wzmocnienie obrony Szkocji, polscy lotnicy dokonywali cudów męstwa i skuteczności na angielskim niebie, a nasi marynarze pływali w niekończących się konwojach. Polscy żołnierze z powodzeniem walczyli w Norwegii (Narvik, 1940), we Francji (1940) i w Afryce Północnej (Tobruk, 1941). Nasze oddziały zajęły niezdobytą dotąd pozycję na Monte Cassino, walczyły w wielkiej bitwie pod Falaise oraz brały udział w brawurowej operacji Market Garden, która nieroztropnie posunęła się „o jeden most za daleko”. Żołnierze z białymi orzełkami wyzwolili Bredę, Anconę, Bolonię i zajęli niemiecki port w Wilhelmshaven.

W przededniu końca wojny Polskie Siły Zbrojne (PSZ) na Zachodzie liczyły prawie 200 tysięcy żołnierzy. Była to niebagatelna siła, stanowiąca piątą co do wielkości armię walczącą w tym czasie na frontach. Pełniącemu obowiązki Naczelnego Wodza Władysławowi Andersowi podlegały wówczas: stacjonujący w Wielkiej Brytanii 1 Korpus Polski (4 Dywizja Piechoty, 16 Samodzielna Brygada Pancerna, 1 Samodzielna Brygada Spadochronowa), znajdujący się we Włoszech 2 Korpus Polski (3 Dywizja Strzelców Karpackich, 5 Kresowa Dywizja Piechoty, 2 Brygada Pancerna), oddziały przebywające na froncie zachodnim (1 Dywizja Pancerna, zgrupowania polskiej piechoty przy 1 Armii Francuskiej), Armia Polska na Bliskim Wschodzie (7 Dywizja Piechoty, 16 Pomorska Brygada Piechoty, 14 Wielkopolska Brygada Pancerna), ponadto Polskie Siły Powietrzne, Polska Marynarka Wojenna i Pomocnicza Wojskowa Służba Kobiet.

W początkowym okresie wojny polski rząd w Londynie liczył się na arenie międzynarodowej, a jednostki PSZ na Zachodzie były ważnym ogniwem armii sprzymierzonych. Wszystko zmieniło się diametralnie po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej, wejściu ZSRR do antyhitlerowskiej koalicji i zaangażowaniu się armii USA w działania zbrojne po stronie aliantów. Od tego momentu o ofensywach sprzymierzonych, o powojennych granicach i obszarach wpływów decydowała „wielka trójka” – prezydent USA Franklin Roosevelt, premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill i sowiecki dyktator Józef Stalin. Z biegiem czasu władze polskie coraz częściej traktowane były w Anglii jak niechciani dzicy goście ze Wschodu, a nie jako równorzędny sojusznik i partner polityczny. Pomimo tego do końca wojny Wojsko Polskie wykorzystywano na wszelakich frontach Europy, kierując polskich żołnierzy niejednokrotnie na najtrudniejsze odcinki walki.

Mogłoby się wydawać, że po kapitulacji Niemiec i zakończeniu wojny w Europie Polacy powinni mieć gwarancję niepodległości – zachowania granic na wschodzie, a rozszerzenia ich na zachodzie kosztem pokonanej niemieckiej Rzeszy. Wraz z końcem najkrwawszej z wojen do kraju powinni powrócić polscy żołnierze z PSZ na Zachodzie oraz prawowity rząd z wychodźstwa. Rząd ten, który od września 1939 roku zachował ciągłość władzy, winien stać się strażnikiem wolnych, demokratycznych wyborów przeprowadzonych w oswobodzonym od okupantów kraju. Nic bardziej mylnego. Już podczas konferencji w Teheranie (jesień 1943 roku) przywódcy mocarstw przyjęli wstępne porozumienie dotyczące kształtu powojennej Europy. Według tych postanowień obszar Polski pozostawał w sowieckiej strefie wpływów, a jej wschodnia granica została przesunięta daleko na zachód, jak sobie tego życzył Stalin. Powyższe uzgodnienia dotyczące Polski zostały potwierdzone na konferencjach w Jałcie i Poczdamie, a gwarantem rzekomej niezależności naszej ojczyzny miały być pilnowane przez Stalina demokratyczne wybory. Niespełna dwa miesiące po zakończeniu działań wojennych sowiecki agent Bolesław Bierut w „wyzwolonej” przez Armię Czerwoną Polsce powołał Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej (TRJN). Na stanowisku wicepremiera został obsadzony Stanisław Mikołajczyk, były premier polskiego rządu londyńskiego, który tym działaniem niejako poświadczył praworządność tego komunistycznego tworu. Nasi zachodni sojusznicy tylko na to czekali – mogli teraz umyć ręce w kwestii sprawy polskiej. Błyskawicznie uznali TRJN za prawowite przedstawicielstwo państwa polskiego i cofnęli uznanie polskim władzom na obczyźnie. Ci, którzy jeszcze liczyli na pokojowe i legalne przejęcie władzy od komunistów, zostali pozbawieni złudzeń w wyniku sfałszowanego referendum ludowego (1946) oraz również sfałszowanych wyborów do sejmu (1947). Na dziesięciolecia Polska znalazła się pod moskiewskim butem, a rządzące w kraju komunistyczne marionetki wykonywały szczegółowo dyrektywy napływające z Kremla.

 

* * *

Pomimo wspólnego pokonania Niemiec w Europie oraz walki przeciwko Japonii na Dalekim Wschodzie, koalicyjnych sojuszników dzieliło coraz więcej. Było to ledwie przygrywką do mającej niebawem nastąpić „zimnej wojny”, która zmroziła cały świat na kolejne dekady. Po zakończeniu walk w Europie Stalin nie czekał na wspólne świętowanie zwycięstwa z aliantami zachodnimi. Już pod koniec czerwca 1945 roku w Moskwie urządzono ogromną paradę zwycięstwa, która miała pokazać światu, które z mocarstw tak naprawdę pokonało Hitlera. Kulminacyjnym momentem defilady było rzucenie pod mauzoleum Lenina dwustu zdobytych niemieckich sztandarów. Ale to jedynie gest – przecież nie Lenin wygrał tę wojnę. W chwale zwycięzcy cały czas pławił się Józef Stalin, grający rolę równocześnie dobrego wujka i szefa najpotężniejszego państwa na świecie, który nie cofnie się przed niczym, mając pod sobą tak olbrzymią potęgę militarną. W moskiewskiej paradzie, ma się rozumieć, nie mogło zabraknąć przedstawicieli „ludowego” Wojska Polskiego (LWP) z komunistycznej Polski. Przy dźwiękach sowieckich marszów polscy żołnierze LWP raźno szli krok w krok ze swoimi towarzyszami z Armii Czerwonej i NKWD.

Tymczasem Anglosasi ze świętowaniem zwycięstwa w II wojnie światowej postanowili poczekać na uporanie się z Japończykami. Dopiero włączenie się do wojny ZSRR i zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę oraz Nagasaki złamało ducha walki przedstawicieli Kraju Kwitnącej Wiśni. Japonia kapitulowała trzy miesiące po III Rzeszy. Nie wiadomo dokładnie, co było tego przyczyną: londyńska kapryśna pogoda, zawirowania polityczne (przegrane przez Churchilla wybory), a może czas potrzebny na przygotowanie ceremonii na tak wysokim poziomie? Dość powiedzieć, że brytyjską paradę zwycięstwa zaplanowano dopiero na czerwiec 1946 roku. Postanowiono, że oprócz wojsk brytyjskich i ich dominiów (Kanada, Australia, Nowa Zelandia) w defiladzie wezmą udział reprezentanci wszystkich krajów wchodzących w skład koalicji, z USA na czele.

Na początku marca 1946 roku do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w komunistycznej Polsce nadeszło oficjalne pismo z zaproszeniem do udziału w brytyjskiej uroczystości z okazji zakończenia II wojnie światowej i zwycięstwa w niej koalicji sojuszniczej. Do wystąpienia w defiladzie zapraszano trzech wysokiej rangi oficerów (mających reprezentować trzy rodzaje polskich wojsk), poczet sztandarowy oraz dwudziestu czterech żołnierzy. Brytyjczycy wystosowali pismo skierowane wyłącznie do pojałtańskiej Polski, celowo pomijając polskie czynniki polityczne i wojskowe pozostające na emigracji. Na tym etapie przedstawiciele Anglosasów chyba naiwnie myśleli, że skoro Mikołajczyk wszedł do komunistycznego rządu, to inni polscy politycy i wojskowi w podskokach pospieszą do kraju, by cieszyć się wolnością, demokracją i dobrobytem. Może sądzili, że na obszarze pomiędzy Odrą a Bugiem powstanie nowy wspólny rząd, a żołnierze z kraju i PSZ na Zachodzie utworzą jednolite, pozostające pod wspólnym dowództwem Wojsko Polskie. Ale to wszystko nie było takie oczywiste, jak mogłoby się wydawać Brytyjczykom. W dalszym ciągu istniały dwa ośrodki władzy i armii: ten w kraju, pod moskiewską kuratelą, i ten w Londynie, który choć już oficjalnie stracił uznanie aliantów, nadal funkcjonował. Zdezorientowani komuniści nad Wisłą zastanawiali się, czy na uroczystościach wystąpią też polscy żołnierze z PSZ na Zachodzie, czy pojawią się przedstawiciele ZSRR i Jugosławii. No i najważniejsze: co na to wszystko powie Józef Stalin, którego zdanie miało naturalnie decydujący głos w każdej ówcześnie sprawie.


Australijczycy maszerują przed trybuną honorową, w której zasiadają król Jerzy VI i królowa Elżbieta

(wolne zasoby Wikipedii)

Gdy włodarze Polski Ludowej rozważali, co począć z kłopotliwym zaproszeniem i czy w ogóle pojawić się na czerwcowej paradzie w burżuazyjnej Anglii, Brytyjczycy poszli o krok dalej. Po pierwsze zachodni sojusznicy w ogóle nie planowali zapraszać przedstawicieli PSZ na paradę zwycięstwa. Po drugie jednostronnie postanowili, że pozostające poza granicami kraju nad Wisłą i nieuznające komunistycznej władzy polskie wojsko należy zlikwidować. 15 marca 1946 roku na spotkaniu z przedstawicielami PSZ na Zachodzie zakomunikowali Polakom, iż armia polska pozostająca w zachodniej Europie musi zostać rozwiązana. Uczestniczący w spotkaniu premier Wielkiej Brytanii Clement Attlee, minister spraw zagranicznych Ernest Bevin oraz szef Imperialnego Sztabu Generalnego marsz. Alan Brooke naturalnie zapewniali o swojej wdzięczności wobec polskich żołnierzy. Mówili, że nie będą zmuszać Polaków do powrotu do zawładniętego przez komunistów kraju, ale podkreślali równocześnie konieczność stopniowej likwidacji polskich oddziałów. Polacy z gen. Władysławem Andersem na czele z trudem przyjęli kolejne upokorzenie ze strony aliantów. Każdy zdawał sobie sprawę, że rozwiązanie polskiej armii jest naturalnym następstwem końca wojny i cofnięcia uznania polskiemu rządowi w Londynie. Ale jednocześnie Polacy łudzili się, że sprawa rozwiązania PSZ rozłoży się w czasie na lata. Jakież było ich zaskoczenie, kiedy dwa miesiące później, na dwa tygodnie przed planowaną uroczystością z okazji zwycięstwa, oznajmiono polskim przedstawicielom, że likwidację Wojska Polskiego pozostającego na Zachodzie należy rozpocząć już teraz. Żołnierzom chętnym do powrotu do kraju zamierzano szybko zorganizować możliwość repatriacji, a pozostałym miano umożliwić łagodne przejście do życia w cywilu, przesuwając ich początkowo do specjalnie do tego celu powołanego Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia (PKPR). W taki oto sposób Polacy zostali brutalnie pozbawieni złudzeń i postawieni pod ścianą. Zamiast prasować galowe mundury i glancować buty na paradę zwycięstwa, musieli martwić się, co począć, aby móc wyżyć na coraz mniej gościnnych Wyspach Brytyjskich.

Tymczasem, pomimo wątpliwości, nad Wisłą sposobiono się do londyńskiej parady i wytypowano oddział reprezentacyjny, na czele którego mieli stanąć wysokiej rangi polscy oficerowie. Wybór oczywiście nie był dziełem przypadku. Generał Mikołaj Więckowski przeszedł szlak bojowy w „ludowym” Wojsku Polskim. Generał Gustaw Paszkiewicz z PSZ, będąc na emigracji, wydał odezwę do żołnierzy zachęcającą ich do powrotu, sam także wrócił do kraju i pragnął przysłużyć się nowej władzy. Komandor por. Stanisław Dzienisiewicz również służył na Zachodzie, dowodził polskimi krążownikami ORP „Dragon” i ORP „Conrad”, a w tamtym czasie także zastanawiał się nad powrotem do Polski. W nocie do ambasadora brytyjskiego w Warszawie komuniści wyrazili jednocześnie zastrzeżenie, że wysłany z Polski oddział ma być jedynym reprezentantem Wojska Polskiego na czerwcowej uroczystości.

* * *

Kiedy wydawało się, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik, a polski oddział reprezentacyjny lada dzień wyląduje na londyńskim lotnisku, rozpoczęły się kłopoty. Najpierw do opinii publicznej na Wyspach wyciekła informacja, że na defiladę nie zaproszono polskich żołnierzy z PSZ pozostających na Zachodzie. Wiadomość ta wzburzyła niektóre kręgi i szarpnęła sumieniami.

„Daily Telegraph” 5 czerwca opublikował list w sprawie nieobecności Polskich Sił Zbrojnych w paradzie zwycięstwa, podpisany przez grupę posłów konserwatywnych, w którym można przeczytać: „W defiladzie tej wezmą udział Abisyńczycy, Meksykanie, Służba Zdrowia Fidżi, policja z Labuanu oraz oddziały robocze z Seszeli – i słusznie zresztą. Nie będzie tam jednak Polaków. Czyżbyśmy zatracili nie tylko poczucie perspektywy, lecz zarówno i nasze poczucie wdzięczności?”.

W tej sprawie w parlamencie brytyjskim przemawiał też Winston Churchill. Człowiek, który jako premier Wielkiej Brytanii swoimi decyzjami w Teheranie (1943), Jałcie i Poczdamie (1945) przyklepał kolejną okupację Polski, teraz jako lider opozycji mówił m.in.: „Wyrażam głęboki żal, że żaden z oddziałów polskich, które walczyły u naszego boku w tylu bitwach i które przelały swoją krew dla wspólnej sprawy, nie został dopuszczony do udziału w Paradzie Zwycięstwa. Będziemy w tym dniu myśleli o tym wojsku. Nigdy nie zapomnimy o ich dzielności ani o ich bojowych wyczynach, które związane są z naszą własną sławą pod Tobrukiem, Cassino i Arnhem”.

W ostatniej chwili postanowiono wysłać zaproszenia do polskich lotników myśliwskich walczących w bitwie o Anglię, aby podczas parady maszerowali w kolumnie razem z brytyjskimi pilotami RAF-u, chyba tylko po to, by ukryć przed kamerami i aparatami fotograficznymi ich prawdziwe narodowe pochodzenie i biało-czerwone emblematy z napisem „Poland”. Naturalnie było to nie do przyjęcia dla dumy i honoru polskiego żołnierza. Lotnicy odmówili udziału w defiladzie, solidaryzując się z innymi pominiętymi Polakami.


Tak mogli wyglądać Polacy podczas parady zwycięstwa. Faktycznie zdjęcie przedstawia jednak uroczystości pogrzebowe po śmierci gen. Sikorskiego – na czele oddziału 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej maszeruje jej dowódca – płk Stanisław Sosabowski. Londyn, lipiec 1943 r.

(Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Na domiar złego tuż przed uroczystością rozchorował się kmdr Dzienisiewicz, który pewnie w ostatnim momencie odgadł, że ma być tylko komunistycznym pionkiem, wykorzystanym do ukazania światu praworządności nowej władzy nad Wisłą. Pułkownik Józef Kuropieska (attaché wojskowy przy ambasadzie RP w Londynie) wraz z przedstawicielami brytyjskimi codziennie wyjeżdżał na lotnisko, aby być gotowym powitać przybywającą delegację. Data uroczystości się zbliżała, a reprezentantów z komunistycznej Polski nie było widać. Dwa dni przed paradą do Anglii dotarła lakoniczna i kuriozalna depesza z MSZ, w której napisano, że sprawa udziału w paradzie przedstawicieli Wojska Polskiego nie jest w tej chwili ważna, a gen. „Bór” przeszkadza w podjęciu decyzji. List ten w żaden sposób nie rozstrzygał problemu, ponieważ nadal nie było wiadomo, czy reprezentacja „ludowego” Wojska Polskiego z Warszawy weźmie udział w uroczystościach, czy też nie. No i co do tego mógł mieć gen. Tadeusz „Bór” Komorowski?

Ostateczną odpowiedź MSZ złożyło na ręce ambasadora brytyjskiego w Warszawie 7 czerwca, w przeddzień defilady. „Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego podjęło decyzję o wstrzymaniu się reprezentacji polskiej od udziału w Defiladzie Zwycięstwa” – napisano w liście. A jako główny powód podano: „Rząd polski nieprzyjemnie zaskoczony został sposobem, w jaki Rząd Jego Królewskiej Mości udzielił gen. Bór-Komorowskiemu wszelkich ułatwień na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. (…) Cel podróży gen. Bór-Komorowskiego do Stanów Zjednoczonych był wybitnie wrogi w stosunku do rządu i ustroju demokratycznego w Polsce”. Takie absurdalne wytłumaczenie wprawiło w nie lada zdumienie Brytyjczyków, a nawet przedstawicieli polskiej ambasady w Londynie. Ale z drugiej strony każdy choć trochę zorientowany w niuansach ówczesnych stosunków międzynarodowych musiał wiedzieć, że za sznurki nad Wisłą pociąga ktoś zupełnie inny niż Bierut, Osóbka-Morawski czy Rola-Żymierski. Generał „Bór” Komorowski był tylko na siłę wyszukanym pretekstem odmowy. I tak oto na wielkiej paradzie zwycięstwa 1946 roku w Londynie zabrakło naszych rodaków. Byli Hindusi, Meksykanie, Brazylijczycy, Irakijczycy i Etiopczycy. A nie było Polaków.

* * *

Likwidując PSZ na Zachodzie, alianci po raz kolejny wystawili Polaków do wiatru. Polscy żołnierze musieli zdjąć mundury i zająć się przyziemnymi sprawami. W większości zostali pozbawieni złudzeń już na samym początku cywilnej kariery. Najtrudniej z odnalezieniem się w nowej sytuacji, wyszukaniem odpowiedniego zajęcia oraz wdrożeniem się w tryb fizycznej pracy zarobkowej mieli polscy generałowie. Ci posiadający własne oszczędności kupowali domy i żyli z wynajmu mieszkań. Inni parali się rolnictwem na wykupywanych lub dzierżawionych farmach. Dowódca Podlaskiej Brygady Kawalerii z kampanii wrześniowej gen. Ludwik Kmicic-Skrzyński pracował w fabrykach Manchesteru. Generał Marian Przewłocki, który swego czasu był szefem sztabu Armii Polskiej na Wschodzie, na emigracji musiał pracować jako magazynier i portier w angielskiej firmie. Były Komendant Policji Państwowej gen. Kordian Józef Zamorski zatrudnił się jako windziarz. Obrońca Lwowa z 1939 roku i więzień sowieckiej Łubianki gen. Marian Żegota-Januszajtis uprawiał pieczarki, natomiast dowódca armii „Prusy” gen. Stefan Dąb-Biernacki zajął się hodowlą pszczół. Inny dowódca armii z czasów wojny obronnej gen. Emil Krukowicz-Przedrzymirski (dowódca armii „Modlin”), pozostając na emigracji, wyjechał do Kanady i prowadził firmę nadzorującą wysyłki paczek. Pozostali polscy generałowie, aby zarabiać na życie, prowadzili sklepy i antykwariaty, zajmowali się kreślarstwem, pracowali jako urzędnicy, odnawiali starą porcelanę i byli przewodnikami turystycznymi.

 

Nie inaczej musieli radzić sobie bohaterowie niniejszej książki. Jeden był tapicerem, inny barmanem, jeszcze inny pracował jako magazynier, a kolejny zarabiał na życie jako pielęgniarz. Najstarszy z nich dożywał swoich lat na zapomodze w domu starców. Jeszcze gorzej mieli ci, którzy wrócili do Polski i nie chcieli odpowiednio przypodobać się nowej, „ludowej” władzy. Bezpodstawnie szkalowano ich jako rzekomych szpiegów, bandytów i faszystów. Jeśli od razu nie dostali kary śmierci, to w najlepszym wypadku trafiali do więzień komunistycznego „raju” i przez lata byli represjonowani.