Dziewczyny wyklęte

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

* * *

Lekkie jak pocałunek, jak trzepot skrzydeł motyla, jak dotyk kropli dżdżu na twarzy lub płatków śniegu na rozgrzanej dłoni. Tak delikatne, ciche dźwięki kościelnych organów miały zaraz powitać kilka osób uczestniczących w nocnej uroczystości. Grano Ave Maria Bacha, ale stary organista tak lekko muskał palcami klawisze i takie subtelne wydobywał z nich tony, że wydawało się, jakby to z nieba spływał głos aniołów na ten ziemski padół. Było jeszcze pusto, przy ołtarzu paliła się tylko jedna świeca, a czekający obok ksiądz zaczynał się już denerwować.

Grubo po północy do świątyni weszły trzy osoby.

– Szczęść Boże, jesteście wreszcie – witał przybyłych kapłan, a jego cichy szept jeszcze potęgował powagę chwili.

– Niech będzie pochwalony Jezu Chrystus – odparli przybyli.

– Na wieki wieków.

– Tutaj wszystko w porządku? – spytał księdza Franciszek Przysiężniak.

– Tak, czekałem tylko na was. – Ksiądz Tadeusz Boratyn spojrzał na pannę młodą i uśmiechnął się. – Anielskie organy grają już dobre pół godziny. Mam nadzieję, że nie pobudziły ludzi we wsi. Zapraszam – uprzejmie skinął ręką na przybyłych i poprowadził ich w kierunku płomienia świecy, do ołtarza głównego z obrazem świętego Antoniego z Padwy, patrona kościoła.

Za księdzem szli Janina z Franciszkiem, a za nimi kroczył jedyny świadek tej uroczystości – Bolesław Usow ps. Konar. Kiedy dochodzili do ołtarza, musieli po kolei wyminąć stojący pośrodku katafalk, przygotowany do pogrzebu, który miał się odbyć następnego dnia. Na widok ciężkich drewnianych podstaw do ułożenia trumny Janka przystanęła.

– Nie ślub i wesele mi pisane, a trumna i ciemny grób – przebiegło jej przez myśl, a z oczu popłynęły dwie słone łzy.

Franciszek próbował pociągnąć dziewczynę za sobą, a kiedy ta nie ustępowała, pochylił się do niej.

– Co się dzieje?

Spojrzała tylko na niego przez łzy.

– Franek, ja niebawem umrę…

– Co ty gadasz? To nasz ślub, trzeba się weselić. Teraz już zawsze będziemy razem. Nigdy, przenigdy cię nie opuszczę, obiecuję.

– Ten katafalk czeka na trumnę, na moją trumnę – wskazała palcem i zaniosła się histerycznym, trudnym do opanowania płaczem.


Akt ślubu Franciszka Przysiężniaka z Janiną Oleśkiewicz z ich własnoręcznymi podpisami (zbiory Andrzeja Pityńskiego)

Zebrani mężczyźni nie wiedzieli, co robić, nawet muzyka umilkła. Tylko Franciszek, tuląc narzeczoną, ocierał jej łzy i tłumaczył, że wszystko będzie dobrze. Do akcji wkroczył ksiądz, spokojnie perswadując Jance, że katafalk jest przygotowany do jutrzejszego pogrzebu, że to normalna rzecz, zawsze przygotowuje się go w świątyniach dzień wcześniej.

– Spójrz na ołtarz, tam święty Antoni z Padwy chce wziąć was dziś pod swoją opiekę. To patron narzeczonych i małżonków. Żadna krzywda wam się nie może stać, kiedy jesteście z Bogiem. On ukoi wasze lęki i da wam niezmierzoną siłę do zmagań z armią szatana.

Długie minuty musiały minąć, zanim udało się uspokoić Janinę. Ponownie zagrały organy, młodzi wreszcie stanęli przed ołtarzem, a ksiądz pobłogosławił ich związkowi.

– A teraz pan młody może pocałować pannę młodą – na zakończenie zakomenderował ksiądz, a młodzi złączyli się w długim uścisku i gorącym pocałunku. Janka, już spokojna i szczęśliwa, czule tuliła się do męża, ale Franciszek wciąż czuł na ustach słony smak jej łez.

Janina Oleśkiewicz i Franciszek Przysiężniak wzięli ślub po kryjomu, w tajemnicy, w nocy 11 stycznia 1944 roku, a błogosławiący małżonkom ksiądz Boratyn, w obawie przed dekonspiracją partyzantów, nie odnotował tego faktu w księgach parafialnych. Na zachowanym akcie ślubu, zatytułowanym „Przysięga przedślubna”, w post scriptum zanotowano: „Okoliczności wojny wpłynęły na to, że nowożeńcy brali ślub potajemnie, przy zamkniętych drzwiach, bez złożenia zapowiedzi i bez zezwolenia Kurii wydawanego na okres wojny, wobec tylko jednego świadka”.

* * *

Franciszek Przysiężniak urodził się w 1909 roku w Krupem koło Krasnegostawu. Brał udział w walkach we wrześniu 1939 roku i w wyniku tych działań dostał się do niewoli niemieckiej pod Tomaszowem Lubelskim, lecz uciekł z transportu. Konspirował w Narodowej Organizacji Wojskowej, scalonej z AK, a potem był dowódcą oddziału partyzanckiego. Porucznik Przysiężniak miał pseudonim „Jan”, lecz ponieważ był dla swych podkomendnych i miejscowej polskiej ludności troskliwy jak ojciec, wszyscy nazywali go „Ojcem Janem”.

Pierwotnie jego grupa liczyła zaledwie kilkunastu ludzi, lecz działała prężnie i jej stan liczebny szybko się powiększał. Latem 1944 roku do terenów, na których działał oddział „Ojca Jana”, zbliżał się powoli front, a wraz z nim na ten obszar przemieszczały się sowieckie grupy partyzanckie. Co znamienne, oddziały te w ogromnej większości były przyjacielsko nastawione do polskich partyzantów i często dochodziło między nimi do współdziałania bojowego skierowanego przeciwko Niemcom. Po przetoczeniu się frontu do „Ojca Jana” dotarł rozkaz zdemobilizowania ludzi i ukrycia broni, co też uczyniono. W ciemną noc część broni (między innymi kilkanaście erkaemów, kilkanaście pepesz i empi, kilkadziesiąt karabinów, granaty i kilkadziesiąt kilogramów amunicji) ukryto w zamaskowanym bunkrze niedaleko domu leśniczego Werfla.

W sierpniu 1944 roku Franciszek z żoną Janiną zamieszkał u Oleśkiewiczów w Kuryłówce. Nie angażowali się wtedy w żadną działalność konspiracyjną i chcieli wspólnie ułożyć sobie jakoś życie w cywilu, w nowej, komunistycznej rzeczywistości.

Krótko trwał spokój. Już po miesiącu rozpoczęły się aresztowania prowadzone przez NKWD. W tym samym czasie jedna z sowieckich grup zjawiła się w domu „Ojca Jana”, szukając go i przeprowadzając rewizję. Po kilku dniach od tego zdarzenia sowiecki komendant Leżajska wezwał Przysiężniaka do ujawnienia się. „Ojciec Jan” słusznie obawiał się aresztowania, nie skorzystał więc z „zaproszenia” Rosjan i wraz z żoną wyjechał do Jarosławia. Tam, w grudniu, został aresztowany przez NKWD i przekazany do Urzędu Bezpieczeństwa. Na szczęście miał dobrze wyrobione fałszywe dokumenty i dzięki temu udało mu się wyjść na wolność. Po tym zdarzeniu Franciszek z żoną wrócili do rodziców Janiny do Kuryłówki. I chociaż mężczyzna na co dzień pomagał teściowi w pracy w gospodarstwie, to z obawy przed aresztowaniem nie nocował w domu.

Zbliżały się Święta Wielkanocne roku 1945. Ubeckie aresztowania przybrały na sile. Nawet w Niedzielę Palmową UB szukało „Ojca Jana” w Kuryłówce. Młodzi małżonkowie zdecydowali, że bezpieczniej będzie przeczekać święta osobno, na tajnych kwaterach w Leżajsku.

* * *

Noc przykryła czarnym całunem wioski i miasta, jakby cały świat okrył się żałobą. W Leżajsku zrobiło się ciemno, pusto i cicho – to godzina milicyjna wymiotła ludzi z ulic. Boczną dróżką przemykały ostrożnie cztery cienie, przystając w zaułkach i bacznie obserwując dalszą drogę. Ludzi ci zwracali szczególną uwagę na częste patrole milicji, przed którymi kryli się na podwórkach. Późno już było i wiało chłodem od Sanu, a w powietrzu unosił się wilgotny zapach wiosny, kiedy czwórka ludzi przystanęła na rozdrożu.

– Tutaj musimy się rozdzielić – szepnęła łączniczka „Marta”. – „Grom” poprowadzi pana porucznika do klasztoru, a ja pójdę z panią na kwaterę. Pożegnajcie się – rzekła rozkazującym, nie znoszącym sprzeciwu tonem.

Janka rzuciła się w ramiona męża, przylgnęła do niego całym ciałem, wczepiła rękami w jego ramiona i tak trwała, połykając łzy. Po chwili wybuchła rozpaczliwym szlochem, nie mogąc dłużej tłumić w sobie żalu. Wyobraziła sobie, że to ich ostatnie pożegnanie. Że już nigdy więcej nie zobaczy Franka, że nie będą mieszkać razem, że to już naprawdę koniec. Był Wielki Piątek, a ona ciągle miała w myślach słowa piosenki z ich pierwszego wspólnego tańca: „To ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy, dzisiaj się rozejdziemy, na wieczny czas”. Nie chciała się oderwać od męża, łkając głośno i przejmująco, a zakłopotani łącznicy trwali obok, licząc przemijające minuty.

– To już koniec – mówiła przez łzy. – Teraz odejdziesz i nigdy więcej się nie zobaczymy. Przeczuwam to. Nie chcę rodzić bez ciebie. – To mówiąc, gładziła się po sporym brzuchu. Była już w siódmym miesiącu ciąży.

Franciszek, jak tylko mógł, pocieszał swą żonę i tłumaczył, że ich rozstanie będzie wyjątkowo krótkie, że taka jest konieczność konspiracyjna – muszą się ukryć osobno.

– Franek, nie rozstawajmy się dzisiaj, proszę. Mam złe przeczucia – błagała, nie dając się oderwać od męża.


Janina Przysiężniak z d. Oleśkiewicz ps. Jaga, Jagna (zbiory Anny Ordyczyńskiej)

– Zobaczysz, zaraz po świętach spotkamy się w bezpiecznym miejscu i radośniejszych okolicznościach. Może ubecy zmęczą się szukaniem mnie i powrócimy do normalnego życia. – Sam chyba w to nie wierzył, ale nie przestawał mówić, snując wizję spokojnego i szczęśliwego życia.

– Spotkamy się niebawem i zobaczysz, że jeszcze razem się zestarzejemy – próbował uciąć rozmowę i skrócić niebezpieczny przestój. – Musimy iść, bo nas komuchy w końcu wytropią i zamkną. Daj buziaka. – Szybko pocałował Jankę na pożegnanie i wyrwał się z jej objęć.

– Do zobaczenia, kocham cię – rzucił jeszcze i już maszerował ze swoim przewodnikiem w stronę starego klasztoru.

 

Janka jeszcze przez chwilę spoglądała bolejącym wzrokiem za odchodzącym mężem. Łzy ciągle spływały jej po policzkach, a w głowie tłukło się milion myśli. Bardzo powoli uspokajała się, patrząc w stronę, gdzie w ciemności zniknęli dwaj mężczyźni.

– Idziemy? – spytała cicho łączniczka. Jej zdecydowanie i władczość stopniały na widok zapłakanej „Jagny”.

– Proszę prowadzić – szepnęła dziewczyna i ruszyła za przewodniczką w przeciwnym kierunku.

– Za kilka dni dostanie pani nowe dokumenty na inne nazwisko. Powinna pani również zmienić uczesanie i przefarbować włosy. W razie czego mogę dostarczyć potrzebne rzeczy – tłumaczyła „Marta”. – Ale zaraz, dokąd pani idzie? – spytała nagle, widząc, jak „Jaga” skręca w boczną uliczkę.

– Proszę się o mnie nie martwić, poradzę sobie. Muszę zobaczyć się z rodzicami – wydukała Janina, która już w czasie pożegnania z mężem powzięła taki zamiar.

Niedaleko, blisko rzeki, mieszkała jej siostra, Anna Dolna, u której na czas świąt zatrzymali się ich rodzice. Na nic zdały się tłumaczenia i perswazje skrupulatnej łączniczki, nie pomogły nawet groźby. Ostatecznie „Marta” odprowadziła „Jagę” na ulicę Sanową i zaczekała, aż ta bezpiecznie wejdzie do domu swojej siostry. Kiedy drzwi zamknęły się za dziewczyną, łączniczka ostrożnie wycofała się, znikając w ciemności.

Rodzice i siostra, mimo późnej pory, ciepło przywitali niespodziewanego gościa. Był tam również brat „Jagi” – Marian. Roztrzęsiona po pożegnaniu z mężem i rozdygotana, przeczuwająca ciągle najgorsze, Janka w rodzinnym gronie ukoiła nieco skołatane nerwy. Spotkanie z matką cudownie na nią wpłynęło. Dziewczyna zjadła spóźnioną kolację, zamieniła ze wszystkim kilka słów, a potem położyła się spać. Dla bezpieczeństwa miała nocować w specjalnej kryjówce umiejscowionej na strychu, schowanej za ułożonymi dla niepoznaki deskami. Na wszelki wypadek.

Kiedy została sama, Janka zdmuchnęła święcę i ułożyła się do snu. Długo nie mogła pozbyć się natrętnych myśli o mężu, o przyszłości, o wojnie… Ciągle wydawało jej się, że jest w jakimś sensie naznaczona, przeznaczona na śmierć i potępienie. I chociaż często swój smutek próbowała zakryć śmiechem i radością, to wciąż ciążyło na niej nieszczęsne brzemię. Nic jej się nie udawało. Kiedy pragnęła zaznać trochę szczęścia i spokoju, jej świat wywracał się do góry nogami. Ale kochała i chciała żyć. Dla męża i dla umiłowanego, jeszcze nienarodzonego dziecka.

* * *

Wydawało jej się, że dopiero co zasnęła, kiedy z dołu doszły do niej jakieś hałasy, krzyki i walenia. Zaspana nie bardzo wiedziała, o co chodzi. Ale kiedy oprzytomniała, zaczęła wyławiać pojedyncze okrzyki.

– Gdzie jest Franciszek Przysiężniak, ten bandyta, „Ojciec Jan”?! – Struchlała, usłyszawszy nazwisko i pseudonim męża, i mocniej zakopała się pod pierzyną. Ale gdy do jej uszu dobiegł głuchy dźwięk uderzeń i płacz kobiet, prędko ubrała się, aby być gotowa do ucieczki. Niestety nie miała przy sobie żadnej, nawet najmniejszej broni, pistoletu czy bagnetu. A na dole ktoś coraz głośniej krzyczał, przewracał meble i chyba też bił, bo każde uderzenie wzniecało głośny płacz.

Do domu siostry „Jagi”, Anny, wpadło UB z milicją, szukając Franciszka Przysiężniaka i jego żony. Matka i siostra Janki objęły się i głośno płakały, kiedy ubecy maltretowali ich mężczyzn, nie oszczędzając nawet starego Oleśkiewicza. Całe mieszkanie wywrócono do góry nogami w poszukiwaniu choćby najmniejszego śladu bytności byłego dowódcy partyzantki. Sprawdzali wszędzie, nawet na stryszku, ale Janka siedziała cichutko, bezpieczna w swojej kryjówce.

Nic nie znalazłszy, ubecy uciekli się do podstępnego wybiegu. Zaczęli głośno rozprawiać, że tak naprawdę to schwytali już „Ojca Jana”, że teraz szukają tylko Janiny, ponieważ ostatnim życzenie pojmanego jest zobaczyć się z żoną.

Jance serce zamarło, gdy usłyszała, że mają Franciszka. Strwożona siedziała w ukryciu, bijąc się z myślami, ale w końcu nie wytrzymała, odsunęła deski i zeszła na dół.

– O proszę, jest i nasza zguba – roześmiał się ubek i chuchnął jej w twarz smrodem wódki. – Dobrze zrobiłaś, dziewczyno, mąż chce się z tobą widzieć. To będzie wasze ostatnie spotkanie, bo za to, że był hersztem leśnej bandy, dostanie z pewnością kulkę w łeb. No, a teraz pożegnaj się z rodziną, bo nie wiadomo, kiedy się znowu zobaczycie.

„Jaga” padła do nóg rodziców i ucałowała ich dłonie, a matka z ojcem błogosławili jej, mówiąc: – Idź z Bogiem, dziecko.

Komuniści nie pozwolili na długie pożegnanie i, ponaglając Jankę lufą karabinu, wygnali ją na zewnątrz. Zabrali też jej brata, Mariana. Było już widno, gdy pędzili ich ulicami. Początkowo kierowali się w stronę siedziby milicji, ale potem widocznie zmienili zdanie i w pośpiechu podprowadzili ich do samochodu. Zmęczona Janka nie mogła złapać oddechu. Na pakę ciężarówki pomógł jej wdrapać się brat. Była w bardzo kiepskim stanie. Przeżycia tej nocy i ostatni wysiłek kosztowały ją resztki sił i w samochodzie natychmiast przysiadła na zimnej drewnianej podłodze. Nie ujechali daleko. Ubecy zawieźli ich nad brzeg Sanu. Tam zostawili samochód i, zabrawszy ze sobą pojmanych, przepłynęli rzekę promem. Po drugiej stronie skierowali się do rodzinnej wsi Janki. Dopiero w czasie przeprawy ze strzępków podsłuchanych rozmów „Jaga” wywnioskowała, że wcale nie złapali Franka. Do domu Oleśkiewiczów w Kuryłówce przyszli, by jeszcze raz spróbować poszukać jakiegoś śladu po „Ojcu Janie”. Zanim prom dobił do brzegu, we wzburzonej Jance odezwała się krew żołnierza i zdecydowała się uciec przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Byli już blisko rodzinnego domu Janki, kiedy nagle zza płotu wybiegł jakiś wściekły kundel i zaczął ich obszczekiwać. Pies próbował łapać nawet za spodnie milicjantów, którzy opędzali się przed nim karabinami. Pilnujący Janki i jej brata ubecy chwycili za pistolety i ruszyli naprzód, by dać odpór nieprzewidzianemu napastnikowi. Wtedy „Jaga” zauważyła, jak jeden z młodszych milicjantów, daje jej znak głową, że droga wolna. Trzeba uciekać! Ruszyła biegiem w stronę domu, zostawiając całe zgromadzenie za sobą. Oddaliła się już na dobre pięćdziesiąt metrów, kiedy jej uszu dobiegł pierwszy strzał. Trafiony kulą pies zaskamlał żałośnie. Dopiero wówczas napastnicy zauważyli uciekającą dziewczynę. Ten, który zabił psa, już celował do „Jagi”, ale wtedy Marian zwalił się na niego całym ciałem i kula trafiła w płot. Widząc to, pochodzący z Niska ubek nazwiskiem Machaj zdjął pepeszę z ramienia i wycelował starannie w plecy biegnącej.

Janka była już tak blisko! Widziała już furtkę i skupiła swe myśli na tym, by szybko ją otworzyć i znaleźć się na podwórku, gdzie mogłaby próbować się ukryć, zyskując na czasie. Wtedy Machaj pociągnął za spust, a seria z pepeszy przeszyła plecy dziewczyny. Janka upadła. Nawet wówczas próbowała jeszcze czołgać się w stronę furtki, ale po chwili znieruchomiała, jęcząc cicho z bólu. Wszystko wirowało jej przed oczami, a przy każdym świszczącym oddechu płuca przeszywał palący ból.

– Durak, szto ty zdiełał? – Najstarszy stopniem komunista walnął przez łeb ubeka, trzymającego w ręku dymiącą jeszcze lufę. Podbiegł do leżącej, by ocenić jej stan. Zobaczywszy posiekane kulami plecy i mnóstwo krwi, chyba spanikował, bo krzyknął do pozostałych: „Uchodim, rebiata!”, i pociągnął za sobą dwóch ubeków ciągle kopiących leżącego i zasłaniającego rękami głowę Mariana. Milicjanci wzięli pod ręce słaniającego się mężczyznę i biegiem dołączyli do pędzących w kierunku Sanu towarzyszy.

Przeprawiwszy się przez rzekę, ubecy wraz z więźniem wsiedli do samochodu i odjechali, a milicjanci powrócili na posterunek. Jedyny sprawiedliwy spośród nich poszedł na ulicę Sanową do siostry i rodziców Janiny. Nie chciał wejść do środka, patrzył tylko przerażonym wzrokiem po zebranych i bełkotał, że trzeba wezwać lekarza, bo po drugiej stronie rzeki, w Kuryłówce, leży ranna. A szkoda dziewczyny. Potem uciekł.

* * *

Oślepiające jasne słońce utrudniało uchylenie powiek. Białe chmury z wdziękiem ślizgały się po błękitnym niebie, a lekki wietrzyk chłodził rozpaloną żarem twarz. Było ciepło, przyjemnie i beztrosko. W dali porykiwały krowy, a z góry dobiegał śpiew skowronków. Zapach suszonego siana miło łaskotał nozdrza. Janka, nim otworzyła oczy, uśmiechnęła się szeroko, a potem zakręciło ją w nosie i głośno kichnęła. Powrócił koszmarny, przeszywający ból w piersiach.

W Wielką Sobotę rano partyzanci z oddziału „Wołyniaka” spowiadali się w tarnawieckiem kościele, kiedy nagle usłyszeli niedalekie strzały. Dowódca grupy, Józek Zadzierski, i jeszcze jeden żołnierz, Józef Krzysztanowicz „Hanys”, pędem pobiegli w stronę niedalekiej Kuryłówki, skąd dobiegały głosy. Kiedy dotarli na miejsce, po komunistach nie było już śladu. Podbiegli do leżącej i wtedy poznali, że to Janina, żona „Ojca Jana”.

– Ludzie, potrzebna pomoc! Dajcie jakieś nosze, może być nawet koc – komenderował „Hanys”, a „Wołyniak” próbował ocenić rany i docucić „Jagnę”.

Jakaś starsza kobieta przyniosła koc i zaproponowała, by przenieść ranną do jej domu. Tak też zrobiono, a kiedy mężczyźni nieśli dziewczynę, Janka powoli odzyskiwała przytomność. Głośno jęczała z bólu z każdym krokiem. Gdy złożyli ją na łóżku, ocknęła się na dobre.

– Gdzie Franek? – spytała zbielałymi wargami, a potem dodała niepewnie: – Będę żyć?

– Wszystko będzie dobrze, „Ojciec Jan” jest bezpieczny – skłamali. Tak naprawdę nie mieli pojęcia, co dzieje się z Przysiężniakiem.

– Nie martw się, wezwiemy lekarza, wykurujesz się i spotkasz z mężem. Może uda się was nawet przerzucić za granicę, na Zachód. Zaczniecie nowe, beztroskie życie. – „Wołyniak” próbował zdobyć się uśmiech. W głębi ducha zdawał sobie sprawę, że rana Janiny jest śmiertelna.

– Lekarza! Trzeba wezwać lekarza! – gorączkował się „Hanys”, wodząc błagającym wzrokiem po ludziach.

– Już dawno wezwany, czekamy – odpowiedział ktoś z boku.

– Teraz pozostała modlitwa – wtrąciła właścicielka domu i, uklęknąwszy, zaczęła Litanię do Wszystkich Świętych.

Janka cały czas czuła w piersiach kłujący ból, który to wzmagał się, to ustępował. Mimo trudności z oddychaniem zaczęła opowiadać partyzantom, co właściwie się wydarzyło. Pamiętała wszystko bardzo dokładnie, nawet to, że jeden z komunistów dał jej znak, by uciekała. Zmęczona oddychała z coraz większym trudem. Strużka krwi wypłynęła z kącika jej ust, a oczy zaczęły zachodzić mgłą. Nie słyszała już, jak zrozpaczony „Hanys” błagał o pomoc, krzycząc, że dziewczyna umiera, że trzeba ratować ją i jej nienarodzone dziecko. „Wołyniak” wybiegł po lekarza, a gospodyni zapaliła świecę i modliła się jeszcze żarliwiej.

Janka nie czuła bólu. Znowu znalazła się na nasłonecznionej polanie z pachnącym sianem, z krowami i skowronkami. Bardzo chciało jej się pić i marzyła, aby spróbować ciepłego mleka, takiego prosto od krowy. Leżąc na ciepłej trawie, przeciągnęła się, a kiedy otworzyła oczy, dostrzegła siedzącego tuż obok Franciszka. Jedno źdźbło trawy trzymał w ustach, a drugim łaskotał ją po odsłoniętych, pachnących słonecznym żarem ramionach i uśmiechał się do niej.

– Kocham cię – szepnęła i zamknęła oczy oślepiona blaskiem słońca.


Skan wpisu do księgi parafialnej dotyczącego śmierci Janiny Oleśkiewicz

(zbiory Anny Ordyczyńskiej)