Dziewczyny wyklęte

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

* * *

Ciężkie, duże płatki śniegu, wirując, spadały na szarobury świat. Pierwsze topniały po zetknięciu z ziemią, ale szybko przybywało ich więcej i więcej. W końcu brudne skrzepy błota i gnijące liście pokryły się warstwą białego puchu. Był jeszcze dzień, ale ciemne chmury sprawiły, że panowała szarówka. Na drodze zrobiło się całkiem pusto. To jeden z tych dni, o których mówi się, że psa szkoda wygnać na dwór. Tylko jedna opatulona ciepło postać prędko kroczyła środkiem drogi, nie zważając na głębokie kałuże i płatki śniegu wczepiające się w chustę oraz skraplające się na twarzy.

„Wanda” szybkim krokiem zbliżała się do siedziby Urzędu Bezpieczeństwa w Leżajsku. Wpadła przez drzwi i gwałtownie zamknęła je za sobą, odcinając drogę natrętnej śnieżycy.

– Szukam Józka. Józefa Krzysztanowicza – powiedziała pewnym głosem, lustrując młodego funkcjonariusza wyciągniętego za biurkiem.

– Kogo? Jakiego znowu Krzyształowicza? – spytał ubek, robiąc chyba specjalnie minę idioty. A może wcale nie udawał?

– Krzysztanowicza, Józefa Krzysztanowicza, mojego narzeczonego. – „Wanda” zaczęła ściągać mokrą chustę z głowy. – Został aresztowany dziś rano i na pewno jest u was. Proszę o możliwość widzenia się z nim. Za co go zamknęliście?

– Panienko, akurat dziś nikt nie został zatrzymany. Zresztą żadnego Krzysztanowicza tu nie ma. Może to inni funkcjonariusze, nasi przyjaciele z Niska, albo nawet Rosjanie. Oj, to byłoby najgorsze – zaśmiał się nieprzyjemnie. – Musiał coś naprawdę przeskrobać, skoro interesują się nim Sowieci.

– Nie, nie. Józka zabrało na pewno polskie UB – powiedziała „Wanda”. – Pomoże mi pan go znaleźć czy nie?

– Niestety, bardzo chciałbym ci pomóc, ale muszę pilnować swego stanowiska pracy – wskazał oczami na puste biurko i zapadnięty fotel. – Radziłbym poszukać w Nisku – dodał i grzecznie, acz stanowczo wyprowadził dziewczynę pod rękę, zatrzaskując za nią drzwi.

„Wanda” postała jeszcze chwilę na korytarzu, nie wiedząc, co począć, a potem znikła w coraz gęstszych tumanach mokrego śniegu.

Po jej odejściu do młodego ubeka zszedł z piętra porucznik.

– Kto to był? – spytał.

– Ta dziewczyna, której się spodziewaliśmy. Szuka swego narzeczonego – zachichotał młody adept sztuki poniżania ludzi. – A jak więzień? Gada?

– Jeszcze nie. Ale zacznie. Dostał parę pałek, a teraz go zmiękczamy – moczy się w wannie.

– Woda dobra?

– Jak na dworze, w sam raz do odmrożenia dupy i złapania kataru.

* * *

„Wanda” szukała Józka przez kilka następnych dni. Oprócz Leżajska odwiedziła Nisko i okoliczne posterunki milicji. Była także w radzieckich komendach tych miast. Józek przepadł jak kamień w wodę – nikt nie słyszał nawet o kimś takim.

Gdy straciła już nadzieję, pewnego grudniowego dnia samo UB zapukało do jej drzwi i bez zbędnych wyjaśnień zabrało ją na przesłuchanie. Tylko zdążyła przykazać siostrze, by zabrała brata i udała się do cioci mieszkającej po sąsiedzku.

Na posterunku milicji ubecy zachowywali się grzecznie. Wypytywali o różne błahe rzeczy, ale jak się potem okazało, zatrzymano ją w zupełnie innym celu.

– Gdzie jest „Hanys”?! – Pierwsze poważne pytanie zabrzmiało jak wystrzał karabinu. Skończyła się pogaduszka o pogodzie i kociętach, a zaczęło normalne przesłuchanie. – Odpowiadaj! Gdzie jest Józef Krzysztanowicz, twój narzeczony?

– Przecież sami aresztowaliście go tydzień temu. Szukałam go wszędzie, ale nie znalazłam – powiedziała zgodnie z prawdą dziewczyna.

Komunistyczni funkcjonariusze spojrzeli po sobie. Być może mieli chęć biciem zmusić ją do mówienia, ale czy to młody wiek i dziewczęca uroda aresztowanej, czy też obecność miejscowych milicjantów, niekoniecznie pałających miłością do tych z UB, sprawiły, że przesłuchanie toczyło się w stosunkowo spokojnej atmosferze. Ubeków było dwóch. Pytania zadawali na przemian. Drugi krążył po pokoju i po każdym pytaniu uderzał lekko „Wandę” otwartą ręką w czoło. Głowa dziewczyny głucho dudniła o twardą ścianę. I tak przez kilka godzin – pytania i walenie głową w mur. Bez przerwy. Naturalnie nie wydusili z niej nic, zresztą nie miała pojęcia, gdzie jest Józek. Z pytań i rozmów wywnioskowała tylko, że go przetrzymywali, ale musiał im zwiać. W duchu modliła się żarliwie o pomyślną ucieczkę ukochanego. Kiedy po całonocnym przesłuchaniu „Wanda” wyszła z komisariatu, miała tak skołowaną i obolałą głowę, że nie wiedziała, w którą stronę iść. Dopiero po dłuższej chwili mroźne powietrze przywróciło jej pełną przytomność i ociężale powlokła się do domu. Przeczuwała, że została puszczona wolno na wabia, jako przynęta dla Józka. Dlatego w kolejnych dniach jak najrzadziej wychodziła z domu i prawie nie kontaktowała się z ludźmi. Nie szukała też kontaktu z narzeczonym. Po tygodniu bezowocnych obserwacji UB wpadło do niej na rewizję. Nic nie znaleźli, ale takie nocne najścia zaczęły się powtarzać. Jednego razu nawet doszło do tego, że aby mieć na nią jakiegoś „haka”, jeden z komunistów chciał podrzucić jej pistolet. W porę zauważyła ten manewr i przytomnie głośno wykrzyknęła, by inni słyszeli:

– Co pan tam za piec rękę wkłada?! Niech pan zabierze ten pistolet!

Cofnął się zmieszany i schował broń z powrotem do kieszeni.

Rewizje były częste, ale „Wanda” zauważyła pewną pozytywną okoliczność. Jeden z milicjantów najwyraźniej jej sprzyjał. Za każdym razem mówił innym, że dziewczyna nic nie wie, że „Hanys” z pewnością jej nie wtajemniczał w konspirację. Znała go. Nazywał się Wasiak i mieszkał niedaleko. Kiedyś, gdy komuna dopiero się urządzała, ludzie podburzali Józka, aby kropnął tego milicjanta. A Józek na to: „A co on mi złego zrobił?”. Wasiak słyszał to i zapamiętał. Dlatego starał się w miarę możliwości chronić „Wandę” i próbował tłumaczyć ją przed ubekami.

Ale „Wanda” nie mogła już wytrzymać ciągłych najść ubeckich i pewnego dnia na widok wkraczających przez furtkę komunistów uciekła do mieszkającej po sąsiedzku krewnej.

– Ciociu, ratuj! – tylko tyle zdołała wykrztusić i spostrzegła, że ubecy wchodzą na podwórko ciotki. Spanikowana dziewczyna nie wiedziała, co robić, ale rozkaz starszej kobiety oprzytomnił ją.


Wanda Krzysztanowicz z mężem Józefem Krzysztanowiczem (zbiory Wandy Krzysztanowicz)

– Do zmywania! – rzuciła ciocia. Na progu stali już uzbrojeni ubecy. „Wanda” prawie dotykała nosem brudnych naczyń w misce z wodą i ostro szorowała, a przybysze zaczęli zaglądać do każdej izby.

– Mamusiu – „Wanda” zwróciła się rezolutnie do cioci. – Mamusiu, ci panowie pewnie kogoś szukają, niech mamusia pokaże im wszystkie pokoje, a nawet, jeśli zechcą, zaprowadzi ich do chlewika i obory.

Gospodyni oprowadziła ubeków po obejściu, pokazując, że nie ukrywa nikogo. Po ich odejściu wujek przemycił „Wandę” skrytą na furmance pomiędzy workami z ziarnem. Inni dobrzy ludzie pomogli jej spotkać się z Józkiem. Długo tulili do siebie swe młode, nadwątlone wojenną zawieruchą ciała podczas tego pierwszego po długiej przerwie spotkania. „Wanda” obsypała ukochanego pocałunkami, nie bacząc na grymasy bólu Józka, u którego wciąż odzywały się niezagojone rany po niedawnej ubeckiej „kuracji”. Od tej pory oboje byli na komunistycznej czarnej liście i musieli się ukrywać. A ponieważ w tym czasie Józek Zadzierski „Wołyniak”, który uciekł z komunistycznego transportu, organizował leśny oddział samoobrony, dołączyli do niego.

„Wanda” i Józek, zdani wyłącznie na siebie, postanowili wziąć ślub. Przyszła teściowa „Wandy” początkowo nie była przychylna związkowi. Po ślubie Józek musiałby wziąć na swoje barki również opiekę nad młodszym rodzeństwem żony. Sprawę rozstrzygnęła jego babcia, mówiąc, że związek należy zalegalizować – zabić cielaka i wyprawić skromne wesele. Ślub odbył się 21 kwietnia 1945 roku w Kuryłówce. Tego dnia, oprócz Jadwigi Wandy Bojarskiej i Józefa Krzysztanowicza, pobrali się jeszcze Józef Gagosz z Zofią Góral oraz Zygmunt Rejman z Elżbietą Góral (siostrą Zofii). „Wołyniak” był na wszystkich ślubach i weselach. Na zabawie u Krzysztanowiczów siedział na kanapie, a jego cień padał na ścianę. Wtedy wujek „Wandy” odrysował czarną kredą postać Zadzierskiego na ścianie. Potem przez kilka lat nie malował mieszkania, aby mieć portret „Wołyniaka” w swoim domu.

* * *

Z początkiem maja grupa partyzantów kwaterowała u gospodarza Kiełbońki w Tarnawcu. Pośród innych byli też „Wanda” i Józek. Na wojenny sposób przeżywali swój miesiąc miodowy. „Wanda” nie czuła się najlepiej. Była przeziębiona i miała wysoką gorączkę.

Poranne majowe słońce nie zdołało obudzić młodych. Nawet ruch i wołania za ścianą nie ruszyły ich z łóżka. Niedawno poślubieni spali twardo wtuleni w siebie, gdy do ich pokoju wpadł zdyszany partyzant.

– Józek, alarm! – zawołał, ledwie łapiąc oddech. – Sowieci nadchodzą.

„Hanys” wyskoczył łóżka i ubrał się w pośpiechu. Pocałował żonę i wybiegł, chowając visa do kabury, a granaty do kieszeni.

Zdenerwowana „Wanda” również zaczęła się ubierać i przygotowywać do wyjścia. Do podręcznej torby zapobiegawczo spakowała różne opatrunki, bandaże i lekarstwa. Już zamierzała wyjść, kiedy usłyszała pierwsze strzały. Stanęła jak wryta, sparaliżowana gwałtowną trwogą o męża. Zanim wyszła, uklękła i odmówiła dziesiątek różańca. Skończywszy, przeżegnała się i już spokojniejsza otworzyła drzwi.

Od strony Kuryłówki trzeszczały erkaemy i wybuchały granaty. Gdy biegła samotnie wiejską drogą, wpadła na pędzącego z naprzeciwka Zygmunta Rejmana.

 

– Żyje?

– Żyje, ale jest ciężko ranny – odpowiedział szczerze przyjaciel męża. – Chodźmy, szybko. Masz opatrunki i lekarstwa?

Kiwnęła głową i razem udali się w stronę miejscowego kościoła. Na plebanii w Tarnawcu ksiądz proboszcz Węgłowski urządził punkt opatrunkowy dla rannych i kierował akcją niesienia pomocy. Żołnierzy z pola bitwy pod Kuryłówką dowożono tu furmankami i opatrywano.

Intuicja pomogła „Wandzie” odszukać rannego Józka, który zakrwawiony i cierpiący zdołał tylko wykrzyczeć:

– Zabierzcie ją stąd! Zabierzcie!

Sanitariuszki z oddziału wyprowadziły ją z pokoju, ale uspokoiły również, że „Hanys” dostał kulę w rękę, ale rana nie jest groźna. Na samym początku walki Józek, przebiegając drogę, został postrzelony w ramię i stracił wiele krwi, ale rana nie zagrażała życiu. Rannego „Hanysa” spod ostrzału wyniósł Aleksander Pityński „Kula”.

Trochę uspokojona „Wanda” sama zaczęła działać jako sanitariuszka i nieść ulgę w cierpieniach innym. Pierwszym rannym, którego miała obmyć z krwi i opatrzyć, był chłopak trafiony w pachwinę. Młodziutka dziewczyna zawstydziła się i zawahała.

– Najpierw jesteś sanitariuszką, a dopiero potem kobietą – powiedział ksiądz, widząc jej niezdecydowanie.

– Ma rację – pomyślała „Wanda” i zaczęła najstaranniej i najdelikatniej, jak to tylko możliwe, przecinać i ściągać zakrwawione spodnie rannego. A potem fachowo przemyła ranę i założyła opatrunek.

– Dziękuję – wyszeptał zbielałymi ustami nieznajomy.

– Nie ma za co – uśmiechnęła się na odchodne i ruszyła do kolejnego cierpiącego.

Polskie dziewczyny zgrabnie uwijały się przy rannych. Wspólnie z nimi działała Ukrainka Zenka, dezerterka z Armii Czerwonej, która niedawno dołączyła do oddziału „Wołyniaka”.

Jakiś czas po wspomnianej bitwie ktoś skojarzył, że zdecydowanie zwiększyła się liczba obław i potyczek po tym, jak Zenka przyłączyła się do polskich partyzantów. Zapadła decyzja i dziewczynę zlikwidowano, chociaż nikt przecież nie udowodnił jej winy. Być może zastrzelono wtedy niewinną kobietę. Nikt już raczej nie rozstrzygnie, czy Ukrainka naprawdę była szpiclem i donosiła komunistom na Polaków.

Rannych, których było aż dziewięciu, przetransportowano początkowo wozami do Ożanny. W ostatnim jechała „Wanda” wraz z mężem i innymi rannymi. Tuż przed wyruszeniem w drogę złapał „Wandę” Józek Zadzierski i, wciskając jej w rękę mały pistolet „szóstkę”, powiedział:

– W razie czego zastrzel Józka i siebie, bo lepiej umrzeć od razu, niż wpaść w ręce komunistów. Oni strasznie męczą, zanim później i tak zamordują.

Tak uzbrojona dziewczyna bez przygód dotarła do Ożanny, gdzie zatrzymali się, czekając dalszych poleceń. W międzyczasie „Wanda” sprawdziła opatrunki i dała rannym wody. Wydawało się, że strzały umilkły. A może to duża odległość sprawiła, że nie było już nic słychać od strony Kuryłówki? „Wanda” w niepewności oczekiwała na jakiś sygnał od swoich. I kiedy już była zdecydowana, by ruszyć w dalszą drogę, konno przygalopował posłaniec.

– Idzie odsiecz dla Ruskich. Trzeba koniecznie spalić mostek na rzece Złotej, aby ta kolumna nie dostała się do Ożanny – wyrzucił z siebie partyzant i zniknął w kurzu polnej drogi.

Spanikowana „Wanda” nie bardzo wiedziała, co ma robić. Była sama z rannymi, a miejscowi gospodarze nie chcieli pomóc, gdyż bali się późniejszego sowieckiego odwetu. Dzielna dziewczyna postanowiła działać i za wszelką cenę znaleźć kogoś, kim mogłaby się posłużyć przy wykonaniu rozkazu. Na schodach domu natknęła się na skulonego znajomego partyzanta – Ferdka Pudełko. Wyłuszczyła mu sprawę, czekając na reakcję, a on ani drgnął. Dziwnie pochylony i wsparty na karabinie, zdawał się spać. Na dobre zdenerwowana dziewczyna szturchnęła go łokciem, aby zmusić do działania, a wtedy Ferdek bezwładnie poleciał na ziemię. Szybko sprawdziła tętno, ale chłopak już nie żył – zmarł w wyniku ciężkich ran postrzałowych.

O pomoc w spaleniu mostu dziewczyna poprosiła innego rannego. Gdy delikatne nagabywania nie pomogły, rozkazującym tonem, grożąc otrzymanym od „Wołyniaka” pistoletem, wytłumaczyła mu konieczność działania. Chłopiec niechętnie i z ociąganiem podniósł się z ziemi, a potem z wielkim trudem zrobił parę kroków. Dopiero wtedy „Wanda” poznała, że to ten ranny w pachwinę.

– Już nie musisz iść. Ja sama – zatrzymała chłopca i ruszyła przed siebie.

Nie wiedziała, od czego zacząć, skąd wziąć zapałki, benzynę, czym pościnać gałęzie na podpałkę. Biegała, szukała i naraz usłyszała turkot kół, który nieustannie się zbliżał. Serce jej zamarło. Za późno było na ucieczkę. „Wanda” wyciągnęła przed siebie rękę z pistoletem i stanęła przed wozami z rannymi. Była gotowa na śmierć.

* * *

Konie radośnie ciągnęły zaprzęg. Wcześniej poskubały świeżej trawy i napiły się do syta. Teraz miały siłę, by żwawo zbiegać z piaszczystej leśnej górki. Obok woźnicy na koźle jechała „Wanda”, a za nią siedział Józek. Dziewczyna i jej mąż byli spokojni o najbliższą przyszłość. I szczęśliwi – bo razem. Cała kolumna liczyła kilka wozów, a oprócz tego grupę rannych eskortował „Wołyniak” ze swoimi ludźmi. To nie Rosjanie, a polscy partyzanci nadeszli z zorganizowanymi podwodami, kiedy „Wanda” zasłoniła własnym ciałem rannych i gotowa była bronić ich, mając jedynie malutki pistolecik.

W jednej z wiosek położonych niedaleko Jarosławia zarządzono postój i nawiązano kontakt z miejscową konspiracją. Poprzez nich „Wołyniak” załatwił również łóżka dla rannych w miejskim szpitalu. „Wanda” wraz z łącznikiem z tutejszej konspiracji oraz z rannymi udała się do lecznicy. Jechała na pierwszym wozie z rannym Józkiem oraz kilkunastoletnim Tadziem, którego rodziców we Lwowie zamordowali komuniści. Padał drobny deszczyk i aby ranni nie mokli, „Wanda” przykryła ich plandeką. Droga dłużyła się, ale wreszcie furmanka zajechała na szpitalne podwórze. Do ostatniej chwili „Wanda” pocieszała cierpiącego Tadzia.

– Zaraz dostaniesz zastrzyk i przestanie cię boleć – mówiła.

Ale z rannym było źle. Ostatni raz spojrzał przytomnie na dziewczynę, uśmiechnął się do niej i zdołał jedynie wyszeptać: „Mamo…”, kiedy głowa opadła mu bezwładnie do tyłu. Zmarł na rękach „Wandy” na progu szpitala.

– Tu nie cmentarz. Co wy mi tu trupa przywozicie – denerwował się lekarz, który po kilku minutach oglądał ciepłe jeszcze ciało chłopca i nie chciał słuchać tłumaczeń „Wandy”, że przecież on przed chwilą jeszcze żył. Na razie przyjął do szpitala tylko dwóch najciężej rannych, a „Wanda” z mężem musieli poczekać na tajnej kwaterze. Łącznik, który doprowadził ich do szpitala, znalazł teraz dla młodych bezpieczne lokum u swego wujka.

– Za okupacji podpisał niemiecką volkslistę, to teraz niech to odpokutuje – śmiał się pod nosem, prowadząc Krzysztanowiczów ulicami miasta.

Po tygodniu ukrywania się „Wanda” z cierpiącym Józkiem ponownie podjechała furmanką pod jarosławski szpital. Już z daleka widziała pielęgniarzy z noszami czekających na umówionego rannego. Ale dopiero kiedy wóz podjechał pod główne wejście, dostrzegła wojsko. Na okrągłym klombie rozstawiono najcięższy karabin maszynowy z obsługą, z daleka wyglądający jak małe działko. Wszystkich wchodzących i wychodzących ze szpitala zatrzymywali oficerowie sowieccy oraz polscy z komunistycznej armii.

– Wpadliśmy – pomyślała „Wanda”, a „Hanys” ze zdenerwowania zaczął się tak kręcić, że rana na ręku otworzyła się, a bandaż nasiąkał świeżą, jasnoczerwoną krwią. Niestety, na wycofanie było już za późno. „Wanda” w głowie układała sobie jakieś logiczne kłamstwa, aby wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Z dokumentów miała przy sobie tylko niemiecką okupacyjną kenkartę. Ale jak wytłumaczyć władzy, że, mieszkając w Krzeszowie, pojechała do szpitala aż do Jarosławia, a nie do którejś z bliższych miejscowości? No i jak wyjaśnić wojskowym ranę Józka? Fakt, zdarzały się takie po napadach UPA, ale jak to wszystko połączyć w logiczną całość? „Wanda” zamarła, kiedy wreszcie i do nich podszedł polski oficer. Wyciągnęła drżącą rękę z dokumentami, ale on tylko spojrzał na czerwone bandaże „Hanysa” i dobitnie rzekł:

– Polski oficer nie będzie legitymował polskich żołnierzy.

Zasalutował i dał im wolną drogę.


Wanda Krzysztanowicz (zbiory Wandy Krzysztanowicz)

* * *

Józek został w szpitalu, a „Wanda” zamieszkała w Jarosławiu u komendanta rejonowego AK Mikołaja Turczyna. Wreszcie mogła trochę odsapnąć po ostatnich ciężkich przeżyciach. Żona Turczyna, pani Karolina, służyła młodej dziewczynie wszelką pomocą. „Wanda” wykąpała się, umyła dokładnie włosy i – aby pozbyć się wszy – obcięła swe piękne warkocze… Pewnej nocy, starając się nie zbudzić domowników, wyszła drugim skrzydłem mieszkania na balkon, by tam dokładnie wyczesać włosy gęstym, metalowym grzebieniem. Pracę dziewczyny przerwał okropny, głośny ryk zarzynanego zwierzęcia. „Wanda” struchlała, nasłuchując, co to takiego. Zwierzęce wycie powtórzyło się jeszcze raz, a potem znowu. Spanikowana uciekła do łóżka, gubiąc po drodze grzebień i zapominając o robakach.

Następnego dnia przy śniadaniu „Wanda” spytała rodzinę Turczyna o te przedziwne odgłosy.

– Jak to możliwe, że tu, w centrum miasta, ktoś hoduje zwierzęta? – zapytała. A widząc zakłopotane miny domowników dodała: – Wczoraj czesałam włosy na balkonie i słyszałam okropne zwierzęce wycie.

Turczyn spojrzał gniewnie na „Wandę” i gwałtownie odpowiedział:

– Po co pani tam chodziła?! Nie widzi pani, że gruba kotara oddziela tamtą część mieszkania? Nikt z nas nie chodzi do tamtego skrzydła, nigdy! I pani też nie wolno. – Wzburzony usiadł, a żona delikatnie głaskała go po ręku. Zakłopotana „Wanda” nie wiedziała, co odpowiedzieć. Dlaczego mieszkańcy oddzielają się kotarą od ryku zwierząt?

– Z tamtej strony, za ulicą, jest Urząd Bezpieczeństwa – wyjaśniła po chwili pani Karolina. – Tam mordują polskich patriotów. To oni tak wyją z bólu…

Turczyn ukrył twarz w dłoniach, a jego żonie pociekły łzy.

– Przepraszam, nie miałam pojęcia – wydukała zakłopotana i strwożona „Wanda”.

Przez cały dzień w mieszkaniu panowała grobowa cisza. Obiad i kolacja minęły bez rozmów. Ale kiedy wieczorem wszyscy skończyli jeść, pani Karolina zainteresowała się kiepskim wyglądem „Wandy”.

– Dostałaś dziś strasznych wypieków, dziecko. – Położyła chłodną dłoń na gorącym czole dziewczyny. – Masz chyba gorączkę? Nic to, jutro z rana musimy pójść do lekarza.

Wizyta u specjalisty skończyła się prześwietleniem płuc i przerażającą diagnozą: dwie dziury w płucach i gruźlica. Chociaż dziewczyna odwiedzała codziennie męża w szpitalu, nie wspomniała mu ani słowem o swej chorobie.

– Ma dosyć własnych zmartwień, nie będę mu dokładać kolejnego – myślała codziennie, wchodząc do szpitala.

Któregoś dnia nie znalazła Józka w szpitalnej sali. Zakonnica, która opiekowała się chorymi, zabrała „Wandę” na stronę i wyszeptała do ucha:

– Ktoś doniósł do UB, że w szpitalu są partyzanci i musieliśmy ich wszystkich poukrywać. Pani mąż jest bezpieczny. Ale pani też musi się ukryć, bo cały czas przeszukują szpital.

Zaprowadziła „Wandę” na dół i zamknęła w szpitalnej pralni.

– Proszę czekać cierpliwie. Gdy będzie bezpiecznie, przyjdę po panią – szepnęła na odchodne, znikając za drzwiami. „Wanda” usłyszała zgrzytnięcie klucza w zamku.

Początkowe minuty dziewczyna spędziła w bezruchu, siedząc cała w strachu jak na szpilkach. Nasłuchiwała, co się dzieje za drzwiami. Na zewnątrz panowała jednak niezmącona cisza, nikt nie biegał, nikt nie spacerował. Po godzinie czas począł się jej niezmiernie dłużyć i w końcu dziewczyna zasnęła zakopana między szpitalnymi kocami. Obudziło ją targanie za ramię. Kiedy otworzyła zaspane, wystraszone oczy, ujrzała spokojną twarz znajomej zakonnicy.

– Już dobrze, ubecy pojechali, można bezpiecznie wyjść z ukrycia – uśmiechnęła się, kiedy szczęśliwa dziewczyna pocałowała ją w policzek i wybiegła na schody.

Kiedy się na dobre ściemniło, „Wanda” wróciła do mieszkania Turczyna i tam spotkała męża. Rana Józka goiła się nadzwyczaj dobrze, nie było potrzeby dalszej hospitalizacji. Po postrzale został mu na całe życie przykurcz ręki, ale to drobiazg. Młodzi podziękowali rodzinie Turczynów za pomoc oraz opiekę i wrócili w swoje rodzinne strony. Tam, w lasach niedaleko Brzyskiej Woli, nawiązali kontakt z „Wołyniakiem” i jego partyzantami. I chociaż dowódca ucieszył się na widok swoich ludzi, to sam zauważył, że nie nadają się oni do leśnego życia. „Hanys” miał sztywną prawą rękę, a „Wanda” gruźlicę. Dziewczyna powiedziała mężowi i „Wołyniakowi” o swojej chorobie.

 

– Jest na to rada – odparł „Wołyniak”. – Mam czyste dokumenty repatriantów. Dam wam papiery wystawione na nowe nazwiska. „Wando”, ty możesz przyjąć swoje rodowe, a „Hanysowi” wymyślimy fałszywe. Wyjedziecie rozpocząć nowe życie na Ziemiach Odzyskanych.