Dziewczyny wyklęte

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

* * *

Do grona sanitariuszek w oddziale „Ojca Jana”, obok „Baśki” i Heli Cieplechowicz, należała też młodziutka dziewczyna z pięknymi warkoczami o pseudonimie Wanda. Jadwiga Wanda Bojarska urodziła się w roku 1926 w Krzeszowie nad Sanem. Również w jej młode, trzynastoletnie życie wkroczyła brutalnie rzeczywistość wojenna, kiedy po skończeniu szkoły powszechnej uczęszczała do biłgorajskiego gimnazjum. We wrześniu 1939 roku Polacy nie zdołali obronić kraju przed niemieckim i sowieckim najazdem, a czwarty rozbiór podzielił nasz kraj między nowych zaborców granicami paktu Ribbentrop–Mołotow. W rodzinnej osadzie Wandy byli Niemcy, a Biłgoraj zajęli już Rosjanie. Po wrześniowej zawierusze do Biłgoraja po dziewczynę przyjechał tata Andrzej.

– Jesteś, kochany tatusiu! – krzyknęła i rzuciła się ojcu na szyję. – Bałam się, że zostanę tu całkiem sama. – Dwoje ludzi długo tuliło się do siebie.

– No coś ty, Wandziu, przecież nie zostawiłbym swojej najukochańszej córeczki. Wracajmy, w domu czeka mama.

– A przepuszczą nas? – spytała zafrasowana. Słyszała już o nowych granicach, aresztowaniach i godzinie policyjnej.

– Jak przepuścili w jedną stronę, to i w drugą przepuszczą – uspokoił ją ojciec i prędko załadował na wóz nieduży bagaż dziewczyny. Spieszyło im się, by wrócić do Krzeszowa – Andrzej obawiał się, że ruch na nowej granicy może zostać w każdym momencie wstrzymany. Sowieckie warty przepuściły ich jednak bez problemu. Ale już po drugiej stronie jednemu Niemcowi nie spodobał się znaczek na berecie Wandy. Jak każda uczennica gimnazjum ubrana była w niebieski szkolny płaszczyk, a na berecie miała metalową plakietkę wkręcaną na śrubkę. Nic, czym można by urazić niemiecką „rasę panów”. Znaczek symbolizował naukę i przedstawiał otwartą książkę.

– Co to jest? – zapytał po niemiecku żandarm gardłowym głosem, wskazując na beret dziewczynki. Andrzej z córką zmartwieli, nie wiedząc, o co mu chodzi. – Pytam, co to jest?! Co, nie rozumiecie? – denerwował się potężny Niemiec. – My was, bandyci, nauczymy europejskiej cywilizacji i języka. Będziecie czytać z naszych, niemieckich książek i robić u nas za parobków, wy polskie nasienie.

– My nic nie rozumiemy, panie żandarm – próbował tłumaczyć się po polsku tato Wandy. Ale tamten tylko splunął pod nogi i gwałtownie, z zaskoczenia uderzył silnie dziewczynkę w czoło, w znaczek na berecie. Po młodej, dziecinnej jeszcze twarzy pociekła pierwsza krew. Reakcję ojca powstrzymał inny Niemiec, dźgając go lufą karabinu w pierś.

Wanda nie rozumiała sensu całego zajścia, nie wiedziała, czym naraziła się uzbrojonym ludziom przybyłym z Zachodu. Do tej pory wierzyła w dobroć tkwiącą w każdym człowieku. Ten jeden Niemiec dziurą w czole i pierwszą krwią, która zakrzepła na jej ustach, wybił jej z głowy tę bezgraniczną ufność w ludzi. Zadra wdarła się głęboko w młode serce, w którym zaczęła kiełkować nienawiść do najeźdźców.

Wolno i monotonnie mijały dni niemieckiej okupacji. A biedne to były czasy. W roku 1943 Wanda została zaprzysiężona do konspiracyjnej Narodowej Organizacji Wojskowej, scalonej z AK. Przysięgę siedemnastoletniej dziewczyny i jej taty odbierał porucznik Janusz Stoboy ps. Wir. Jako pseudonim Jadwiga wybrała sobie swoje drugie imię – „Wanda”. Od tego momentu do domu Bojarskich w Krzeszowie przybywali kurierzy z Krakowa przywożący rozkazy, pieniądze i ulotki. Tymi emisariuszami były najczęściej dziewczyny lub młode kobiety, które tajne dokumenty przechowywały w stanikach bądź nawet w – jeszcze bezpieczniejszych – dolnych partiach bielizny osobistej. W domu „Wandy” te dziewczęta rozbierały się nieomal do naga, wyciągały zdeponowane niebezpieczne materiały i przekazywały je Bojarskim. „Wanda” najczęściej przewoziła dokumenty dalej i przekazywała Stoboyowi.

Ta antyniemiecka działalność trwała ponad rok. Do czasu…

* * *

Z początkiem maja 1944 roku przed dom Bojarskich zajechało gestapo. Niemcy nie byli sami, prowadził ich Ukrainiec o nazwisku Daniłowicz, który najprawdopodobniej zadenuncjował Polaków. Przybysze wtargnęli do domu, od progu wołając: „Gdzie jest Andrzej Bojarski?”. Wystraszona trójka dzieci zbiła się w gromadkę, a Stefcię i Antka osłoniła własnym ciałem najstarsza Wanda.

– Rodziców nie ma w domu, wyjechali na targ – powiedziało trzeźwo, chociaż wiedziała, że mama i tato pracują na drugim krańcu pola przy sadzeniu kapusty.

– Mamy informacje, że pan Bojarski współpracuje z bandytami. A może ty, dziewczyno, widziałaś tu bandytów? – spytał gestapowiec i uniósł szpicrutą brodę dziewczyny.

– Żadnych bandytów u nas nigdy nie było. Jesteśmy uczciwi – powiedziała, patrząc hardo na Niemca. Jej słowa wywołały salwę śmiechu.

– Wszyscy Polacy to bandyci! Każdy Niemiec to wie!

Przybyły z gestapowcami Ukrainiec stał z boku i czekał niecierpliwie na swoją nagrodę – pieniądze albo zwolnienie z przymusowych kontyngentów. Niemcy śmiali się długo, a „Wanda” bała się, by nie zaczęli przeszukiwać mieszkania. W domu było trochę kompromitujących rzeczy.

– No dobrze, polska dziewczyno – powiedział jeden z Niemców – przekaż swemu ojcu, aby niezwłocznie zjawił się na najbliższym posterunku żandarmerii. Mamy z nim do pogadania. – Już zbierali się do wyjścia, kiedy jeden z nich nagle odwrócił się i z całej siły trzasnął „Wandę” w twarz.

– Przeszukać dom! – padł rozkaz, a Niemcy już się nie śmiali. Rozpoczęła się skrupulatna rewizja, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności okupanci znaleźli tylko niemieckie marki i wiele lekarstw w kuferku.

– Po co wam tyle lekarstw? – spytał gestapowiec.

– Jest wojna i wykupujemy, co jest, bo może się zdarzyć, że będą potrzebne – odpowiedziała szybko „Wanda”, bardziej bojąc się o to, by intruzi nie znaleźli szytych przez nią na potrzeby konspiracji biało-czerwonych proporczyków, ukrytych na dnie jednej z szuflad.

Gestapowcy poniechali dalszych poszukiwań i wyszli z domu, zabierając ze sobą kuferek z pieniędzmi i lekarstwami.


Wanda Krzysztanowicz z d. Bojarska (pierwsza z prawej) ze swoim rodzeństwem:

siostrą Stefanią i bratem Antonim (zbiory Wandy Krzysztanowicz)

– My tu jeszcze wrócimy – uśmiechnął się cierpko jeden z nich na odchodne.

„Wanda” widziała przez okno, że nie wsiedli do samochodu, tylko weszli do sąsiadów. Natychmiast zaczęła działać. Wysłała w pole do rodziców trzynastoletnią siostrę, aby ostrzegła tatę, a sama zaczęła pakować co pilniejsze rzeczy. Niebawem zjawili się matka i parobek ze Stefcią. Ojciec postanowił już nie wracać do domu, tylko ukryć się u znajomych. Przekazał rodzinie, aby spakowali się szybko i ruszyli do wsi Kamionka, gdzie on będzie na nich czekał. W gorączkowym pośpiechu załadowali na furmankę niezbędne rzeczy, łącznie z pierzynami. Kiedy wóz powożony przez parobka ruszył z podwórka, wydawało się, że wyjazd odbędzie się bez przeszkód. Niestety, gestapowcy, choć sami cały czas przebywali u sąsiadów, na drodze pozostawili uzbrojonych szeregowych żandarmów. Jeden z nich zatrzymał wóz, łapiąc konia za uzdę.

– Halt! – wrzasnął.

– Proszę nas puścić, jedziemy do lekarza, braciszek ma tyfus – skłamała błagalnie „Wanda”, wiedząc, że Niemcy panicznie boją się wszelkich chorób zakaźnych. Niestety, Niemiec wykrył oszustwo, ponieważ wóz, wyjeżdżając z domu, zaczął skręcać nie do lekarza, który przyjmował w centrum Krzeszowa, ale w drugą stronę, w kierunku wsi. Mocniej zacisnął palce na rzemieniu.

Wtedy „Wanda”, nie namyślając się długo, wyrwała woźnicy bat i mocno chlasnęła szkopa po ręku, przecinając mu skórę. Żandarm zasyczał z bólu, a wtedy narowisty koń cisnął się, uwolnił z uchwytu i ugryzł go w… głowę. Wóz popędził dalej, a Niemiec stał na środku drogi, patrząc z niedowierzaniem i trzymając się za obolałą głowę, a z przeciętej ręki sączyła się krew. Nie był nawet zdolny, by od razu wszcząć alarm lub sięgnąć po leżący w piachu karabin. Zobaczył tylko, jak wóz z rodziną Bojarskich znika w tumanach kurzu za zakrętem drogi.

* * *

Po ucieczce z Krzeszowa „Wanda” z mamą i rodzeństwem zatrzymała się na krótko u rodziny w Kamionce, by potem zamieszkać w Sierakowie. Ojciec, zagrożony aresztowaniem, dołączył do jednego z pododdziałów partyzanckiej grupy „Ojca Jana”, stacjonującego w pobliskich lasach. Do tej grupy formalnie należała również „Wanda”, która w Sierakowie utrzymywała placówkę konspiracyjną.

W pierwszych dniach maja 1944 roku oddział „Ojca Jana” otrzymał od przełożonych informację, że linią kolejową z Lublina do Krakowa Niemcy będą przewozić polskich więźniów z Majdanka. Dowódca dostał rozkaz odbicia Polaków, a akcję przygotowano na stacji w Lipie w dniu 3 maja. Kiedy wyznaczony do operacji oddział „Konara” znalazł się w Lipie, okazało się, że transport z więźniami przejechał już dzień wcześniej. Porucznik Bolesław Usow postanowił przeprowadzić akcję zastępczą i zaatakować nasycalnię drewna i tartak, tak by zdobyć i zniszczyć działające dla okupanta warsztaty. Jednak ktoś musiał zdradzić Polaków i teoretycznie łatwa akcja zakończyła się całkowitą klęską partyzantów. Ostrzelani przez przygotowanych do obrony nieprzyjaciół ponieśli straty i musieli się wycofać. Było aż ośmiu rannych, ale na szczęście zdołano ściągnąć ich z pola bitwy i zabrać ze sobą. Umieszczono ich początkowo na plebanii w Pysznicy, a potem u sióstr dominikanek w Bielinach. Potem jeszcze czterech z nich („Opium”, „Orzeł”, „Klon” i „Prawdzic”) kurowało się u Kostka Serafina w młynie w Kurzynie. I właśnie do opieki nad tymi rannymi konspiracyjna organizacja skierowała „Wandę”. Dziewczyna wraz z koleżanką z podziemia wędrowała kilka razy w tygodniu przez las do młyna, by doglądać powstańców. Któregoś dnia, późnym już wieczorem, dziewczęta maszerowały w deszczu. Wtem usłyszały nadjeżdżającą furmankę, na której jechali uzbrojeni mężczyźni. Było za późno, aby się skryć w gęstwinie.

 

– Hej, dziewczynki! – rzucono na powitanie, na szczęście w ojczystym języku, a nie po niemiecku czy rosyjsku. Bo należy pamiętać, że na tym terenie działały również radzieccy partyzanci, przybyli niedawno ze Wschodu. Pozostawała jeszcze niepewność, czy spotkani partyzanci to swoi, czyli z AK, czy też z „czerwonych” oddziałów AL. Całkiem niedawno nasi ostrzeliwali się tymi z AL (na szczęście bez strat) podczas przewożenia rannych po akcji w Lipie.

– Co wy tak tutaj same w deszczu stoicie? Może was podwieźć? – pytali przymilnie chłopcy z wozu. – A dokąd w ogóle idziecie?

– Do Sierakowa – musiały powiedzieć prawdę, gdyż leśna dróżka prowadziła właśnie w tym kierunku.

– Oho, to was podrzucimy do domu. Wskakujcie. – Wyciągnęły się ręce i dziewczyny znalazły się na wozie, a jeden z partyzantów od razu zaciął konie.


Józef Krzysztanowicz „Hanys” (w środku) z innymi partyzantami, z lewej strony Adam Kusz, z prawej Mikołaj Paśnik (zbiory Dionizego Garbacza)

– Znamy skrót – powiedział woźnica i skręcił w boczną odnogę drogi. Furmanka jeszcze długo kluczyła w coraz gęstszych kniejach, aż w końcu wyjechała na polankę. Ale to nie była żadna wieś, tylko partyzanckie obozowisko w samym sercu lasu. Żart młodych chłopców wcale nie ubawił „Wandy” i jej towarzyszki. Nie zamierzały zostawać u partyzantów, a przez to wszystko ich powrót do domu jeszcze się wydłużył. Na szczęście dziewczyny trafiły do swoich, czyli chłopców z oddziału „Ojca Jana” z NOW-AK. Niestety nie wiedziały, w którą stronę teraz powinny iść i gdzie znajduje się Sieraków. Kiedy tak stały przemoknięte i zziębnięte pośrodku obozu, nagle z tyłu ktoś do nich podszedł.

– „Wanda”, to ty? – odezwał się młody, silny głos.

– Tak, a kto mówi? – „Wanda” odwróciła się gwałtownie na pięcie, wpadła w kałużę i zachlapała błotem wyczyszczone oficerki żołnierza.

– Nie poznajesz mnie? – zdziwił się młody chłopak, nie zwracając wcale uwagi na pobrudzone buty. – To ja, Józek, mój tato miał mleczarnię w Krzeszowie. Co wy tu robicie pośrodku lasów?

Musiały opowiedzieć mu o spotkaniu z partyzantami, o pechowej podwózce i wylądowaniu w tym obozowisku.

– Głupie żarty – skwitował Józek. – Przyznaję, że też chciałbym, żebyście zostały tutaj – zaśmiał się do swych myśli – ale teraz odwiozę was do domu. Zaraz zorganizuję pojazd.

I po raz kolejny, klucząc pośród leśnych drożyn, konie raźno ciągnęły wóz, tym razem naprawdę kierując się do Sierakowa. Już bez dalszych przygód, w nocy, partyzant odstawił dziewczyny do domów, a mamie „Wandy” przykazał nawet, by lepiej opiekowała się córką, bo może stać się jej krzywda, kiedy tak samotnie wędruje przez las.

* * *

Józef Krzysztanowicz urodził się w 1923 roku w Krzeszowie. Jego mama miała na imię Eleonora, a tata Stanisław – przed wojną prowadził mleczarnię. Już wtedy staremu Krzysztanowiczowi wpadła w oko mała Wandzia z pięknymi warkoczami.

– O, popatrzcie, idzie moja przyszła synowa – mawiał, kiedy ona z trudem dźwigała bańkę z mlekiem.

Józkowi, który w konspiracji przyjął pseudonim „Hanys”, musiały zapaść w pamięć te żarty ojca. Nie zapomniał o pięknej dziewczynie z sąsiedztwa. Po przygodzie w obozie partyzanckim uznał za swój męski i żołnierski obowiązek zaopiekować się w miarę możliwości „Wandą”. Józkowi spodobała się dziewczyna z pięknymi warkoczami, które dodawały jej uroku. Ona zresztą nie wzbraniała się przed jego zainteresowaniem. Józek coraz częściej wymykał się z lasu, by odwiedzić ją w Sierakowie.

– Wyprasujesz mi wszy ze spodni? – żartował na randkach. Wiele było w nich beztroski, ale też wiele koniecznego pragmatyzmu. „Wanda” dbała o to, by ubrania i bielizna Józka były zawsze czyste, uprane i uprasowane. Początkowo dziewczyna nie mówiła matce, że jej zniknięcia z domu związane są ze spotkaniami z chłopcem. Ale dręczyły ją wyrzuty sumienia i w końcu wyznała prawdę. Matka nie protestowała. Znała rodzinę Józka i jego samego – dobry był z niego chłopak. Ale przestrzegała córkę przed zbytnią brawurą w partyzantce. W razie czego to „Wanda” miała zaopiekować się rodziną.

– Jestem coraz starsza – mówiła matka – wojna zabiera więcej i więcej ofiar. Pamiętaj, że jeśliby mnie lub ojca zabrakło, ty – jako najstarsze dziecko – musisz zaopiekować się rodzeństwem.

Beztroski żywot młodych nie trwał długo. W czerwcu rozpoczęła się wielka niemiecka operacja przeciwpartyzancka „Sturmwind I”. Specjalne oddziały, złożone z Niemców lub kałmuków, przeczesywały okolicę, próbując okrążyć partyzantów, i pacyfikowały pobliskie wsie. Nastał straszny czas dla ukrywających się w lesie Polaków oraz miejscowych. Co niektórzy zabrali ze sobą rzeczy i wynosili się ze wsi, by w bezpiecznym miejscu przeczekać zawieruchę.

Słychać było strzały. Gdzieś w oddali trwała walka partyzantów z niemiecką obławą.

– Musisz uciekać – powiedziała mama do „Wandy”. – Spakuj plecak i spróbuj dołączyć do ojca.


Porytowe Wzgórze, spotkanie po latach, czerwiec 1974 r. Na zdjęciu widoczni m.in.:

1. Jan Zmysłowski „Orzeł”, 2. Marian Mizgalski „Wrona”, 3. Leon Wyduba „Hieronim”, 4. Bronisław Fitas „Fregata”, 5. Józef Krzysztanowicz „Hanys”, 6. Tadeusz Bielak „Sęp”, 7. Wanda Krzysztanowicz „Wanda”, 8. prof. Bronisław Chromy, twórca projektu pomnika na Porytowym Wzgórzu, 9. Stanisław Pelczar „Majka”

(zbiory Stanisława Szymuli)

– Ale co z tobą, mamusiu, co z wami będzie? – dziewczynie dwie wielkie łzy pociekły po policzkach, kiedy tuliła się do matki.

– Nie martw się o nas. To ty i ojciec jesteście w konspiracji i to wy jesteście najbardziej zagrożeni. Ja jestem już stara, a kiedy zostanę z małymi dziećmi, nic złego nas nie spotka. Idź już, proszę – pocałowała córkę w czoło, wręcz wypychając za drzwi.

Jeszcze z oddali „Wanda” pomachała mamie i rodzeństwu, a potem szła długi szmat drogi, wybierając mniej uczęszczane trasy. Po dwóch dniach błądzenia po lasach spotkała partyzancki patrol, który doprowadził ją do leśnego oddziału. Trafiła wyśmienicie – długo tuliła się do taty, a po chwili wisiała na szyi swojego Józka. Dziewczyna nie mogła nadziwić się własnemu szczęściu – była ze swym chłopcem, a tata od ręki pobłogosławił ich związkowi. Uważali się teraz za narzeczeństwo. A i w partyzanckich bitwach fortuna sprzyjała oddziałowi, który po bitwie na Porytowym Wzgórzu umiejętnie wymykał się kolejnym niemieckim obławom i unikał większych strat.

Niestety każda radość ma swój kres, a po dniu zawsze nastaje noc. Z odległego Sierakowa nadeszła wiadomość, że mama „Wandy” nie żyje. Podczas walk i obław niemiecka kolumna pancerna ostrzelała dom Bojarskich i matka, trafiona serią, zginęła na miejscu. Podobno – jak potem opowiadali sąsiedzi – Niemcy w wieczornej szarówce wzięli wysokie krzaki róż znajdujące się przed domem za cienie polskich żołnierzy i dlatego otworzyli ogień. Jak było naprawdę, nikt nie wie do tej pory.

– Muszę iść po ciało mamy – wyznała „Wanda” „Hanysowi”. – Muszę też zaopiekować się Stefcią i Antkiem.

– Pójdziemy razem, ale bez broni i w cywilnych ubraniach.

Młodzi wyperswadowali staremu Bojarskiemu wspólną wyprawę. Andrzej już był na gestapowskiej liście i jego obecność mogła zakończyć się zaaresztowaniem całej trójki albo nawet rozstrzelaniem ich od ręki przez niemieckie oddziały pacyfikacyjne.

Wieczorem „Wanda” i Józek wyjechali furmanką z obozu, kierując się na Sieraków. Podróżowali całą noc, a rankiem, przejeżdżając obok jakiegoś miasteczka, ujrzeli wielką niemiecką kolumnę wojska. Na szczęście nieprzyjaciel nie zainteresował się jednym chłopskim wozem i około południa młodzi zajechali przed dom w Sierakowie.

– To twoja wina! – krzyczała przez łzy Stefania, grzmocąc pięściami „Wandę”. – Ta wasza konspiracja, ta nielegalna działalność! To przez ciebie i przez ojca zabili mamusię. Nienawidzę was! – skryła twarz w dłoniach, a wykrzyczawszy całą swą złość, zamknęła się w sobie. Nie odezwała się do „Wandy” przez cały dzień, kiedy z Józkiem załatwiali skromną trumnę. Mały, trzyletni Antek cichutko popłakiwał, kiedy wyjeżdżali z trumną z Sierakowa. Kilkakrotnie mijali niemieckich żołnierzy. Jedni żandarmi zainteresowali się żałobnym konduktem.

– Halt! Pokażcie, co macie w skrzyni! – zakomenderował jeden z nich.

– Przecież to trumna – bąknęła „Wanda”.

– Ja wiem, że w takich skrzyniach wy, Polacy, lubicie przewozić karabiny, naboje i granaty. Otwierać wieko! – wrzasnął Niemiec.

– Tam jest ciało mojej mamy. Nie otworzę – odparła cicho, lecz twardo. Kątem oka zauważyła, że „Hanys” nerwowo ścisnął w ręku bat, czekając na reakcję żandarmów. Ci jednak popatrzyli przeciągle na dziewczynę i w końcu przepuścili furmankę, nie sprawdzając trumny.

Aby nie kusić losu, „Wanda” z Józkiem nie pojechali dalej – zatrzymali się w Półsierakowie, a ciało mamy przekazali znajomym rodziny z prośbą o godny pochówek. Pod ich opieką „Wanda” zostawiła także siostrę i brata. Młodzi na piechotę przekradli się przez lasy i powrócili do partyzanckiego oddziału. Olgę Bojarską pochowano na cmentarzu w Krzeszowie.

* * *

Tymczasem po letnich wielkich partyzanckich bitwach nadeszła sowiecka ofensywa, która przegoniła niemieckiego okupanta. Często frontowym oddziałom Armii Czerwonej pomagali polscy partyzanci. Ludzie Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka” mieli swój udział w bezkrwawym zajęciu przez Sowietów Leżajska. Pokazali im niebroniony i łatwy do pokonania bród przez San. Oficerowie sowieccy bardzo chwalili sobie pomoc „Wołyniaka”, gotowi byli nawet podać go do swego radzieckiego odznaczenia, a jego oddział włączyć w szeregi własnych zwiadowców. Jeden ze starszych wiekiem oficerów długo przyglądał się radości z wyzwolenia miasta i bratania się polsko-radzieckiego. W polskim oddziale wypatrzył młodą sanitariuszkę (a była to „Wanda” Bojarska), pociągnął ją za rękę na stronę i kiedy nikt nie mógł ich słyszeć, tak powiedział:

– Słuchaj, diewoczka. Ja tobie skażu jedną sprawę. Kto to jest? – wskazał ręką na szczęśliwych żołnierzy polskiego podziemia próbujących wspólnie z czerwonoarmistami sowieckiego mocnego bimbru.

– Jak to kto? – zdziwiła się „Wanda”. – Przecież to polscy partyzanci. Wasi sprzymierzeńcy – szczególnie mocno podkreśliła to ostatnie słowo.

Chmurnie spojrzał jej w oczy, a jego twarz jeszcze bardziej spoważniała.

– Jeśli tak, to ja w tajemnicy dam wam po przyjacielsku dobrą radę. Wszyscy zakopcie głęboko swoją broń, wyjedźcie jak najdalej stąd i nigdy, przenigdy nie przyznawajcie się, że kiedykolwiek byliście w polskiej partyzantce. – To powiedziawszy, zniknął w świętującym wyzwolenie tłumie.

„Wandę” zastanowiła dziwna rada sowieckiego żołnierza. Wydawała się na tyle poważna i szczera, że dziewczyna przekazała ją „Wołyniakowi”. Ale ten zbagatelizował sprawę.

– Gdyby to była prawda, to Sowiet nie rozmawiałby z młodziutką sanitariuszką, tylko z dowódcą oddziału – powiedział i wrócił do świętowania wspólnego zwycięstwa nad germańskimi żmijami.

Minęło kilka dni, w czasie których Zadzierski organizował ze swych chłopaków z lasu oddział milicji w Leżajsku. Wyszło wtedy również zarządzenie nowych, komunistycznych władz, aby polscy partyzanci ujawnili się w celu zewidencjonowania posiadanej broni. Wielu naiwnie uwierzyło w dobre intencje „wyzwolicieli” ze Wschodu. Lecz za frontowymi radzieckimi oddziałami na teren Polski przybywały grupy NKWD, których zadaniem było wyłapywanie polskich konspiratorów z AK i NSZ. „Wanda” i Józek nie poszli na zarządzoną zbiórkę. Ale ujawnił się ojciec „Wandy” i natychmiast został zatrzymany, podobnie jak wszyscy inni. Przetrzymywano ich w obozie przejściowym i mówiono, że pojadą na Wschód budować socjalizm.


Grupa Rekonstrukcji Historycznej „Borujsko” (zbiory Tomasza Sawickiego, GRH „Borujsko”)

 

Józef Zadzierski, jako komendant posterunku milicji, próbował coś zdziałać, by uwolnić zatrzymanych, a przynajmniej znajomych walczących wcześniej u jego boku przeciwko Niemcom. Na nic zdały się jednak jego wysiłki. Nie minęło wiele czasu i on sam trafił do bydlęcego wagonu w transporcie zdążającym na Wschód. W tym samym pociągu jechało wielu ojców, mężów i synów polskich rodzin. Również tata „Wandy”, któremu córka zdążyła przez druty kolczaste podać ciepły kożuch i garniec słoniny. Oczywiście kożuch przywłaszczył sobie zaraz jeden z sowieckich strażników, a stary Bojarski dostał w zamian jego schodzoną i połataną kufajkę.

„Wanda” ze łzami w oczach patrzyła na znikającą postać taty. Najpierw Niemcy odebrali życie jej mamusi, a teraz Sowieci zabierali tatę. Została sierotą. Dobrze, że Józek Krzysztanowicz był zawsze blisko. Mogła liczyć na jego pomoc, wsparcie i miłość. Oprócz „Hanysa” byli przy niej także mały Antek i Stefcia. Choć siostra wciąż miała do niej żal o śmierć matki.

Tata „Wandy” został skazany na trzy lata robót w łagrze. Pracował w obozie w Borowiczach, gdzie wszedł w dobre układy z sowieckim komendantem, budując po kolei wszystkim Rosjanom piece kuchenne znane w Polsce, takie, w których gotuje się na blacie. Te znajomości zaowocowały wcześniejszym zwolnieniem z robót. Po półtora roku przetrzymywania w łagrze Andrzej Bojarski wrócił do domu.