Dziewczyny wyklęte

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

* * *

Delikatna marcowa noc układała do snu życie w niewielkiej osadzie. Było chłodno, ale w powietrzu dało się już odczuć wiosnę. Unosił się zapach zimnej i wilgotnej ziemi, świeżej trawy. Gospodarskie zwierzęta poszły już spać, a w oknach domów po kolei gasły światła. Cisza i bezruch działały usypiająco na dwóch gospodarzy, którzy obchodzili miasteczko w ramach straży nocnej. Taka nocna ochrona miała zapobiec ewentualnym pożarom, ale też w czasie powojennego zagrożenia ukraińskimi napadami czy zwyczajnymi rabunkami strażnicy często jako pierwsi zauważali niechcianych i groźnych przybyszów. Niejednokrotnie wszczęty zawczasu alarm ratował ludzkie życie lub majątek mieszkańców. Cichy, acz monotonny obchód prowokował czasami ujadanie psów, ale w większości Ulanów pogrążony był we śnie. Tylko w jednym domu okna pozostawały rozjaśnione od środka światłem lamp.

W rodzinnym domu Pityńskich tej nocy nikt nie spał. Wieczorem Stefania dostała skurczy, ale było już za późno, by biegać po osadzie i szukać akuszerki. Matka Aleksandra postanowiła sama odebrać poród.

– Nie martw się, córuchna – pocieszała „Perełkę”, ocierając jej krople potu z czoła. – Wszystko będzie dobrze.

– Dobrze? – myślała zrozpaczona dziewczyna. – Z teściową jako położną?


Stefania i Aleksander z malutkim Andrzejem (zbiory Andrzeja Pityńskiego)

Chciała uciec, lecz nie miała dokąd, a ból stawał się coraz mocniejszy i częstszy. Nawet męża nie było przy niej, gdyż starym zwyczajem gospodyni wygnała wszystkich mężczyzn z pokoju. Nie byli jej potrzebni do porodu, miała wszystko przygotowane, a w myślach odmawiała kolejne zdrowaśki w intencji mającego przyjść na świat dziecka.

– Oddychaj miarowo – uspokajała starsza kobieta. – Jeszcze godzinka, dwie i będzie po wszystkim.

Wielki ścienny zegar wybijał właśnie dwunastą, kiedy lampa naftowa zaczęła nagle kopcić i zgasła gwałtownie, pogrążając dwie kobiety w nieprzeniknionej ciemności.

– To zły znak – pomyślała „Perełka” pomiędzy skurczami.

– Nic się nie martw, dziecinko, mamy jeszcze świece – trzask zapałki rozświetlił pomieszczenie i natychmiast zapłonęła świeczka. Wszystko było przygotowane – czysty biały becik, pieluszki, kołyska. Nawet imię dla dzidziusia – dla chłopczyka Andrzej, a dla dziewczynki Zosia.

Tymczasem w sąsiedniej izbie dwóch mężczyzn oczekiwało na krzyk noworodka. Stary Pityński siedział spokojnie na fotelu bujanym i cierpliwie znosił udrękę niepewności. Natomiast jego syn, Aleksander, z niepokojem przemierzał pokój, chodząc w kółko. Mijały minuty, a zza zamkniętych drzwi nie dochodził żaden odgłos.

– Posnęły czy co? – denerwował się w myśli „Kula”.

– Będę miał wnuka – radował się w duchu jego ojciec. Ale zaraz poprawiał się: – Albo wnuczkę…

Kiedy księżyc przemierzył długą drogę na nieboskłonie i zaraz miało rozbrzmieć pianie kogutów, drzemkę mężczyzn przerwał najpierw krótki, zduszony krzyk kobiecy, a po chwili niemiłosiernie głośny płacz dziecka. Do pokoju pierwszy wpadł Aleksander i porwał na ręce dzidziusia, tuląc do siebie zmęczoną, ale szczęśliwą Stefanię.

– Syn – powiedziała z dumą „Perełka” i wydobyła z siebie resztki sił, by pocałować w usta kochanego męża. Potem jej głowa opadła na poduszkę. Nareszcie mogła odpocząć.

– No, kochani – komenderowała szczęśliwa babcia – teraz trzeba będzie pomyśleć o chrzcie.

* * *

Narodziny dziecka całkowicie odmieniły życie państwa Pityńskich. Wiedzieli już, że należy porzucić jakąkolwiek myśl o powrocie do partyzantki i konspiracji. Dla bezpieczeństwa rodziny i nowo narodzonego Andrzeja.

Przed jego przyjściem na świat w Polsce miały miejsce niebagatelne wydarzenia. Najpierw, na początku roku, w przedziwnych wyborach zwyciężyli komuniści. A alternatywa dla nich – PSL premiera Stanisława Mikołajczyka – przestała praktycznie istnieć. W miasteczku chodziły słuchy, że podczas głosowania sprzed lokali wyborczych milicjanci i wojsko zgarniali zwolenników Mikołajczyka, zamykając ich na jeden dzień – na czas wyborów. Ludzie ci nie zdążyli oddać wyborczego głosu. W kolejnym miesiącu komunistyczny reżim ogłosił wielką amnestię, zachęcając żołnierzy konspiracji antykomunistycznej i byłych partyzantów do ujawnienia się. Naturalnie amnestia miała anulować wszystkie ich dotychczasowe przewinienia wobec „legalnej” władzy ustanowionej przez Moskwę.

– Pójdę, ujawnię się – rzekł pewnego dnia Aleksander. – Będziemy mieli spokój. Nikt nie wpadnie do nas nocą i nie zaciągnie na wpół śpiących do aresztu.

Pomysł ten od dawna chodził mu po głowie. Korzystając z amnestii, chciał ochronić nie tylko siebie, ale głównie swoją rodzinę – żonę i malutkiego synka. Przeczuwał, że wcześniej czy później i tak UB przypomni sobie o nim. Wszak już kiedyś uciekł z ich aresztu, a jego dane zostały w ubeckich kartotekach. Zostawił u nich swój ślad i z pewnością kiedyś wykorzystają go i załomocą do jego drzwi. A on chciał żyć spokojnie. I zagwarantować bezpieczeństwo najbliższym.

– Jak chcesz, kochany – zgodziła się „Perełka”. – Może to rzeczywiście dobry pomysł? Ale ja nie mam teraz czasu na jakieś wyjaśnienia, przesłuchania, relacje. Nigdzie się nie wybieram. Wybacz, miły, ale teraz najważniejszą osobą na świecie jest dla mnie Andrzej, a nie jakiś ubecki funkcjonariusz czy podszywający się pod niego prowokator. – Jej ciepłe usta zostawiły łagodny pocałunek na jego nieogolonej twarzy. – On jest najważniejszy. Już nawet nie ty, ale Jędrek.

Stefania widziała, jak przez kilka kolejnych dni jej mąż snuł się po domu, walcząc z myślami, nie mogąc zdecydować, co począć. Ostatecznie któregoś ranka oznajmił żonie, że idzie się ujawnić. Wyszedł żegnany serdecznie przez wszystkich domowników. Nie zabrał broni, gdyż w domu żadnej nie posiadał. Zdał ją już wcześniej, zanim odszedł z oddziału. Wiedział za to o kilku ukrytych magazynach broni, ale swoją wiedzą nie zamierzał dzielić się na UB.


Zaświadczenie Stefanii Pityńskiej z Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych z roku 1996 (zbiory Andrzeja Pityńskiego)



Dokumenty Stefanii Pityńskiej, legitymacja ZUS, legitymacja o przyznaniu Medalu Wojska oraz Krzyża Armii Krajowej (zbiory Andrzeja Pityńskiego)

Kiedy powrócił cały i zdrowy, domownicy odetchnęli z ulgą. A najbardziej „Perełka”, która mimo wszystko obawiała się komunistycznej prowokacji. Teraz wszystko miało iść już w dobrym kierunku. Tak się przynajmniej wydawało.

Niestety, nie minął tydzień, a komuniści przypomnieli sobie o ujawnionym partyzancie z Ulanowa. Tego dnia na rynku w miasteczku odbywał się jarmark, a Aleksander pomagał swemu ojcu rozładowywać wóz ze zbożem. Nagle do furmanki podbiegł ubek ubrany po cywilnemu i, wyciągając radziecki pistolet, krzyknął: „Ręce do góry, ty bandyto!”. „Kula”, nim zdążył pomyśleć, zaczął działać. Skoczył na komunistę, wyrwał mu pistolet i z całej siły uderzył go nim w głowę. Prowokator padł nieprzytomny, Olek musiał uciekać, ostrzeliwując się przed komunistyczną pogonią. Ukrył się skutecznie, ale nie na długo. Ubecy zagrozili represjami skierowanymi w jego rodzinę. Chcąc chronić żonę i synka, Aleksander zjawił się na posterunku MO w Ulanowie. Oddał pistolet, został natychmiast skuty kajdankami i przewieziony do siedziby UB w Nisku. Tam był strasznie katowany – bity pałkami i trzymany w lodowatej wodzie. Przesłuchaniem i wymyślnymi torturami kierował ubek Roman Krawczyński. Sześć miesięcy trwało śledztwo w siedzibie UB w Nisku, w końcu Aleksandra Pityńskiego przewieziono do więzienia na zamku w Rzeszowie. Po drodze pijani ubecy przeprowadzili pozorowaną egzekucję. Oni strzelali dookoła związanego byłego partyzanta, a on modlił się w duchu, by w końcu trafili. Po czterech miesiącach przetrzymywania w lochach rzeszowskiego zamku „Kula” został zwolniony. Na tym jednak nie skończyły się represje. Ciągłe prowokacje, naloty, rewizje i zatrzymania to była metoda ówczesnych władz, dzięki której chciały tak sponiewierać ludzi, aby w końcu sami zaczęli przyznawać się do absurdalnych, wymyślonych przez UB win. Za brak pokory, hardość oraz niezłomność płacili zdrowiem wszyscy. Zapamiętanie w nękaniu Pityńskich miało jednak jeszcze inną przyczynę. Brat Stefanii Michał Krupa w dalszym ciągu pozostawał w partyzantce i prowadził działalność „wywrotową”. Funkcjonariusze podejrzewali, że Stefania i Aleksander dają schronienie „Wierzbie”, więc na porządku dziennym były nocne naloty oraz przeszukiwania domu i budynków gospodarczych. Zrywano deski z podłóg, a raz rozebrano nawet piec kaflowy, szukając w nim ukrytego partyzanta.

Jedna tragiczna noc szczególnie utkwiła w pamięci domowników. Było to zimą, zaraz po Bożym Narodzeniu. O godzinie czwartej nad ranem do ich domu wpadli uzbrojeni w pepesze ubecy. Wyłamali drzwi i wygonili wszystkich na podwórze, gdzie pod lufami karabinów trzymali ich na śniegu w mroźną zimową noc. „Perełka” płakała, kiedy kaci zaczęli znęcać się nad jej mężem. Chciała biec na ratunek, ale dostała silny cios kolbą w pierś i upadła w śnieg. Potem już tylko klęczała, załamując ręce i szlochając, a ojciec Aleksandra, roniąc pojedyncze łzy, trzymał mocno w ramionach kilkuletniego Andrzeja. Sześciu ubeków systematycznie biło „Kulę” pałkami i kolbami karabinów. Nie mógł się nawet zasłonić, ponieważ wcześniej skuto mu ręce z tyłu tułowia. Stał bezbronny, bosy i półnagi na śniegu, a uderzenia spadały na jego głowę i całe ciało. Krew bryzgała na wszystkie strony, a białe kalesony robiły się od niej coraz czerwieńsze. Czerwony był też śnieg pod jego stopami. Tak sponiewieranego wrzucili do samochodu i wywieźli w nieznane. Rankiem rodzina zbierała zakrzepłą i zamarzniętą krew Aleksandra ze śniegu do słoika, jak jakąś relikwię. Wszyscy płakali. Mały Andrzej również – po raz ostatni w swym życiu. Po skatowaniu i zabraniu męża „Perełka” nie mogła się uspokoić. Często płakała i miała jak najgorsze myśli. Z czasem jednak zamknęła się w sobie, stając się jeszcze bardziej twarda i niezłomna.

 

Aleksandra niebawem wypuszczono na wolność, ale i tak nie dane mu było zaznać spokoju. Wciąż był przedmiotem prowokacji i represji. Jeszcze w stanie wojennym męża Stefanii internowano w Załężu, gdyż „zagrażał socjalistycznej ojczyźnie” i „nawoływał do zamieszek”. Podobno w czasach „Solidarności”, przed wprowadzeniem stanu wojennego, „Kula” mówił, że jak się tylko coś ruszy, to on uzbroi pół Ulanowa. Tuż przed śmiercią został awansowany do stopnia porucznika Wojska Polskiego. Za swą walkę o niepodległą Ojczyznę został odznaczony Krzyżem Partyzanckim, Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem „Burza” oraz Medalem Wojska. Wcześniej dowództwo NOW-AK uhonorowało go Krzyżem Walecznych za bitwę pod Kuryłówką. Aleksander Pityński „Kula” zmarł 16 grudnia 1994 roku i został pochowany na cmentarzu w Ulanowie.

Stefanię Pityńską z domu Krupa ps. Perełka również doceniono za działalność na rzecz niepodległości Polski, odznaczając ją między innymi Krzyżem Walecznych, Krzyżem AK, Krzyżem „Burza” i Medalem Wojska. Awansowana została także na stopień podporucznika. Stefania zmarła 15 grudnia 1997 roku i pochowano ją obok męża.

Nie sposób nie zadać pytania, czy „Perełka” nie zmarnowała czasem swego życia, działając w antyniemieckiej i antykomunistycznej partyzantce, a potem wiążąc się z partyzantem od „Wołyniaka”, który postanowił zawierzyć dobrym intencjom komunistycznych amnestii i się ujawnić. Może się wydawać, że dziewczyny, kobiety powinny stronić od wojny, zabijania, śmierci. Są przecież piękne, subtelne, stworzone, by żyć i kochać. Ale przecież Stefania kochała, a miłość jej i Aleksandra pozostawiła na ziemi trwały ślad. Tym niezaprzeczalnym znakiem istnienia „Perełki” i „Kuli” jest Andrzej Pityński, mistrz rzeźby.

* * *

Andrzej Pityński, będąc partyzanckim dzieckiem Żołnierzy Wyklętych, już od najmłodszych lat nie miał łatwego życia. Jako kilkuletni chłopiec był świadkiem nalotów bezpieki, domowych rewizji i katowania ojca na oczach bezsilnej rodziny. W szkole nauczyciel, komunistyczny aparatczyk, na radzie pedagogicznej wykrzykiwał o Andrzeju: „Komu chcecie dać maturę? Bandycie?!”. Mimo ciągłych szykan chłopcu udało się zdać maturę w 1964 roku i złożył dokumenty do Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej. Niestety partyzancka przeszłość rodziców uniemożliwiła mu kształcenie w wojskowej szkole. Andrzej kontynuował naukę w technikum i skończył je z tytułem technika melioranta. W grudniu 1967 roku bezpieka i Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej (ORMO) przeprowadziły w Ulanowie spektakularną prowokację wymierzoną bezpośrednio w Andrzeja. Kilku podpitych ormowców zaatakowało jego ojca pod miejscową gospodą, a pozostali dali znać Andrzejowi, że ktoś bije jego tatę. Zaalarmowany młodzieniec bezzwłocznie ruszył do akcji i szybko wyeliminował czterech napastników. Niestety do bójki włączyli się kolejni prowokatorzy, a w dodatku na Andrzeja poszczuto milicyjnego psa. Po miesiącu od tego zdarzenia w kinie „Hel” na środku ulanowskiego rynku, w niedzielę po sumie, pokazowo sądzono (po raz pierwszy i ostatni) młodego Pityńskiego – „bandytę” i „chuligana”. Na proces spędzono przymusowo młodzież z liceum i mieszkańców miasteczka, a Andrzeja przyprowadzono skutego kajdankami w asyście uzbrojonego milicjanta. Nie skazano go na karę więzienia, ale po tym incydencie Andrzej zniknął z Ulanowa. Uczył się w Krakowie w Studium Nauczycielskim, a następnie studiował rzeźbę na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie pod okiem prof. Jerzego Bandury. Skończył naukę w roku 1974 i wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie specjalizował się na kierunku odlewania rzeźb z brązu. W USA Andrzej odkrył, że historia polskiego narodu jest tam przekłamywana, przemilczana, a nawet częstokroć poniżana. Jak sam mówi: „Pozostała mi walka o prawdę i honor polskiego narodu, a moją bronią jest moja sztuka”.

Andrzej Pityński do dziś tworzy piękne, niezwykłe, monumentalne rzeźby. Najważniejsze dzieła artysty to Partyzanci nr I (Boston), Mściciel (Doylestown), Katyń 1940 (Jersey City), Armia Błękitna (Warszawa), Partyzanci nr II (Hamilton), Patriota (Stalowa Wola) i Światowid (Hamilton). Wymienione rzeźby są wyjątkowe, uosabiają ducha polskiego narodu, opowiadają o prawdziwej historii naszego kraju. Mówią o latach chwały oręża polskiego, o tragicznych dziejach naszej Ojczyzny, ale mają też przypominać o – nie do końca czystym – sumieniu zachodniego świata w kwestii jego stosunku do Polski.

Rzeźba Partyzanci nr I odsłonięta w Bostonie w roku 1979 to pierwszy na świecie pomnik poświęcony Żołnierzom Wyklętym. Mściciel i Patriota to polscy skrzydlaci rycerze, jeden ze Szczerbcem, drugi z sarmacką szablą – są „narodowym symbolem niezłomności, walki, zwycięstwa i umiłowania wolności”. Katyń 1940 nie pozwala zapomnieć o sowieckiej zbrodni oraz ciosie w plecy wymierzonym walczącej z hitleryzmem Polsce. Natomiast Armia Błękitna upamiętnia wojsko gen. Józefa Hallera przybyłe do Polski i wkład Polonii amerykańskiej w dzieło odzyskania przez Polskę niepodległości.


Partyzanci z Bostonu (zbiory Andrzeja Pityńskiego)

Szczególnie rzeźba Partyzanci z Bostonu ma swoją głęboką wymowę i jest wyjątkowym wspomnieniem „lat znojnych”. Będąc jeszcze w Polsce, jako młody chłopiec, Andrzej wraz z tatą pomagał Michałowi Krupie, dostarczając mu potrzebne zaopatrzenie. Wówczas widział prawdziwych polskich wolnych partyzantów z podziemia antykomunistycznego, konnych uzbrojonych jeźdźców, wiecznych żołnierzy. Wrażenie, jakie wywarli na młodym Andrzeju, było tak silne, że obraz ten pozostał w jego sercu na całe życie, a w przyszłości stał się bodźcem do powstania rzeźb Partyzanci. Andrzej wspomina: „Jako mały chłopiec odwiedzałem mojego wuja w jego leśnych bunkrach. Mając jedenaście lat, widziałem go jako wolnego partyzanta. Zimą w 1958 roku razem z ojcem, konno w siodłach, przez skutą lodem Tanew dostarczaliśmy Michałowi zaopatrzenie i lekarstwa. Odprowadził nas potem konno z dwoma partyzantami. Kiedy jechaliśmy, strzemię przy strzemieniu, wzdłuż koryta Tanwi, słońce rzucało nasze długie cienie na tafle lodu zamarzniętej rzeki. Godzinami wpatrywałem się w tę poruszającą się masę końskich nóg, szyi, głów, sylwetek w siodłach z erkaemami sterczących luf zawieszonymi na ramionach, z granatami przy pasach, z bagnetami w cholewach kawaleryjskich butów, w wydłużone przez słońce sylwetki cieni jeźdźców, partyzantów, ostatnich polskich bohaterów. I wtedy poczułem się jednym z nich”.

Monument Partyzanci z Bostonu ma 10 metrów długości, 7 metrów wysokości i 4 metry szerokości. Rzeźba przedstawia partyzantów NOW-NZW (Narodowego Zjednoczenia Wojskowego): „Wołyniaka”, „Wierzbę”, „Majkę”, „Garbatego” i „Kulę”. Na postumencie widzimy pięciu konnych jeźdźców, nieulękłych desperatów, wiecznych wojowników. Partyzanci ci, ze spuszczonymi głowami, pod ciężarem własnych myśli, raczej już bez nadziei na lepszą egzystencję, jadą strzemię w strzemię ku swemu tragicznemu przeznaczeniu. Niewidome ze zmęczenia konie łapią chrapami woń lasu i wyczuwają, jak wilki, kierunek drogi. Nad szykiem niezłomnych wojowników w kierunku nieba sterczą lufy karabinów, jak kopie średniowiecznych rycerzy albo maszty niezwyciężonych okrętów.

Partyzanci nr II z Hamilton różnią się nieznacznie od pierwowzoru z Bostonu. Polscy żołnierze już nie mają spuszczonych głów, lecz patrzą hardo i dumnie w oczy swej przyszłości, naznaczonej często śmiercią. Na jednej z lanc tych niezmordowanych rycerzy walczących o wolną Polskę łopoce – jakże by inaczej – biało-czerwony proporczyk.

Po tragicznej dla Polaków katastrofie smoleńskiej Andrzej Pityński wziął udział w konkursie na pomnik upamiętniający to wydarzenie. Stworzył makietę przedstawiającą husarza z oderwanym lewym skrzydłem. Skrzydlaty rycerz wraz z koniem próbują oderwać się od ziemi i wzbić się w niebo. W zamyśle miała to być monumentalna kompozycja z nierdzewnej stali polerowanej na srebro. Niestety w konkursie wygrał inny projekt, bardzo negatywnie oceniony przez mistrza Pityńskiego: „(…) nie rzeźbiarski, ale architektoniczny, minimalizm, konstruktywizm bolszewicki z lat 20. ubiegłego wieku”.


Mistrz Andrzej Pityński obok swoich Partyzantów nr II z Hamilton

(zbiory Andrzeja Pityńskiego)

Andrzej Pityński jest nie tylko sławnym rzeźbiarzem, ale przede wszystkim polskim patriotą i katolikiem, który – choć mieszka za oceanem – tworzy „instynktem i sercem polskim”. Opowiadając o swoich pracach, mówi: „Musimy tworzyć takie rzeźby monumentalne, żeby inne narody wyczuły w nich temperaturę «polskiej krwi». Krwi, która przechodzi z pokolenia na pokolenie, jest wieczna i niezniszczalna. Pomniki monumentalne to słupy milowe w historii narodu, nie pozwalają innym systemom i filozofiom zniszczyć waloru i rdzenia kultury narodowej. Pomniki milczą, lecz uczą przez wieki i pokazują następnym pokoleniom, kim jesteśmy, skąd przyszliśmy i dokąd idziemy”.

Wanda

Zdyszani partyzanci, ledwie poruszający się pod ciężarem broni i długich taśm amunicji, wbiegli na wąską groblę otoczoną z obu stron stawami. Wieczorny chłód dawał ukojenie rozgrzanym twarzom i spoconym ciałom. Aż się chciało zostawić daleko zbrojne żelastwo, zrzucić z siebie całe oporządzenie i mundur i zanurzyć się w zimną rozkosz czystej wody. Pewnie niejeden z nich miał taką myśl, ale żaden nie zatrzymał się nawet na brzegu, by się napić czy obmyć twarz. Niemiecka obława była tuż-tuż, a żaden z Polaków nie chciał wpaść w gestapowskie czy esesmańskie łapy germańskich morderców. Choć od nich i tak gorsi byli kałmucy ze wschodu będący na niemieckiej służbie. Ci w ogóle nie mieli litości dla nikogo.

Ściemniało się już gwałtownie, kiedy grupa partyzantów wyszła spod osłony drzew na odkryty teren. Ciemność gwarantowała bezpieczeństwo, a odgłosy walki pozostawały daleko z tyłu. Czasami jeszcze zabrzmiały suchy trzask wystrzału z pistoletu czy głucha seria peemu.

– Tośmy mieli szczęście, panie komendancie – ledwie łapiąc oddech, zagaił jeden z żołnierzy, zwracając się do porucznika „Konara”.

– Jeszcze dziesięć minut i by nas wszystkich szlag trafił – dopowiedział inny.

– Macie rację, chłopcy, ale nie stękać mi tu, tylko maszerować, bo te mongoły gotowe nas jeszcze dopędzić i zjeść na tym wąskim przesmyku – odparował Bolesław Usow ps. Konar, który dowodził oddziałem partyzanckim „Ojca Jana” pod nieobecność dowódcy – Franciszka Przysiężniaka. Co bardziej dociekliwi zauważali jakąś przedziwną prawidłowość w tym, że często podczas dużych i ważnych bojów oddziału „Ojca Jana” nominalnego dowódcy nie było przy bojowej grupie. W najcięższych krytycznych sytuacjach rozkazy wydawał jego zastępca – właśnie por. „Konar”. Tak było i tym razem.

Kilka dni wcześniej polscy partyzanci otrzymali od swych wywiadowców informację o niemieckich przygotowaniach i mającej rozpocząć się wielkiej przeciwpartyzanckiej akcji (operacja „Sturmwind I”), obejmującej swym zasięgiem Lasy Janowskie i Puszczę Solską. „Konar” dał wolną rękę swoim ludziom, lecz niewielu opuściło oddział. Z grupą około stu osiemdziesięciu partyzantów postanowił więc spróbować przedrzeć się w Góry Świętokrzyskie. Pomysł był dobry, lecz 10 czerwca 1944 roku przed południem pod Janikami partyzancka grupa natknęła się na niezmierzone zastępy niemieckich żołnierzy szykujących się do akcji. Wywiązała się strzelanina, a Niemcy, choć stracili kilku swoich, rzucali kałmuków do kolejnych natarć. „Konar” zarzucił myśl o przebijaniu się z tej strony i – by ratować swych żołnierzy – nakazał szybki odwrót. Partyzanci przebyli biegiem szmat drogi pośród lasu, a teraz maszerowali przez groblę. Na chwilę umilkły dalekie strzały, za to wzmagał się rechot żab.

 

– Wreszcie jesteśmy bezpieczni – ta myśl zaświtała w wielu, gorących jeszcze, głowach. Już wolniejszym krokiem grupa przemieszczała się polną drogą prowadzącą przez groblę. Każdy z nich, maszerując, łapał oddech, wyrównywał krok i poprawiał broń. Lekka mgła przesuwała się znad stawów i wchłaniała w swą nicość ludzkie postacie. Po kolei tonęli w niej idący na czele szperacze, a potem cały oddział maszerujący plutonami. Jako jeden z pierwszych szedł „Orzeł”. W miejscu, gdzie grobla rozszerzała się, a droga skręcała na południe, nagle wykwitł przed nim ogromny ogień eksplozji. Siła wybuchu była tak wielka, że o mało nie wrzuciła go do stawu. Dziewczęcy głośny krzyk natychmiast postawił go na nogi. Kiedy podbiegł, przy sanitariuszce „Baśce” było już kilka osób.

– Dobijcie mnie – błagała rozpaczliwym głosem załamującym się pod naporem bólu. A kiedy nikt nie zareagował, zaczęła szukać swojego pistoletu i nerwowo obmacywała pustą już kaburę. Ktoś przed momentem zabrał jej broń. Wszyscy spoglądali poniżej jej pasa, na nogi Barbary Mączyńskiej „Baśki”.

– Nie ma ratunku – pomyślał dowódca, oglądając zakrwawione, poszarpane kikuty nóg swej sanitariuszki. Pomimo takiej oceny szybko zaaplikowano jej zastrzyk, zrobiono opatrunek i poniesiono na rękach do najbliżej położonej wsi. Oddział odmaszerował dalej, a po kilku dniach wziął udział w wielkiej partyzanckiej bitwie na Porytowym Wzgórzu. Krytyczny stan rannej „Baśki” wróżył raczej zbliżającą się szybką śmierć niż wyzdrowienie. Niestety, nie było jej dane umrzeć w spokoju. Została pod opieką gospodarzy we wsi Szklarnia i to w ich domu parę dni później spłonęła żywcem. Pożar wywołały walki, jakie wybuchły, kiedy oddział Armii Ludowej (AL) bronił się we wsi przed atakami Niemców. Jak się później okazało, za tragiczną w skutkach ranę „Baśki” odpowiedzialność ponosiła mina pozostawiona na grobli przez sowieckich partyzantów, którzy również wymykali się niemieckiej obławie.

Wojna bez pardonu zbierała swe krwawe żniwo, a jej ofiarami były także dziewczęta. W tamtych dniach, podczas niemieckiej operacji „Sturmwind”, inna sanitariuszka od „Ojca Jana”, Helena Cieplechowicz, wraz ze swym chłopcem opuściła oddział, mając nadzieję, że dzięki temu uratują swe młode życia. Niestety wpadli w ręce kałmuków. Chłopaka Heli zastrzelono od ręki, ale ją czekały bardziej okrutna śmierć i wyrafinowane tortury. Zdziczali sołdaci ze skośnymi oczami zabawiali się dziewczyną bardzo długo. Po licznych gwałtach, dla zabawy, bestie w niemieckich mundurach wbiły jej gruby korzeń pomiędzy nogi. Hela już i tak nie czuła bólu. Chwilę wcześniej oddała Bogu swe młode życie.