Dziewczyny wyklęte

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

* * *

Incydent, o którym wspomnieli, wydarzył się nie tak dawno. W sumie była to błahostka, ale początkowo podzieliła „Kulę” i „Wierzbę”. Swego czasu Michał bardzo narzekał na swoją broń. Raz wkurzony cisnął pistolet maszynowy na stół, mówiąc, że ten grat ciągle mu się psuje i zacina w największej potrzebie.

– Dałbyś mi jakąś inną, lepszą maszynkę – powiedział w końcu do „Wołyniaka”.

W grupie partyzantów, którzy szykowali się do kolacji, nastąpiła chwilowa konsternacja. Pretensje „Wierzby”, chociaż skierowane bezpośrednio do Zadzierskiego, ubodły „Kulę”, który, jak wiadomo, w oddziale odpowiadał za broń.

– Chodź ze mną – powiedział do Michała, a wszyscy ciekawi wyszli za nimi. Zaprowadził „Wierzbę” do stodoły, wskazał na wielką sieczkarnię i mówi: – Masz, chłopie, oto twoja maszynka. Lepszej nie potrzebujesz.


Aleksander Pityński „Kula” (zbiory Andrzeja Pityńskiego)

Nim rozbrzmiała salwa śmiechu ubawionych dowcipem towarzyszy, wściekły Michał rzucił się na „Kulę” i razem wypadli ze stodoły, łamiąc po drodze drewniane solidne wrota. Szybko ich rozdzielono, ale od tamtej pory krzywo na siebie patrzyli. Michał nie mógł łatwo wybaczyć „Kuli” takiego żartu.

Aleksander Pityński ps. Kula był o rok młodszy od Stefanii, urodził się w 1926 roku w Ulanowie, powiat niżański. Już na samym początku wojny rodzinę Pityńskich dotknęła tragedia – 9 września 1939 roku podczas bombardowania Ulanowa zginęła Józia, szesnastoletnia siostra Olka. Widząc barbarzyństwo niemieckich okupantów i masową robotę konspiracyjną rodaków, Aleksander w roku 1942 włączył się do konspiracji NOW-AK, a następnie wstąpił do oddziału Franciszka Przysiężniaka „Ojca Jana”. Przyjął pseudonim „Kula”, a w oddziale ukończył konspiracyjną podchorążówkę. Brał udział w wielu walkach i potyczkach partyzanckich. Walczył między innymi w wielkiej bitwie na Porytowym Wzgórzu, podczas której jedynie dzięki determinacji zastępcy „Ojca Jana” – Bolesława Usowa „Konara” (który dowodził oddziałem podczas nieobecności Przysiężniaka) – udało się ocalić ludzi i wyjść z okrążenia, ratując nawet do trzech tysięcy partyzantów z innych grup (także radzieckich i z Armii Ludowej). Po operacji „Burza” i przetoczeniu się frontu leśni żołnierze zostali zdemobilizowani, a „Kula” wraz z innymi powrócił do domu w Ulanowie. Niedługo jednak cieszył się spokojem, gdyż jeden ze współtowarzyszy wydał swych kolegów z konspiracji i w Ulanowie NKWD wraz z Urzędem Bezpieczeństwa (UB) rozpoczęły aresztowania. Aleksander również został zatrzymany, lecz uciekł z siedziby bezpieki, skacząc z okna pierwszego piętra na głowy zaskoczonych strażników. Za umykającym posypały się strzały, ale „Kula” zdążył zbiec. Przez kolejny tydzień ukrywał się w ulanowskim kościele. Kiedy komunistyczne wojsko wyjechało z miasta i w całym rejonie trochę się uspokoiło, Aleksander przeprawił się przez San i dotarł do Kuryłówki. Tam spotkał „Wołyniaka”, którego dobrze znał z czasów konspiracji i walki w grupie „Ojca Jana”. Józef Zadzierski był instruktorem we wspomnianej podchorążówce i to on uczył „Kulę”, jak być żołnierzem.

* * *

Kolumna wozów wjechała do wsi i wreszcie zarządzono postój. Czas był ku temu jak najbardziej odpowiedni. Podróż trwała bez przerwy całą noc i ranek, a teraz miało się na Anioł Pański. Według prowadzącego grupę „Wołyniaka” długi czas marszu i przebyta droga gwarantowały pomyślny odwrót po bitwie, bez ryzyka bycia dościgniętym przez uzbrojonych komunistów. Wszyscy byli zdziwieni niezwykłą gościnnością mieszkańców wsi pod Jarosławiem. Wkrótce wyjaśniło się, że w okolicy grasowały bandy Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), które nocami podstępnie napadały i paliły polskie wsie. Przybycie uzbrojonych partyzantów „Wołyniaka” gwarantowało mieszkańcom czasowe bezpieczeństwo. Zadzierski postanowił zatrzymać się tutaj na dłużej i poszukać kontaktów ze szpitalem w Jarosławiu, by tamci lekarze bez problemów przyjęli jego żołnierzy, gdy ci przybędą na miejsce.

Natychmiast też zajęto się rannymi. Podano im wodę do picia, a potem sprawdzono opatrunki. „Perełkę” i „Kulę” przeniesiono do jednej z chat, a życzliwi domownicy stawiali się na każde ich zawołanie. W tej spokojnej izbie odpoczęli, umyli się i najedli do syta. Dziwne, ale mieszkańcy tego domu traktowali rannych jak małżeństwo, a Stefania i Aleksander nie wyprowadzali ich z błędu. Uśmiechali się tylko szeroko do siebie i… było im dobrze. Kiedy serca ogarnia miłość, rany cielesne mniej bolą. Nikt nie zaprząta sobie głowy dziurą w ciele po ruskiej kulce, gdy obok znajduje się ukochany. Żadna z osób nie myśli o przesiąkniętym krwią bandażu, gdy przy boku słyszy równy oddech swego wybranka. Mimo ran to były jedne z najszczęśliwszych chwil w życiu „Perełki”.

Sprawy ruszyły z miejsca po kilku dniach. Do stacjonującego oddziału partyzanckiego nadeszła informacja, że w kierunku Jarosławia zmierza grupa pogorzelców po napadzie UPA, a do tamtejszego szpitala ma przybyć większa liczba Polaków rannych w tym ukraińskim ataku. „Wołyniak” szybko zdecydował, że należy wykorzystać nadarzającą się okazję i spróbować do szpitala przemycić najciężej rannych z własnego oddziału, którzy bezwzględnie muszą otrzymać pomoc ambulatoryjną. Natychmiast zorganizowano transport i wozy z rannymi w asyście kilku żołnierzy ruszyły w stronę miasta. Wybieg się udał i ranni trafili pod fachową opiekę. Niestety był to również czas rozstania dla Stefanii i Aleksandra. Ona trafiła na oddział kobiecy, on – męski. Przez kilka dni pobytu w szpitalu czuła się strasznie samotna bez „Kuli”. Oboje ranni w nogi nie mogli od razu zacząć wstawać, by się odwiedzić. Ale kiedy „Perełka” zamykała oczy – widziała Aleksandra, słyszała jego głos. Niemal namacalnie wyczuwała jego obecność. Nie mogąc już dłużej wytrzymać, któregoś wieczoru wygrzebała się z łóżka z pomocą innych pacjentek. Ktoś podał jej starą laskę, dzięki której pokuśtykała na obchód szpitala w poszukiwaniu ukochanego. Po drodze wypytała pielęgniarki, jak trafić do Aleksandra, i wkrótce, podskakując na jednej nodze, otworzyła białe drzwi szpitalnej sali. Pierwsze, co ją uderzyło, to cisza i jakiś duszny zapach. No i półmrok panujący w pomieszczeniu. Odnalazła bladego Aleksandra i przytuliła się do niego mocno, aż jęknął z bólu.

– Dobrze, że jesteś – szepnęła mu czule do ucha, a „Kula” lekko się uśmiechnął.

– Zabierz mnie stąd – poprosił. – To umieralnia. Wszystkich wynoszą z tej sali po kolei nogami do przodu. Muszę się ruszyć, bo nie wytrzymam tutaj. Proszę, pomóż mi.

Pielęgniarki dziwiły się, widząc na szpitalnym korytarzu parę niezgrabnie utykających pacjentów, którzy na pytanie: „co wyczyniacie?”, odpowiadali: „idziemy na spacer”. W piwnicach budynku znaleźli jakiś składzik na brudną bieliznę, ale to im wystarczyło. Chcieli być sami, bez żadnych lekarzy, pacjentów, bez świadków. Z dala od wojny, śmierci, kul, które ranią bądź zabijają. Stefania pragnęła zapomnieć na chwilę o bólu w nodze i niepewności jutra. Młodzi zakradli się do składziku i zatrzasnęli za sobą drzwi. Ktoś, kto przypadkiem znalazłby się nieopodal, mógłby usłyszeć strzępy rozmowy.

– Kocham cię. Ożenisz się ze mną?

– Tak, tylko przytul mnie mocno.

* * *

Choć może się to wydać nieprawdopodobne, młodzi całą noc spędzili jedynie na długich rozmowach. Kiedy ze świtaniem wrócili do swych łóżek i szczęśliwi zasnęli, wczesnym rankiem obudził ich jakiś przedziwny ruch i harmider w budynku. Prędko wyszło na jaw, że do szpitala ma przyjechać grupa z UB, by szukać polskich partyzantów. Podobno jeden z ciężko rannych, półprzytomny w gorączce, wygadał się, że jest od „Wołyniaka”. Ktoś niepowołany to usłyszał i zatelefonował do ubeków z donosem. Na szczęście pielęgniarka usłyszała tę rozmowę i dała znać ordynatorowi. Od samego rana na korytarzu trwała bieganina i wynoszenie „niebezpiecznych” rannych. Parę osób wywieziono samochodem do zaprzyjaźnionej rodziny byłego AK-owca. Innych ciężko rannych postanowiono ukryć na terenie szpitala. A tego, od którego zaczęło się całe nieszczęście, przeniesiono na inną salę, dano mocny zastrzyk z morfiny i obandażowano od stóp do głów. Odpłynął i nie bredził już o narodowej konspiracji u „Wołyniaka”. „Perełkę” razem z „Kulą” ukryto w… piwnicznym magazynku na brudną bieliznę. Ale nie było już tak przyjemnie jak ostatniej nocy. Towarzyszyło im jeszcze dwóch rannych, a zresztą wszyscy z niepokojem wsłuchiwali się w dudniące kroki na korytarzu i schodach. Chociaż komuniści przetrząsnęli wszystkie sale i zbadali tożsamość każdego pacjenta – nikogo podejrzanego nie znaleźli i zabrali się z powrotem.

Po takiej przygodzie lekarze nie chcieli już ryzykować i niebawem wszystkich rannych z ich oddziału przeniesiono na tajne kwatery. Szczęśliwie Stefania i Aleksander trafili do tego samego domu, gdyż już oficjalnie przedstawiali się jako para narzeczonych. Ich rany szybko się goiły, a zakochani wiele czasu spędzali na wspólnych spacerach, choć musieli się wspomagać laską lub kulami. Ten beztroski czas bardzo podobał się Stefanii. Wówczas zdecydowana była dzielić swe dalsze życie z Aleksandrem. „Kula” również nie odstępował narzeczonej na krok. Najgorsze dla młodych było to, że chociaż wojna się teoretycznie zakończyła, w dalszym ciągu w Polsce trwały walki. To sowieckie komanda NKWD lub zdrajcy Polski z UB wyłapywali prawdziwych patriotów z AK lub NSZ. Chodziły słuchy o wielkich bitwach, szturmach na więzienia i posterunki milicji, obławach, aresztowaniach i rozstrzeliwaniach. W tych dniach pozbawionych zmartwień jedna sprawa zaprzątała głowę „Perełce” – obawa o przyszłość. Jak mogli pozbyć się swej dawnej tożsamości związanej z oddziałem partyzanckim? UB już raz zatrzymało Aleksandra, więc nie mógł on ot tak sobie wrócić do normalności.

 

Kiedy oboje podleczyli rany i podziękowali gospodarzom za opiekę, udali się nie do rodzinnych domów, lecz do leśnego oddziału „Wołyniaka”. Trafili tam akurat w czasie, kiedy jesienne szarugi zniechęcały do konspiracyjnego bytowania w partyzanckich obozach. Dlatego też Stefania często wybierała się do swych rodziców do Kuryłówki.

Któregoś dnia oświadczyła im, że przyjęła oświadczyny Aleksandra Pityńskiego z Ulanowa.

– A czym on się zajmuje? – spytali rodzice, mając nadzieję na dobrze ułożonego przyszłego zięcia, z porządnym fachem w ręku.

– On jest… partyzantem – wybąkała „Perełka” i łzy stanęły jej w oczach. Domyślała się, jakie zastrzeżenia mogą mieć mama i tata. Przecież partyzant to żaden zawód. Co więcej, taka osoba, sprzeciwiając się komunistycznej władzy, staje się niejako wyklętym bandytą, a nie szanowanym obywatelem.

Wszyscy posmutnieli, a matka objęła czule córkę.

– Oj, córuś, córuś, nie będziesz ty miała łatwego życia. Oj, nie będziesz – zmartwiła się.

– Mamo, ale ja go kocham – odrzekła „Perełka”, szlochając w matczynych objęciach.

Koniec końców rodzice pobłogosławili Stefanii i jej przyszłemu mężowi. Mimo trudnych czasów radzili im wziąć prędko ślub. Przy pożegnaniu przestrzegli „Perełkę” przed zbyt częstym odwiedzaniem rodzinnego domu. Mieli dziwne przeczucie, że obcy kręcą się po Kuryłówce. Jakieś podejrzane typy często obserwowały ich domostwo. Być może wcale to nie Stefania była przedmiotem tej inwigilacji, a raczej jej brat – Michał, który przecież także był u „Wołyniaka”. Tak czy inaczej, dziewczyna obiecała rodzicom, że zachowa ostrożność i da znać o przyszłym ślubie. Bo przecież kogo jak kogo, ale ojca i matki na tej uroczystości nie powinno zabraknąć.


Rekonstrukcja historyczna „Zemsta «Żelaznego»” (zbiory Tomasza Sawickiego,

Grupa Rekonstrukcji Historycznej „Borujsko”)

* * *

Styczeń roku 1946 był mroźny i ciężki. Brakowało wszystkich najpilniejszych rzeczy, łącznie z jedzeniem. Ale ludzie jakoś raźniej patrzyli w przyszłość. Skończyła się przecież wojna i każdy miał nadzieję, że w końcu ta nowa Polska zostanie uczciwie wyprostowana politycznie. Polacy liczyli, że komuniści sami udławią się swoją władzą, a sprawiedliwe wybory ukażą prawdziwy stosunek obywateli do tych, narzuconych siłą, rządów. Jeszcze wówczas ludzie naiwnie wierzyli w uczciwe wybory, rzetelne sądy, w zwykłą sprawiedliwość.

Dnia 20 stycznia 1946 roku, w mroźną niedzielną noc, w świetle księżyca jasno srebrzyła się wstążka zamarzniętej rzeki Złotej. W ciszy ciemności zdawać się mogło, że zimowy czas zatrzymał się w tej zagubionej gdzieś we wschodniej Polsce wsi. Ale oto miarowe zgłuszone uderzenia setki butów na leśnej drodze wydeptywały w śnieżnym puchu przejście. Ciemny szereg kroczących postaci odcinał się na białym tle, a starannie naoliwione lufy pistoletów i karabinów odbijały promienie księżyca. Oddział wojska wyszedł z lasu i, nie wstępując do żadnej z chat po drodze, maszerował prosto do tarnawskiego kościoła pod wezwaniem świętego Józefa, patrona rodzin.

Nocną porą w świątyni było niewiele osób. Wszyscy uczestnicy nabożeństwa zwracali szczególną uwagę na młodą parę stojącą przed ołtarzem oświetlonym płomykami świec. No i oczywiście na zastęp uzbrojonych i ubranych w polskie mundury żołnierzy z antykomunistycznych oddziałów partyzanckich. Ona miała na sobie białą suknię, a jej piękna twarz jaśniała szczęściem. On był w mundurze, ale jego oczy również skrzyły się radością. Przedziwnym trafem przez okno kościoła blask księżyca wdarł się do budynku i fantastycznie oświetlił młodą parę oraz stojącego przy nich księdza. Zebrani wierni odczytali ten znak jako prawdziwy symbol bożego błogosławieństwa.

– Ja, Aleksander, biorę ciebie, Stefanio, za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.

– Ja, Stefania, biorę ciebie, Aleksandrze, za męża i ślubuję ci miłość, wierność, posłuszeństwo i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.

Kiedy wymówiła te słowa, dwie duże łzy popłynęły po jej policzkach. Jedna ze wzruszenia, druga – ze szczęścia. Tego dnia stała przed samym ołtarzem, twarzą w twarz z Bogiem, mając ukochanego przy boku. Czego chcieć więcej?

Po ślubie młodzi pojechali saniami na wesele do domu rodzinnego Stefanii, do Kuryłówki, gdzie gości weselnych witali rodzice młodych. Rozochoceni żołnierze nie żałowali sobie alkoholu, zabawom nie było końca. Niektórych, mających już zbyt gorące głowy, musiał strofować sam dowódca. To wówczas na dobre Michał pojednał się z Aleksandrem, wybaczając mu stary kawał, i wspólnie wychylili niejeden toast. W ciemnościach nocy kilku partyzantów wyskoczyło na dwór z bronią i serie z pistoletów maszynowych zagrzmiały w zimowej ciszy. Inni zabrali ze sobą erkaemy ze świetlnymi pociskami i smugi jasnych paciorków poleciały ku niebu. Wokół rozbrzmiewały wesołe okrzyki, śpiewy i muzyka, a erkaemy na wiwat grały całą noc. Aż wystraszeni milicjanci w okolicznych wsiach barykadowali się na posterunkach, myśląc, że to „Wołyniak” ze swoją grupą przybywa walczyć z komunistycznym reżimem.

Grubo po północy młodzi wymknęli się ze swego hucznego wesela. Sam „Wołyniak” przypilnował, by mogli swobodnie odejść, nienękani przez gości weselnych. Wszak została im jeszcze najprzyjemniejsza sprawa – niezapomniana, nieziemska noc poślubna.

* * *

Monotonnie mijały dni partyzanckiego życia w wiecznej tułaczce. Większą część czasu oddział „Wołyniaka”, przy którym przebywali „Perełka” i „Kula”, spędzał w leśnych obozach bądź na kwaterach u zaprzyjaźnionych leśników lub gospodarzy. Codzienność oznaczała dla nich nierzadko głód, pragnienie, wszy, choroby, zimno i brud. Historycy w swych rozprawach najczęściej opisują partyzanckie akcje bojowe, bitwy i potyczki. A tak naprawdę przez większość dni swego przyziemnego żywota leśni ludzie martwili się o to, co wrzucą do garnka lub kiedy zamienią wreszcie dziurawe, przemakające buty na nowe.


Ostatni i najwierniejsi partyzanci od „Wołyniaka”, od lewej: Adam Kusz „Garbaty”, Michał Krupa „Wierzba”, Wiktor Pudełko „Wiktor” i Tadeusz Haliniak „Opium”, sierpień 1950 r. (zbiory Dionizego Garbacza)

Ta codzienna szarość trochę zniechęciła Stefanię, która, jak chyba każda kobieta po ślubie, chciała mieć prawdziwą rodzinę – męża, dom i dzieci. Dlatego coraz smutniej robiło się jej, kiedy wybiegała myślami w przyszłość. Bo jakie perspektywy miał partyzant wyklęty? Kula w potylicę, stryczek, więzienie i tortury bez końca? Mąż jej opowiadał, co robili z nim ubecy po tym aresztowaniu, kiedy uciekł, wyskakując z okna. Innymi słowy – partyzanckie życie to nie był szczyt marzeń dla młodej żony, która zresztą spodziewała się dziecka. Wielokrotnie nagabywała Aleksandra do porzucenia tej marnej egzystencji i zamieszkania u którychś z rodziców, by ułożyć sobie normalne życie w nowej rzeczywistości. Mąż strofował ją, że takie normalne życie skończyłoby się niechybnie komunistycznym aresztem. Pewnie miał rację, ale ona wybiegała już w przyszłość i myślała o narodzinach i wychowaniu dziecka.

Trwali więc w dalszym ciągu przy „Wołyniaku”, ale w terenie robiło się coraz ciaśniej, gdyż komuniści za wszelką cenę postanowili zgnieść każdy, nawet najmniejszy, opór społeczny w tym zakątku Polski. Z każdym tygodniem więcej komunistycznych oddziałów i milicji kwaterowało w pobliżu. A ich coraz dokładniej zorganizowane akcje i obławy stawały się naprawdę niebezpieczne. Nadszedł trudny czas i nawet sam dowódca nie był w stanie zapanować już nad swymi żołnierzami. Wielu ludzi (w tym część najbardziej zaufanych) wyjechało na Ziemie Odzyskane, inni po prostu powrócili do domów. Podupadało morale żołnierzy „Wołyniaka”, którzy powoli zatracali swą hierarchię wartości. Partyzanckie życie, osaczenie i brak perspektyw na przyszłość wyczerpywały ludzi psychicznie. Zdarzały się niesnaski pomiędzy nimi, a niektórzy samowolnie porzucali oddział i poczynali chodzić z bronią na własną rękę. W drugiej połowie roku 1946 grupa „Wołyniaka” praktycznie nie przeprowadzała żadnych akcji ofensywnych, skupiwszy się jedynie na przetrwaniu. Jesienią przy Józefie Zadzierskim pozostało niewielu najwierniejszych druhów. Pośród nich byli Stefania i Aleksander Pityńscy oraz Michał Krupa.

Wraz ze zbliżającą się zimą nadciągał najtrudniejszy okres walki dla tych ostatnich niezłomnych. W październiku komunistyczne wojsko zaatakowało partyzancki obóz w lasach koło Brzyskiej Woli, a w listopadzie podczas obławy i strzelaniny „Wołyniak” został postrzelony w prawą rękę. Kula rozorała ramię trochę powyżej łokcia, ale wydawało się, że rana nie jest groźna. Zadzierski z dwoma partyzantami wydostał się z matni, a poranioną rękę jako pierwsza opatrywała mu „Perełka”. Zrobiła wszystko jak należy, oczyściła ranę, odkaziła, obandażowała. Mimo fachowej opieki – jak się miało potem okazać – rana ta przyczyniła się do przedwczesnej śmierci partyzanckiego dowódcy.

Stefania nie uczestniczyła już wówczas w bezpośrednich walkach i praktycznie zaprzestała działalności konspiracyjnej. W obliczu ciąży i zbliżającego się rozwiązania najczęściej przebywała w ukrytych leśnych bunkrach (obozach z ziemiankami) albo na tajnych kwaterach u zaprzyjaźnionych gospodarzy. „Kula”, w przeciwieństwie do młodej żony, często stacjonował przy „Wołyniaku”. Ale nie było go w momencie śmierci dowódcy. Józef Zadzierski, z zakażoną gangreną ręką, popełnił samobójstwo. Był to kres zorganizowanej działalności grupy „Wołyniaka”. Większa część jego dawnych ludzi próbowała powrócić do normalnego życia. W lesie pozostały dwie kilkunastoosobowe grupki walczących, a wśród nich brat „Perełki”.

Stefania i Aleksander postanowili spróbować normalnie żyć w nienormalnych czasach komunistycznego totalitaryzmu. Za tym rozwiązaniem od dawna opowiadała się „Perełka”, myśląca i czująca już wtedy jako przyszła matka i opiekunka dziecka, a nie żołnierka organizacji niepodległościowej. W stanie błogosławionym zmieniało się nie tylko jej ciało, ale i życie. Powoli zaokrąglał się jej brzuszek, miała większy apetyt, trudny do zaspokojenia w partyzanckich warunkach. Nie chciała, aby jej syn (bo przeczuwała, że to będzie chłopiec) narodził się gdzieś w brudnej i ciemnej leśnej norze. Martwiła się również o Aleksandra i w duszy prosiła Boga, aby dziecko, zaraz po narodzinach, nie okryło się żałobą po tacie.

Na początku roku 1947 młodzi zamieszkali u rodziców Aleksandra w Ulanowie i tym samym zakończyli partyzancki okres swojego życia.