Dziewczyny wyklęteTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

  Okładka

  Karta tytułowa

  Karta redakcyjna

  Dedykacja

  Wstęp

  Perełka

  Wanda

  Jaga

  Krystyna

  Jasiek

  Marcysia

  Czesława

  Irena

  Blondynka

  Siostra Izabela

  Lala

  Danka

  Inka

  Sarenka

  Dziuńka

  Krysia

  Zamiast zakończenia

  Wybrana bibliografia Źródła archiwalne Źródła opublikowane Opracowania, artykuły i wywiady Strony internetowe (dostęp: 10 września 2014 r.)


Okładka

Anna Kierzkowska

Zdjęcie na okładce

Marco Marzilli

(zdjęcie pochodzi ze zbiorów Grupy Rekonstrukcji Historycznej Borujsko)

Redakcja

Ewa Popielarz

Korekta

Katarzyna Szol

Skład i łamanie

TEKST Projekt, Łódź

Copyright © by Szymon Nowak

Copyright © by Fronda PL, Sp. z o.o. All rights reserved.

ISBN 978-83-64095-72-6

Wydawca

Fronda PL, Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

Moim dziewczynom

Asi, Marysi i Ani

Wstęp

Kobiety to niewątpliwie najwrażliwsze dzieło boskiej ręki Stwórcy. Delikatne, kruche, przepełnione uczuciami.

Kobiety w obliczu II wojny światowej i Dziewczyny Wyklęte bezpardonowo zmagające się z sowieckim imperializmem i reżimem komunistycznym to dzielne, niezłomne Polki, które oddały Ojczyźnie swoje najpiękniejsze lata, swoją młodość i swoje życie. Zapatrzone w najjaśniejszy cel przyświecający ich działaniom – walkę o Wolność i Niepodległość – zdały próbę najszczerszego patriotyzmu, dotarły do ostatecznego kresu drogi, do więziennej kraty lub kuli wystrzelonej przez agentów bezpieki albo pluton egzekucyjny. W tych okrutnych czasach ramię w ramię z mężczyznami żyły, walczyły, kochały i… umierały zbyt młodo.

Wojenne historie Dziewczyn Wyklętych rozpoczęły się, zanim jeszcze pojawili się w naszym kraju pierwsi Sowieci i ich polscy komunistyczni poplecznicy. Większość z tych, których dzieje przedstawiam w niniejszej książce, miała swój udział w konspiracji antyniemieckiej, pod szyldami Armii Krajowej lub wojskowych organizacji narodowych – Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW) i Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ). A kiedy ze wschodu przyszło tzw. wyzwolenie, wszystkie te kobiety zrozumiały, że wolna Polska nadal żyje tylko i wyłącznie w ich wyobrażeniach i marzeniach, nadal istnieje tylko w ich sercach. Widziały, że kraj, który Sowieci i komuniści stworzyli nad Wisłą oraz rozreklamowali jako niepodległy i ludowy, tylko z nazwy jest demokratyczny i polski. Dlatego wróciły do podziemia, wspomagając chłopców z konspiracji. Swoją postawą dawały wyraz swej dezaprobaty wobec tego „czerwonego”, dzikiego państwa, chyba tylko dla zmylenia nazywanego wówczas Polską. Walczyły z narażeniem życia, zdrowia i własnej wolności.

Moje bohaterki inaczej od mężczyzn odczuwają i przeżywają walkę oraz konspiracyjną służbę. Ich wrażliwość sprawia, że w czasie działań wojennych w większym stopniu skupiają się na ocaleniu, ratowaniu, na leczeniu i otaczaniu troską rannych, chorych, głodnych oraz sierot niż na samych bojowych czynnościach. Ich zadaniem jest budować i tworzyć, a nie niszczyć i zabijać. Wojenne historie kobiet to nie opowieści o walce zbrojnej, ale o życiu, uczuciach i emocjach. One wciąż pamiętają, kto i w którym miejscu został ranny, jakiego użyły środka dezynfekcyjnego i czy wystarczyło im wtedy bandaży. Wspominają, który ranny mógł iść o własnych siłach, a kogo musiały nieść, jaki partyzant w bólu wzywał matkę lub żonę, a kto na ratunek przywoływał samego Boga.

Książka, którą oddaję do rąk Czytelnikom, jest przede wszystkim hołdem złożonym tym polskim bohaterkom, często anonimowym i bezimiennym, które nie złożyły broni i przypominały bolszewickiemu okupantowi, co znaczą słowa: Ojczyzna, Wolność i Niepodległość. To wołanie w imieniu ich własnym oraz ich rodzin – o pamięć. W tych kilkunastu opowiadaniach odkrywamy ich historie. Pamiętajmy o ich odwadze i poświęceniu, by o Dziewczętach Wyklętych mogli usłyszeć również ci, którzy przyjdą po nas.

Prawdziwe dzieje Dziewczyn Wyklętych zostały przedstawione w formie zbeletryzowanej, wraz z dialogami. Dlatego także wszystkie biblijne cytaty zamieszczone w książce zaczerpnięto z Biblii Tysiąclecia, wydanej po raz pierwszy w 1965 roku, a więc nieznanej Wyklętym. Takie spopularyzowanie historii to celowy zabieg. Nie odbiera nic z autentyczności bohaterkom i opisywanym wydarzeniom, a dodaje lekturze lekkości. Odbiorca, zainteresowany losami walczących kobiet, w przyszłości będzie mógł sięgnąć także po bardziej naukowe, historyczne opracowania.

Na zakończenie składam wyrazy wdzięczności osobom, bez których pomocy ta praca w ogóle by nie powstała. Za możliwość spotkań, rozmów, korespondencji, za fotografie z rodzinnych archiwów dziękuję Kobietom Wyklętym oraz ich dzieciom: Jadwidze Krzysztanowicz z d. Bojarskiej ps. Wanda, Lidii Lwow-Eberle ps. Lala, Danucie Szyksznian-Ossowskiej z d. Janiczak ps. Sarenka, Krystynie Winiarz z d. Świątoniowskiej, Barbarze Kozak (córce Zofii Gągały), Zbigniewowi Kurasiowi (synowi Czesławy Kuraś), Januszowi Niemcowi (synowi Janiny Żubryd) i Andrzejowi Pityńskiemu (synowi Stefanii Pityńskiej).

Ponadto za wkład w usystematyzowanie wiedzy oraz za przekazanie zdjęć ilustrujących niniejszą książkę dziękuję: Danucie Ciesielskiej, Ewie i Bogumiłowi Liszewskim, Annie Ordyczyńskiej, Dionizemu Garbaczowi, Sebastianowi Gatnerowi, Mirosławowi Łapie, Krystianowi Pielasze, Tadeuszowi M. Płużańskiemu, Tomaszowi Sawickiemu, Bogdanowi Siejce i Stanisławowi Szymuli; jak również: Zgromadzeniu Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo z Krakowa, Instytutowi Pamięci Narodowej, Komisji Historii Kobiet w Walce o Niepodległość oraz Narodowemu Archiwum Cyfrowemu.


Longin Wojciechowski „Ronin” i dwie nieznane z nazwiska kobiety. „Ronin” to jeden z bliskich współpracowników „Łupaszki” z czasów działalności antyniemieckiej i dowódca 4 Brygady Wileńskiej. Po wojnie poszedł na współpracę z bezpieką (Instytut Pamięci Narodowej)

Perełka

Miało się ku wieczorowi i dzień się już nachylił, a czerwień zachodzącego słońca przyświecała jeszcze złowróżbnie nad wsią. Choć strzały w Kuryłówce wygasły, to w powietrzu czuć było wciąż ostry zapach strzelniczego prochu, swąd dymu i spalenizny. Dopiero co zakończone dudnienie wystrzałów spowodowało, że powietrze nadal falowało i drżało, jak gdyby nadciągała burza. Zwierzęta, które pochowały się podczas walki, zaczęły powoli wychodzić z ukrycia i gasić pragnienie. Kilka psów lizało rany zabitych, a może tylko rannych, żołnierzy. Sowieci uciekli, pozostawiwszy sporo trupów, ale i polskich partyzantów nie ominęły straty. Z naszej strony zginęło siedmiu ludzi, pięciu było ciężko rannych. Tych ostatnich znoszono i opatrywano na miejscowej plebanii, a sanitariuszki oraz ksiądz dwoili się i troili, by ulżyć im w cierpieniach.

 

Dwudziestoletnia Stefania Krupa została trafiona pod koniec bitwy. To prawdziwy pech – była sanitariuszką i biegła z pomocą rannemu koledze, ale po drodze coś podcięło jej nogi. Próbowała się jeszcze podnieść, by dopaść do potrzebującego, lecz już nie zdołała. Lewa noga stawała się coraz bardziej bezwładna, a z dziur po postrzale tryskała krew. Czy czuła strach? Rany wyglądały przerażająco. Spróbujcie wbić sobie w nogę z całych sił ostrza wideł, a potem gwałtownie je wyszarpnijcie. Właśnie tak to wyglądało – małe dziurki w równych odstępach. No i strużki krwi, miarowo wypływające z otworów po sowieckich nabojach. Potem okazało się także, że jedna z kul (a była to cała seria z wrogiej pepeszy) uszkodziła kość. Stefania nie straciła przytomności, w pobitewnym i pourazowym szoku obserwowała wszystko, co się wokół niej działo. Ci, którzy znosili ją z drogi, próbowali być bardzo delikatni, ale „Perełka” czuła się jak bezwładna kłoda drzewa targana po wertepach, a potem jeszcze chybocząca się w takt nierównych kroków noszowych. Noszowych? Jakich znowu noszowych? Żadnych noszy nie było – partyzanci nieśli ją na jakiejś starej wyblakłej kapie znalezionej w jednej z najbliższych chat. Przy kościele na plebanii koleżanki sanitariuszki zaraz zajęły się jej ranami. Spod lekko przymkniętych powiek obserwowała świat, jej twarz stawała się nawet nie blada, lecz szara, a rysy w grymasie bólu wyostrzały się. Zagryzła wargi, kiedy bezpośrednio na ranę lali jej roztwór kalihipermanganikum, stary, ale sprawdzony środek odkażający. A potem sprawne ręce obandażowały ranę.

– Trzymaj się, mała – rzuciły jej na odchodne sanitariuszki i musiały biec dalej do kolejnego rannego.

– Nie umieraj tylko – ostrzegła jedna z nich.

Nie chciała teraz umierać, była za młoda! Chciała żyć! Pragnęła poznać tego najukochańszego, jedynego. I jak każdy – wziąć ślub, urodzić dzieci, mieć rodzinę. A tu takie nieszczęście i ciężka rana.

– Chciałabym mieć chłopca, a potem męża – szepnęła księdzu, który właśnie udzielał ostatniego namaszczenia konającemu obok żołnierzowi.

– Panienko – odrzekł ksiądz Węgłowski lekko zmęczonym głosem – a ja bym chciał, żeby wszyscy komuniści wymarli. Naprawdę – zaśmiał się nienaturalnie, ale nie odszedł. Zbliżył się do Stefanii tak, że końcówka zakrwawionej stuły wisiała przed jej oczyma.

– Moje dziecko, nie minie rok, a będziesz miała swego wymarzonego wspaniałego męża, od zaraz będę się o to modlił. Obiecuję.

Pocałował ją w czoło i odszedł ciąć prześcieradła na bandaże. W tej samej chwili „Perełka” zauważyła, że cichną odgłosy bitwy. Coraz rzadsze strzały zwiastowały koniec walki. Ale czy to był kres obrony naszych, czy też koniec natarcia wroga? Obok przegalopowało kilku konnych jeźdźców. Nasi uciekają? I co teraz? Wejdą Ruskie i wybiją wszystkich rannych, jak to było w Surkontach? Nie słyszeliście? Po tamtej walce Sowieci z NKWD (Narodnyj Komissariat Wnutriennych Dieł – Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) dobijali rannych Polaków. Żeby oszczędzić amunicję, uśmiercali ich wprawnymi dźgnięciami swych długich stożkowych bagnetów. Raz za razem, każdego z osobna, wszystkich, do samego końca…

– Wygraliśmy! – zakrzyknął ktoś obok podnieconym młodzieńczym głosem.

To prawda! Choć z pewnością przewaga była po stronie sowieckich wojsk NKWD, pod Kuryłówką wygrali Polacy. Do leżącej Stefanii podbiegł jej brat – Michał, zdyszany, ale szczęśliwy.


Stefania Pityńska z d. Krupa „Perełka” (zbiory Andrzeja Pityńskiego)

– Jak tam, siostrzyczko? E tam, tylko noga. To nic wielkiego. W końcu ma się dwie – zaśmiał się ze swojego dowcipu. – Dobrze, że to nic poważnego. Wiesz, jest decyzja, że będziemy się wycofywać, jeszcze nie wiem, jak i gdzie, ale powoli żegnaj się z Kuryłówką.

Chciał pogładzić siostrę po głowie, ale wyszło mu niezgrabne pacnięcie, więc tylko potarmosił jej włosy. Michał ps. Wierzba pobiegł dalej, a Stefania została sama. No, nie całkiem, wokół leżeli inni ranni, niektórzy jęczeli, niektórzy wzdychali, inni szeptali bezgłośnie słowa modlitwy.

– Pani, wysłuchaj modlitwy nasze, a wołanie nasze niech do Ciebie przyjdzie – w otchłaniach skłębionych myśli odnalazła tylko melodię i słowa przepięknych Godzinek. – Błogosławmy Panu, Bogu chwała, a dusze wiernych zmarłych przez miłosierdzie Boże niech odpoczywają w pokoju. Amen.

* * *

Wojna jest straszna. Nie daj, Panie Boże, wojny. To wojna przerwała szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo Stefanii. To wojna sprawiła, że zamiast się uczyć, musiała konspirować. Nie używała już książek, pióra. Nie czytała gazet i nie pisała listów. Nawet rozmowy i spotkania z rówieśniczkami ograniczyły wojna, okupacja, godzina policyjna. Stefania Krupa urodziła się w 1925 roku w Kuryłówce w powiecie leżajskim. Do wybuchu walk zdążyła ukończyć szkołę powszechną. Potem zostały jej jedynie tajne komplety i nauka przysposobienia wojskowego. Przez tych zaprzańców – Hitlera i Stalina – normalne życie wszystkich Polaków wywróciło się do góry nogami.

– Chcę konspirować – powiedziała któregoś dnia swemu bratu.

Na początku wyśmiał ją – wiadomo, przecież Michał był od niej starszy aż o pięć lat. Jednak minęło kilka dni, a brat sam wrócił do tematu rozmowy. Na wstępie przedstawił trudności i niedogodności życia konspiratorów podziemnej armii. Miało to naturalnie zniechęcić Stefanię. Potem opowiedział, co może się stać z rodziną, z nią samą, kiedy gestapo wpadnie na jej trop i zaczną się aresztowania. Przestrzegał praktycznie przed wszystkim.

– To nie dla ciebie – mówił, dodając, że jest na to zbyt delikatna.

Zniechęcał, ale równocześnie dawał czas do namysłu. Był wtedy rok 1943 i wiele zmieniło się od wybuchu wojny. Po pierwsze, Niemcy dostawali solidnego łupnia na wschodzie i przegrywali bitwę za bitwą. Po drugie, polscy partyzanci coraz śmielej sobie poczynali w terenie. Bardzo wielu znajomych gdzieś należało, coś robiło w wielkiej tajemnicy, znikało co pewien czas na kilka dni. Stefania też tego chciała i nie ustąpiła, więc brat koniec końców wciągnął ją do organizacji. Była to Narodowa Organizacja Wojskowa, scalona z Armią Krajową. Przysięgę złożyła z kilkorgiem innych osób w jakiejś tajnej konspiracyjnej kwaterze. Był krzyż, płomień świecy i jakaś nienaturalna wręcz powaga w szeregach tych młodych ludzi. Jako pseudonim Stefania wybrała sobie określenie „Perełka” – tak w dzieciństwie, kiedy miała kilka lat, mawiał do niej ojciec: jesteś moją perełką. Wreszcie mogła konspirować. Jej zadaniem było początkowo utrzymywanie konspiracyjnej placówki w Kuryłówce. To wtedy poznała bliżej Jankę Oleśkiewicz ps. „Jaga”, z którą dzieliła tę podziemną misję. Dziewczęta szybko się zaprzyjaźniły.

Po pechowej i przegranej przez Polaków partyzanckiej bitwie w Grabie (grudzień 1943 roku) spaleni u niemieckiego okupanta konspiratorzy musieli się ukryć w lesie. Tak również postąpiła Stefania, dołączając do oddziału Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka”, gdzie zaufanym człowiekiem był jej brat – Michał Krupa. To wtedy jej zadania stały się trudniejsze i wymagające. Była łączniczką, sanitariuszką, zajmowała się zdobywaniem informacji i ochroną osób. Okazało się, że mimo obiekcji brata nadawała się do partyzantki – świetnie jeździła konno i (to raczej rzadkość wśród kobiet) rzucała celnie nożem. Uzbrojona była najczęściej w niezawodny rewolwer Nagant, bagnet oraz dwa granaty, a ubierała się po męsku – nosiła spodnie i wysokie buty z cholewami oraz ostrogami. Często wysyłano ją na stację kolejową do Leżajska, gdzie jako łączniczka i przewodniczka doprowadzała do oddziału przybywających w ten rejon oficerów i kurierów podziemnej armii, gdyż świetnie znała okoliczne lasy. Kilkakrotnie w ten sposób eskortowała np. siostrę „Wołyniaka” – Alinę Glińską.

* * *

Obolałe ciało obijało się o gołe deski wiejskiego wozu, a konie mozolnie wspinały się na leśne piaszczyste pagórki, by za moment z nich zbiec przy akompaniamencie hałasu nienaoliwionych osi furmanki. Majowa noc, nisko leżące mgły i chłodny, ale przyjemny zapach lasu koiły nerwy i łagodziły niepewność. Chociaż miarowy turkot powinien działać usypiająco, to Stefania nie zmrużyła oka. Przez głowę przewijały jej się obrazy z dnia poprzedniego. Bitwa, ranni, umierający z zasnutymi śmiertelną mgłą oczami. Dopiero teraz zaczęła się bać. O siebie, o bliskich, o przyszłość. Może wydawać się to prozaiczne, ale najbardziej bała się o swoją zranioną nogę. Być może była wtedy egoistką, ale drżała na myśl o tym, co będzie, kiedy konieczna okaże się amputacja.

– Spokojnie, jeszcze sobie potańczysz – pocieszał ją ktoś na odchodne, kiedy zbierali się z plebanii, ale „Perełka” nie była tego taka pewna, no bo jak będzie tańczyć na jednej nodze? Przecież to niemożliwe, a przynajmniej wyglądałoby to nieszczególnie.

Partyzanci zorganizowali podwody, na które zabrali rannych towarzyszy. Ładowano po dwie osoby na wóz. Stefania jechała z ciężko rannym młodym chłopakiem. Już wieczorem kilka wozów wraz z eskortującymi kolumnę uzbrojonymi partyzantami odjechało w stronę Jarosławia. To w tamtejszym szpitalu miano zostawić najciężej rannych.

Chłodna majowa noc nie sprzyjała spaniu. Skulona na wozie „Perełka” nie miała się czym przykryć i do czego przytulić. Garść słomy rzucona na podłogę wozu pod rannymi wiele nie pomogła. Jej, na razie bezimienny, towarzysz cicho pojękiwał i ciężko oddychał. Bandaże na jego karku i nogach wskazywały, gdzie otrzymał rany. Ich biel powoli ciemniała od przesiąkającej krwi. Stefania mimochodem, szukając choć odrobiny ciepła, przesunęła się w stronę rannego. I jeszcze raz, coraz bliżej.

– Och tam – myślała – majaczy, więc pewnie i tak nic nie zauważy. A zawsze lepiej się przytulić i ogrzać, niż marznąć bez potrzeby.

Kiedy jej ciało przylgnęło do ciała bezimiennego rannego, poczuła wreszcie ciepło i zrobiło się jej jakoś lżej. Znowu próbowała się modlić, ale tym razem jej myśli uleciały daleko, w inny, lepszy i bezpieczniejszy wymiar. Tuż przed zaśnięciem znów była w domu, tym najprawdziwszym, rodzinnym. Było ciepło, na kuchni palił się ogień, a za stołem siedzieli młodzi mama i tata. Biegła do nich, by się przytulić, ucałować, siąść im na kolanach. Chciała powiedzieć rodzicom, jak bardzo ich kocha, jak za nimi tęskni. Pragnęła wykrzyczeć, że nie chce już okropności wojny. Nie zdążyła dobiec – twardo usnęła.

– Boli cię? – usłyszała cichy męski szept nad swoim uchem.

– Słucham?

– Pytam, czy rana cię boli.

– A, rana. No tak, jasne, że boli. Trochę boli. – Dopiero teraz w świetle dnia mogła przyjrzeć się lepiej twarzy współtowarzysza niedoli i podróży. Znała go, choć słabo. W oddziale wołano na niego „Kula”, a u „Wołyniaka” zajmował się bronią i amunicją. Chociaż był młody, pełnił tam bardzo ważną funkcję zbrojmistrza. Wcześniej nawet jakiś czas kwaterował wraz z innymi chłopcami w rodzinnym domu Krupów. „Perełka” dopiero teraz się dobudziła i w pełni otrzeźwiała. Spojrzała pielęgniarskim okiem na „Kulę” i zaczęła wypytywać o jego rany.

W ostatniej bitwie pod Kuryłówką „Kula” dowodził drużyną partyzantów i własnoręcznie obsługiwał erkaem. A trzeba przyznać, że w partyzanckich bojach ta broń była najskuteczniejszym wsparciem polskich żołnierzy. Bo przecież nie mieli oni czołgów, samolotów i armat, a ciężkie, nieporęczne cekaemy nie nadawały się do szybkich przemarszów, ucieczek przed obławami i dalekich odskoków. „Kula” chwalił się, że już wielu Sowietów posłał „do diabła Stalina” tą swoją niezawodną bronią. Tak było i w Kuryłówce, gdzie na lewym skrzydle powstrzymywał natarcia NKWD. Było gorąco, ale w porę przybył Józek Zadzierski z odsieczą i praktycznie wygrał dla nas tę bitwę. Kiedy Polacy rzucili się do kontrataku i gonili uciekających Sowietów, natrafili na ich drugą linię i okopane cekaemy. Natarcie nie załamało się, ale kilku chłopców padło w ogniu. Jednym z nich był właśnie „Kula”, któremu kule rozorały kark i poharatały nogi. Faktycznie, nawet jego długi płaszcz był poniżej kolan przestrzelony jak sito. I tak ciężko ranny „Kula” znalazł się na wozie zdążającym do szpitala, obok rannej „Perełki”.

– Panie woźnico – zapytali kierującego wozem rolnika z Tarnawca – czy wie pan, jak daleko jest do Jarosławia i jak długo będziemy jeszcze jechać?

Niestety nie wiedział, ale jechali już całą noc i ranek, więc może niedługo wreszcie ktoś zarządzi postój.

 

– Mam prośbę – powiedziała cichutko Stefania do „Kuli”, kiedy rana zaczęła jej od nowa dokuczać – może byś położył rękę na mojej ranie? Rodzice zawsze mówili, że dobry dotyk leczy.

Nie musiała dwa razy powtarzać. Męska dłoń delikatnie spoczęła na jej obandażowanej nodze.

– Nadal nie lubicie się z Michałem? – zapytała Stefania, przypominając sobie niedawne niesnaski pomiędzy partyzantami.

– Nie. Wszystko już jest dobrze – odpowiedział „Kula”, ale zaśmiał się w głos, przypominając sobie, o co im właściwie poszło. Zdrowy, szczery śmiech podrażnił rany i skończył się szybko sykiem bólu. – Lubię Michała i lubię ciebie. Zawsze lubiłem. Bardzo – powiedział, a jego dłoń bezwiednie powędrowała w górę, ponad zabandażowane rany dziewczyny. „Perełka” zdecydowanie przytrzymała jego rękę i opuściła z powrotem na ranę. Jej kojące ciepło choć trochę łagodziło ból.