Bitwy wyklętych

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


zakupiono w sklepie: Sklep Testowy
identyfikator transakcji: 1632151871072668
e-mail nabywcy: test@virtualo.pl
znak wodny:


Projekt okładki, mapy

Radosław Krawczyk

Zdjęcie na okładce

SPOT Łukasz Dyczkowski

Dyrektor Projektów Wydawniczych

Maciej Marchewicz

Korekta i redakcja

Ewa Popielarz

Skład i łamanie

TEKST Projekt, Łódź

© Copyright by Szymon Nowak, Warszawa 2016

© Copyright for Fronda PL, Sp. z o.o., Warszawa 2016

ISBN 978-83-8079-034-6

Wydawca

Fronda PL, Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.opl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

Skład wersji elektronicznej

Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Wstęp

KRESOWE TERMOPILE Surkonty, 21 sierpnia 1944 roku

MAŁY ARSENAŁ Łowicz, 8 marca 1945 roku

„ZAPLUTE KARŁY” Z AK Skrobów, 27 marca 1945 roku

JEŃCÓW NIE BRANO Kuryłówka, 6 maja 1945 roku

JEDNA Z NAJWIĘKSZYCH Las Stocki, 24 maja 1945 roku

BEZ JEDNEGO STRZAŁU Pabianice, 10 czerwca 1945 roku

W PONIEMIECKICH OKOPACH Majkowice, 8 lipca 1945 roku

BRACIA Kielce, 4/5 sierpnia 1945 roku

CZOŁGI, KROWY I SAMOLOT Sikory, Zaleś, 8/9 sierpnia 1945 roku

OSTATNIE NABOJE MAJORA Miodusy Pokrzywne, 18 sierpnia 1945 roku

KŁOPOTY Radom, 9 września 1945 roku

STRZASKANE KOŚCI Gajrowskie, 16 lutego 1946 roku

W PLECY DO SWOICH Radomsko, Graby, 19/20 kwietnia 1946 roku

TROPEM ZŁAMANEJ PODKOWY Brzozowo-Antonie, 28 kwietnia 1946 roku i Czochanie-Góra, 30 kwietnia 1946 roku

ZASKOCZENIE Zwoleń, 15 czerwca 1946 roku

Zamiast zakończenia

Bibliografia

synowi Jakubowi

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp

Niniejsza praca prezentuje największe bitwy stoczone przez polskich żołnierzy podziemia antykomunistycznego oraz niektóre z ich najbardziej spektakularnych akcji. W publikacji nie mogło zabraknąć najbardziej znanych walk – w Lesie Stockim, Kuryłówce, Surkontach i Majkowicach. Opowiedziano również historię szeregu toczonych jedna po drugiej bitew pierwszego szwadronu „Zygmunta” z 5 Brygady Wileńskiej AK „Łupaszki” oraz bojów 6 Brygady Wileńskiej AK „Wiktora”. Na kartach książki przedstawiono także wstrząsające i kontrowersyjne działania 3 Wileńskiej Brygady Narodowego Zjednoczenia Wojskowego „Burego”, wraz z dramatyczną bitwą w Gajrowskich, oraz nieudaną akcję oddziałów „Zagończyka”, zakończoną niespodziewaną walką pod Zwoleniem. Zmagania polskich żołnierzy powstania antykomunistycznego to jednak nie tylko bitwy, to także akcje bojowe na komunistyczne więzienia. Walki o uwolnienie braci i towarzyszy broni toczyły się w Kielcach, Radomiu, Radomsku. W obozie NKWD w Skrobowie, aby odzyskać wolność, wywodzący się z AK więźniowie sami chwycili za broń. Natomiast w Łowiczu i Pabianicach polscy konspiratorzy za pomocą przebiegłych fortelów bez strzałów wtargnęli do więzień i uwolnili skazańców.

Zanim usiadłem i zacząłem pisać o bitwach, potyczkach i akcjach Żołnierzy Wyklętych, zastanawiałem się, w jaki sposób najlepiej opowiedzieć o tych niecodziennych, wyjątkowych i nierównych zmaganiach. O tej prowadzonej odwiecznej walce dobra ze złem, która w powojennej Polsce przyjęła z jednej strony postać Żołnierzy Wyklętych, z przeciwnej zaś – sowieckich sołdatów Czerwonej Armii i NKWD, polskich żołnierzy z komunistycznej armii tzw. „ludowej” i funkcjonariuszy UB oraz MO. Bo przecież tej walki nie można w żaden sposób porównać do średniowiecznych bitew, mających coś z rycerskich pojedynków, gdzie, jak pod Koronowem, rycerze polscy i krzyżaccy robili sobie przerwy w boju za obopólną zgodą. Bitwy Wyklętych to też nie starcia epoki napoleońskiej, z wielkimi szarżami oddziałów kawalerii, podczas których kule armatnie żłobiły krwawe tunele w olbrzymich masach wojskowych kolumn. Starciom polskiego podziemia antykomunistycznego daleko również do walki pozycyjnej i okopów pierwszej wojny światowej czy też niemieckiego Blitzkriegu z początków drugiej.

Z jednej strony czasami Wyklęci i ścigający ich żołnierze „ludowego” Wojska Polskiego czy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego dogadywali się i rozchodzili bez oddania strzału. Honorowo, jak turniejowi rycerze średniowieczni. Ale na przykład pod Kuryłówką na Sowietów z NKWD spadł niespodziewany atak konnej grupy z oddziału „Wołyniaka”, co wywołało panikę w szeregach sowieckiej kompanii. Innym razem, pod wsią Brzozowo-Antonie do szarży na komunistów ruszył „Bury” ze swymi konnymi zwiadowcami. Polscy niezłomni partyzanci ostatniego z powstań, podobnie jak w przypadku konwencjonalnych bitew ówczesnych światowych armii, musieli częstokroć stawiać czoła atakującym ich samolotom, czołgom, samochodom pancernym i transporterom opancerzonym oddziałów komunistycznego wojska i ich sowieckich sojuszników. Wyklęci strzelali do czołgów i niszczyli samochody pancerne wroga. Niejednokrotnie ich pozycje ostrzeliwane były przez pociski artylerii i moździerzy, a przedpole żłobił ogień prowadzony z najcięższych karabinów maszynowych, cekaemów i erkaemów. Nie była to wojna pozycyjna, ale czasami do obrony wykorzystywano okopy, jak w przypadku ciężkich zmagań pod Majkowicami. Walki Wyklętych przybierały różne formy, ale chyba najbliżej im do partyzanckiej wojny szarpanej Powstania Styczniowego – potyczka, odskok, ucieczka przed obławą, obrona i wyjście z okrążenia. Potem kolejny atak, zmiana terenu i odpoczynek w najdzikszej leśnej głuszy.


Grupa partyzantów z 5 Brygady Wileńskiej AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Stoją od lewej: Rajmund Drozd „Mikrus”, Roman Rogucki „Mucha”, „Willi”, NN, NN, Zofia Ważyńska „Zosia”, NN, „Lisek”, „Osterwa”. Na dole (7) Władysław Kendyś „Tarzan”

(Instytut Pamięci Narodowej)


Kiedy zamykam oczy i myślę o bitwach Wyklętych, widzę młodą sanitariuszkę opatrującą rany funkcjonariuszy UB i milicji – swoich wrogów, którzy przed momentem gotowi byli do niej strzelać pomimo opaski z czerwonym krzyżem na jej ramieniu. Dziewczyna postępuje w imię maksymy największego wodza naszej cywilizacji, Napoleona Bonaparte, który po najbardziej krwawej jednodniowej bitwie wszech czasów, pod Borodino, powiedział, że po walce nie ma wrogów, są tylko ludzie… Potem niejeden z tych opatrzonych i uratowanych przez nią, w imię sprawiedliwego ładu społecznego, kłamliwie zezna przed sądem przeciw tej samarytańskiej dobroci. Ponownie zamykam oczy i słyszę głos podkomendnych „Burzy”, którzy osaczeni pod Majkowicami, widząc masę sowieckich sołdatów, mówili: „Panie komendancie, tu nasze Termopile chyba będą…”. Albo słowa „Antka” z Szarych Szeregów, który przed akcją na łowickie więzienie polecił swoim harcerzom przysięgać na krzyż Chrystusa, że do ludzi z UB nie będą strzelać, bo to przecież też Polacy. I to dramatyczne pożegnanie najznamienitszego antykomunistycznego partyzanta – majora „Łupaszki”, który idąc na śmierć ze swojej celi, zostawił współtowarzyszom niedoli swoje ostatnie słowa: „Z Panem Bogiem”.

 

Poznanie szczegółów na temat walk polskich partyzantów, ich bitew i akcji, pozwoli lepiej zrozumieć działanie Żołnierzy Wyklętych i targające nimi sprzeczności: bić się czy nie? Chciałbym, by prezentowana książka skłoniła czytelnika do zgłębienia i usystematyzowania wiedzy o zawiłej historii naszej ojczyzny z lat 1944–1947. Czasu, w którym na ziemiach polskich rozgrywało się powstanie antykomunistyczne, a walka o wolność naszego kraju wkraczała w decydujący dla przyszłości Polski okres. Praca ta nie pretenduje do miana naukowej monografii, a bitwy i akcje Wyklętych przedstawione zostały w sposób popularyzatorski, częstokroć w formie zbeletryzowanej opowieści. To pierwsza taka książka, skupiająca na swych kartach szczegółową historię bitew i akcji żołnierzy tzw. drugiej konspiracji. Dodatkowym jej atutem są mapy zamieszczone w każdym z piętnastu rozdziałów. W niektórych częściach książki opowiedziane zostały również powojenne losy wybranych dowódców oraz innych bohaterów tamtych walk.

W tym miejscu chciałbym podziękować Osobom i Instytucjom, dzięki którym mogłem poszerzyć swoją wiedzę o Żołnierzach Wyklętych, ale przede wszystkim odpowiednio zilustrować niniejszą pracę archiwalnymi i współczesnymi zdjęciami. Dziękuję bardzo: Lidii Lwow-Eberle, Teresie Hedzie-Snopkiewicz, Stanisławowi Burzy-Karlińskiemu, Aleksandrowi Arkuszyńskiemu, Adamowi Arkuszyńskiemu, Michałowi Bernaciakowi, Dionizemu Garbaczowi, Cezaremu Imańskiemu, Pawłowi Kendrze, Krystianowi Pielasze, Andrzejowi Pityńskiemu, Pawłowi Reisingowi, Kazimierzowi Szymańskiemu, ks. Stefanowi Wysockiemu, Wiesławowi Wysockiemu, a także: Electronic Museum, Fundacji Niezłomni, Instytutowi Pamięci Narodowej, Narodowemu Archiwum Cyfrowemu, Stowarzyszeniu Szarych Szeregów Oddział w Łowiczu, Światowemu Związkowi Żołnierzy Armii Krajowej Okręg Radom i Urzędowi Miejskiemu w Łowiczu.

Kresowe Termopile Surkonty, 21 sierpnia 1944 roku

Słoneczne poniedziałkowe wczesne popołudnie rozleniwiło wszystkich. Po wczorajszej naradzie w sąsiedniej wiosce i nocnej wędrówce teraz każdy partyzant błogo przymykał powieki pod ciepłymi promieniami letniego słońca. Dodatkowo zjedzony przed momentem wspaniały obiad (gotowane kartofle i zsiadłe mleko) sprawił, że jedyne, o czym marzyli, to wyciągnąć się w cieniu drzew i zdrzemnąć choć na chwilę. Jeśli nie liczyć świergotu ptaków i szumu nieodległego lasu, w zaścianku Surkonty panowała cisza i błogi spokój. Przy jednej z chat jednoręki major Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz” w skupieniu dyktował coś swemu adiutantowi podchorążemu Henrykowi Nikiciczowi „Orwidowi”. Niektórzy czyścili broń, inni doglądali rannych z oddziału „Bustromiaka”, ale większość po prostu odpoczywała po nieprzespanej nocy. Obok wisiały lub leżały w nieładzie zdjęte z powodu upału mundury. Ot, taki bezruch letniego upalnego popołudnia, podczas którego rozsądni ludzie odpoczywają w chatach albo w cieniu drzew.

Ci z wystawionej warty, którzy musieli czuwać, nudzili się okrutnie. Bo cóż może wydarzyć się w poniedziałkowe popołudnie gdzieś na dalekich krańcach dawnych granic II Rzeczypospolitej, w rejonie Lidy, pod samą wielką Puszczą Ruską? Nawet nie wiadomo, czy to jeszcze Polska, czy może już sowiecka Rosja. Cóż z tego, że Sowieci wypędzili Niemców z Polski. Że Armia Krajowa (AK) pomagała w wyzwoleniu Wilna, że prowadzono rozmowy z sowieckim dowództwem. Co z tego? Teraz oddziały Armii Czerwonej i NKWD (Narodnyj Komissariat Wnutriennich Dieł – Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) szczują i tropią polskich partyzantów jak dziką zwierzynę. Co noc polscy żołnierze muszą zmieniać miejsce zakwaterowania. I wędrować od wioski do wioski, szukając łaskawych ludzi, którzy nie baliby się użyczyć im dachu nad głową i miski strawy. Jak jakimś żebrakom… Łatwo było znaleźć gościnę wśród Polaków, gorzej w litewskich lub białoruskich wioskach, gdzie pełno było bolszewickich agentów. Takie obce miejscowości omijali z daleka. Dobrze, że choć tutaj spokój.

Tak myślał jeden z polskich partyzantów, stojący w najbardziej na północ wysuniętej czujce. Obserwował przez lornetkę sąsiednią wioskę Pielasę i przylegające do niej drogi. Miał przykazane, aby zwracać szczególną uwagę na tę litewską wieś i jakiekolwiek ruchy odbywające się w jej granicach. Patrzył z lewa na prawo, a potem z powrotem i dalej, aż po horyzont. Później kładł się na plecach i, żując źdźbło trawy, patrzył w górę za goniącymi po niebie skowronkami. Słońce grzało mocno i oślepiało go swym blaskiem. Aby nie zasnąć, znowu zaczął lustrować najbliższą okolicę, ale wszędzie panował spokój. Partyzant powrócił do swojej ulubionej pozycji, moszcząc się wygodnie w zielonej trawie.

Nagle żołnierzowi trwającemu na warcie wydało się, że słyszy coś jakby dalekie brzęczenie roju pszczół. Natychmiast przyłożył lornetkę do oczu i powiódł wzrokiem w kierunku litewskiej wioski, a potem tam, skąd wydawał się dochodzić dziwny odgłos. Patrzył długo i dokładnie, ale początkowo nic nie było widać. Mimo to szum narastał. Nagle od północy zza lasu wyłoniła się ciężarówka i, nie wjeżdżając do Pielasy, zatrzymała się przed pierwszymi zabudowaniami. Spod plandeki zaczęli wyskakiwać uzbrojeni Rosjanie. Potem podjechało jeszcze kilka samochodów, dowożąc coraz więcej żołnierzy. Wartownik nie czekał na to, co będzie dalej. Przeżegnał się i, czołgając do tyłu, wycofał z punktu obserwacyjnego. Gdy znikły za nim chaty i wrogie ciężarówki, wstał i, nie oglądając się za siebie, pędem zbiegł do Surkont, aby jak najszybciej ostrzec swych towarzyszy przed niebezpieczeństwem.

* * *

Major „Kotwicz” cierpiał bardzo. Nie do końca zagojony kikut uciętej ręki palił go niemiłosiernie i trawił gorączką całe ciało. Wydawało mu się, że boli go głównie ta ręka, której już przecież nie było. Próbował tłumić ból gdzieś w środku, ale nie zawsze udawało mu się oszukać siebie i swoich żołnierzy. Szybko uczył się posługiwać tylko lewą ręką. Nawet pistolet umiał już w nią chwycić i całkiem celnie strzelał. Ale wiedział, że wymuszonym uśmiechem mającym przykryć grymas bólu nie oszuka najbliższych współpracowników.

Ból ramienia to nie wszystko. Major był rozbity w środku i psychicznie złamany jako żołnierz i jako dowódca. Maciej Kalenkiewicz na wojnie przeszedł już wiele. Walczył we wrześniu 1939 roku, był w partyzantce u „Hubala”, potem przedostał się do Francji i dołączył do polskiej armii gen. Sikorskiego. To „Kotwicz” był jednym z propagatorów lotniczego wsparcia armii podziemnej w kraju i zorganizowania zrzutów skoczków spadochronowych nazwanych później cichociemnymi. Sam był jednym z pierwszych, którzy zostali zrzuceni na teren Polski. Potem trafił do Okręgu Nowogródzkiego „Nów” AK i był pomysłodawcą operacji „Ostra Brama”, czyli próby samodzielnego wyzwolenia Wilna przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Ostatecznie nie wziął w niej udziału, ponieważ kilka dni wcześniej został ranny w rękę tak dotkliwie, że konieczna była amputacja.


Fałszywa kenkarta mjr. Macieja Kalenkiewicza „Kotwicza” wystawiona na nazwisko Jana Kaczmarka, 1942 r.

(Electronic Museum)

Już na samo wspomnienie akcji wileńskiej „Kotwicz” wzburzał się niezmiernie i wszystko w nim grało. Może niepotrzebnie się denerwował, ale jako twórca tej koncepcji wiedział, że wszystko poszło nie tak, jak powinno. Według jego planów do walki o miasto miało ruszyć około dwunastu tysięcy żołnierzy z AK. Powinno to wystarczyć, aby wymieść z Wilna Niemców, i tak zagrożonych już nadciągającym frontem ze wschodu. Cóż z tego, jeśli do bitwy stanęła mniej niż połowa polskich żołnierzy. A do tego większość z nich działała jedynie poza miastem, atakując wycofujące się niemieckie oddziały. Nic więc dziwnego, że dopiero kiedy sowieckie wojsko ruszyło do natarcia, Wilno zostało oswobodzone wspólnymi siłami przez Rosjan i Polaków. I wówczas zaczęła się gra. Podobno Sowieci byli zachwyceni polskimi partyzantami. Obiecywali utworzyć osobne dywizje i brygady z żołnierzy AK i wyposażyć je tak, jak sobie tego życzyli Polacy. To była tylko maska. Na rozmowy z wysokimi rangą dowódcami radzieckimi zaproszono polskich oficerów z ppłk. Aleksandrem Krzyżanowskim „Wilkiem” na czele i na wstępie wszystkich aresztowano. Stało się to tak szybko, że mający pilnować bezpieczeństwa Polaków partyzancki oddział por. „Wilhelma” nawet nie zdążył zareagować. Osamotnione polskie oddziały do Puszczy Rudzkiej wyprowadzili oficerowie zastępujący aresztowanych. Droga do puszczy i pobyt tam był to dla zgrupowania AK czas ciągłych sowieckich prowokacji, nagłych ostrzeliwań, lotniczych bombardowań i nieustannie powtarzanych propozycji złożenia broni. Wszystko to doprowadziło do rozwiązania kilkutysięcznego zgrupowania AK i rozejścia się ludzi. Większa część powróciła do domów, inna grupa odeszła na zachód, a z majorem „Kotwiczem” na Nowogródczyźnie pozostała ledwo setka partyzantów. I to jeszcze bardziej bolało majora. Dużo mocniej od niepowodzeń wileńskich i o wiele bardziej od ciągłego tępego bólu uciętej ręki. Trudne były wspomnienia ostatnich dni. Z kilkunastu tysięcy żołnierzy AK będących jeszcze przed miesiącem do dyspozycji ppłk. „Wilka”, pozostała ledwie garstka. Tu, w Surkontach, po dołączeniu kpt. Bolesława Wasilewskiego „Bustromiaka” i jego ludzi, było ich razem raptem około siedemdziesięciu, może osiemdziesięciu żołnierzy. To zbyt mało, aby podejmować jakąkolwiek akcję. Dlatego też ciągle słaby po amputacji ręki major zaczaił się w polskich zaściankach i skupił w tym czasie jedynie na przetrwaniu.

Helena Nikicicz „Czarna Magda”, prywatnie matka adiutanta majora, krzątała się po gościnnej izbie. Szykowała dla dowódcy deser – jego ulubiony przysmak – kogel-mogel. Kątem oka widziała przez okno pracującego majora i swego syna. „Kotwicz” coś dyktował, a „Orwid” próbował wszystko uważnie spisywać. W mocnym głosie majora słychać było pewność siebie, ale z dyktowanych treści wynikało już coś zupełnie innego. Przez otwarte szeroko okiennice do izby wpadały strzępy zdań i „Czarna Magda” mimochodem notowała w pamięci fragmenty wypowiedzi „Kotwicza”.

– Zamiarem władz sowieckich jest likwidacja naszych oddziałów… – mówił komendant. – Naszą walkę o Wilno bolszewicy w swojej propagandzie przypisują nieistniejącym oddziałom litewskim i białoruskim… Istniało przypuszczenie, że bolszewicy zechcą wykorzystać nasze jednostki na froncie po ich dozbrojeniu, pozostawiając ich likwidację na bardziej sprzyjający moment… Na naradę ze strony sowieckiej przybyło samochodami ponad stu funkcjonariuszy NKWD, którzy aresztowali kilkunastu naszych oficerów… Haniebnie rozbiegliśmy się nawet nie pod ciosami przeważających sił, a jedynie ulegając naciskowi chwytów propagandowych NKWD…

Dalszej części już nie słyszała. Zabrała prawie gotowy deser i zaniosła go majorowi. Ten uradował się, widząc swój przysmak, ustawił garnuszek pomiędzy kolanami, a lewą ręką próbował jeszcze dokładniej utrzeć żółtka z cukrem. I wtedy nadbiegł chłopak z warty.

– Sowieci! – wykrzyknął, a to jedno słowo z miejsca postawiło cały oddział na nogi. Natychmiast sięgnęli po broń, amunicję i pozdejmowane mundury, a major z pistoletem w lewej ręce poprowadził partyzantów na stanowiska.

* * *

Sowiecka Grupa Wywiadowczo-Poszukiwawcza 3 Batalionu 32 Zmotoryzowanego Pułku Strzelców Wojsk Wewnętrznych NKWD, załadowana na ciężarówki, raźno mknęła naprzód. Oddziałem dowodzili starszy lejtnant Korniejko i młodszy lejtnant Bleskin, a ich celem miało być bandyckie zgrupowanie, które znajdowało się w rejonie chutoru Surkonty. Takie dyspozycje otrzymali bezpośrednio od naczelnika spraw wewnętrznych w Raduniu, kapitana bezpieczeństwa Czikina. Zgodnie z wydanym rozkazem mieli całkowicie zlikwidować bandę polskich legionistów, o której agenci donosili, że stacjonuje w tych okolicach.

Radzieccy dowódcy doskonale rozumieli, że Armia Czerwona zmagająca się z hitlerowskimi Niemcami musi mieć spokojne zaplecze. Na pamięć znali rozkazy z najwyższego szczebla mówiące, że wszystkich uzbrojonych „białych” Polaków należących do Armii Krajowej lub innych organizacji należy natychmiast rozbrajać i aresztować. Według radzieckiej propagandy polscy legioniści z AK współdziałali z Niemcami przeciwko radzieckiej partyzantce. A po przejściu frontu, zamiast grzecznie złożyć broń i zdać się na łaskę lub niełaskę czerwonoarmistów, część Polaków pozostała w lesie. Jak głosiły oficjalne wytyczne samego Józefa Stalina, w szeregach polskich organizacji niepodległościowych pełno było faszystowskich szpiegów i pomocników Hitlera. Co tłumaczyło bezwzględną surowość, z jaką traktowano polskich legionistów z podziemnej armii.

 

Amerykańskie samochody ciężarowe z wymalowanymi na kabinach czerwonymi gwiazdami bez trudu pokonywały wstęgi polnych dróg. Auta były całkiem nowe. Zdradzała to świeża, nieporysowana jeszcze farba i pracujące bez problemów na wysokich obrotach silniki. Przypłynęły niedawno do ZSRR drogą morską w jednym z konwojów z Zachodu, w ramach anglosaskiej pomocy Lend-Lease. A teraz śmigały po bezdrożach przedwojennych polskich Kresów Wschodnich, pracując na chwałę Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego (WBW) NKWD.

Pierwszy samochód na rozkaz dowódcy zatrzymał się jeszcze przed wsią, blokując drogę reszcie wozów. Kompania NKWD sprawnie opuściła pojazdy i stanęła do zbiórki. Sowiecki dowódca podzielił swój oddział na dwie grupy. Jeden pluton z ciężką bronią (cekaemy i erkaemy) obsadził południowy kraniec wsi Pielasa, zajmując stanowiska obronne skierowane w stronę Surkont. Pozostałą część kompanii poprowadził osobiście st. lejtnant Korniejko wraz ze swym zastępcą Bleskinem. Oddział ten pomaszerował najpierw na zachód, ale tuż przed mokradłami zwanymi Kamiennym Mostem skręcił na wschód, wprost na zabudowania Surkont.

Idący w środku grupy Korniejko nie spodziewał się większego oporu. Myślał, że będzie to raczej pokaz siły radzieckiego wojska i pacyfikacja bezbronnych cywilów, którzy, na swą zgubę, pomagali polskim partyzantom. Dlatego też bez zbędnej – zdaniem dowódcy – ostrożności uzbrojona kilkudziesięcioosobowa grupa maszerowała przez podmokłą łąkę. Kilka dni wcześniej Sowieci pobili jakieś dwa zgromadzenia polskich „bandytów”. Po pierwszych strzałach Biełopoliaki uciekały w popłochu. W zamyśle sowieckiego dowódcy tak miało być i teraz. Nawet jeśli w zabudowaniach kryli się uzbrojeni polscy „bandyci”, to na widok kompanii NKWD jak najprędzej dadzą nogę w przeciwną stronę.


Partyzanci z Nowogródczyzny rozwijają linię obrony

(Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Tymczasem Sowieci, idący tyralierą pluton za plutonem, powoli zbliżali się do polskiego zaścianka. Maszerując, pokonywali nierówną podmokłą łąkę, a miejscami musieli omijać niewielkie sadzawki pełne wody. Teren łączki graniczył z leżącymi na prawo niedostępnymi bagnami. Mijając wodne oczka, radziecka tyraliera przełamała się, a żołnierze ustawili się jeden za drugim, by pokonać wąskie przejścia pomiędzy nimi. Zamiast bojowej linii powstało coś na kształt kolejki po obiad w wojskowej kuchni polowej. Zabudowania zaścianka były coraz bliżej, o rzut granatem, jak by powiedzieli wojskowi. I wtedy zagrały polskie karabiny.

* * *

Widząc zbliżające się zastępy sowieckiego wojska, major w ciszy zarządził alarm i rozstawił na pozycjach podległych sobie żołnierzy. Na prawym skrzydle znaleźli się: „Kotwicz”, rtm. Jan Skrochowski „Ostroga” i adiutant majora – pchor. „Orwid”. Obok zajęła stanowisko obsługa erkaemu. Lewym skrzydłem, znajdującym się na wprost zbliżającego się nieprzyjaciela, dowodzili: kpt. Bolesław Wasilewski „Bustromiak”, jego brat por. Walenty Wasilewski „Jary” i kpt. Franciszek Cieplik „Hatrak”. Polska linia obrony skupiona pośród zabudowań zaścianka liczyła może z pół kilometra długości, a dowódca miał do swej dyspozycji ogółem około siedemdziesięciu uzbrojonych i gotowych do walki żołnierzy.

„Orwid” trzymał się blisko swego dowódcy. Widział, jak ten daje na migi znak, że otworzenie ognia ma nastąpić wyłącznie na jego wyraźny rozkaz. Młody podchorąży ze zdenerwowania mocno ściskał w dłoniach swoją pepeszę i ukradkiem ocierał pot z czoła. Po chwili zdjął rogatywkę, ucałował orła i przeżegnał się z namaszczeniem. W tym czasie „Kotwicz” dyskretnie obchodził stanowiska polskiego prawego skrzydła i obserwował przez lornetkę przedpole. W oddali majaczyły domy litewskiej wsi, dało się też już dostrzec sowieckich żołnierzy. Ale póki co szeregi nieprzyjaciół zbliżały się z drugiej strony, w kierunku odcinka trzymanego przez żołnierzy „Bustromiaka”. Kiedy zwarte szeregi napastników przełamały się, aby omijać zagłębienia z wodą, major podniósł lewą rękę i, celując z pistoletu w bolszewików, wystrzelił pierwszy. Kula z broni „Kotwicza” była z tej odległości niegroźna dla Sowietów, ale zaraz za nią odezwały się karabiny maszynowe, peemy i karabiny polskiego lewego skrzydła. Szczególnie erkaemy polskich partyzantów prowadziły celny ogień. Trafieni bolszewicy padali pokotem, niektórzy, lądując z pluskiem w sadzawkach, wzburzali wielkie fontanny wody. Już na początku nawałnicy ogniowej Sowieci ponieśli poważne straty. Rany otrzymali obaj sowieccy dowódcy. Żołnierze próbowali wyciągnąć swych lejtnantów spod ostrzału i przetransportować ich na zaplecze. Inni rzucili się na ziemię i zaczęli się ostrzeliwać, ale początkowo z marnym skutkiem. Dopiero po kilku minutach, gdy polski ogień począł słabnąć ze względu na deficyty amunicji, Sowieci opanowali chaos w swych szeregach. To wtedy na naszym lewym skrzydle został trafiony i chwilę potem zmarł por. „Jary”. Również kpt. „Bustromiak” obficie krwawił z rany koło oka i skroni. Tymczasem Rosjanie ostrzelali Surkonty od północy, umożliwiając swoim żołnierzom wycofanie się. „Orwid” trzymał w ręku dymiącą jeszcze pepeszę z parzącą lufą, z której wystrzelił prawie dwa dyski amunicji. Szeroko otwartymi oczami patrzył wciąż na pole bitwy. Naliczył około trzydziestu ciał w radzieckich mundurach NKWD leżących nieruchomo wśród mokradeł. Niektórzy ranni próbowali czołgać się ku swoim, ale nikt już do nich nie strzelał. Walka, jak gwałtownie się rozpoczęła, tak raptem się zakończyła. Po kilkunastu minutach zapanowała cisza, jak gdyby nic nie wydarzyło się w to letnie popołudnie. Jedynie dochodzące z daleka jęki rannych Sowietów pozostawionych na przedpolu świadczyły o stoczonej przed chwilą bitwie.

Na rozkaz „Kotwicza” polscy dowódcy wycofali się z pierwszej linii do obszernej stodoły, aby omówić sytuację i podjąć decyzję, co dalej. Zrozpaczony po śmierci brata i ranny „Bustromiak” zaproponował natychmiastowe wycofanie się do lasu.


Major Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz” (na białym koniu) podczas inspekcji w 1 Batalionie 77 pp AK, Mociewczuki nad Niemnem, luty 1944 r.

(Narodowe Archwium Cyfrowe)

– Ale co z rannymi? – zapytał logicznie major.

– Lekko rannych zabiorę ze sobą – odparł prędko „Bustromiak”.

– A reszta? Jeśli porzucimy ich tutaj, to marny ich los. Gdybyśmy zostali do zmroku, moglibyśmy przetransportować wszystkich bezpiecznie. Co pan na to, kapitanie? – „Kotwicz” zwrócił się do „Hatraka”, który bez wahania zgodził się z dowódcą. Ale „Bustromiak” nie dawał za wygraną i w końcu uzyskał zgodę majora na przygotowanie do wycofania grupy lekko rannych.

Jak do tej pory „Kotwicz” był zadowolony ze starcia. Pierwszy atak został odrzucony z wielkimi stratami dla nieprzyjaciela. Zanim Sowieci wyliżą rany, zbiorą się do kupy i otrzymają posiłki, będzie już ciemno. A wtedy cały polski oddział ze wszystkimi rannymi zdoła wyrwać się z matni. Major z nadzieją patrzył w najbliższą przyszłość. Przytaknął nawet prośbie jednego z gospodarzy, który, wykorzystując przerwę w walce, chciał zwieźć zboże z pola.

– Bogu dzięki, że żyjesz! – po naradzie zaczepiła „Orwida” matka.

– Mamuś, weź to i dobrze ukryj. – Adiutant majora podał „Czarnej Magdzie” jakieś zawiniątko. Jak się potem okazało, były to ostatnie rezerwy złota i dolarów Nowogródzkiej Komendy AK.

– A ty? Co z tobą, synku?

– Wracam. Nie skończyło się przecież jeszcze…

* * *

Rosjanom bardzo ciężko było wydostać spod gęstego ostrzału swoich rannych. Dlatego ograniczyli się do ewakuacji jedynie postrzelonych ciężko dowódców. Korniejko był nieprzytomny, kiedy znoszono go z pola bitwy. Natomiast Bleskin rozkazał natychmiastowe wezwanie posiłków i, zanim skonał, przekazał dowództwo starszemu sierżantowi. Na jednej z ciężarówek znajdowała się radiostacja, za pomocą której udało się połączyć z dowództwem w Raduniu. W eter poszło rozpaczliwe wezwanie:

– Tu Surkonty, tu Surkonty Jesteśmy bici przez Biełopoliaków. Dowódcy konający. Przyślijcie natychmiast posiłki. Odbiór. Tu Surkonty, tu Surkonty!

Po tym desperackim apelu resztki kompanii NKWD obsadziły Pielasę i drogi z niej wychodzące. Sowieci nie mieli dość sił, aby drugi raz atakować. Żyli nadzieją, że Polacy również zostawią ich w spokoju i odejdą bez walki na niezajete tereny – na wschód lub na bagna. Nerwowo trwając na stanowiskach i obserwując Surkonty, oczekiwali na odsiecz.

Po półgodzinie od wezwania na trzydziestu ciężarówkach przyjechał cały 3 Batalion NKWD prowadzony przez kpt. Szuglię, wzmocniony dodatkowo oddziałem milicji. Wraz z posiłkami dotarł na miejsce sam naczelnik bezpieczeństwa z Radunia – Czikin, aby osobiście dopilnować rozbicia polskiej „bandy”. Obaj przybyli kapitanowie przejęli dowodzenie nad całością grupy bojowej, tym bardziej że w międzyczasie zmarł na skutek ran także st. lejtnant Korniejko. Komuniści zabezpieczyli cały teren i opasali ścisłym kordonem Surkonty, w taki sposób, aby nikt żywy nie zdołał wydostać się z okrążenia. Grupy NKWD znalazły się między innymi na południe od polskiego zaścianka, w Pielasie Starej, już za bagnami. A główny trzon sowieckich wojsk gotował się do kolejnego natarcia, mającego wyjść tym razem z drugiej strony litewskiej wsi, bardziej od wschodu. Obsługi cekaemów zajęły wyznaczone stanowiska na skrzydłach planowanego ataku, a sowieccy dowódcy przez radiostację wezwali na pomoc dodatkowo samoloty bojowe. Gotowi do natarcia oczekiwali na przylot wsparcia lotniczego.

Kilkanaście minut później obserwowali, jak nadleciały samoloty i zatoczyły łuk nad chutorem. Dowodzący wystrzelili rakiety, dając znak pilotom, gdzie znajduje się nieprzyjaciel i jakie cele należy atakować. Samoloty uderzyły z niskiego pułapu, ostrzeliwując pociskami zapalającymi zabudowania, w których schowali się Polacy. Kiedy pośród budynków pojawił się dym i pojedyncze słupy ognia, sowieccy kapitanowie dali znak do natarcia. Wówczas odezwały się ze skrzydeł cekaemy. Szczególnie jeden z nich, usytuowany na wzgórzu na lewym skrzydle Rosjan, miał znakomity wgląd w sam środek polskich pozycji. Celowniczy widział dokładnie stanowisko polskiego dowództwa i erkaemu. Właśnie w tym kierunku prowadził ogień w czasie, gdy z jego prawej strony ruszyli do boju towarzysze z NKWD. Brał na cel kolejno obsługę polskiego erkaemu i jakiegoś oficera z dziwnie sflaczałym prawym rękawem munduru.