KasrylewkaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział G. „Pan na stanowisku” w sklepie i w domu bogacza

Następnym gościem bywającym u Mordechaja-Natana był nasz znajomy, Makar Pawłowicz. Nie był on jednak gościem domowym. Często przekraczał progi sklepu tekstylnego Mordechaja-Natana, który – wiecie to zapewne – był największym sklepem tej branży w Kasrylewce. Można tam było kupić wszystko: bawełnę, wełnę, ryps230, perkal231, cajg232, jedwab, trykot, szewiot233, aksamit, atłas, satynę, muślin i wszystko, czego serce zapragnie w najnowszych i najmodniejszych wzorach. Tego nawet w Jehupcu nie dostaniesz. Tak powiada Mordechaj-Natan i jego żona Tema-Bejla, tak też twierdzą subiekci234 sklepowi Mordechaja-Natana. Spróbujcie im powiedzieć, że tak nie jest. Wszyscy kasrylewscy „wielmożni” i wszyscy dziedzice z okolic Kasrylewki to klienci Mordechaja-Natana. Również większość chrześcijan ma do niego pełne zaufanie i dlatego nie ma mowy o targowaniu się. Tema-Bejla może przysięgać na wszystkie świętości. Na nic jej się to nie zda. Jedno zaś słowo Mordechaja-Natana wystarczy. Jego słowo to rzecz święta. Tak już jest. I nie zadawajcie zbędnych pytań, dlaczego.

Również Makar należy do tych klientów Mordechaja-Natana, który w handlu z nim polega na jego słowie honoru. Makar to stary jego klient, jeszcze z czasów, gdy nie był Makarem Pawłowiczem, a tylko Makarem, któremu Mordechaj-Natan nie dałby na kredyt nawet szpulki nici. Bez pardonu i bez jakiejkolwiek żenady powiedziałby do niego na poły po hebrajsku, na poły po ukraińsku:

– Dał forsę, wziął mąkę. Wasze hroszy, nasz towar.

Później, gdy Makar awansował jako urzędnik w zarządzie miejskim, Mordechaj-Natan otworzył mu kredyt. Rzecz oczywista, na kwitek, na wekselek. Mawiał przy tym do niego jak zwykle, na poły po hebrajsku i na poły po ukraińsku: „Ne wybaczajte, panicze, szolem babais, maszken bekeszene, czyli spokój w domu, gdy fant w kieszeni…”

Później jednak, gdy Makar urósł w piórka, wdział kaszkiet z guzikiem i wbił się w sztywny kołnierzyk, otworzył mu Mordechaj-Natan kredyt co się zowie. I gdy Makar Pawłowicz zjawiał się w sklepie, Mordechaj-Natan wychodził mu na spotkanie, podsuwał krzesło i witał serdecznie, tytułując go wasze wysokobłagorodije. Makar Pawłowicz zwykł rozsiadać się szeroko na krześle i zakładać nogę na nogę. Zapalał papierosa i ucinał z Mordechajem-Natanem rozmówkę prostą i nieskomplikowaną, zwracając się do niego w sposób przyjazny per „ty”:

– Hej, posłuszaj Mordechaj-nosie!

A Mordechaj-Natan stoi przed nim z udawanym szacunkiem i dobrze zagranym respektem i myśli sobie przy tym: „Skąd się tu wziąłeś panie na stanowisku?”. A „pan na stanowisku” zapuszcza się w rozważania na temat Żydów, żydowskich interesów, szacher macher235, itd. Raz po raz wybucha śmiechem, przeplatanym jakimś dziwnym pokaszliwaniem. Mordechaj-Natan ma wrażenie, jakby go ktoś metalowym arszynem236 zdzielił po siódmym żebrze. Powstrzymuje się ze wszystkich sił i stara się uśmiechnąć. Uśmiech jednak jest tak paskudny, że gdyby spojrzał w tym momencie w lustro, nabrałby do siebie obrzydzenia.

Gadka „pana na stanowisku” obraca się wokół spraw, które Mordechaja-Natana zupełnie nie obchodzą. Wynurzenia Makara wchodzą mu jednym uchem, a drugim wychodzą. A brnąc dalej w gadce „pan na stanowisku” przechodzi do tematów, których Mordechaj-Natan nie jest już w stanie spokojnie słuchać. Zadaje mu mianowicie pytanie, czy to prawda, że Żydzi w sobotę w bożnicy przeklinają wszystkie inne narody, stawiając im różne zarzuty, i plują na kościół. Czy odpowiada prawdzie, że po wyjściu chrześcijanina Żydzi wylewają za nim pomyje? Takie to wyssane z palca bzdury stawia jako pytania.

Mordechaj-Natan chce się od niego uwolnić. Zagaduje go więc na temat zarządu miejskiego i jego przedsięwzięć, ale nic z tego. Gdzie tam? Makar nie daje się zbić z pantałyku, choć bij, zabij. Napiera na Mordechaja-Natana. Teraz albo nigdy. Niech się przyzna. Mordechaj-Natan próbuje wykręcić się żartem:

– Gdzie to wasze wysokobłogorodije wyczytał takie rzeczy?

Makar patrzy mu prosto w oczy i do głowy przychodzi mu taki pomysł. Znienacka dopada Mordechaja-Natana i przyciska go, jak to się mówi, do ściany:

– No, a krew?

– Jaka krew?

– Pesach. Maca. A tu cię mam.

Ale Mordechaj-Natan również wpada na pomysł. Szturcha „pana na stanowisku” w plecy, przesuwa ręką po jego kołnierzu i z paskudnym uśmieszkiem psa-lizusa rzuca:

– Ależ z pana dowcipniś. Cha, cha, cha!

Gdy ten podnosi się wreszcie z krzesła i odchodzi, Mordechaj-Natan wypowiada pod jego adresem pochwałę.

– „Pan na stanowisku” to trudny człowiek. Nie można, broń Boże, powiedzieć, że jest zły. To po prostu pies nad psami…

Pewnego razu w sobotę po południu Mordechaj-Natan siedział w domu i studiował jakiś rozdział Pisma. Nagle otwierają się drzwi i do pokoju wchodzi… Makar Chołodny. Z początku nasz bogacz trochę się przeraził. Był wielce zdumiony. Skąd nagle „pan na stanowisku” u niego? Wnet jednak przybrał przyjazną minę i z miłym uśmiechem poprosił gościa, by usiadł. Zdjął z głowy sobotnią czapkę, pozostając jedynie w jarmułce. Do żony zaś odezwał się głośno:

– Temo-Bejlo! Podaj nam coś do przekąszenia!

Makar powstrzymuje go ruchem ręki i powiada:

– Nie trzeba. Przyszedłem do ciebie w ważnej sprawie. To tajemnica.

Usłyszawszy słowo „tajemnica”, Mordechaj-Natan podrywa się z miejsca i chce zamknąć drzwi na klucz. Makar jednak bierze go pod rękę i powiada:

– Nie trzeba. Nie takaż to tajemnica, aby należało zamknąć drzwi. Chciałem cię zapytać o drobnostkę. Jesteś mądrym człowiekiem. Jesteś uczciwy. Od ciebie chciałbym się dowiedzieć czystej prawdy.

Mordechaj-Natan zaczyna głaskać swoje pejsy237. Czuje się podniesiony na duchu. Jest wyraźnie zadowolony z komplementu. Oczy z satysfakcji zachodzą mu jakby tłuszczem. Szkoda tylko, że nikogo przy tym nie ma.

– Z pewnością słyszałeś o wydarzeniu z dziewczynką?

Makar patrzy mu przenikliwie w oczy, jakby był sędzią śledczym.

Mordechaj-Natan nadstawia uszy, jak zając.

– Z jaką dziewczyną?

– Z dziewczyną, którą Żydzi zarżnęli. Wytoczyli z niej krew i przechowują na Pesach.

W pierwszej chwili Mordechaj-Natan wybucha śmiechem: „Cha, cha, cha”. Zaraz jednak blednie, a po chwili zielenieje. W oczach pojawiają się płomienie.

– Kłamstwa i wymysły! – Mordechajowi-Natanowi trzęsie się głowa. W ruch wprawione są pejsy.

– Jak to? W gazetach stoi! – Makar nie spuszcza z niego oka.

– Gazety łżą jak pies! – wypala krzycząc Mordechaj-Natan.

– Gazety piszą, że jest protokół! – Makar usiłuje go przygwoździć. – Sam czytałem. Jest protokół.

– Kłamstwo i wymysł! – krzyczy Mordechaj-Natan. Na głowie trzęsie mu się jarmułka238. W ruchu są pejsy.

 

– Co jest kłamstwem i wymysłem? – Makar płonie z gniewu. – To, co ci przekazuję? Czy to, co jest w protokole?

– Wszystko jest kłamstwem i wymysłem! Wszystko! Od początku do końca z palca wyssane – mówiąc to Mordechaj-Natan wymachuje rękami. Twarz, oczy, pejsy są w nieustannym ruchu. Całe ciało drży. Rozpiera go wściekłość. W takim stanie Makar nigdy go jeszcze nie widział. Wyciągnął z tego wniosek, że Mordechaj-Natan nie bez powodu jest tak wzburzony. Nie z innego zaś powodu, jak tylko z tego, że to prawda. Gdyby tak nie było, to dlaczego tak krzyczy? Dlaczego tak się rzuca? To tylko hucpa239 żydowska każe mu na to wszystko, co zostało napisane, twierdzić, że to kłamstwo i wymysł. I Makar Chołodny podrywa się z oburzeniem. Wsadza na głowę kaszkiet z guzikiem i powiada:

– Za takie słowa jeszcze będziesz odpowiadał!

Rusza ku drzwiom. Mordechaj-Natan podąża za nim natychmiast. Już żałuje tego, co się stało. Chce go przeprosić i zatrzymać. Biegnie za nim.

– Panie! Wasze wysokobłogorodije! Makarze Pawłowiczu!

Nic z tego. Makar Pawłowicz jest już po tamtej stronie drzwi. Mordechaj-Natan nie może się pozbierać. Serce go boli ze zmartwienia. Zagryza się. Może faktycznie powiedział coś nie tak. Diabeł go skusił. I na domiar złego zjawia się Tema-Bejla. Chce koniecznie wiedzieć, co tu robił „pan na stanowisku”. Dlaczego tak prędko się ulotnił? I dlaczego tak trzasnął drzwiami?

– Zapytaj go sama! – Mordechaj-Natan nie może ukryć swojej wściekłości.

– Popatrzcie no na niego. Ale zły! Którą nogą dziś wstałeś? Co ci się stało?

– Kapuściany łeb!!! – ryczy na cały głos Mordechaj-Natan. Tema-Bejla omal nie mdleje. On sam zresztą przeraził się swego głosu. Z kuchni wpada również służąca, czarnolica litwaczka240. Jest półżywa ze strachu. Lamentuje:

– A niech was! Na śmierć mnie przestraszyliście.

I wtedy Tema-Bejla rzuciła się na nią z pięściami. Mordechaj-Natan zaś natarł na obydwie. Skończyło się na skandalu. Nie opiszę go jednak. Nie zasługuje na to.

Rozdział H. Kasrylewka wybiera się w drogę

Od tamtego czasu rozpoczął się dla Kasrylewki okres pełen zmartwień, cierpień i strachu. Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego Makar Chołodny stał się jeszcze większym żydożercą, niż był dawniej. Dlaczego przestał chodzić do sklepu naszego bogacza, który zresztą wstydził się z tego powodu. Nikomu nic nie mówił. Zachował to dla siebie.

Makar zaś rył pod Żydami, jak tylko mógł. Drażnił ich i ciągle zapowiadał, że wkrótce skończy się ich panowanie. Inni dobiorą się im do skóry i zażądają rachunku. Spytają skąd pochodzi ich bogactwo? Ani to harują, ani orzą, ani sieją, tylko na gotowe przychodzą. Dlaczego im się to należy? Takie to i inne pretensje, zaczerpnięte ze „Sztandaru”, wysuwał. Właśnie w tym czasie wydarzyła się owa wstydliwa historia z Hopką, która nadszarpnęła jego reputację. O mało co nie wpadł w nieszczęście. Mówiliśmy już zresztą o tym w poprzednim rozdziale. Gdy przy boskiej pomocy udało mu się wyjść z tego bez szwanku, wtedy dopiero zaczął ryć pod Żydami z Kasrylewki. Za każdym razem dawał im do zrozumienia, że dopiero teraz nauczy ich rozumu. Wtedy właśnie nadszedł ów sławetny list od zięcia szojcheta241, który niczym pieśń zawędrował do każdego domu w mieście. Zajdel ze swoimi gazetami dolał oliwy do ognia, a po mieście krążyły różne historie, jedna straszniejsza od drugiej. Gruchnęła wieść, że wkrótce w Kasrylewce wydarzy się to samo.

Skąd to się wzięło? Kto pierwszy rozpuścił tę wieść? Tego po dziś dzień nikt nie wie i nigdy wiedzieć nie będzie! Przyszły dziejopisarz, który by przystąpił do opisania tego okresu, historyk, który by grzebał w dokumentach i gazetach, niechybnie zatrzymałby się w wielkiej zadumie nad tą sprawą. Pióro zastygłoby mu w ręce, a myśli uniosłyby go hen, daleko…

Nie wiadomo, jak to się stało i skąd się wzięło, ale zła nowina rozeszła się po mieście lotem błyskawicy. Trzy wsie miały ruszyć na Kasrylewkę. I oto pewnego dnia rankiem cała Kasrylewka, jak jeden mąż, stanęła na nogi. Pakowano walizki. Ładowano w paki pościel i wszelkie inne szmaty. Przygotowywano do drogi dobytek. Jak przed pożarem. Żydzi wybierali się w drogę. Dokąd? Gdzie oczy poniosą. Matki tuliły małe dzieci do piersi. Lały się łzy i sypały się pocałunki. Uściskom nie było końca. Jakby ktoś chciał im te dzieci zabrać. Jak gdyby ktoś ich potrzebował…

Zamykano sklep za sklepem. Jeden oglądał się na drugiego, a zarazem każdy się spieszył, chciał być pierwszym. Chwedora tego dnia omal nie rozszarpali na kawałki. Każdy ciągnął go do siebie, by pomógł w pakowaniu. Po cichu, żeby nikt nie widział, wciskano mu po parę groszy. Jeszcze nigdy Chwedor nie zażywał takiego szacunku w Kasrylewce, jak tego dnia. Był ważny i jak nigdy dotąd nie zebrał do kupy tyle forsy. Wpakowano mu jej tyle, że w pewnym momencie nie wytrzymał i splunąwszy potężnie, rzekł:

– Niechaj jomu sto czertiw i odna wydma!

Po czym udał się tam, dokąd chodził zawsze. Wypił nielichy kielich na cześć tych, którzy opuszczali miasto. A gdy już był „gotów”, zaczął rozrabiać. Wymachiwał pięściami i krzyczał, że już najwyższa pora pozbyć się Żydów z Kasrylewki. Za sprawą szatana akurat obok przechodził Makar Chołodny z panem poczmistrzem. Usłyszeli oni, co na temat Żydów wygaduje Chwedor. Przystanęli więc i zauważyli, że kasrylewianie się pakują, szykują do drogi. Zaciekawiło ich to. Zaczęli się przyglądać. Dokąd to Żydzi uciekają?

Na ich widok wśród Żydów powstało jeszcze większe zamieszanie. Natychmiast zaniechano dalszego pakowania. Niech piorun trzaśnie cały dobytek! Życie jest cenniejsze! Gdzie tylko była jakaś fura, jakaś szkapa lub para wołów, natychmiast ją wynajmowano, by w porę wyruszyć w drogę. A wszystko odbywało się w pośpiechu, na chybcika. Tak, jak to zapewne było przy wyjściu z Egiptu.

Najpierw wyleciały jak te orły furmanki z dużymi i małymi budami. Był tam reb Mordechaj-Natan, kasrylewski bogacz wraz z całą rodziną. W innych furmankach z budami jechali pozostali bogacze ze swoimi rodzinami. Za nimi ciągnęły chłopskie wozy zapchane po brzeg kobietami, dziećmi i chorymi. Za wozami zasuwali mężczyźni – pośledniejsi gospodarze. Plebs walił, za przeproszeniem, na piechotę, w przyspieszonym tempie. Bał się oglądać do tyłu. A nuż gonią za nimi i poproszą, aby zawrócili.

W Kasrylewce zrobiło się cicho i pusto. Zupełnie jak na cmentarzu. Z istot żyjących pozostały tylko kozy – cały żydowski dobytek w Kasrylewce. Pozostała też dziobata Hopka, łaziebny i łaziebna i po stokroć, nie przymierzając, stary reb Juzipl.

O każdej z tych istot żyjących będziemy mówili w oddzielnych rozdziałach.

Rozdział I. Spróbujcie rzecz zbadać w sposób naukowy

Uczeni zajmujący się przyrodą, badający nawyki i naturę każdego stworzenia, udowadniają w sposób przekonywający, że nic w naturze nie ginie i nic nie umiera. Powiadamy na przykład, że oto było drzewo, rosło i dojrzewało, kwitło i owocowało, aż po pewnym czasie zerwaliśmy z niego owoce. Zjedliśmy owoce, gałęzie przekwitły i liście z nich opadły. Drzewo ścięto. Drewno poszło na opał. Wydaje się przeto, że to już koniec. Czy tak jest naprawdę? Nie, powiadają uczeni. Nie tak się rzecz ma. Drzewo, twierdzą, rozłożyło się na czynniki. Z owoców, powiadają, mieliśmy odżywczą przyjemność. Liście napełniały nas wydzielanym przez siebie aromatem. Drewno dostarczało nam ciepła. Drzewo żyło więc i my żyliśmy. Gdy umarliśmy i ciała nasze złożono do grobu, też rozpadliśmy się na czynniki. Na naszym grobie wyrosła trawka. Zjadła ją koza i w rezultacie dała mleko. Mleko piło dziecko i nabierało sił do życia. Rosło i wyrosło. Przeżyło swoje życie i umarło. I znowu rozłożyło się na czynniki. Znowu trawka, kozy, mleko, małe dzieci i tak dalej, i tak dalej, aż do końca świata.

Zapewne domyślacie się, dokąd prowadzą te rozważania. Chodzi o stare, rozrzucone graty na pradawnym kasrylewskim cmentarzu, na którym groby, kozy oraz Żydzi z Kasrylewki tworzą w sumie jedną całość, jeden łańcuch, który ciągnie się od wielu, wielu lat. I kto wie, ile lat jeszcze będzie się ciągnął.

Jeśli chcecie wiedzieć, ile lat Kasrylewka istnieje jako miasto żydowskie, to w tym celu nie powinniście szperać w starych annałach. Na nic to się nie zda. Wystarczy pofatygować się na stary cmentarz w Kasrylewce i obejrzeć najstarsze nagrobki z figurującymi na nich napisami. Znajdziecie tam proste drewniane nagrobki i zwykłe szare kamienie. Niektóre zawaliły się, niektóre pochyliły się pod ciężarem lat. Tu i ówdzie migają na nagrobkach na pół zatarte blade litery: „Tu spoczywa mąż bogobojny, rabin i cadyk242…” (taki to a taki). „Tu spoczywa kobieta cnotliwa i mądra…” (taka to i taka). Trudno odczytać datę śmierci, wiadomo tylko, że było to dawno, dawno temu. Wiele bowiem grobów rozpadło się, wiele obrosło gęstą, bujną trawą. Pozbawione karmy kozy z Kasrylewki przedostają się poprzez rozwalony parkan cmentarza i zjadają trawę na grobach. Do domu wracają z wymionami pełnymi mleka. Biedne dzieci żydowskie z Kasrylewki mają już co jeść i skąd czerpać siły do życia. A kto wie, czym w istocie są te kozy? Może tkwi w nich dusza ludzka? Dusza człowieka nawet bardzo bliskiego? Kto wie, w jakim stopniu i jak mocno związane są te trzy czynniki – stary kasrylewski cmentarz, kozy zjadające na nim trawę i sami kasrylewianie we własnych osobach? Taki wniosek nasunął mi się owego dnia, gdy ujrzałem, jak Żydzi z Kasrylewki rozbiegali się, pozostawiając na łasce Boga cały swój dobytek, czyli kozy.

Było już po świętach Pesach. Śnieg stopniał, kwitła zielona trawa. Jej łodyżki wyciągały się ku słońcu, czerpiąc z niego ciepło, potrzebne do wzrostu i upiększania bożego świata, a właściwie każdego miejsca, na którym ludzie pozwalają trawie rosnąć. Kasrylewka jednak, ku naszemu ubolewaniu, nie jest miejscem przychylnym dla świeżej trawy. Nie jest też terenem, na którym mogłyby rosnąć i kwitnąć pachnące drzewa. Kasrylewka jest siedliskiem błota, piasku i kurzu. Unosi się nad nią smrodliwe powietrze, od którego można się udusić. Z trawą możecie się zetknąć tylko na cmentarzu. Tam też pociągnęła mnie wyobraźnia w owym dniu wielkiego zamieszania i popłochu. Tam też ujrzałem tę całą trzodę opuszczonych, osieroconych kóz. Serce mi się ścisnęło na ich widok i na wspomnienie dzieci, które tego dnia pozbawione zostały mleka. Patrząc na te biedne kozy i widząc, jak żałośnie się pałętają, jak przeżuwają, jak trzęsą bródkami, jak smutnie i dziwnie błyskają oczyma w głupim jakimś zadumaniu, zdawało mi się, że zwracają się do mnie i mówią: „Wujku, może pan wie, gdzie się zapodziali nasi gospodarze i gospodynie? Po jakiego diabła rozpierzchli się?”

Zostawiam za sobą cmentarz, uświęcone miejsce wiecznego spoczynku, i ruszam do miasta. Chcę wraz z wami zobaczyć tych, którzy po wielkim zamieszaniu, jakie ogarnęło miasto, pozostali. Mam na myśli łaziebnego, łaziebną i tego, który był na ich wikcie, czyli rabina Juzipla.

 

Rozdział J. Rzecz o reb Juziple

Nieraz już w moich nie wymyślonych, a na prawdzie opartych opowiadaniach, wymieniałem i przedstawiałem jedną z moich najulubieńszych postaci, reb Juzipla, rabina z Kasrylewki. Nigdy jednak dotychczas nie zatrzymałem się na dłużej przy tej postaci, a należało to zrobić, abyście mogli go dobrze poznać. Zdaję sobie sprawę, że wyrządziłem mu krzywdę. Pozwolę sobie więc ją teraz naprawić.

Reb Juzipl to człowiek w podeszłym wieku, schorowany starzec. Nigdy zresztą nie należał do siłaczy. Ciało ma słabe, połamane. Za to dusza w nim cała, zdrowa i czysta. Właśnie w to chore ciało Bóg tchnął wiecznie młodą i wiecznie świeżą duszę. Nakazał jej przy tym, żeby trzymała się w nim długo, bardzo długo – dopóki nie nadejdzie właściwa pora i sam Pan Bóg nie powie jej: „Chodź, pora już do raju”.

Z całą pewnością do raju. Co do tego nie ma wątpliwości! Piekło bowiem i związane z nim męki wraz ze wszystkimi innymi „przyjemnościami”, które czekają tam na każdego z nas, reb Juzipl przeżył już tutaj, na ziemi. Nie ma takiego nieszczęścia, takiego zmartwienia i takiej plagi, której by reb Juzipl nie zaznał od Wiekuistego. Ten, którego żywot jest wieczny, chciał widocznie wypróbować swego wiernego sługę, reb Juzipla. Dlatego też nie skąpił mu nieszczęść i hojną dłonią sypał je na niego, tak jak nowożeńca obsypuje się orzechami. Zabierał mu dzieci jedno po drugim. Rzecz oczywista, że przed śmiercią dosyć się namęczyły. Po nich zabrał mu żonę, bogobojną i sprawiedliwą rabinową, która była dla niego jak matka. Następnie przygarbił go i pochylił do ziemi. Obdarował go też na starość kilkoma chorobami i „zostawił na lodzie” jako samotnego wdowca. Aby dopełnić miary i dać mu poczuć właściwy smak piekła, natchnął Żydów z Kasrylewki myślą o wybraniu nowego, młodszego rabina. Jego zaś, reb Juzipla, powinni przenieść, za przeproszeniem, na wikt do łaziebnego i łaziebnej. Tam miał przeżyć ostatnie dni swego żywota. Wiekuisty mógł w tym wypadku przypuszczać, liczył też chyba na to na pewniaka, że teraz reb Juzipl niezawodnie zgrzeszy złym słowem. Tak zresztą było przed wiekami z Hiobem, który długo się trzymał, długo zachowywał jak człowiek pełen cierpliwości, dopóki nie zdzierżył i nie przeklął samego siebie.

Reb Juzipl, nasz stary rabin, był jednak innym człowiekiem. Do wielu rzeczy doszedł przy pomocy własnego rozumu. Również do wniosku, że wszystkie męki i cierpienia, które Bóg na niego zesłał, mają jakby dwie przyczyny: albo jest to próba, na którą Bóg go wystawia, cena, którą spłaca za pobyt na grzesznej ziemi, aby potem na tamtym świecie otrzymać zadośćuczynienie i nagrodę wielokrotnie większą, albo też zwyczajnie na nie zasłużył. Jeśli nie za własne grzechy, to za grzechy swoich biednych braci, dzieci Izraela. Odpowiadają bowiem one jedno za drugie. Jedno za drugie ma odpokutować. Tak, jak w spółdzielni, we wspólnocie. Jeśli kogoś złapie się na kradzieży, odpowiada cała spółdzielnia, każdy jej członek stosownie do wielkości swego udziału. Do takiego wniosku doszedł własnym rozumem reb Juzipł. Nie uskarżał się nigdy na swój los. Wyrzekł się wszystkich przyjemności. Zerwał ze światem, zignorował go zupełnie. Z uśmiechem wielkiego, arcywielkiego filozofa odciął się od niego, uznał go za mało ważne zjawisko. Zaskarbił sobie dzięki temu uznanie i miłość mieszkańców Kasrylewki. I mimo tego, że przestał być ich rabinem, mimo że nowy rabin zagarniał dochody, które jemu się przedtem należały, zażywał tego samego co dawniej szacunku. W bożnicy był nadal najważniejszą osobą. Wciąż tytułowano go mianem rabina.

Sęk jednak w tym, że z samego tytułu człowiek nie wyżyje. Ciało ma swoje wymagania. Żąda byle czego, aby tylko podtrzymać duszę. I wtedy kasrylewianie wpadli na szczęśliwy pomysł. W związku z tym, że łaźnia w Kasrylewce jest łaźnią publiczną, niech dochód z niej przypadnie staremu rabinowi. Tam też powinien zamieszkać. To nie znaczy, że w samej łaźni. Przy łaźni jest bowiem pomieszczenie, w którym siedzą łaziebny i łaziebna. Tam też jest alkierzyk, w którym reb Juzipl będzie mógł spokojnie ślęczeć nad księgami i studiować.

Studiować? Łatwo powiedzieć. Jak może reb Juzipl studiować? Wzrok ma już zepsuty. Ledwo dociera do niego światło. Mimo to nie martwcie się. Prawdziwy uczony, bez względu na wiek, znajdzie sobie robotę. Jeśli nie może czytać, uczy się z pamięci, modli się albo rozmyśla. A rozmyślać jest o czym! Rozmyśla stary reb Juzipl o świecie i o Stwórcy, który świat powołał do życia. I myśli, że we wszystkich swoich poczynaniach rację ma Stwórca, a wszystkie jego wyroki są słuszne. O wybranym przez Stwórcę narodzie Izraela też rozmyśla reb Juzipl. Bóg karze swój naród, ale tak, jak się karze ulubione dziecko. I o pozostałych narodach, i o wszystkich stworzeniach żyjących na ziemi – od największego zwierza do najmniejszego mola i robaczka pod kamieniem – rozmyśla stary rabin.

O wszystkie te istoty Bóg się troszczy. Każdą żywi hojnie. Tak sobie reb Juzipl rozmyśla i ogarnia go zadowolenie z Boga, świata, narodu Izraela, z siebie i ze swoich myśli, które wypowiada nieraz głośno, tak głośno, aby wszyscy mogli je usłyszeć. I jak wszędzie na świecie, tak też i w Kasrylewce nie brak ludzi, którzy rzecz pragną zbadać dogłębnie, którzy lubią we wszystkim grzebać, chcą zadawać pytania. Usiłują pożartować sobie ze starego reb Juzipla i zapędzić go pytaniami w kozi róg.

– Powiada rebe, mól. Rebe mówi o robaczku. W takim razie proszę odpowiedzieć i wyjaśnić: skoro Najwyższy jest tak wielkim, dobrym i miłosiernym Bogiem, który żywi nawet robaczka pod kamieniem, to dlaczego nie żywi Żydów w Kasrylewce? Czyżbyśmy mniej znaczyli niż mól, niż robaczek gnieżdżący się pod kamieniem?

– Ależ dzieci z was – odpowiada stary z uśmiechem. – Dam wam przykład z królem. Wyobraźcie sobie, na przykład, że król zaprosił was na ucztę. Weszliście do przedpokoju i zauważyliście, że nie jest on ani okazały, ani jasny. Zabraliście się i poszliście. Tak się przedstawia i ta sprawa. Zadam wam pytanie: Co za znaczenie mogą mieć nasze cierpienia i krzywdy tutaj, w wąskim korytarzu w przedpokoju, w porównaniu z owym wielkim salonem, owym wspaniałym, bogatym pałacem Stwórcy, w którym ściany są ze szlachetnego złota, podłogi ze srebra, a kamienie z brylantów? Tam życie jest wieczne. Tam dusze cadyków siedzą na honorowych miejscach. Zażywają niewysłowionych rozkoszy i radują się światłem i nimbem łaski bożej. Sam Pan Bóg obsługuje je. Podaje im złote puchary napełnione najlepszym winem, a na srebrnych talerzykach smaczne kęsy ryby z legendarnego Lewiatana243 oraz mięso z Szor Habora244 (legendarny dziki byk).

Ostatnie słowa, to znaczy „wino”, „Lewiatan” i „Szor Habor”, reb Juzipl dodaje zwykle na użytek prostego tłumu. Ten stroni bowiem od spraw duchowych. Nie chce słyszeć o łasce i nimbie. Prosty, zwyczajny Żyd potrzebuje zwyczajnego kawałka ryby z kawałkiem pieczeni. Te zaś są w Kasrylewce rzadkością. Na te potrawy można sobie pozwolić tylko w sobotę lub w święto i to nie zawsze. Za takie słowa kasrylewianie serdecznie kochają starego rabina. Przede wszystkim przepada za nim plebs. A spośród niego, najbardziej kocha go ta sławna para małżeńska – łaziebny i łaziebna z miejscowej łaźni publicznej. Tej parze poświęcimy osobny rozdział w naszej opowieści.

230ryps – rodzaj prążkowanej tkaniny. [przypis edytorski]
231perkal – cienkie płótno bawełniane. [przypis edytorski]
232cajg – rodzaj mocnej tkaniny bawełnianej. [przypis edytorski]
233szewiot – tkanina z wełny owiec gatunku Cheviot. [przypis edytorski]
234subiekt (daw.) – sprzedawca w sklepie. [przypis edytorski]
235szacher macher – oszustwo. [przypis tłumacza]
236arszyn – daw. rosyjska miara długości, ok. 3/4 metra. [przypis edytorski]
237pejsy – długie pasma włosów na skroniach, zwieszające się przed uszami, noszone przez ortodoksyjnych Żydów. [przypis tłumacza]
238jarmułka – okrągła sukienna czapka na czubek głowy, charakterystyczna dla Żydów. [przypis edytorski]
239hucpa – czelność. [przypis tłumacza]
240litwak – tak nazywano Żydów z Litwy i Białorusi, którzy słynęli jako zaciekli przeciwnicy chasydyzmu i rabinów-cudotwórców. Litwak to synonim uporu, przekory, trzeźwości umysłu, człowiek wierzący tylko w to, co można zbadać, udowodnić. [przypis tłumacza]
241szojchet – rytualny rzeźnik. [przypis edytorski]
242cadyk – dosł. „sprawiedliwy”; Żydzi zazwyczaj nazywają tak słynnych rabinów, uczonych, bogobojnych mężów słynących ze sprawiedliwości, dobroci i pobożności. [przypis tłumacza]
243Lewiatan (bibl.) – legendarny potwór morski, symbol zła. [przypis edytorski]
244Szor Habor – legendarny wół, byk pustynny pasący się na rajskiej łące, którego mięso – według wierzeń Żydów – spożywać będą sprawiedliwi po przyjściu Mesjasza. [przypis tłumacza]

Inne książki tego autora