PokoraTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pokora
Pokora
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
Pokora
Pokora
Pokora
Audiobook
Czyta Michał Żurawski
34,90  30,01 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

O autorze

Dedykacja

Część 1. Niemcy muszą umrzeć, żebyśmy mogli żyć

Część 2. Pōdź, Lojziczku, idymy

Część 3. Der Krieg ist vorbei

Część 4. Nieder mit der Welt

Część 5. Może zostaniesz, Alois?

Część 6. Żadnych gwałtownych ruchów

Część 7. Nie masz już nade mną władzy

Przypisy

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI

Konsultacja historyczna: RYSZARD KACZMAREK

Konsultacja filologiczna: GRZEGORZ KULIK, STANISŁAW DZIDA

Adiustacja: EWELINA KOROSTYŃSKA

Korekta: JACEK BŁACH, EWA POLAŃSKA, ANETA TKACZYK, ELŻBIETA ZARYCH

Projekt okładki i stron tytułowych: RAFAŁ KUCHARCZUK

Na okładce wykorzystano obraz George’a Grosza Panorama. Down with Liebknecht, 1919

© Estate of George Grosz, Princeton, N.J. / VG Bild-Kunst, Bonn 2020

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Szczepan Twardoch

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07182-3

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Pożądanie. Władza. Uległość.

11 listopada 1918 roku kończy się stary świat. Porucznik Alois Pokora tego dnia wychodzi ze szpitala na ulice zrewoltowanego Berlina.

Syn górnika z Górnego Śląska, zrządzeniem losu wyrwany z proletariackiej rodziny, wszędzie spotyka się z pogardą i odrzuceniem. Samotny i prześladowany, wierzy tylko w erotyczną relację z perwersyjną, dominującą Agnes.

Czy uda mu się obronić swoją godność?

Jaki będzie nowy świat?

Powieść o miłości, wojnie i rewolucji.

Szczepan Twardoch (ur. 1979), autor bestsellerowych powieści: Morfina (2012), Drach (2014), Król (2016), Królestwo (2018). Uhonorowany wieloma nagrodami, między innymi Paszportem „Polityki”, Nagrodą im. Kościelskich, Brücke Berlin-Preis, Śląskim Wawrzynem Literackim, Nagrodą Kulturalną Onetu O!Lśnienie i Nagrodą Czytelników Nike. Mieszka w Pilchowicach na Górnym Śląsku.

Krzysztofowi Łęckiemu

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

CZĘŚĆ 1

NIEMCY MUSZĄ UMRZEĆ,

ŻEBYŚMY MOGLI ŻYĆ

O twojej twarzy myślę, gdy na czarnym niebie, jeszcze nisko nad horyzontem, rozbłyskuje pierwsza biała gwiazda. Miękki zarys żuchwy, policzki, nos, usta, oczy. Ty, Agnes. Geometria twoich rysów w mojej głowie wypalona głęboko, głębiej niż twarze moich rodziców.

Gwiazda szrapnela rozpada się w kaskadach. Po chwili z daleka niesie się grzmot. Jeszcze nie czas, jeszcze czekamy, szepczę do mężczyzn, których kocham, szepczę, kiedy grzmot cichnie, szepczę ku ich sylwetkom uwieńczonym kopułami hełmów, ledwie widzę ich zarysy w zalanym księżycowym światłem okopie. Niedobrze, że księżyc, że flandryjskie niebo bezchmurne, wolałbym iść w ciemnościach nowiu, ale nie ja o tym decyduję. Nie decyduję prawie o niczym, nie jestem człowiekiem, tylko cząsteczką wielkiego organizmu, mój zug w mojej przydzielonej do sztabu dywizji kompanii, dywizja w armii, strzałki natarcia na sztabowych mapach, front, długie linie zaopatrzenia, nie ma mnie poza miejscem i funkcją w tej maszynerii, poza tym miejscem i funkcją nie istnieję.

O twoich dłoniach, Agnes, myślę, kiedy spoglądam na fosforyzujące wskazówki zegarka w skórzanym etui, zgodnie z wojenną modą przypiętym paskiem na rękawie mundurowej bluzy, jest trzecia dwadzieścia siedem. Trzecia dwadzieścia siedem, dwudziesty trzeci października, Agnes.

Jeszcze nie czas. Jeszcze nie czas, Ruhe, Männer, spokojnie, ludzie, mówię, i trwają bez ruchu, napięci jak łuczyska gotowe zaraz wypuścić strzałę. Słyszę, jak klęczącemu obok mnie strzelcowi nazwiskiem Gusinda szczękają zęby. Spokój, ludzie, spokój.

Świszczy niebo wysoko nad nami i zaraz daleko rozbłyskują gwiazdy nowe, i grzmią, a ja myślę o twoich dłoniach, o tym, jak podałaś mi prawą dłoń do pocałunku, kiedy ostatni raz cię widziałem, sześć miesięcy i trzy dni temu. Nie sądziłem, że podasz mi dłoń, stałem przy drzwiach, założyłem już rękawiczki, więc kiedy wyciągnęłaś ją ku mnie, zacząłem te wojskowe rękawiczki pospiesznie z własnych dłoni zdzierać, zatrzymałaś mnie jednym spojrzeniem i zrozumiałem, że wcale nie chcesz, bym twoją dłoń ujmował w swoje, wcale nie chcesz, bym ją podniósł do ust. Nie uniosłaś dłoni wysoko, jesteś o wiele niższa ode mnie, musiałem się więc skłonić, splotłem ręce za plecami i złożyłem na twojej dłoni pocałunek, zaraz obok złotej obrączki. Poczułem twoje perfumy, dopiero wtedy. Wiem, co to za zapach, dostałaś je ode mnie kilka miesięcy temu, zapach wybrałaś sama, francuskie, przedwojenne, oczywiście Caron Narcisse Noir, bergamotka i kwiat pomarańczy, cywet i piżmo, i drzewo sandałowe, rzadkość w wojennej gospodarce, zrujnowały moje finanse na wiele miesięcy. Teraz wręczyłem ci w prezencie broszurkę, znalazłem ją w kieszeni angielskiego porucznika, który w naszej nawale artyleryjskiej stracił głowę. O tym, że głowa porucznika leżała u jego stóp, ciągle w płaskim hełmie, nie wspomniałem. Broszurka nosiła tytuł Prufrock and Other Observations nieznanego mi wcześniej poety nazwiskiem Eliot, w środku znalazłem wiersz pod tytułem The Love Song of J. Alfred Prufrock, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Chciałem się tym wrażeniem z tobą podzielić. Książeczkę przyjęłaś bez słowa.

Nie cofnęłaś dłoni od razu i tak trwałem, wargami dotykając twojej skóry, z cieniem zapachu twoich perfum. Przez kilkoro otwartych drzwi amfilady widziałem twojego męża w bonżurce i domowych pantoflach, usadzonego w fotelu i ostentacyjnie skrytego za płachtą „Der Oberschlesische Wanderer”, musiał nas widzieć i musiał również udawać, że nie widzi. Po chwili oderwałaś dłoń od moich warg i przesunęłaś palcami przez moje włosy, jakbyś tarmosiła kosmatego psa, i dopiero wtedy się wyprostowałem i spojrzałem na ciebie. Patrzyłaś na mnie z uśmiechem, w którym tkliwość mieszała się z szyderstwem, a ja nie śmiałem wyjść, Agnes, i wiedziałem, że kiedy to zrobię, kiedy stracę cię z oczu, to może stracę cię już na zawsze.

Mimo jego obecności tutaj wszystko, co znajdowało się za drzwiami twojego mieszkania, było otchłanią, pustą i ciemną. Wszystko, czego pragnąłem, wszystko, czego ośmielałem się pragnąć, to patrzeć na twoją twarz. Chciałem umrzeć, widząc twoją twarz, Agnes, a ty w końcu rzuciłaś tylko dwa słowa, głosem nagle ostrym, pruskim, jakby znanym mi za dobrze tonem podoficera, geh jetzt!, idź już! I odwróciłaś się, a ja zrozumiałem, jak nagle oświecony: oto się dokonało, oto muszę odejść, więc odwróciłem się również, otwarłem drzwi i wyszedłem w otchłań klatki schodowej, w pustkę ulicy, w ciemności świata, który nie jest tobą, Agnes, i w którym ciebie nie ma.

Świata, w którym nie ma twojej twarzy, Agnes, ani twojego spojrzenia, ani tych najrzadszych i najkrótszych momentów, gdy pozwalasz mi na sekundę dotknąć twojej skóry, jak przed chwilą.

Świata, w którym od czterech lat dobrze wiem, jaki jest cel mojej egzystencji, czemu i komu służę, po raz pierwszy w życiu, ale już nie przynosi mi to takiej ulgi i radości, jaką przynosiło mi kiedyś, na samym początku wojny.

Ciężko zszedłem po schodach, powoli wyszedłem z bramy i stanąłem na ulicy, naprzeciwko Café Kaiserkrone, ściągnąłem rękawiczkę i dotknąłem ust, warg, które chwilę temu całowały twoją dłoń. Nie było już na nich ani śladu ciebie. Spojrzałem na zegarek i pomyślałem, że muszę wyzwolić się spod twego zaklęcia, Agnes, chociaż wiedziałem wtedy, tak samo dobrze jak teraz wiem, że to niemożliwe. Muszę wyzwolić się spod twego zaklęcia, Agnes, ale wcale tego nie chcę.

Poczekałem, aż przejedzie tramwaj, przeszedłem przez ulicę, usiadłem przy stoliku na zewnątrz, w ogródku, kelner podbiegł szybko, widząc polowy, oficerski mundur i wstążkę Krzyża Żelaznego drugiej klasy, bo to był wtedy inny świat, te sześć miesięcy temu, inna era, wszystko się jeszcze nie rozleciało, przynajmniej na Śląsku ludzie jeszcze nie spluwali na widok oficerskiego munduru, co w sumie teraz mnie dziwi, bo powody mieli wtedy tak samo dobre, by spluwać, jak mają teraz.

Zamówiłem piwo, gotowany wuszt i kwaretka gorzołki, tak właśnie, jak mój ojciec by zrobił, przed wojną, przy tych rzadkich okazjach, kiedy skąpstwo mimo wszystko pozwalało mu uznać jedzenie poza domem za uzasadnione. Piwo, wuszt, kwaretka gorzołki. Jadłem bez apetytu, wuszt był ohydnym ersatzem z podrobów, po rozcięciu strzewi szara masa wylała się na talerz i pomyślałem coś, za co rozstrzelano by mnie, gdybym wypowiedział to na głos: tak wygląda nasza nadchodząca klęska, tak wygląda brytyjska blokada. Klęska czy nie, jadłem, bo byłem głodny, jadłem, myśląc o ojcu, wypiłem piwo i gorzołkę, przynajmniej piwo i gorzołka smakowały jeszcze jak trzeba. Próbowałem sobie przypomnieć, ile razy przechodziłem tędy, obok Café Kaiserkrone. Kilkanaście lat temu stoliki tego ogródka stały nad brzegiem rzeczki, potem rzeczkę zasypali, ale alejka dalej nazywa się na jej pamiątkę Wilde Klodnitz, Dzika Kłodnica. Chadzałem tędy, gdy byłem jeszcze w gimnazjum, i potem, gdy odwiedzałem Gleiwitz, zawsze z myślą o tobie, Agnes.

 

Przypomniałem sobie, jak przed wojną siedzieliśmy w tym ogródku z moim uniwersyteckim przyjacielem Dionizym Braunem-Towiańskim, ty dołączyłaś do nas razem z niejakim Heinrichem Gottropem, który nieco wcześniej zamieszkał u ciebie na stancji, w moim starym pokoju, i już cię wtedy adorował, ale jeszcze ci się nie oświadczył. To musiał być chyba 1913 rok, ostatnia jesień przed wojną, późny, ale jeszcze ciepły październik, zjedliśmy obiad, a potem przesiedzieliśmy tu całe popołudnie, aż do zmroku, piliśmy sznapsa, byliśmy weseli i głośni. Panie spoglądały na ciebie krzywo, że siedzisz w hałaśliwym męskim towarzystwie, że sama pijesz, że włożyłaś marynarską bluzę i spódnicę w stylu bardzo suffrage, czego na ulicach prowincjonalnych Gleiwitz się nie widywało, i to cieszyło nas tak samo jak ciebie, to nasze épater les bourgeois. Dionizy, pijany, wszedł na krzesło i deklamował po francusku Chanson d’automne Verlaine’a, a oburzona rodzina z dwójką otyłych dzieci ostentacyjnie wyszła. Byliśmy wtedy szczęśliwi, nawet kiedy Gottrop odprowadził cię do domu, a Dionizy próbował mnie namówić, abyśmy poszukali jakiegoś burdelu, i bardzo był rozczarowany moją zdecydowaną odmową, i zostawił mnie wtedy, i zniknął na resztę nocy, do dziś nie wiem gdzie.

To był inny świat, w dniu zaś, w którym widziałem cię po raz ostatni, sześć miesięcy i trzy dni temu, zjadłszy i wypiwszy, wstałem, obciągnąłem szarą polową bluzę, zapaliłem papierosa i poszedłem na gliwicki dworzec, aby pociągiem wrócić do prawdziwego świata, i cały czas w głowie grzmiały mi nie działa, nie pękające z hukiem granaty, lecz twoje słowa, geh jetzt, geh!

Geh jetzt, słyszę nawet teraz, geh jetzt, idź już, pół roku, trzy dni i osiem godzin później. Geh jetzt.

Ktoś dotyka mojego ramienia.

Odwracam się, to Kiesel. Już czas, szepcze Kiesel, już czas. Zamyślił się pan, ale już czas. Dobry, kochany Kiesel.

Zegarek – trzecia trzydzieści. Już czas. Patrzę na wskazówki, jeszcze piętnaście sekund, czuję, jak ściskają mi się wnętrzności, mam nagle straszne parcie na zwieracze, skręca mi się w środku wszystko, jakby ktoś wyżymał szmatę. Wskazówka sekundnika dotyka dwunastej, zaciskam oczy. Boję się, potwornie się boję, jak zawsze przed szturmem.

Los, Männer, los, los, looooos!

Los, los, los, wykrzykuję komendę szeptem, cicho, idziemy, ludzie, słyszę, jak padają te słowa z moich ust, a przecież jakbym nie ja to mówił. Los, los, los, mówię bardzo cicho, żadnych krzyków, żadnych gwizdków.

Strach odbiera mi rozum i oddech, ale ruszamy, ruszają, przeskakują parapet okopu, ruszamy, pochyleni, nisko przy ziemi, na tle jaśniejącego nieba kopuły hełmów moich ludzi, nad każdym prawym ramieniem dwie grube kreski: lufa karabinka i długi trzonek łopaty, najważniejszej po granacie okopowej broni. Ruszają kolumną, w prawych dłoniach granaty, stalowe kapsle już odkręcone, ja też mam w prawej dłoni granat, w lewej pistolet, w sercu i brzuchu dygoczącą kulę przerażenia, które nie zniknie, póki nie wrócimy, póki nie zabiorą nas z okopów na tyły, nie zluzują, nie pozwolą przez chwilę normalnie oddychać, patrzeć, myśleć, żyć.

Idziemy na szpicy całej kompanii. Pogoda nam sprzyja, ziemia nie jest zbyt błotnista, nie padało, stąpamy pewnie, nie ślizgamy się w błocie, nie brniemy. Idziemy. Za mną Kiesel z kugelspritzem. Za Kieselem Mamok, Kubitza i Heinz z kaemem, moje wsparcie. Kocham każdego żołnierza z mojego zugu, bardziej niż kochałem kiedyś braci i siostrę, gorętszą miłością, a teraz idziemy i wiem przecież, że nie wszyscy z nas wrócą. Przyspieszam kroku, wysuwam się na czoło swojego zugu, Kiesel za mną, Kubitza i Heinz zostają z tyłu.

Boję się. Idziemy. Obok nas ruszają kolejne zugi, idzie przygięta przy ziemi cała nasza kompania, nieopodal mnie trzy zgięte wpół sylwetki, opasane jak pociągowe konie, wloką za sobą mały miotacz min. Dalej na prawym skrzydle kompania gwardyjskich Totenkopf-Pioniere, przysłana na nasz odcinek dopiero wczoraj, straszne, zaprawione w walce chłopy z trupimi czaszkami naszytymi na lewych rękawach i gwardyjskimi belkami na kołnierzach, a wśród nich żołnierze uzbrojeni w najstraszniejszy ręczny oręż, jaki widziałem na froncie, szlauchy z lancami miotającymi płomienie, flammenwerfery, na plecach baniaki z palnym płynem.

Pierwsze zasieki, na moją komendę zug przyklęka, Reich, Bonk i Seifert i bez mojej komendy wiedzą, co robić, Seifert tylko spogląda przez ramię, szukając mojej aprobaty, szybko kiwam głową, wyciągają zza pasów nożyce, tną jeżące się kolcami zwoje Stacheldraht, odgarniają, jest przejście. Zatrzymuję nagle wszystkich. Na kolano, do ziemi. Szukam oczu Kiesela. Wskazuję mu wzrokiem drogę przed nami. Rozumie od razu, bez słowa. Miny? Zastanawia się sekundę, nie, nie ma min, kręci głową. Skoro Kiesel twierdzi, że nie ma, to nie ma. Gdyby kiedyś się pomylił, to już by go tu nie było, a jest tu już od czterech lat i żyje. Więc skoro Kiesel twierdzi, że nie ma, to nie ma. Daję znak, ruszamy dalej. I szeptem: los, los, los.

Idziemy. Niebo znów świszczy i na granatowym tle nad horyzontem przed nami wybuchają kolejne pyszne, białe gwiazdy, my jednak w ich huku milczymy.

Idziemy całym batalionem, wzmocnionym kompanią trupich czaszek, ale to nie jest prawdziwy atak, to nie ofensywa.

Od sierpnia jesteśmy w odwrocie, teraz tylko kąsamy, jak cofająca się bestia, bo tym właśnie jesteśmy, zębami i pazurami wielkiej bestii, Behemota osaczonego przez francuskie, brytyjskie, nowozelandzkie, amerykańskie i Bóg jeszcze raczy wiedzieć jakie psy. Osaczony Behemot, niemiecki smok, właśnie kłapie paszczą, tym jest nasz cichy marsz, ale za nami wnętrzności bestii toczy straszny rak, zapychają się tętnice linii kolejowych, rozchodząca się po ciele krew roznosi coraz mniej substancji odżywczych, kurczy się przewód pokarmowy, organizm, którego częścią jesteśmy, gnije, a jego, nasz, mózg ogarnia powoli ciche szaleństwo.

Pamiętam jeszcze, Agnes, słodki smak wiosennej ofensywy, kiedy pół roku, trzy dni i osiem godzin temu odwiedziłem cię w Gleiwitz w kwietniu, 6 Batalion Pionierów, w którym dowodzę zugiem, toczył ciężkie walki pod La Bassée, naszą kompanię zluzowano, dostaliśmy urlopy i jechałem do ciebie syty sytością bestii, oto połknęliśmy tyle, ile nie udało się bestii połknąć od tak dawna, nasz front doszedł aż do Montdidier i każdy rozerwany granatem, zabity szrapnelem, zasypany w bunkrze czy okopie albo zmarły na grypę kamrat był ceną, którą, tak mi się jeszcze, głupiemu, wtedy wydawało, warto było zapłacić za to, że nasz front doszedł aż tam. Byliśmy wtedy syci również my, małe komórki w wielkim ciele Behemota, bo zdobywszy angielskie okopy, wzięliśmy wielkie i piękne łupy, więc jedliśmy prosto z puszek mięso, różowy, soczysty corned beef, który Tommies dostawali podobno aż z Argentyny, skoro ich okręty panowały na morzach, i ich biały, miękki chleb, piliśmy ich wino i whisky, i kondensowane mleko, co nam smakowało niezwykle, jednak wypełniało nas również goryczą na myśl o naszej bestii tak wygłodniałej, odciętej od światowego handlu.

Jechałem więc do ciebie wtedy syty chwilową sytością smoka, potem wróciłem, a później ruszyli na nas ci wiecznie syci Anglosasi i cofnęliśmy się aż do Schelde, i dzisiaj idziemy przez zasieki, w kierunku ich okopów, z zupełnie innym smakiem w ustach.

Boję się. Ale idziemy, idziemy na szpicy. Za nami niebo powoli jaśnieje, chociaż do wschodu słońca jeszcze daleko, będzie widać nasze sylwetki na tle tego nieba, ale idziemy.

Kiesel dotyka mojego ramienia. Zaczekajmy, szepcze mój dobry, niezawodny feldfebel Kiesel. Daję znak, zug powtórnie przyklęka, wszyscy w tym samym momencie, jak wyćwiczeni wierni w kościele w Pilchowicach na znany im gest dobrego farŏrza[1]. Kiesel wskazuje mi kierunek, widzę, jest, brytyjska czujka, trzech żołnierzy w płaskich hełmach. Daję znać Kieselowi, pełzniemy ku nim, pluton na mój znak zostaje za nami. Mamy szczęście, uwaga pełniących wartę Anglików zwrócona jest nie w naszym kierunku, lecz w stronę ruchu trzeciej kompanii naszego batalionu, my zachodzimy ich od flanki. Kiesel pyta mnie niemo, wzrokiem, wskazując na granaty. Nie zgadzam się również niemo, Kiesel rozumie, cofamy się, pełznąc, z powrotem do zugu. Najcichszym szeptem wyznaczam trzech żołnierzy, Steinmetza, Deventera i Gusindę, nie są zadowoleni, nie muszą być, robią, co do nich należy. Ściągają hełmy, karabiny i odpinają łopaty i chlebaki, a spod pach worki z granatami, zostawiają sobie tylko po jednym granacie zatkniętym za pas, wyciągają Grabendolche, okopowe noże, i pełzną w stronę angielskiej czujki. Ja tymczasem rozstawiam swój zug na wypadek, gdyby chłopcom się nie udało. Kubitza z Heinzem przygotowują lekki kulomiot, ludzie zastygają wklejeni w ziemię, gotowi na mój rozkaz rzucić się do biegu, cisnąć granaty.

Jestem spokojny, jednak wnętrzności skręcone mam jak sznur. Czuję, jak gówno prze na zwieracze, miałbym wielką ochotę odpełznąć kawałek, rozpiąć spodnie, zsunąć je i ulżyć sobie, ale nie mogę. Mimo to jestem spokojny i myślę o twojej jasnej świetlistej twarzy, Agnes, o twojej świetlistości, której jestem niemym satelitą, wokół której krążę przez pół swojego dwudziestosiedmioletniego życia, a to wcześniejsze pół, bez ciebie, nawet życiem nie było. Ty jesteś moim życiem, Agnes.

Przez wełnę mundurowej bluzy dotykam medalionu, który noszę na szyi. Nie, nie dostałem go od ciebie, kupiłem go sobie sam, jeszcze w 1914, u Ludwiga na Tarnowitzerstraße. Do środka włożyłem twoją fotografię pieczołowicie wyciętą, poprosiłem też o pukiel twoich włosów, tego mi jednak ze śmiechem odmówiłaś. Fotografię też musiałem zdobyć wbrew twojej odmowie, do czego nigdy ci się, Agnes, nie przyznałem. I tej małej tajemnicy, jaką mam przed tobą, wstydzę się jeszcze bardziej niż tego, że zignorowałem twój wyraźny zakaz.

Steinmetz, Deventer i Gusinda są już przy czujce. Dotykam medalionu z twoją fotografią, chłopcy pełzną, jak zawsze pełzną i nagle zrywają się, rzucają się od tyłu na Anglików, chwytają za krawędzie ich hełmów, ciągną, zadzierają ich głowy, odsłaniając gardła, dźgają i tną okopowymi nożami. Anglicy krzyczą, ale krzyk to nic, krzyk rozbrzmiewa i gaśnie, rozpływa się w gęstym powietrzu, którego nie tnie żaden strzał ani wybuch granatu.

Chłopcy wracają, Deventer w pośpiechu zdążył zwinąć martwemu Anglikowi jakąś manierkę, patrzę groźnie, ale nie każę jej wyrzucić, dziękuję im w ciszy, klepię ich po plecach, Gusindę, mojego ulubieńca, tarmoszę nawet pieszczotliwie za kędzierzawe, rude włosy. Chłopcy szybko zakładają oporządzenie, hełmy stalowe, Heinz z Kubitzą zwijają kaem, zug rusza dalej, znowu przyniosłaś mi szczęście, Agnes.

Idziemy. Los, los, los, powoli, cicho, zgięci, nisko przy ziemi.

Nagle szarpnięcie, ciało reaguje na trzask wystrzału szybciej niż świadomość i już leżę płasko w błocie, bo przed nami zaszczekał lewis. Od dawna rozpoznaję po trzasku, czy strzela lewis, czy powoli sapiący i rozpędzający się wraz ze wzrostem temperatury vickers, czy wolno stukający chauchat, czy nasze 08/15, czy jeszcze coś innego, to ważne, żeby rozróżniać, jeśli chce się żyć, a ja chcę żyć, bo chcę cię jeszcze zobaczyć, Agnes.

Zaczyna się strzelanina, mój kulomiot odpowiada ogniem, ale go uciszam, nie ma po co strzelać, manszaft, nie czekając na komendę, wkopuje się w ziemię, łopatki drą gliniasty grunt, patrzę na Kiesela, ten zaprzecza, tak, ja też tak uważam. Zbyt wielu już straciliśmy. Nie szturmujemy. Poczekamy na Totenkopfy. Wysyłam do tyłu małego berlińczyka Gusindę z meldunkiem, a my okopujemy się na leżąco, ja tak samo jak każdy, ziemia spod klatki piersiowej przed siebie, tyle żeby ukryć sylwetkę, potem, jeśli wystarczy czasu, to kopie się głębiej, i znowu głębiej, później pojedyncze jamy łączy się w okop, ale to nie teraz. Lewis strzela niecelnie, za krótko, zanim się wstrzeli, będziemy pochowani, niewidoczni. Szybciej, Männer, szybciej, kopać, wołam tylko po to, żeby wiedzieli, że jestem, że czuwam nad nimi. Gusinda wraca po chwili, dowódca kompanii każe szturmować, więc dobrze, będziemy szturmować, ale poczekamy jeszcze, aż pod nasze prawe skrzydło podejdą Totenkopfy. Przytrzymali cię ogniem po drodze, Gusinda, rozumiesz? Dlatego czekamy. Jawohl, Herr Leutnant. Ruszyliśmy do szturmu, gdy tylko dotarłeś z rozkazem, prawda? Natürlich, Herr Leutnant. Kiesel, idź, sprawdź, czy ludzie są dobrze okopani. Idzie, pełznie wzdłuż naszej pozycji.

 

Kiesel jest najważniejszym człowiekiem w moim zugu, ważniejszym nawet ode mnie, dowódcy. To ja wydaję rozkazy, Kiesel jednak sprawia, że moje rozkazy się urzeczywistniają, dzięki niemu zug działa jak jeden mechanizm, to on rozstrzyga konflikty, to on wie najlepiej, który człowiek gdzie powinien służyć.

Kocham go, jak ich wszystkich, ale jego szczególnie. Manszaft kocham tak, jak kochałbym własne dzieci, gdybym jakieś miał, jego zaś kocham tak, jak kochałbym tych dzieci rodzicielkę. Jest z Hamburga, jego matka jest panną, wiem, że ludzie szepczą między sobą, że jego ojciec był francuskim marynarzem, Kiesel zaś do armii uciekł z obawy przed morzem. W wieku dwunastu lat trafił na pokład wielorybnika, gdzie swoje odcierpiał i znienawidził morze ponad wszystko na świecie, więc gdy skończył siedemnaście lat, zgłosił się na ochotnika do wojska, bo tylko jako Freiwillige mógł liczyć na to, że pozwolą mu wybrać, gdzie będzie służył. Jakim sposobem trafił do śląskich saperów, nie pytałem. Z poboru przydzieliliby go bez wątpienia do marynarki, a obiecał sobie, że już nigdy więcej na morze nawet nie spojrzy. Odsłużył więc swoje parę lat przed wojną i postanowił zostać w wojsku, jako kapitulant, żołnierz zawodowy. Jakim cudem nie zamienił się w to, co w naszej armii najgorsze, w tępego pruskiego podoficera, feldfebla składającego się wyłącznie z okrucieństwa i głupoty, a takich przecież jest większość? Tego nie wiem.

Może kiedyś, jako zawodowy żołdak w czasie pokoju, był właśnie taki, może to dopiero wojna zrobiła albo wydobyła zeń człowieka? Poznałem Kiesela zaledwie rok temu, nie wiem, jaki był wcześniej. Ten Kiesel, którego znam, jest jednak człowiekiem. Od dawna nikt nie przejmuje się u nas musztrą czy regulaminami mundurowymi, nie jesteśmy, jako 6 Batalion Pionierów Śląskich, oficjalnymi Sturmtruppen, a jednak wszyscy u nas noszą owijacze zamiast wysokich butów, bo tak wygodniej. Kiesel dba o to, żeby nowi żołnierze z uzupełnień naszywali skórzane łaty na kolana i łokcie, bo wie, że nieprzetarty mundur jest ważniejszy od regulaminu, Kiesel pilnuje tego, czy zjedli, czy tępią wszy, Kiesel nawet tuli, gdy świeży rekrut płacze nocą pod kocem i woła mamę. A gdy który wyje ze strachu, rzuca karabin i chce uciekać, Kiesel mógłby go podać do raportu i Bóg raczy wiedzieć, jak by to się skończyło, ale Kiesel zamiast tego podnosi karabin, odstawia go, odprowadza chłopaka, jeśli tylko da się go odprowadzić, uspokaja, pociesza, karmi i poi.

Troszczy się o nich, jakby był ich ojcem i matką naraz, ja kocham ich wszystkich jego miłością. Kiesel płacze, kiedy umierają, i płacze nad tymi, którzy przychodzą nowi, żeby z nami umrzeć. Dyktuje im listy do matek, do żon i do dziewcząt, co niby tam na nich czekają, i piękne są te dyktowane listy Kiesela, szczere, ale tak, by cenzura nie musiała nic skreślać, podnoszące na duchu, ale nie kłamliwe, i do tego bogate, bo Kiesel, niemiecki feldfebel Kiesel, jest zaciekłym czytelnikiem, i to nie tylko Goethego czy Lönsa, ale również Rilkego, którego tak lubisz, Agnes, pamiętam ten oprawny w zielone płótno tomik, z którym prawie się nie rozstajesz. Spodobałby ci się Kiesel, cytaty z Rilkego wpisuje chłopakom w te listy, a matki potem się dziwią, że jej tępy jak but, płowy bauerski syn nagle z okopów wiersze przysyła.

Kiesel ma też imię, Johann, ale tu jest Kieselem. Lubię patrzeć, jak się rozluźnia, kiedy jesteśmy na tyłach, jak znajduje szybko jakiegoś sznapsa, najpierw dla mnie, potem dla manszaftu i wreszcie na końcu dla samego siebie. Lubię patrzeć, jak czerwienieje na twarzy nad pełną menażką, przy ogniu, jak zaczyna wbrew swojej nienawiści do morza nucić De Hamborger Veermaster[2], a kiedy zaczyna nucić, to któryś z chłopców szybko znajduje akordeon i po chwili Kiesel, czerwony na gębie, wąsaty i piękny całym cokolwiek wątpliwym pięknem niemieckiego podoficera, gra i śpiewa, mocnym głosem śpiewa tę żeglarską piosenkę, zwrotki w Plattdeutsch[3], nie rozumiem nic, i potem jeszcze ten bezczelnie angielski, w kontekście naszej wojny i okopów, refren, blow, boys, blow, for Californi-oooo, there is plenty of gold, so I am told, on the banks of Sacrament-oooo, a manszaft słucha, je, jeśli jest co jeść, pije, jeśli jest co pić, i czuje to, czego nie zrozumie nikt, kto nie jadł z kamratem zupy z jednego kotła, nie spał w kamrata wtulony pod dwoma płaszczami w okopie, bo tak cieplej, nie żył i nie umierał razem.

Taki jest Kiesel. There is plenty of gold, so I am told, on the banks of Sacramento. Teraz wraca do mnie, klepnięciem w plecy daje znać, że wszystko dobrze. Gdyby tak w 1914 feldfebel klepnął oficera w plecy… Tamtego świata już nie ma i cieszy mnie, że go nie ma, Agnes, ale nie wiem jeszcze, jaki ma być świat nowy, a jakiś będzie, nie mam wątpliwości.

Czekamy. Trochę się obawiam, czy dowódca kompanii nie przyśle dla pewności jeszcze jednego rozkazu do szturmu, będę musiał wtedy zerwać zug natychmiast, udając, że Gusinda właśnie tu przed sekundą dotarł. Oglądam się, łącznika szczęśliwie nie widać.

Niebo za nami jasne od wstającego słońca.

Niebo przed nami jasne od białych gwiazd szrapneli i czarne, granatowe niebo nad nami.

Zlituj się nad nami, Boże, którego nie ma. Zaraz ruszymy, zlituj się nad nami, Panie, zlituj się nade mną, Agnes, moja pani, światło mojego życia.

I nagle z przodu, z prawej strony, ciągle jeszcze w mroku tryskają płomienie, długie, kapiące jęzory ognia, jeden po drugim, i lewis już nie szczeka, za nimi odzywają się kaemy, głuche tąpnięcia granatów, więc los, los, los, Männer! Nie ma już w świecie innego piękna i być nie może, nie ma piękna poza bojem i długimi jęzorami płomieni, kiedy pieszczą skórę przez spaloną wełnę mundurów.

Los, los, krzyczę, teraz już krzyczę, i biegniemy, granaty w rękach, przed nami nagle odzywa się sapiący vickers i słyszę miękkie plaśnięcia pocisków w ciała moich chłopców, jakby ktoś ciskał mokrymi grudami ziemi, kryć się, kryć!!! I znowu w ziemię, kopiemy, kopiemy, za daleko na granat, Heinz dostoooł! – krzyczy po polsku Kubitza, wkopujemy się, Kubitza już strzela z maszynowego null-acht-fünfzehn. Kiesel leży przy mnie, patrzy na mnie pytająco, wiem, że muszę podjąć decyzję, daję sobie jeszcze dziesięć sekund, i wtedy kolejny jęzor ognia wytryska ze szprycy Totenkopfów ze strasznym, ogłuszającym szumem i spada strugą na angielski okop, vickers milknie, z okopu wyskakują płonące sylwetki Anglików. Jeden biegnie w naszą stronę, żywa pochodnia, biegnie, ręce ma uniesione i z rąk tych unoszą się płomienie, upodobniając go do ognistego orła, biegnie i słychać wycie.

Gusinda ściąga z pleców karabin, bez rozkazu, przeładowuje, przyciska do ramienia. Nie chce, żeby Anglik cierpiał. Gusinda strzela najlepiej z całej kompanii, więc skróci mu te męczarnie, nawet za cenę niesubordynacji. Wtedy jednak Kiesel delikatnym, pieszczotliwym gestem kładzie mu dłoń na zamku karabinka, nie pozwala.

Zostaw. Niech się Anglik pali, mówi mój dobry, słodki Kiesel, i mały berlińczyk Gusinda nie strzela. Anglik biegnie, po czym pada i płonie jeszcze przez chwilę, już spokojny.

Los, los, looooos!

Zrywamy się, biegniemy, pierwszy okop, Granaten! Szarpiemy sznurki w rękojeściach, rzucamy w tysiąc razy ćwiczonym rytmie, najpierw cztery, potem cztery i znów cztery, seria tąpnięć, teraz Kiesel z kugelspritzem na czele, pierwszy, krótkie serie, los, los, los, noże, strzelam trzy razy z pistoletu w plecy uciekającego Anglika, za czwartym razem trafiam, pada na twarz, przebiegam po nim, wdeptuję go w błoto, los, los, los, Männer, granaty, tąpnięcia, krótkie serie, oddech, serce dudni, pulsują skronie, gdzie Kiesel? Pokazuje, że na lewo, dobrze, los, los, los, ale wybiega na mnie Anglik z bagnetem na karabinie. Strzelam raz, drugi, trzeci, chybiam za każdym razem, uchylam się w ostatnim momencie, nieopodal głuche tąpnięcia granatów, pojedyncze strzały, zwalamy się razem na dno okopu, przyciska mi karabin do szyi, chce dusić, zapomniał, że mam pistolet, wyszarpuję rękę z nullachtą spod siebie, przystawiam mu do żeber, strzelam, chcę strzelić jeszcze raz, ale pistolet drugi raz już nie strzela. Zrzucam drgającego Anglika z siebie, kolanko pistoletu sterczy, nullachta pusta, nie ma czasu zmienić magazynka, rzucam ją i podnoszę karabin Anglika, podnoszę i uderzam, bagnet wchodzi w ciało, drze o żebra, i tam go zostawiam, sterczy wbity w ciało jak w ziemię. Podnoszę zabłocony, pusty pistolet, ocieram z grubsza z błota, przedmuchuję lufę, zmieniam magazynek, nullachta się nie zatnie, nie ma obaw, wyciągam kolejny granat, gdzie manszaft, jest, dobrze, gdzie Kiesel?

Dnieje.