KrólTekst

Z serii: Król #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Król
Król
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,80  54,24 
Król
Król
Król
Audiobook
34,90  30,01 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI

Konsultacja judaistyczna: PIOTR PAZIŃSKI

Przekład dialogów na język jidysz: EWA GELLER

Korekta: JACEK BŁACH, EWELINA KOROSTYŃSKA, TOMASZ KUNZ, ANETA TKACZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: RAFAŁ KUCHARCZUK

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket


© Copyright by Szczepan Twardoch

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016


Wydanie pierwsze


ISBN 978-83-08-05903-6


Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl


Konwersja: eLitera s.c.

Któż nie jest niewolnikiem?

Herman Melville, Moby Dick


א
ALEF

Mojego ojca zabił wysoki, przystojny Żyd o szerokich ramionach i potężnych plecach machabejskiego boksera.

Teraz stoi w ringu, to ostatnia walka wieczoru i ostatnie koło tej walki, a ja patrzę na niego z pierwszego rzędu. Nazywam się Mojżesz Bernsztajn, mam siedemnaście lat i nie istnieję.

Nazywam się Mojżesz Bernsztajn, mam siedemnaście lat i nie jestem człowiekiem, jestem nikim, nie ma mnie, nie istnieję, jestem chudym, ubogim synem nikogo i patrzę na tego, który zabił mojego ojca, patrzę, jak stoi w ringu, piękny i silny.

Nazywam się Mojżesz Inbar, mam sześćdziesiąt siedem lat. Zmieniłem nazwisko. Siedzę przy maszynie do pisania i piszę. Nie jestem człowiekiem. Nie mam nazwiska.

Bokser w ringu nazywa się Jakub Szapiro. Bokser ma dwóch pięknych synów, Dawida i Daniela, ale wtedy tego jakby nie wiem, wiem teraz, że miał. Ma też czarne, lśniące od ciężkiej brylantyny włosy.

Bokser zabił mojego ojca. A teraz walczy.

Walczy w ostatnim kole tej walki. Teraz po polsku mówi się „runda”. Więc ostatnia runda.

Mecz o drużynowe mistrzostwo stolicy między Legią a Makabi zaczął się od wagi muszej, a wcześniej od dwóch sensacji. Baśkiewicz i Doroba walczyli w wyższych kategoriach, to była sensacja pierwsza. Drugą był spór między sędziami. Chyba jeszcze nie znałem się wtedy na tym, więc niewiele mnie to obchodziło, ale słyszałem, co mówią ludzie siedzący obok. Byli podnieceni. Walką i sensacjami.

Siedziałem w pierwszym rzędzie, w sali Kina Miejskiego na rogu Długiej i Hipotecznej. Salę chętnie dzierżawiono, również na potrzeby walk. Wydaje mi się dziś, że to właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu oglądałem mecz bokserski.

Dwie obce sobie Warszawy zgromadziły się dookoła ringu, ja między nimi, tuż przy podwyższeniu, ale jakbym siedział wszędzie, na każdym zajmowanym przez Żyda krześle, i patrzyłem na ring z bliska i z daleka jednocześnie. Nikt mnie nie widział.

Dookoła ringu zgromadziły się dwie Warszawy mówiące dwoma językami, żyjące w osobnych światach, czytające inne gazety i darzące się nawzajem w najlepszym razie obojętnością, w najgorszym – nienawiścią, a zwykle po prostu pełną dystansu niechęcią, jakby mieszkały nie ulica w ulicę, tylko rozdzielone oceanem, ja zaś byłem chudym młodzieńcem o bladej skórze, urodziłem się gdzieś tam, nie pamiętam gdzie, chyba siedemnaście lat wcześniej, powiedzmy więc, że w roku 1920, i nadano mi imię Mojżesz, nazwisko Bernsztajn zaś zwyczajnie odziedziczyłem po ojcu Naumie, nosiła je również moja matka Miriam, wszyscy wyznania mojżeszowego, i urodziłem się jako obywatel niedawno odrodzonej Rzeczpospolitej Polskiej, i jako tejże Rzeczpospolitej obywatel nieco pośledniejszej niż polska kategorii siedziałem na widowni sali Kina Miejskiego, które kiedyś było Teatrem Nowości, potem budynek na rogu Długiej i Hipotecznej zajął teatr Bogusławskiego, a w końcu zajęły kino i boks.

Najpierw walczyli szczupli bokserzy wagi muszej i żydowska Warszawa krzyczała z radości, kiedy po walce sędzia podniósł rękę Rundsteina. Kamiński, kościsty pięściarz Legii, poddał się po pierwszej rundzie, cały zalany krwią.

Dalej – kogucia. W pierwszym kole nasz bokser, jak domyśliłem się po krzykach żydowskiej publiczności, wygrywał. Nazywał się Jakubowicz. Polski sędzia ringowy wyraźnie faworyzował zawodnika Legii, redukując punktową przewagę Jakubowicza kolejnymi, nieuzasadnionymi upomnieniami. Koła były trzy, po trzecim sędzia punktowy niesprawiedliwie przyznał zwycięstwo Baśkiewiczowi z Legii i się zaczęło. Jakiś gruby Żyd w okularach cisnął w sędziego papierową torebką pełną wiśni, krzycząc, że tu wszyscy potrafią liczyć. Rzucił się na niego polski apasz, grubas sprawnie oddawał ciosy, rozdzielono ich zaraz, ale mecz na kilka minut przerwano.

Gdy salę udało się uspokoić, do ringu wkroczyli zawodnicy wagi piórkowej i bardzo powolnego Szpigelmana z łatwością na punkty zwyciężył Teddy, czyli Tadeusz Pietrzykowski, mistrz miasta Warszawy, ten sam, który później, w innym świecie walczył jako więzień w obozach w Auschwitz i Neuengamme.

W lekkiej Rozenblum skutecznie obił twardego i wytrzymałego Bareję.

W półśredniej Niedobier zdecydowanie dominował nad Przewódzkim, mimo to sędzia ogłosił remis. Żydowska publiczność buczała, chrześcijańska biła brawo.

Potem średnia. Doroba z Legii powalił naszego Szlaza w pierwszych sekundach pierwszego koła i nie da się ukryć, Szlaz po prostu wlazł mu na prawy prosty, który Doroba miał wybuchowy. I jak wlazł, tak poległ. Żydowska publiczność ponuro milczała, polska zgotowała zwycięzcy aplauz.

W półciężkiej fortuna się odwróciła: Neuding posłał na deski Włostowskiego, który, liczony, wstał co prawda przy dziewiątce, ale sędziowie ogłosili techniczny knock-out.

Potem na ring wyszli bokserzy wagi ciężkiej.

– W prawym narożniku zawodnik Legii Warszawa Andrzej Ziembiński! – wykrzyczał konferansjer. Oklaski.

Był z nich wszystkich zdecydowanie najprzystojniejszy i w ogóle nie wyglądał jak bokser, raczej jak lekkoatleta. Bardzo wysoki, miał długie, chociaż umięśnione kończyny i również długi tors pływaka, bardzo jasne, prawie białe włosy podgolone po bokach i dłuższe na górze, zaczesane z przedziałkiem, oraz bladoniebieskie oczy i kanciastą szczękę art déco.

Przez chwilę wydał mi się podobny do gwiazdora filmowego, ale zaraz zrozumiałem, że to coś innego, że wygląda jak ze zdjęć i rysunków niemieckich sportowców, aryjskich półbożków, jakie czasem przedrukowywała ilustrowana prasa. Jednocześnie było w jego twarzy coś delikatnego, prawie dziewczęcego, zadbanego, coś, czego nie potrafiłem nazwać, a o czym dziś wiem, że jest po prostu cechą ludzi z klas wyższych, rozpieszczanych przez życie.

– W lewym, proszę państwa… – konferansjer zrobił pauzę.

Po żydowskich trybunach poniósł się szum.

– W lewym narożniku w barwach Makabi Warszawa… – jeszcze jedna pauza.

Szumiało. Konferansjer z satysfakcją rozglądał się po trybunach. Na mecz przyszło ponad dwa i pół tysiąca widzów.

– Jakub Szapiro!!! – ryknął w końcu.

Żydowskich kibiców roznosił entuzjazm, klaskali, krzyczeli, skandowali jego nazwisko, kibice polscy bili oszczędne brawa, bokserzy stanęli naprzeciwko siebie. Zabrzmiał gong i sala ucichła.

Był piękny, pięknem innym niż Ziembiński, urodą jakby posępną, był też trochę niższy, ale mierzył na pewno powyżej metra osiemdziesiąt, i nie tak smukły, wyraźnie cięższy.

Rysy miał twarde i grube, na nosie ślad dawnego złamania, mimo to był piękny nawet w tych śmiesznych, lśniących spodenkach, w gimnastycznym podkoszulku na ramiączkach z napisem „Makabi” na piersi i w przypominających skarpetki sportowych pantoflach, którymi macał jasno oświetlony ring, jakby dotykał kruchego lodu, lekko, lewa-prawa, lewa-prawa, tak lekko, jakby nie był zwalistym bokserem wagi ciężkiej, dziewięćdziesiąt dwa kilogramy zbitych mięśni, twardych kości i akurat takiej ilości twardego sadła nad szerokim pasem bokserskich spodenek, by wypełnić kamizelkę, gdy zamieni sportowy strój na garnitur.

Ziembiński ważył osiemdziesiąt dziewięć kilogramów, ale wyglądał na mniej, pod skórą grama tłuszczu, tylko mięśnie wyrzeźbione ciężką pracą, niczym na greckim posągu.

Czułem bardzo wyraźnie spokój i pewność siebie żydowskiego boksera. Czułem też przyjemność, dreszcz przyjemności, gdy tłum krzyczał jego nazwisko. I czułem, jak ten dreszcz, niby seksualna rozkosz, rozchodził się w jego ciele, kiedy skandowali:

– Sza-pi-ro, Sza-pi-ro, Sza-pi-ro!

Widziałem, z jakim spokojem się nosi, jak jest pewien swojego ciała, jak nim włada, jak mu się to ciało wyćwiczone, skatowane na treningach poddaje, jakby naciągnięte wewnętrznymi sprężynami, z jaką swobodą pracuje głową i ramionami, jakby prześlizgiwał się pod belkami niskiego stropu.

I jak uderza.

Siła idzie z nóg. Stopy, wewnętrzne krawędzie, kolana do środka, wszystko bardzo sprężyście, prawa pięść w rękawicy broni zawiasów żuchwy z prawej strony, lewych – lewy bark, łokcie blisko przy ciele. A kiedy uderza, całe ciało musi się spiąć w jednym wyrzucie energii.

Lewe biodro i bark skręcają się, szarpnięte mięśniami brzucha i grzbietu. Skurcz tych mięśni ściska przeponę, żebra, dlatego uderzeniu towarzyszy syknięcie, kiedy ucieka wyciśnięte z płuc powietrze.

Skręca się też lewa stopa, jakby peta gasił, i nagle wyrzuca lewą rękę, jakby kamieniem rzucał, pięść się w locie skręca i uderza krótkim strzałem, jak batem, i zaraz wraca, jakby cały był sprężyną.

Czasem jednak pięści nie owija bandaż ani nie otula rękawica. Czasem pięść nie uderza w worek. Czasem kość uderza o kość, sypią się zęby.

 

Czasem tak właśnie jest. Czasem tak musi być.

Ale teraz tanecznym krokiem podchodzi do Ziembińskiego, płynie po ringu, zmienia nogi, trochę jak Charlie Chaplin w kinowej komedii, podchodzi, lewą delikatnie dźgając powietrze, jakby szukał dziury w otaczającym przeciwnika kokonie.

Ziembiński odpowiada, walczy dobrze, to świetny bokser, teraz to wiem, bo wtedy chyba nie wiedziałem, wydaje mi się, że nie znałem się na boksie, że patrzyłem i nie wiedziałem, co widzę, ale teraz przypominam sobie moje ówczesne na nich spojrzenie i wydaje mi się ono spojrzeniem rozumnym, spojrzeniem analitycznym, spojrzeniem dostrzegającym w nich wszystko, co dostrzec potrafi tylko spojrzenie wprawne, zaznajomione z tym, na co patrzy. Może to moje spojrzenie dzisiejsze, nie ówczesne.

Walczyli w tempie szybszym niż to, w jakim zwykle walczą ciężcy bokserzy. Przed którymś z szybkich jak Luxtorpeda (tak następnego dnia napisali w gazecie) lewych Ziembińskiego Szapiro schodzi obrotem, lecz nie na wiodącej lewej nodze, tylko na prawej i na moment przyjmuje postawę mańkuta, z prawą z przodu, po czym zaskoczonemu Ziembińskiemu wrzuca w twarz dwa szybkie prawe, rozbijając lewy łuk brwiowy. Bokser Legii nawet nie wie, co go trafiło, ale Szapiro mu odpuszcza, odskakuje, rozluźnia się metr dalej, chociaż mógłby go teraz zepchnąć na liny, zasypać gradem sierpów na głowę i żebra.

– Kończ go teraz, kończ…! – krzyczy sekundant.

Szapiro mógłby teraz skończyć. Ale odpuszcza. Jest pewny siebie, zbyt pewny siebie. Ignoruje krzyki sekundanta. Chce się jeszcze bić.

Ma trzydzieści siedem lat. Nie jest już młody. Urodził się jako poddany cara Mikołaja II, pod adresem Nowolipki 23, numer mieszkania 31, niecałe dwa kilometry od miejsca, w którym właśnie walczy. W akcie urodzenia figuruje rosyjskie imię Иаков, żona (chociaż nie mają ślubu, to jednak żona) mówi do niego po polsku „Jakub”, albo czasem, tak jak matka, zwraca się doń imieniem Jankiew, po żydowsku, nazwisko pozostawało niezmienne, ale dla mnie zawsze był Jakubem, kiedy oczywiście przestał być panem Szapiro.

Przyglądałem mu się wtedy z nienawiścią, chociaż nie wiedziałem jeszcze, że zabił mojego ojca. Wiedziałem tylko, że go zabrał. Wszystkiego dowiedziałem się później i później też pokochałem Jakuba Szapirę i chciałem stać się Jakubem Szapirą i może jakoś się nim stałem.

A może już wiem. Może wiem już wszystko.

Widziałem, dwa dni wcześniej, jak Szapiro wyciąga mojego ojca Nauma Bernsztajna z naszego mieszkania w kamienicy na rogu Nalewek i Franciszkańskiej, pod numerem 26, mieszkanie 6, wlecze go za długą brodę, klnąc pod nosem.

– Byz alejn szildyg, di szojte ajno, di naryszo frajer!1– mówi Szapiro, szarpiąc za brodę mojego ojca.

Na dole, eskortowany przez olbrzyma Pantaleona Karpińskiego i szczurkowatego Munję Webera, o których napiszę później, wrzucił mojego ojca do kufra swojego buicka i odjechał.

Stałem w kuchni, matka szepnęła, bym nie drgnął nawet, więc nie drgnąłem, ojciec schował się w szafie, znaleźli go zaraz i wyciągnęli, a kiedy zobaczyłem, jak wywlekają go za brodę z domu, to nagle i nieświadomie uwolniłem zawartość pęcherza, plama moczu rosła szybko na wełnianych spodniach.

Zatrzymał się wtedy przy mnie, nie puszczając brody mojego ojca.

– No, nic się nie bój, chłopczyk – powiedział bardzo delikatnie, nie spodziewałem się takiej delikatności.

Na prawej dłoni, widziałem z bliska, wytatuowane miał bladosiną kreską miecz obosieczny i cztery hebrajskie litery: תוומ, mem, waw, waw i taw, patrząc tak jak się pisze, od prawej, co po hebrajsku oznacza śmierć.

Rzuciłem się na niego wtedy, próbowałem uderzyć. I wcześniej chętnie się biłem, z żydowskimi i chrześcijańskimi chłopcami odbywaliśmy wielkie bitwy na pięści i kamienie, na placu Broni, cheder przeciwko chederowi, szkoła przeciwko szkole, póki nas policja nie przegoniła. Jak wszyscy.

Szapiro jednak nie był wyrostkiem. Uchylił się przed moim dziecinnym atakiem, przewrócił oczami, nie uderzył nawet, tylko odepchnął, mama krzyczała, upadłem na podłogę między stołem a kredensem, płakałem. Cały czas widziałem miecz i śmierć wytatuowane na wierzchu dłoni zaciśniętej na brodzie mego tatki.

Postanowiłem wtedy, że nigdy nie będę miał brody. Cała reszta z tego postanowienia przyszła sama. Postanowiłem, że stanę się jak on.

Kiedy przyglądałem się Szapirze podczas bokserskiego meczu w Teatrze Nowości, nie widziałem tatuażu, kryła go rękawica, pod nią jeszcze bandaż. Nie znałem zresztą dobrze hebrajskiego, czasem nawet dziś wydaje mi się, że nie znam dobrze hebrajskiego, nie wiem, czy odgadłbym, co oznacza תוומ.

Mimo że na boks patrzyłem chyba po raz pierwszy w życiu, to patrzyłem z fascynacją. Już jako chłopiec lubiłem się bić, bo bić się znaczyło dla mnie być nowym, innym Żydem, Żydem ze świata, którego wzbraniali mi ojciec i matka, a który mnie pociągał, chociaż niewiele o nim wiedziałem, świata, który nie bał się przeciągu i świeżego powietrza, tak przerażających mełameda z naszego chederu, świata bez pejsów i tałesów. Patrzę więc.

Szapiro, chociaż ciężki, jest niezwykle skoczny, pracuje na ugiętych nogach dookoła Ziembińskiego, jakby szukał dziury w szczelnej obronie wyższego boksera, gardę nosi nisko, prawa pięść przy prawej piersi, lewa na tej samej wysokości przed nią.

Chyba dopiero po wojnie bokserzy zaczęli ręce nosić wyżej.

Szapiro cały czas pracuje, jakby był nakręcony, lewo, prawo, nieliczne ciosy Ziembińskiego na korpus blokuje łokciami, przed tymi w głowę uchyla się zwinnie i sprężyście, jakby nie walczył w wadze ciężkiej, lecz koguciej, i cały czas ustępuje przeciwnikowi, pozwala mu się spychać na liny.

Ziembiński, mimo krwi spływającej z rozbitego łuku brwiowego, ma wyraźną przewagę. Atakuje cały czas, Szapiro tylko się broni, unikami, gardą, czasem oddaje szybki lewy.

Wygląda, jakby miał przegrać, i tej przegranej bardzo mu życzę.

Ale jest zupełnie spokojny. Robi uniki, odskakuje, markuje lewą, bawi się. Jakby pracował na worku, a nie walczył w ważnym meczu. Bawi się, zrelaksowany, i widzi, że Ziembiński, doświadczony w końcu bokser, bardzo się jego spokoju boi.

Nie ma w ringu straszniejszego przeciwnika niż przeciwnik spokojny i pewny siebie. Najstraszniejszą miną, jaką może przybrać bokser, jest uśmiech.

Mnie jednak ciągle wydaje się niemożliwością, by Żyd, który zabrał z domu mojego ojca, mógł pokonać tego smukłego blondyna z wyhaftowanym na koszulce biało-czarno-zielonym herbem Legii Warszawa. Ziembiński zdaje się górować nad nim nie tylko fizycznie, nie tylko zasięgiem ramion i wzrostem, ale też tym, że Ziembiński jest tutaj u siebie, należy do klasy właścicieli i zarządców tego kraju.

Mógłby być nawet robotnikiem, biedniejszym od Nauma Bernsztajna, który już nie żyje, chociaż dziś wiem, że bynajmniej nie był biedniejszy, jednak jako jasnowłosy olbrzym z herbem Legii na piersi będzie zawsze kimś lepszym niż żydowski bokser w koszulce Makabi.

Nie mieściło mi się wtedy w głowie, żeby Żyd w ringu mógł zwyciężyć chrześcijanina, chociaż my na placu Broni bijaliśmy się z chrześcijańskimi chłopcami. Ale to było co innego. A ja miałem wtedy siedemnaście lat, znałem tylko światy chederu, jesziwy, synagogi i domu.

Potem poznałem wszystkie inne.

Ziembiński spycha Szapirę aż do lin, polska publiczność myśli, że już po nim, ale żydowski bokser nagle leci w tył, jakby chciał upaść na plecy, liny naciągają się, utrzymując ciężar jego ciała, po czym wyrzucają go jak kamyk z gumowej procy – Szapiro w perfekcyjnej rotacji nurkuje pod zamaszystym prawym sierpem Ziembińskiego i uderza z dołu potężnym, lewym hakiem, wkładając w ten cios, napędzany jeszcze sprężystością lin ringu, skręt barków, bioder i wyprost kręgosłupa; Ziembiński trafiony w podbródek natychmiast wiotczeje i z hukiem pada na ring, jakby Szapiro znalazł w jego szczęce pstryczek, przełącznik, którym można człowieka wyłączyć tak, jak wyłącza się światło elektryczne.

Szapiro przeskakuje nad leżącym przeciwnikiem, idzie do swojego narożnika, Ziembiński zaś nie leży spokojnie, tylko nieprzytomny drga jak przy ataku padaczki, oczy odwrócone w głąb czaszki, nogami i ramionami rzuca jak zarzynane zwierzę.

Publiczność wrzeszczy, podnosi się z krzeseł, w emocji tłumu jeszcze nieukierunkowanej, płynącej z samego zaskoczenia, podniecenia walką, która nie trwała nawet dwóch minut; sekundę później entuzjazm się ukierunkowuje, już wszyscy wiedzą, co się wydarzyło, żydowscy kibice eksplodują radością, jakby to oni sami właśnie powalili każdego Polaka, który kiedykolwiek spojrzał na nich krzywo, publiczność chrześcijańska buczy, oburzona, że zakłócono właściwy rzeczy porządek.

Sędzia rzuca się ku Ziembińskiemu, zaczyna go wyliczać, jednocześnie sprawdzając puls; Szapiro nawet nie zaszczyca żadnego z nich spojrzeniem, ani sędziego, ani powalonego, nieprzytomnego przeciwnika.

Nie czekając, aż sędzia wypowie ostateczne „dziesięć” i zamacha rękami, wypluwa ochraniacz na zęby i kiwa głową na sekundanta w granatowym pulowerze z wypisanym na piersi polskimi literami słowem „Makabi”.

Na ring wskakuje lekarz, obmacuje czaszkę wciąż nieprzytomnego, ale leżącego już spokojnie polskiego boksera.

Sekundant Jakuba wyciąga z kieszeni papierośnicę, zapala papierosa i podaje go bokserowi prosto do ust. Szapiro zaciąga się parę razy, wychyla się przez liny, sekundant wyjmuje mu papierosa z ust i gasi.

Dziś wiem, że żaden inny bokser nie pozwoliłby sobie ani wtedy, ani teraz na takie zachowanie, ale wiedziałem i widziałem, że było w tym paleniu bez zdejmowania rękawic coś arogancko wielkopańskiego i bardzo mi się to podobało, bo nigdy wcześniej nie widziałem Żyda, którego byłoby na taką wielkopańską arogancję stać. Wiedziałem, że tacy Żydzi istnieją, ale ich nie widywałem.

Miałem wtedy siedemnaście lat.

Kiedy miałem lat dziesięć, pojechaliśmy z moją mamą na letnisko do Świdra. Nasze rzeczy i pilnujący ich tato furmanką, a mama i ja trzecią klasą, kolejką wzdłuż di linje, Miedzeszyn, Falenica, Michalin, dalej do Świdra właśnie. Było to moje pierwsze letnisko i pierwszy raz w ogóle byłem poza miastem, i wszystko mi się podobało, szczególnie słońce – inne niż w mieście – do którego palącego blasku nabrałem wtedy wielkiego upodobania, tak wielkiego, że nie straciłem go nawet tutaj, wśród białych domów, pod zupełnie innym niebem, pod palącym słońcem Ziemi Izraela.

Poszliśmy z mamą na spacer po sosnowym lesie, mama w końcu rozłożyła koc i wyjęła z koszyka kanapki i butelkę lemoniady z patentowym kapslem, ja biegałem po lesie, ale ostrożnie, tak żeby nie stracić jej z oczu. Zbierałem szyszki. Kiedy podniosłem głowę, zobaczyłem, że stoi nade mną jasnowłosa dziewczynka, starsza ode mnie, chrześcijanka, miała niebieską sukienkę i warkoczyki.

– Dzień dobry – powiedziałem.

Prychnęła, przewróciła oczami, odwróciła się i uciekła biegiem.

Zrozumiałem wtedy, dlaczego odeszła. Nie chciała słuchać żadnych „dzień dobry” od małego Żydziaka z pejsami.

Potem zrozumiałem, że odejść mogła z każdego dowolnego powodu, mogła się mnie bać, mogła nic nie czuć, a ja sobie całą resztę po prostu dopisałem.

Jeszcze później pojąłem, że tę całą resztę dopisałem sobie bardzo słusznie.

Wtedy, w Świdrze, zbierając szyszki między sosnami i mając lat dziesięć, poczułem i wiedziałem: nie chcę, żeby ktokolwiek patrzył na mnie w ten sposób, ale nie wiem, nie mam pojęcia, co mógłbym z tym zrobić, i uznałem to za nieodłączny element mojej żydowskiej kondycji. Takim już będę, takim pozostanę, tak mi się wydawało. Nie chciałem taki być, nie chciałem być Żydem, ale nie być Żydem wydawało mi się równie prawdopodobne jak zostać Tomem Mixem, którego nieme, konne przygody oglądaliśmy w ciemnych tunelach obwoźnych kinematografów, zajeżdżających jeszcze w czasach mojego dzieciństwa na podwórka naszego świata, naszej osobnej Warszawy.

Zresztą może to wszystko tak naprawdę wcale się nie przydarzyło mnie, może opowiedział mi tę historię Szapiro? Nasze życia się zlewają w jedno.

Siedząc w wieku lat siedemnastu w sali dawnego Teatru Nowości, zrozumiałem, że to nieprawda. Nie muszę być tym chłopcem zbierającym szyszki. Żyd może nie być takim Żydem, Żyd może być innym Żydem, tak samo dobrym jak chrześcijańscy panowie.

Widziałem, jak kobiety, Żydówki i chrześcijanki, patrzą na Szapirę i patrzą na niego zupełnie innym spojrzeniem niż to, którym obdarzyła mnie jasnowłosa dziewczynka w sosnowym lesie na letnisku w Świdrze.

 

I ja też patrzę, jak Jakub Szapiro zadziera głowę, zaciągając się mocno trzymanym w ustach papierosem, i jak nachyla się ku sekundantowi, a ten mu tego papierosa z ust posłusznie wyciąga, Szapiro wydmuchuje wielką chmurę niebieskiego dymu, który w świetle reflektorów układa się w arabeski niczym w jakiś alfabet męskiej siły, a Szapiro, potrząsając ramionami, rozluźniając mięśnie, podchodzi do sędziego, niby w oczekiwaniu werdyktu, chociaż przecież wiadomo, że Ziembiński nie tylko nie wstał przy wyliczaniu, ale ciągle jeszcze leży.

Sekundanci próbują go ocucić, w końcu się udaje. Sędzia chwyta dłonie zawodników, dłoń Szapiry podnosi do góry, Ziembiński chwieje się na nogach i toczy błędnym wzrokiem, konferansjer ogłasza koniec ostatniej walki tego wieczora, zwycięstwo zawodnika klubu Makabi Warszawa. Bijemy brawo. Ja też biję.

Zamroczony ciągle Ziembiński podaje Szapirze rękę w rękawicy, Szapiro trąca ją gestem, który w porannym wydaniu „Kurjera Warszawskiego” niechętny Szapirze polski redaktor Witold Sokoliński nazwie symbolem niezaskakującego u żydowskiego boksera braku sportowego ducha, jasno stwierdzając, że Szapiro dłoni przeciwnika nie uścisnął.

Życzliwy żydowski dziennikarz w „Naszym Przeglądzie” napisze, że dłoń Ziembińskiego Szapiro uścisnął lekceważąco.

Andrzej Ziembiński zaś, wciąż zamroczony, w ogóle gestu nie widzi, sędzia odprowadza go do narożnika i oddaje sekundantom.

Chrześcijańska publiczność widzi gest żydowskiego boksera, rozlegają się gwizdy, wtedy z pierwszego rzędu krzeseł podnosi się niewielkiego wzrostu mężczyzna i odwraca do trybun, i patrzy, po prostu patrzy, jakby wyglądał tych, co gwiżdżą. Gwizdy milkną natychmiast, a ja jeszcze nie wiem, kto to jest.

Konferansjer ogłasza meczowe zwycięstwo Legii, dziewięć do siedmiu.

Jakuba Szapirę nie obchodzi wynik całego meczu, Jakub Szapiro jest zwycięzcą, Jakub Szapiro jest jak Dawid po zwycięstwie nad Filistynami i Jebusytami, Jakub jest królem, a jego synowie, na sali rzecz jasna nieobecni, są królewiętami.

Sekundant czeka nań z nowym zapalonym papierosem, Szapiro zaciąga się przez chwilę, patrząc na publiczność wyzywająco i triumfująco, i pod ciężarem jego wzroku milczą ostatnie buczenia, potem unosi liny, przesuwa się między nimi i zręcznie zeskakuje. Gwizdów już nie słychać. Pali dalej, kiedy jeden sekundant osusza go ręcznikiem, a drugi, ten który wcześniej zapalił mu papierosa, rozsznurowuje i ściąga rękawice i bandaże z dłoni.

Nie ma już więcej walk. Na sali rozlega się gwar, szuranie, publiczność nagle wraca do rzeczywistości, podnosi się z krzeseł, zbiera się do siebie, jutro trzeba do pracy, boks był i zniknął, wrócił świat.

Coś stało się we mnie tamtego dnia, kiedy to wszystko zobaczyłem. Jakbym to ja stanął i walczył w ringu przeciwko temu jasnowłosemu Goliatowi, jakbym to ja sam tam był.

Jakby wszystko, co później wydarzyło się w moim życiu, swój początek, swoje źródło miało w tych niecałych dwóch minutach w ringu.

Kiedy sekundanci uwolnili mu ręce i podali szlafrok, Szapiro podszedł do siedzącego w pierwszym rzędzie niskiego, korpulentnego mężczyzny, tego, który uciszył publiczność gwiżdżącą po aroganckim geście Jakuba.

Był to człowiek o imponująco sklepionej, ale zupełnie pozbawionej włosów głowie. Niedostatek ten rekompensowały wielkie, wypomadowane i podkręcone pod oczy wąsy, bardzo staroświeckie, ale pasujące dobrze do drogiego, staromodnego i nieco przyciasnego garnituru z granatowego tenisu.

Na opinającej krągły brzuch kamizelce lśniły złote dewizki i łańcuszki od zegarka i kluczyka, w kieszonki kamizelki zatknął palce, a nogę założył na nogę. Miał te nogi krótkie i pulchne i wyglądało, jakby ktoś próbował skrzyżować palce środkowy i wskazujący, ledwie dał radę przełożyć prawą łydkę nad lewym kolanem. Spodnie podjechały przy tym wysoko, odsłaniając męskie podwiązki i biały kawałek ciała między czarną, jedwabną pończochą a krawędzią spodni. Czubek czarnego pantofla z patentowej skóry, od dołu okuty lśniącą blachą, poruszał się miarowo, kiedy mężczyzna śmiał się głośno, trzęsąc się od tego, i nawet z daleka, wśród wiwatów publiczności słyszałem jego piskliwy rechot.

– Aleś go zajechał, Kuba, aleś go zajechał…! – krzyczał i klaskał w tłuste dłonie.

Nie wiedziałem wtedy, jak się naprawdę nazywał, ale doskonale wiedziałem, kim jest. Od Kercelaka po Tłomackie, od placu Broni po Halę Mirowską, na Nalewkach, na Gęsiej, na Miłej, na Lesznie wszyscy wiedzieli, kim jest ten niski, wesoły i straszny goj.

– Kum Kaplica idzie – szeptano, kiedy kołysząc się na pałąkowatych nogach, niespiesznie promenował po chodniku, marynarka rozpięta, kciuki zatknięte w kieszonkach marynarki, w zębach papieros w rogowej lufce. Za nim, w pełnej szacunku odległości, szła zwykle obstawa, rękojeści naganów i browningów zawsze widoczne, nieskrywane pod kamizelkami, nawet gdy mijali odwracających wzrok policjantów.

Dlaczego Kuma nazywano Kumem, wtedy nie wiedziałem. Naprawdę nazywał się Jan Kaplica, a kumem został, bo każdemu, kto tylko zechciał jego przyjaźni, był przyjacielem, drogo sobie jednak swoją przyjaźń ceniąc.

Nie wiedziałem, jak zaczynał, wiadomo wszystkim było tylko to, że był w PPS-ie i jeszcze za cara biegał z pistoletem, i robił ekspropriacje w Organizacji Bojowej, potem był podobno bekiem, a potem nie wiadomo, co jednak wiadomo, to że kiedy raz policja aresztowała Kaplicę, to na posterunku zadzwonił telefon od samego polskiego prezydenta czy innego premiera i jakiś inspektor albo komisarz, albo nawet może minister osobiście własnym samochodem odwiózł go pod mieszkanie, drzwi otwarł niczym szofer, kłaniał się i jeszcze przeprosił.

Nie wiedziałem również, że Kum Kaplica był człowiekiem, na którego polecenie Jakub Szapiro zabił mojego ojca. Nie wyobrażałem sobie nawet, żeby ktoś taki jak Kum Kaplica, prawdziwy puryc, mógł zdawać sobie sprawę z istnienia mojego ojca, skromnego urzędnika administracji Lecznicy Żydowskiej i nieudanego sklepikarza.

Jednak na tatki mojego nieszczęście Kum Kaplica z istnienia jego zdawał sobie sprawę doskonale.

W dniu, w którym mój tatko dokonał żywota z ręki Jakuba Szapiry i jego ludzi, Kum Kaplica od siódmej rano jak każdego dnia siedział przy swoim stoliku w małej paszteciarni Sobenskiego przy ulicy Leszno 22, obok parafii ewangelickiej.

Nikt poza Kaplicą nie ważył się przy tym stoliku usiąść. Sobenski, Żyd mocno zasymilowany, niebywający w bożnicy wcale, a jak już, to tylko w Wielkiej Synagodze, gdzie kantor ośmielał się sławić Pana Boga po polsku, osobiście spieszył do swojego handlu każdego dnia przed szóstą, żeby na przyjście Kaplicy paszteciki i kawa były gotowe i gorące. Jeśli Kaplica sobie tego życzył, to Sobenski biegł do paszteciarni nawet w szabas.

Kaplica przychodził punktualnie o siódmej, wieszał melonik na wieszaku, a jeśli była jesień, to i palto, i szal, a jeśli była zima, to futro, a jeśli na trzewiki przy ulewie lub plusze założył kalosze, to kalosze ściągał i odkładał pod wieszak.

Rozdziawszy się, witał się wylewnie z właścicielem, siadał, rozkładał „Kurjer Warszawski” i czytał, niemo poruszając przy tym ustami i wodząc grubym palcem po tekście. Sobenski osobiście podawał mu dużą czarną i gorące, koszerne paszteciki. Do siódmej trzydzieści nikt nie miał prawa Kaplicy przeszkadzać.

– To mój czas, jedyne pół godziny z całego dnia, które należy tylko do mnie! – mawiał i pilnie studiował ogłoszenia drobne i reklamy, zaśmiewał się przy rysunkowych żartach i komicznych wierszykach na ostatniej stronie.

O wpół do ósmej przychodził doktor Radziwiłek, zamawiał kawę, brał „Nasz Przegląd” i przysiadał się do okrągłego stoliczka, czytali razem gazety i naradzali się długo. O Radziwiłku opowiem później, będzie on w tej historii ważną osobą, ale jeszcze nie teraz. Był on w każdym razie najbliższym wspólnikiem i zastępcą Kaplicy.

Zwykle Kaplica zapraszał też na siódmą trzydzieści Szapirę i pozwalał mu tych rozmów z Radziwiłkiem słuchać, jako jedynemu ze swych ludzi, namaszczając go tym niejako na pierwszego wśród żołnierzy.

O ósmej przychodziła reszta gangu Kaplicy, wypełniając szczelnie małą paszteciarnię. Pili i jedli, plotkowali, przekrzykiwali się po polsku, żydowsku i rosyjsku, zdawali raport z porannych obowiązków i wręczali Kaplicy należne mu zwitki banknotów, a Kaplica, nie wstając od stolika, zlecał im zadania na nadchodzące dzień i noc.

Dzień, w którym umarł mój ojciec, zaczął się podobnie.

9 lipca 1937 roku w Warszawie było ciepło, ale nie upalnie, dwadzieścia stopni, przez cały dzień chmurzyło się niebo trochę i czasem padało.

1Sam jesteś sobie winny, durniu, głupi frajerze!