Eliksir SopotuTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sylwia Waszewska

Eliksir Sopotu

Magiczna opowieść o mieście


© Copyright by

Sylwia Waszewska & e-bookowo

Projekt okładki: Bartosz Szczepański

Wytwórnia Wizualna Painted Desk

Zdjęcie na okładce: Jarosław Wójcik

Korekta: Patrycja Żurek

ISBN 978-83-7859-380-5

PATRONAT MEDIALNY:

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2014

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Spis treści

Wstęp

Monte Carlo Północy

Nocna eskapada

Pierwszy w Sopocie hostel

Dzień Turysty

Przedśmiertny wywiad

Goście ze świata

Spotkanie autorskie

Ocalić od zapomnienia

Tajemniczy dom

Izyda na sopockim molo

Ołtarz wśród drzew

Eliksir Sopotu

Przystanek Eko

To nie jest miasto dla młodych ludzi

Przyjazne twarze

Idealny dzień

Wstań i jedź!

W głąb siebie

Podróż sentymentalna

Podziękowania

Sylwia Waszewska

Dla moich najbliższych

„Naj­ważniej­sze jest, by gdzieś is­tniało to,

czym się żyło: i zwycza­je, i święta rodzin­ne.

I dom pełen wspom­nień.

Naj­ważniej­sze jest, by żyć dla powrotu.”

A. de Saint-Exupery

Wstęp

Nie jestem rodowitą Sopocianką. Do Trójmiasta przyjechałam na studia, a później zostałam w poszukiwaniu pracy. Choć zawsze towarzyszyła mi perspektywa przybysza, osoby przeprowadzającej się przynajmniej raz w roku do kolejnego wynajmowanego mieszkania i nie mogącej nigdzie znaleźć swojej ostoi, to jednak Sopot stał się dla mnie miejscem najbliższym.

Nie potrafię powiedzieć, czy najpierw pokochałam Marka czy Sopot – te dwie kwestie były ze sobą nierozerwalnie związane. Miasto wrastało we mnie, stawało się integralną częścią, tak samo jak stopniowo oswajał mnie ukochany mężczyzna. Powoli budowały się więzy. Być może przestrzeń zaczęła być ważna, ponieważ to właśnie tu urodził się i spędził życie. Patrzyłam na nią zakochanymi oczyma.

Jestem osobą, którą „nosi” po świecie, uwielbiam podglądać życie codzienne ludzi innych narodowości, za granicą łatwo się aklimatyzuję. Z rodzicami często robiliśmy samochodowe wycieczki po najpiękniejszych zakątkach Polski. Jakimś trafem jednak to właśnie Sopot stał się tym punktem na życiowej mapie, do którego pragnę wracać. Nie Gdynia, z rozkwitającym przemysłem i branżą usług, gdzie ponoć najłatwiej o pracę. Nie Gdańsk, w którym zamieszkuję szemraną dzielnicę Dolnego Miasta, z widocznymi na każdym kroku ludźmi spod ciemnej gwiazdy, za to kilka metrów od słynnej Starówki. Sopot kojarzy się z przypływem świeżego powietrza w dusznej atmosferze, miejscem przyjaznym nietuzinkowym inicjatywom artystycznym, otwartym, o romantycznej duszy.

Prawdą jest jednak, że w czasach „przed Markiem” nazwa miasta oznaczała wyłącznie molo, opowieści przyjaciół o kwitnącym bujnie nocnym życiu i uczęszczaną przez tabuny turystów ulicę Monte Cassino (zwaną też czasem ironicznie „Monte Lansino”). Nic poza tym. Tak zresztą funkcjonuje w powszechnej świadomości. To Marek pokazał mi w Sopocie coś, czego nie spodziewałam się znaleźć. Odwiedzane miejsca nabrały unikalnego znaczenia, obrosły wspólnymi emocjami i wspomnieniami najpiękniejszych chwil. Z czasem połączyły się z historiami mieszkańców, którzy zapraszali mnie do domów i losami bohaterów pisanych reportaży. Duch przeszłości jest tu tak silnie obecny, że dociekliwe osoby o dziennikarskiej żyłce zaczną go ścigać naturalną koleją rzeczy.

O tym właśnie jest ta książka. Zamiast kolejnego turystycznego przewodnika czy historycznego rysu na temat urbanistyki miejskiej – osobiste świadectwo dziewczyny, która przybyła tu tylko na chwilę, a pragnie pozostać jak najdłużej.


Ścieżka do wschodzącego Słońca

Monte Carlo Północy

Jedni określają Sopot mianem „Monte Carlo Północy”, nawiązując do atmosfery luksusu, wolności i zepsucia, która latem ogarnia hotele, kasyno i nocne kluby najsłynniejszego polskiego kurortu. Pewnego razu przeprowadzono nawet przekomiczną sondę na Placu Towarzystwa Przyjaciół Sopotu pod hasłem: „Kto mąci na Monciaku?”. Dziennikarz zaskakiwał przechodniów pytaniem: „Czego w Sopocie bardziej brakuje - hazardu czy prostytucji?” i prosił o porównanie uzdrowiska z najsławniejszą dzielnicą Monako.

Inni używają określenia „Paryż Północy” (a nawet „Paryż Wschodu”, choć tę drugą łatkę przykleja się najczęściej do Bukaresztu, Szanghaju, Sankt Petersburga). Należę do tej drugiej grupy zwolenników. Trudno bowiem nie ulec romantycznej atmosferze tego miejsca.

Kameralne kawiarenki w bocznych odnogach Monte Cassino, nadmorskie alejki pomiędzy szpalerami drzew, pełen kwitnących róż park. A przede wszystkim architektura w stylu dziewiętnastowiecznego historyzmu oraz późniejszej secesji. Wszystkie łagodne fale i wygięcia, wszystkie bogato zdobione wieżyczki, galeryjki i balkony, porośnięte bluszczem dworki, w których wydaje się być zaklęta tęsknota za dawnymi, lepszymi czasami, a także przebrzmiałe emocje dawnych rezydentów. To one nadają Sopotowi unikalny charakter i tworzą doskonałą scenerię dla rozkwitających właśnie historii miłosnych. Być może chodzi także o złudne poczucie wolności, oderwania od trudów dnia codziennego, panujące w kurorcie i sprzyjające nawiązywaniu nowych znajomości?

Nasza wspólna historia zaczęła się jednak w bardziej przyziemnych okolicznościach. Poznałam Marka w bibliotece prywatnej uczelni, gdzie od czasu do czasu pracowałam w weekendy. Zwróciłam na niego uwagę z dość nietypowej przyczyny, której, jak przypuszczam, nikt inny nie zauważył.

Być może było tam wielu innych przystojnych mężczyzn, lecz on za każdym razem wnosił ze sobą coś dziwnego, co w bardzo subtelny sposób zmieniało atmosferę w pomieszczeniu. Miał w sobie dziwny spokój, radość i wewnętrzne dobro, które zdawało się wpływać na samopoczucie zgromadzonych wokół ludzi. Obserwowałam go ze zdziwieniem. To jakiś czarodziej czy może wariat? Co takiego w nim tkwi?

Pewnego razu, po tym jak pojawił się przed moim biurkiem po dłużej przerwie, a ja myślałam, że straciłam jedyną okazję do rozwikłania zagadki, odważyłam się wręczyć mu zwiniętą karteczkę z napisem: „Chciałabym poznać Cię lepiej”. Na następnej przerwie zaskoczył mnie, zapraszając na spotkanie.

Sekretem była medytacja. Od kilku lat praktykował ją w domu, nad morzem, w okolicznych lasach i tysiącu innych miejsc na terenie całego Sopotu, a także na retreatach w Izraelu i Indiach. Wiódł wolne, samotnicze życie, z krytycyzmem odnosząc się do utartych norm społecznych. Kochał naturę, podróże i interesował się ekologią. Mimo wielu cierpień, jakie spotkały go w życiu, umiał pozytywnie spoglądać w przyszłość. Z taką osobą u boku świat przestał ograniczać się jedynie do szkoły, pracy i koniecznych obowiązków. Codzienne życie nabrało wyrazistych barw i smaku.

Intensywność naszego pierwszego lata w Sopocie była czymś nie do powtórzenia. Leżeliśmy na świeżo skoszonej trawie na terenie Hipodromu, rozmawiając i śmiejąc się do rozpuku. Na plaży w pobliżu Zatoki Sztuki otoczony parawanem z białego materiału leżak był naszym „domem”. Nie mieliśmy niczego na własność, a jednak nigdy wcześniej nie czuliśmy się tacy szczęśliwi. Naiwni, zapatrzeni w siebie i przekonani co do tego, że wszystko ułoży się po naszej myśli, razem byliśmy niepokonani.

 

Dziś już nie ma tamtych nas, a nostalgia za minionym czasem dołączyła do sopockiego ducha przeszłości - tak wszechobecnego, ale nie dającego się pochwycić i ponownie ożywić. Pozostaje tylko w drobnych śladach, co rusz napotykanych, lecz nie należących do nas. Czy pisanie, wiara w sprawczą moc słów może je przywrócić? Czy może nas ponownie zbliżyć?

Plany rysowane są patykiem na wodzie, rozwiewa je byle podmuch wiatru. Jak życiowi przechodnie mijamy się, by dążyć do kolejnego spotkania.

Nocna eskapada

Jestem typowym boidudkiem. W ciemnej uliczce boję się własnego cienia, z domu staram się nie wychodzić samej po dwudziestej pierwszej. Horrorów zwyczajnie nie oglądam, nie daję po nich rady zajrzeć do szafy, o spokojnym zaśnięciu nie wspominając. Po seansie „Egzorcyzmów Emily Rose”, mimo kilku minionych lat, nadal nie jestem w stanie wyjść do łazienki o pamiętnej trzeciej w nocy bez zapalania świateł w całym domu. Pod łóżkiem czają się potwory rodem z lovecraftowskich wizji.

Kiedy Marek zaproponował nocną wyprawę na Łysą Górę przez las w pobliżu Opery, łatwo sobie wyobrazić moją reakcję. „Nigdy, zapomnij, nie nadaję się do takich akcji”. Przekonywał jednak, że kiedy po raz pierwszy w życiu zrobił to, czego bał się najbardziej, zyskał prawdziwą psychiczną wolność.

Równie łatwo domyślić się, na jak podwyższonych obrotach pracowała wyobraźnia, gdy tylko wyszliśmy z domu. Każdy szelest, poruszający się cień i nawoływanie zwierząt przyprawiały mnie o stan przedzawałowy. Niemal biegłam, trzymając się Marka kurczowo i chcąc jak najszybciej dotrzeć do celu wycieczki. Strach otaczał mnie jak gęsty, namacalny kokon.

Na Łysej Górze byliśmy wcześniej za dnia na jednej z pierwszych randek. Wzniesienie o wysokości 110 metrów nad poziomem morza wykorzystywane jest w zimie jako stok narciarski (założono na nim wyciąg). U podnóża zaś znajduje się restauracja w stylu góralskiej karczmy – namiastka gór na północy Polski. Ze szczytu, otoczonego z trzech stron ścianą lasu rozciąga się niesamowity widok na miasto i zatokę.

Moja prababcia mawiała: „To żywych należy się obawiać, nie martwych” i być może miała rację. Wieczorami miejsce to gromadziło amatorów używek (czyżby wysokość miała wzmacniać ich działanie?). Słyszeliśmy głośne wybuchy śmiechu i rzucane co rusz przekleństwa. Nie spotkały nas jednak z ich strony żadne zaczepki, a kiedy tylko przestałam odtwarzać w głowie potencjalne scenariusze rychłej śmierci/ ataku rozszalałych dzików/ porwania przez kosmitów (niepotrzebne skreślić), udało się poczuć całą magię nocnej eskapady.

Pod nami jarzyły się światła sopockich ulic oraz stojących na redzie statków. Las szumiał delikatnie, uspokajająco. Krył w sobie odwieczne tajemnice, które zaczęły we mnie wzbudzać respekt, ale, o dziwo, nie paraliżujące przerażenie. Odetchnęliśmy pełną piersią. Trzymając się za ręce, na moment staliśmy się władcami tego pełnego uroku zakątka.

Gdzieś wyczytałam, że większość życiowych decyzji motywowana jest strachem. Uniemożliwia on prawdziwe życie, przesłania jasną ocenę sytuacji. Tamtej nocy udało mi się przezwyciężyć siebie i, prócz cichej satysfakcji, doświadczyć tej upajającej wolności, o której wspominał Marek.


Panorama ze szczytu Łysej Góry

Pierwszy w Sopocie hostel

Objechać z plecakiem cały świat dookoła, przeżyć oszałamiającą przygodę i zgromadzić materiał do opowieści, które będzie się snuło wnukom przy kominku. Kto o tym nie marzy? Coraz więcej młodych ludzi, niepewnych przyszłości, zmęczonych życiem w ustalonych ramach rzuca wszystko i decyduje się wyruszyć w drogę. „Na świecie są tylko dwa rodzaje ludzi – jedni zostają w domu, a inni tego nie robią. Ci drudzy są ciekawsi” – to cytat z Rudyarda Kiplinga, rozpoczynający relację z podróży Willa Fergussona autostopem po Kraju Kwitnącej Wiśni.

Miałam szczęście osobiście poznać parę takich odważnych, inspirujących globtroterów. Paweł i Iwona to przesympatyczne młode małżeństwo, prowadzące hostel w samym sercu Sopotu. Kilka lat temu odbyli wyprawę polskimi śladami przez cztery kontynenty, z której przygotowywali relacje dziennikarskie m. in. dla Radia Gdańsk. Obecnie rodzince przybyło małych podróżników. Wyjeżdżają wraz z córeczkami w tak egzotyczne obszary świata jak np. Cejlon.

Po kolacji, na którą zostaliśmy zaproszeni, Paweł i Iwona wyjęli projektor i zgasili światła. Mieliśmy niebywałą okazję wysłuchać opowieści o wielkiej wyprawie. Ubarwiały ją tysiące różnobarwnych, niesamowitych slajdów. Studenci w USA po ukończeniu college’u biorą często tzw. „gap year” - rok przerwy, podczas którego podróżują po innych stanach i Europie, mogą zastanowić się nad przyszłością, lepiej poznać siebie. Podobnie było także w ich przypadku (podejmowali właśnie pierwsze po studiach prace). Wyruszyli natomiast tropem polskich odkrywców, badaczy i dawnych osadników, by przybliżyć ich historię czytelnikom i słuchaczom w kraju. W międzyczasie szukali także dorywczych zajęć, jak zbieranie i sortowanie owoców, co umożliwiało zarobek na kolejne atrakcje, bilety lotnicze czy wynajęcie samochodu.

Chiny, Rosja, Australia, Stany Zjednoczone migały nam przed oczyma. W Polsce panuje środek zimy, za oknem trzaska mróz i szaleje zawieja, a my towarzyszymy Iwonie i Pawłowi podczas tamtych radosnych, odkrywczych chwil. Poznajemy ludzi, którzy okazali się pomocni, otwarci i bardzo przyjaźni. Możemy niemal dotknąć promieni słońca na fotografiach, wtopić się w egzotyczne tło.

Ze spotkania w pamięci utkwiła najbardziej dziewicza przyroda Nowej Zelandii – góry, wodospady i trawiaste równiny, na których dominowały ogromne stada owiec. Paweł opowiadał o pobycie na wyspach z wyraźnym sentymentem, być może dlatego, że marzył o osiedleniu się w tym zakątku świata. Po dłuższych rozmowach postanowili jednak założyć rodzinę w Polsce.

– Trudno nam było wyobrazić powrót do pracy przy biurku, na stałym etacie. Podczas podróży nasunął się nam pomysł założenia hostelu, który mógłby stanowić przedłużenie naszej wyprawy – powiedziała Iwona w jednym z wywiadów dla trójmiejskiej prasy.

Chcieli stworzyć miejsce, gdzie turyści z całego świata mogliby za niewielkie pieniądze zatrzymać się nawet na jedną noc. Po wielu trudach udało się wygrać unijny konkurs i zdobyć potrzebne dofinansowanie. W tamtym czasie hostel był nowatorskim przedsięwzięciem, w kurorcie brakowało tego typu inicjatywy. Nadali mu własną duszę - ściany zdobią fotografie z ich podróży w powiększonym formacie, pełno jest także map, atlasów geograficznych i przewodników w różnych językach. Dla gości przygotowują różne zabawy i gry, pomagające w przełamaniu barier i nawiązaniu nowych, międzynarodowych przyjaźni.

Co zaimponowało w Iwonie i Pawle na równi z przedsiębiorczością i kreatywnością, to fakt, że potrafili połączyć wielką pasję do podróży z założeniem rodziny. I to z jakim skutkiem. Są niezwykle troskliwymi rodzicami, dbają o rozwój zainteresowań córeczek i zaszczepienie ciekawości świata, kreatywności, otwartego sposobu myślenia.

Spędzony z nimi wieczór wywarł na nas bardzo duże wrażenie. Oboje pragnęliśmy prowadzić podobny styl życia i dostaliśmy żywy dowód na to, że jest to nie tylko możliwe, ale i wykonalne.


Jeziorko Nowowiejskiego, zwane także „Morskim Okiem”

Dzień Turysty

Na długi, nieplanowany spacer po Sopocie najlepiej zabrać aparat fotograficzny. Krążąc bez celu po splątanych uliczkach, odkrywając boczne alejki i odległe od głównych tras, niemal zapomniane wille na pewno spostrzeżemy jakiś detal, który pod wpływem zachwytu zechcemy uwiecznić i pokazać bliskim. Czy będzie to ozdobny fronton, czy witraż z motywem roślinnym, stylizowane na antyk rzeźby, wieńczące wejście do budynku. A może wykonane z ogromną dbałością i oryginalnością drzwi, na które zwrócili uwagę autorzy jednej z ostatnich publikacji na temat miasta – Wojciech Fułek i Tadeusz Dobrowolski.

Dużym przeżyciem estetycznym może być zwiedzanie miasta późnym wieczorem. Wtedy co prawda umknie dekoracyjny przepych sopockiej architektury, docenimy za to ducha tajemnicy i subtelnego, ukrytego mistycyzmu. Co napisałby dziewiętnastowieczny literat po nocnym spacerze sopockimi alejkami? Jakie miejsca zainspirowałyby poetę? Chciałabym przeczytać taki wiersz, bo myślę, że tylko dawny kunszt artystyczny mógłby w pełni uchwycić esencję tego miejsca.

W ciemności, wieczornej ciszy łatwiej przywołać pamięć ludzi, którzy zamieszkiwali dawniej sopockie kamienice i wille. Łatwiej wyobrazić sobie postaci oglądane na archiwalnych fotografiach - eleganckie kuracjuszki, mecenasów sztuki, kupców, niemieckich finansistów czy ewangelickich i żydowskich duchownych. Tygiel kultur i narodowości, tworzących jedność. Ludzi, którzy żyli w mniej spokojnych czasach, musieli upuścić domy, wyjechać w nieznane. Którzy tu pracowali, kochali, wychowywali swe dzieci i naturalną koleją rzeczy umierali. Ich losy zdają się tworzyć delikatną pajęczynę, oplatającą przestronne budowle o wielkich oknach i wysokich sufitach, romantyczne wieżyczki, ogrody i parki. Nocą staje się o wiele bardziej wyrazista, mocniej chwyta we władanie.

Czy możliwe jest odbycie podróży w rodzinnym mieście, które, jak sądzimy, znamy tak dokładnie jak własną kieszeń? Pomysł taki podsunęła mi ceniona krakowska malarka i scenografka, Roma Ligocka. W książce „Znajoma z lustra” opisuje wymyślony przez siebie Dzień Turysty.

Na czym dokładnie miałby polegać? Spieszę z wyjaśnieniami. W momencie, w którym nie możemy wziąć dłuższego urlopu, a tęsknimy za wakacjami, na jeden dzień rzucamy wszelkie obowiązki, ubieramy się elegancko i z niewielkim zapasem gotówki ruszamy na wyprawę po obecnym miejscu zamieszkania – przestrzeni pozornie oswojonej i przewidywalnej. Wcielamy się w rolę obcego. Nabieramy dystansu, zaczynamy się dziwić tym, co nas otacza. Dla Ligockiej jest to forma terapii, mającej poprawić samopoczucie. Dla mnie była to nowa przygoda, której podjęłam się z ciekawości, gdy zaczęła dopadać mnie rutyna.

Mieszkałam wówczas na Kamiennym Potoku i często spacerowałam do „głównego” Sopotu. Pracowałam jedynie na zlecenia, starając się o stały etat, a przy okazji mając mnóstwo wolnego czasu – nie spełniłam więc podstawowego warunku Dnia Turysty, jakim jest nagły urlop. Postanowiłam jednak odwiedzić miejsca, które zawsze mnie ciekawiły, skorzystać z aktualnie organizowanych wydarzeń kulturalnych i poznać te budynki, które do tej pory mijałam przelotnie, poświęcając im niewielką uwagę.

Tak było w przypadku Latarni Morskiej w pobliżu molo, której obecność wydawała się nieodzowna i oczywista. Mimo dwudziestu pięciu lat, w czasie których Marek zamieszkiwał Sopot, nigdy nie był na szczycie. „A może kiedyś jako dzieciak byłem, nie pamiętam”- przyznał. Mnie również miejsce to wydawało się wręcz banalne, oblężone przez hordy turystów, przeznaczone wyłącznie dla nich – ale dlaczego by nie wdrapać się tam właśnie w Dzień Turysty? Poza tym intrygował mnie również dym, unoszący się tak często z jej szczytu, a właściwie była to para wodna. Skąd się wzięła i jaka była jej funkcja? Postanowiłam dopytać.

Przepycham się przez tłumy na Monte Cassino. Początek sierpnia, najlepszy czas na urlop. Z każdej strony słychać konwersacje w języku angielskim, niemieckim, coraz częściej także rosyjskim. Uliczni artyści pokazują sztuczki, nieraz, jak chłopak wykonujący z wyćwiczoną lekkością akrobacje z piłką, zachwycając niespotykanym talentem. Wszędzie lody, gofry i… ludzie próbujący wyłudzić pieniądze. Wszędzie „sopockie potrawy” – sopockie gofry, sopockie fast-foody, sopockie piwo, jakby ta nazwa podbijała wyniki sprzedaży.

Patryk Dziczek, założyciel kawiarni artystycznej Młody Byron w Dworku Sierakowskich w jednym z wywiadów podsumował żartobliwie, że „Monciak to rzeka bizonów, pędzących do wodopoju”. Mnie jednak w jakiś sposób podoba się ta gwarna, jarmarczna atmosfera, nawet jeśli zwykle unikam pośpiechu i tłoku. Lubię także nowoczesność i luksus, która jest drugą twarzą tego miasta. Kiedyś być może będzie mnie stać, by tak jak niektórzy przybysze skorzystać ze wszelkich elitarnych atrakcji i udogodnień.

 

Tymczasem kupuję bilet za pięć złotych i wspinam się na szczyt Latarni Morskiej. Nie można tam wprawdzie wyjść na taras widokowy na wolnym powietrzu (czego z niewiadomych przyczyn się spodziewałam), doceniam jednak uspokajającą panoramę na Zatokę Gdańską i możliwość zerknięcia na ozdobne dachy okolicznych budynków, nabranie całkowicie innej perspektywy.


Spokojny poranek, łodzie w oczekiwaniu

Z opowieści biletera i wywieszonej przed wejściem historii budynku dowiaduję się, że latarnia stanowiła niegdyś wyłącznie komin Zakładu Baleologicznego (do nowej roli przemianowana została dopiero w 1977 roku). Zawieruchę wojenną przetrwała bez uszkodzeń. Przez dłuższy czas stanowiła zmorę wczasowiczów, z powodu dużych zanieczyszczeń plaży, pochodzących z zakładowej kotłowni. Pomogła dopiero wymiana pieców na olejowe. Zabawną ciekawostką było także to, że zamontowane na szczycie wieży lunety ułatwiały widok na damskie solarium w Łazienkach Południowych. Protesty Pań przyczyniły się w latach siedemdziesiątych do zamknięcia ówczesnego tarasu widokowego.

Po zejściu ze szczytu przy okazji zaglądam także do mieszczącej się w pobliżu ewangelickiej świątyni p. w. Zbawiciela. Odbywa się tu właśnie wystawa fotografii A. Drapelli pt. „Drzewa, które spotkałem”. W pozornie zwyczajnych, codziennych krajobrazach zawarta jest jakaś zagadka. Nie wiedzieć czemu, przychodzi na myśl, że drzewa są milczącymi towarzyszami ludzkości i patrzą ze smutkiem na to, co dzieje się na świecie. Odwieczne i niezmienne, są naszym milczącym wyrzutem sumienia. Czy to miał na myśli autor zdjęć? A może coś zupełnie przeciwnego.

Wracam w górę Monte Cassino, śmiejąc się przy okazji ze sprzedawanych karykatur z naczelnymi polskimi politykami i pseudo-duchownymi w rolach głównych. Kolejnym celem jest rezydencja, która wielokrotnie przyciągała moją uwagę podczas jazdy kolejką SKM, a mianowicie willa przy ul. Goyki 1-3. Pragnę przypatrzeć się jej z bliska, rozwikłać jej tajemnicę. Wcześniej podziwiałam jej piękno na stronie projektu Dawny Sopot. Dowiedziałam się również, że zameczek należał pierwotnie do Freidricha Wilhelma Juncke, gdańskiego kupca, a losy mieszkańców nie były najszczęśliwsze.

Hanna Domańska, popularyzatorka zabytków Pomorza Gdańskiego w książce „Opowieści sopockich kamienic” tak opisuje jego wygląd: „Po przekroczeniu obronnej fosy zdumionym oczom ukazywał się romantyczny zameczek z wieżą widokową, dachami naczółkowymi i ozdobnymi balkonami (…). Wokół założony został liczący 2 ha powierzchni park z oczkiem wodnym, oranżerią, winiarnią oraz oficyną, przypominającą alpejskie budownictwo ludowe”. W tej naturalnej scenerii odbywały się koncerty muzyków z Opery Leśnej, willa przez długi czas była ostoją sopockiego życia artystycznego.

Obecnie „zdumionym oczom” ukazuje się ruina w przedostatnim stadium dewastacji, z oknami piwnicznymi zasłoniętymi dyktą, brudną cegłą, obdrapaną farbą i zaniedbanym ogrodem, porośniętymi niemal dwumetrowymi pokrzywami. Pokręciłam się chwilę wokół bez przekonania, z goryczą myśląc o zmarnowanym potencjale miejsca. Na myśl przyszedł postawiony bez pozwolenia łapalicki zamek, który przez liczne kontrowersje pomiędzy właścicielem a urzędnikami stoi nieukończony i od wielu lat niszczeje.

Trudno nie zgodzić się z Domańską, która podsumowuje dzieje willi słowami: „Istniejący jeszcze zespół powinien mieć jednego gospodarza, który byłby w stanie przywrócić go do dawnej świetności. A tradycja tego miejsca wskazuje, że mogłyby odbywać się tam koncerty i spektakle na świeżym powietrzu”. Mam ogromną nadzieję, że wkrótce tak się stanie!

Wczesnym popołudniem kieruję się ku Zatoce Sztuki, niezwykłemu miejscu na kulturalnej mapie Sopotu. Za racji wykonywanego zawodu jestem tu częstym gościem na spotkaniach literackich, wystawach fotograficznych, pokazach mody, festiwalach jogi i wielu innych wydarzeniach. Uwielbiam otwartość tego miejsca na różnorakie inicjatywy i nowatorskie poszukiwania artystyczne. Bliskość morza sprawia, że nabierają niespotykanego dotąd charakteru.

Mam szczęście, właśnie odbywa się tu Sopot Fringe Festiwal, czyli powstały na wzór edynburskiego „najbardziej demokratyczny festiwal sztuki”. Przy wejściu rozłożyli stoiska twórcy rękodzieła – maskotek, torebek, kolczyków i koszulek z niezwykle adekwatnym napisem „Sopot never sleeps” (Sopot nigdy nie śpi). Tak też się czuję, przebywając w Zatoce Sztuki, która nieustannie tętni życiem.

Na głównej scenie w pobliżu plaży panie w zwiewnych sukniach i szalach prowadzą warsztaty tańca izraelskiego, a orientalna muzyka tętni w ich wiotkich ciałach. Na balkonie poznaję malarkę, której medytacyjne obrazy na temat wschodniej duchowości, emocji i wszechświata mogłam przed chwilą oglądać.

W sali obok wystawione są prowokacyjne plansze Weroniki Rafy na temat seksizmu, przejawiającego się w strukturach językowych (kontrast czerni i bieli odpowiadać miał dwoistości w społecznym postrzeganiu kobiet, jednoczesnym kreowaniu ich na madonny i ladacznice). W tym samym czasie na scenie w pobliżu parku gra charyzmatyczny młody rockman, którego występ zatrzymuje wielu przypadkowych przechodniów. Dołączam do nich, rozkładając się na wygodnych poduszkach i chłodząc zmęczone stopy w trawie. Kocham Sopot, cóż więcej mogę dodać.


Mimo zaniedbania Willa Juencke nadal wzbudza zachwyt

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora