MundraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sylwia Szwed

Mundra


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi

naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz

karnej.

Projekt okładki MARIANNA SZTYMA

Projekt typograficzny ROBERT OLEŚ / D2D.PL Fotografia Autorki i fotografie wewnątrz tomu ANNA BEDYŃSKA

Copyright © by SYLWIA SZWED, 2014

Opieka redakcyjna ŁUKASZ NAJDER

Redakcja MAGDALENA KĘDZIERSKA-ZAPOROWSKA / D2D.PL Konsultacja merytoryczna Słowniczka KATARZYNA OLEŚ Korekty AGNIESZKA RYMAROWICZ / D2D.PL, SANDRA TRELA / D2D.PL Skład ROBERT OLEŚ / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-771-3

Konwersja: ANETA RAWSKA / VIRTUALO SP. Z O.O.

Spis treści

  Mundra znaczy mądra

  Wypuszczam samicę

  Dbam o prześcieradło

  Wyrastam z porodu

  Znam człowieka od środka

  Obróciłam żuczka

  Chciałam dobrze

  Trzymam się nici

  Nie pękam

  Ufam babce

  Uczłowieczam nasienie

  Przypisy

  Słowniczek terminów medycznych

  Podziękowania

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Mundra znaczy mądra

Wciąż mam ją przed oczami. Stara kobieta w grubej wełnianej spódnicy, prostej bluzce, ze związanymi włosami, twarzą przeoraną zmarszczkami. Otoczona powszechną czcią i szacunkiem. Ręce przepracowane, ale wciąż zwinne. Kiedy nadchodził czas, szła do chałupy kobiety, z której dochodziły już pierwsze pokrzykiwania. Wyganiała mężczyzn z domostwa, całowała w czoło przyszłą matkę. Rozplatała jej warkocz, zdejmowała wszystkie pierścionki, kolczyki, chustki, żeby nic nie było na niej zawiązane. Kiedy rodzącą trzymały bóle porodowe, otwierała okna, drzwi, szuflady, kufry, żeby rozewrzeć wrota jej łona. Kazała złapać się belek w stropie, dała kieliszek wódki na znieczulenie. Kiedy i to nie pomagało, wysyłała pastucha do cerkwi, żeby pop otworzył bramy świętego miejsca. Żeby sama Matka Boska przybiegła z pomocą rodzącej. Gdy dziecko przychodziło na świat, to ona przecinała pępowinę. To ona zakopywała nieczyste łożysko w progu izby, żeby nikt się nim nie pokalał. Dostawała za swą służbę bochenek chleba albo dwie miary płótna na zapaskę, czasem kilka okraszonych jaj. Nazywano ją też babką, babiculą, mądrą babą, babuszką, akuszerką, a jej sztukę – babieniem.

Rozmawiałam z dziesięcioma współczesnymi mundrymi. Najstarsza ma dziewięćdziesiąt dwa lata i przyjmowała porody już w czasie II wojny światowej. Najmłodsza ma lat dwadzieścia sześć i pracowała z Tanzankami z plemienia Sukuma. Moje bohaterki reprezentują cztery pokolenia położnych, które towarzyszyły Polkom przez ostatnie osiemdziesiąt lat. Opowiadają, jak rodziły nasze matki, babki i prababki, i o tym, jak rodzą nasze córki. Ale to nie znaczy, że obraz wyłaniający się z ich opowieści jest spójny. Mają prawo się różnić, bo wywodzą się z odmiennych tradycji położniczych, środowisk, rejonów Polski. Poruszałyśmy wiele tematów, które rozpalają teoretyków współczesnego położnictwa, między innymi kwestię medykalizacji porodu, odejścia od natury, psychologicznych i duchowych aspektów rodzenia czy uwarunkowań kulturowych. Ale moje położne zdecydowały się dać mi też coś więcej, opowiedzieć o ciemnej stronie życia i swojego zawodu: poronieniach, porodach martwych dzieci, aborcjach, współczesnej kobiecie, która nie chce rodzić, i przemocy wobec rodzących. Aż wreszcie doszłyśmy do warstwy najdelikatniejszej – ich własnych historii porodowych, nie zawsze łatwych, nie zawsze przyjemnych, często okupionych upokorzeniem, bólem, alienacją.

Spotkałam się z nimi z egoistycznej ciekawości. Chciałam wiedzieć, co mnie czeka, kiedy będę rodzić własne dziecko. Tak jak córka, która jest w ciąży i po raz pierwszy pyta matkę: „Mamo, jak mnie urodziłaś?”. Wierzę, że jest to wiedza nam potrzebna, podstawowa w tworzeniu tożsamości dojrzałej kobiety. To początek odwrócenia ról, rodzaj inicjacji w coś nieogarniętego, trudnego, co łączy nas ze wszystkimi kobietami w naszej rodzinie. To opowieść, w której głównym bohaterem nie jest intelekt, ale, o zgrozo, nasze ciało, pochwa, krocze, macica. Wiele zależy od tego, czy usłyszymy od swojej matki tylko wspomnienie katastrofy, upodlającego znoju, czy też nutkę uwznioślającą, dodającą otuchy. Książka reporterska jest właśnie po to, żeby podejrzeć czyjeś doświadczenie, przejechać się na gapę po cudzym życiu. Zebrałam historie porodów naszych antenatek, rozmawiając z tymi, które im towarzyszyły w tych przełomowych momentach ich życia. Chciałam dowiedzieć się, czym się różnimy, czego się lękamy, co w naszym doświadczeniu jest uniwersalne, a co narzucone. Jak system opieki zdrowotnej i ustrój polityczny wpływały na nasze cielesne wybory. To nie jest poradnik, jak dobrze urodzić dziecko. Opinie moich bohaterek nie zawsze są spójne z obecnym stanem wiedzy. To raczej próba odkodowania szumu informacyjnego, który dotyczy porodu, znalezienia sensów w tej wielowątkowej narracji, raz będącej opowieścią grozy, raz ckliwą historią o cudzie narodzin. Ale też odkurzeniem najnowszej historii polskiego położnictwa. Bo mamy czym się pochwalić. Na przykład Ireną Chołuj, która niczym Lech Wałęsa walczyła o uwolnienie rodzących spod jarzma systemu komunistycznego, który traktował kobiety jak przedmioty, paczki do rozpakowania. Albo Stanisławą Leszczyńską, położną, która w obozie Auschwitz-Birkenau przyjęła około trzech tysięcy porodów. Tudzież Adelą Giergielewiczową, która po wojnie zakładała izby porodowe, żeby wszystkie kobiety, również na wsi, miały dostęp do fachowej opieki położnych.

Wybrałam ten zawód też dlatego, że wydaje mi się niedoceniony. Tak jak mówi jedna z moich bohaterek, ludzie myślą, że położna to takie nie wiadomo co – trochę pielęgniarka, trochę salowa. Nic bardziej mylnego. Etnograf Jan Bystroń, który analizował słowiańskie obrzędy związane z narodzeniem dziecka, pisze, że rola mundrej zawsze była obrzędowa. Ona była mistrzem ceremonii, ważną personą, autorytetem, często podawała do chrztu dzieci, które przyjmowała na świat, wybierała im imiona. To nie znaczy, że jej kompetencje medyczne były duże, najczęściej umiała to, czego nauczyła się podczas własnych porodów, czasem od starszej akuszerki ze wsi. Ale wiedziała, jak przebiega poród, że musi przyjąć dziecko na ręce, podwiązać i uciąć pępowinę, miała swoje sposoby na zmniejszenie bólów porodowych, rozluźnienie szyjki macicy, wspomaganie karmienia, nawet jeżeli były to rozwiązania rytualne. Poza tym jak nikt inny znała anatomię kobiecych narządów rodnych. Dlatego mówiono na nią mundra, czyli mądra. Dzisiaj nazwalibyśmy ją samodzielną specjalistką, nośnikiem kobiecej medycyny, ukutej z doświadczenia, ziołolecznictwa i obserwacji. Znachorką. Warto dodać, że do XVIII wieku akuszerstwo było wyłącznie domeną kobiet, bo jak pisze Adrienne Rich, amerykańska teoretyczka macierzyństwa, praktyka położnicza była „poniżej godności” męskiego lekarza. Ojcowie Kościoła postrzegali organy rodne kobiety jako zło wcielone, dlatego położnictwo było oceniane jako niewłaściwe zajęcie dla mężczyzny. W efekcie przez wiele stuleci wiedza na temat ciąży, procesu rodzenia, kobiecej anatomii i metod ułatwiania porodu była gromadzona jedynie przez kobiety. Przez mundre.

Z oczywistych względów nie potrafiły poradzić sobie z wieloma patologiami. Kiedy odklejało się łożysko czy pękała macica, poród kończył się śmiercią. Nie miały też podstawowych środków higieny i żadnych studiów medycznych. Pierwsza oficjalna szkoła położnych w Polsce powstała we Lwowie dopiero w 1773 roku, a za nią poszły kolejne, na przykład Szkoła Babienia w Warszawie. W 1926 roku wyszło pierwsze kompleksowe rozporządzenie prezydenta Rzeczypospolitej, które regulowało przepisy normujące pracę dyplomowanych położnych. W roku 1931 minister ­pracy i opieki społecznej zakazał babkom uprawiania praktyki położniczej, która stała się nielegalna. Za złamanie przepisów groziła wówczas grzywna pięciuset złotych1. Wykształcone akuszerki biły na alarm, że babki są zagrożeniem dla rodzących i trzeba je zwalczać. Od tego momentu „babienie” powszechnie się profesjonalizowało, do gry wszedł bowiem poważny zawodnik – współczesna medycyna, która powoli, ale systematycznie wymiatała z polskiej prowincji lecznictwo tradycyjne, znachorów, guślarzy, babki wiejskie, zielarki i mundre. I chociaż w okresie międzywojennym dyplomowane akuszerki przyjmowały jeszcze porody w domach swoich klientek, wkrótce specjalistami od porodu stali się mężczyźni – lekarze położnicy, ginekolodzy, ordynatorzy, dyrektorzy szpitali. Położne zostały wcielone w tak zwany średni personel szpitalny. Na arenie międzynarodowej położnictwo zostało zagarnięte przez mężczyzn dużo wcześniej, bo już w siedemnastowiecznej Francji lekarze płci męskiej wkroczyli do komnat, w których rodziły kobiety, zastępując tradycyjne akuszerki. Zmusili kobiety do rodzenia w pozycji leżącej, na plecach, żeby mogli cały czas obserwować ich narządy rodne i bez problemu używać swoich narzędzi – kleszczy.

 

Momentem kluczowym dla zrozumienia współczesnego położnictwa i opowieści kobiet rodzących w XX wieku jest II wojna światowa, czyli powszechne doświadczenie śmierci, choroby i utraty. Po tych przeżyciach priorytetem w całej Europie staje się ochrona zdrowia matki i dziecka. W pierwszym dziesięcioleciu przyrost naturalny w Polsce wynosi pół miliona narodzin rocznie. Nazywa się to wyżem kompensacyjnym – ludzie chcą nowym życiem zalepić wyrwę po tych, którzy odeszli. Jednocześnie rozpoczyna się proces masowego przenoszenia porodów do przestrzeni szpitalnej. Statystyki mówią, że w 1956 roku czterdzieści trzy procent Polek rodziło w szpitalu, w latach osiemdziesiątych było to już prawie sto procent.

Kolejny wyż demograficzny lat siedemdziesiątych i osiem­dziesiątych przypadł na czas, w którym na polskich porodówkach panuje totalitaryzm. Szpital położniczy przypominał wówczas fabrykę do rodzenia dzieci, a rola położnika – pracę na taśmie produkcyjnej. Kobieta ma jedno zadanie – nie przeszkadzać i oddać swoje ciało w ręce ekspertów. Prawa pacjenta to wówczas pojęcie równie abstrakcyjne jak prawa obywatela.

W krajach zachodnich, niedotkniętych ustrojem socjalistycznym, ciąża i poród zostają złożone na innym ołtarzu – technologizacji. Kobiety rodzące we współczesnym szpitalu przypominają według brytyjskiej antropolożki Sheili Kitzinger wieloryby wyrzucone na brzeg. Unieruchomione i bezwolne, podłączone kabelkami do urządzeń monitorujących czynność skurczową macicy, tętno płodu. Rodząca musi leżeć spokojnie, bo każdy ruch może zaburzyć działanie aparatury. Narodziny jej dziecka są rejestrowane, poddawane pomiarom i sterowane. A ona – podłączona do tej ultranowoczesnej maszynerii, czuje się wreszcie bezpieczna. Wraz z rozwojem medycyny, diagnostyki i szpitalnictwa w XX wieku dochodzi do rzeczy fantastycznej – obniżenia wskaźnika umieralności dzieci przy porodzie i zgonów matek. Ale cena poniesiona przez naturę jest wysoka, bo poród z naturalnego procesu fizjologicznego staje się chorobą, a rodząca – przykutą do nowoczesnej aparatury „pacjentką”, z której trzeba sprawnie wydobyć dziecko.

Dopiero w 1994 roku dochodzi w Polsce do rewolucji. Rozpoczyna się akcja „Gazety Wyborczej” Rodzić po Ludzku, zainspirowana kongresem „Jakość narodzin, jakość życia”, która z biegiem czasu zamienia się w stałą działalność fundacji o tej samej nazwie. Poród, do tej pory temat wstydliwy, niegodny, przemilczany, nagle staje się centrum debaty publicznej i politycznej. W gazecie pojawiają się świadectwa kobiet, które przerywają milczenie i skarżą się na polskie porodówki, pokazują brudną i przemocową twarz polskiej służby zdrowia. Opowiadają o uprzedmiotowieniu człowieka, upokarzających procedurach, fatalnym wyposażeniu sal i braku empatii personelu medycznego, również położnych. To wykrzyczenie bólu staje się jutrzenką zmian. Proces przeistoczenia wspiera derejonizacja szpitali. Odkąd kobieta może sama wybrać miejsce, w którym chce urodzić, niektórzy dyrektorzy placówek zamieniają się w sprawnych menadżerów, którzy wreszcie otwierają się na nowinki położnicze, bo zależy im na klientkach – pozwalają na wannę na sali porodowej, porody rodzinne, kontakt skóra do skóry, pozycje stojące i kuczne, pojedyncze sale o pięknie brzmiących nazwach i znieczulenie.

Ale to nie koniec. Na naszych oczach dochodzi do jeszcze jednego przełomu, który bezpośrednio dotyczy treści zawartych w tej książce. Od kilku lat w wielu krajach Europy Zachodniej, Skandynawii, również w Polsce rośną prestiż i autonomia zawodowa położnych. Tak jakby dzieje położnictwa zatoczyły koło i znowu się feminizowały. Ten sukces zawdzięczamy między innymi mężczyźnie – Michelowi Odentowi, guru francuskiego położnictwa, który na początku lat osiemdziesiątych w swojej klinice w Pithiviers pod Paryżem wskrzesił sztukę akuszerstwa. Zaobserwował rzecz zdawałoby się banalną, o której nasze babki wiedziały już dawno: że sposób, w jaki kobieta przeżywa poród, w dużym stopniu zależy od osoby jej asystującej. Kiedy rodzącym towarzyszą samodzielne położne, automatycznie maleje liczba interwencji medycznych, a porody stają się bezpieczniejsze. Odent postawił kropkę nad „i”, oddając w swojej klinice władzę położnym. Uznał, że męskie położnictwo nie ma przyszłości. Ten nowy kierunek w myśleniu o porodach ma daleko idące konsekwencje. Podważa sens galopującej medykalizacji, każe nam zastanowić się nad miejscem medycyny w naszym życiu, której macki powoli wkradają się we wszystkie obszary ludzkiego funkcjonowania. Pokazuje, że czasami od zaawansowanej technologii ważniejsza jest obecność wspierającej i kompetentnej osoby.

W trakcie pracy nad tą książką odkryłam, że rozmowy z mundrymi mają jeszcze jeden bardzo ważny wymiar. Dzieje położnictwa to tak naprawdę historia kobiecego ciała. Położne stały się dla mnie przewodniczkami po tej sferze. Okazało się, że sala porodowa to wyjątkowe miejsce, w którym objawiają się różne mody, zwyczaje, tendencje i przekonania związane z naszym postrzeganiem cielesności. To przestrzeń, w której kultura spotyka się z naturą. Nasza niechęć do fizjologii – z bólem, krwią i dziwnymi maziami. Nasza potrzeba kontroli ciała – z tym, co pierwotne, intuicyjne i nieujarzmione. Nasz indywidualizm – z tym, co uniwersalne. To miejsce, w którym musimy porzucić zdobytą wiedzę, konwenanse, pozycję społeczną i wrócić do swojej dzikiej części, płci, biologii, choć tak długo od niej uciekałyśmy. To właśnie z ust położnych dowiedziałam się, jak na przestrzeni tych osiemdziesięciu lat zmieniały się w Polsce koncepcje porodu i kobiecości. Jak przeobraziło się podejście do narządów płciowych i tematów tabu. I w końcu jak odkrycia naukowe – na przykład antykoncepcja hormonalna czy metoda in vitro – przedefiniowują pojęcie „natury” w XXI wieku. Zrozumiałam, że Katarzyna Oleś, jedna z moich bohaterek, ma rację – wybór sposobu rodzenia dotyka tego, co w człowieku najważniejsze.


Maria Romanowska (ur. 1975) – położna, podróżniczka, dawniej tłumaczka z języka francuskiego. Skończyła Medyczne Studium Zawodowe nr 2 w Warszawie oraz studia licencjackie na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Pracuje w Szpitalu Świętej Zofii w Warszawie, przyjmuje porody na bloku porodowym oraz w przyszpitalnym Domu Narodzin, poza tym prowadzi niezależną praktykę położniczą. Towarzyszy kobietom w czasie ciąży, przyjmuje porody domowe, wykłada w szkole rodzenia, szkoli położne i publikuje. Członkini Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Przemierza świat, mówi w kilku językach i często przyjmuje porody cudzoziemek.

Wypuszczam samicę

Czasem kobieta mówi mi, że mdleje na widok krwi. Że to krwawienie po porodzie jest takie ohydne. Wtedy odpowiadam: „Przepraszam, czy pani mdleje co miesiąc, zmieniając podpaski? To jest część pani ciała!”. Są kobiety, które mają tak ekstremalne podejście do tego tematu. Są też takie, które nie wiedzą, jak wygląda ich „cipka”. Nie wiedzą, co to jest szyjka macicy. Nie potrafią jej dotknąć. Nie wiem, czy ktoś robił badania, jaki odsetek populacji dotknął własnej szyjki macicy. Według mnie połowa populacji się na tym rozkłada.

Jak zareagowało twoje otoczenie na pomysł zostania położną?

Rodzicom jest mnie żal. Zawsze mi mówili: „Mary, nie idź na medycynę, to nie jest robota dla kobiety. Twoje życie rodzinne, osobiste legnie w gruzach – dyżury, system zmianowy i tak dalej”. No i zostałam położną. Finał jest taki, że dyżuruję cały czas. Jestem non stop pod telefonem i de facto nie wiem, czy w czasach największej aktywności zawodowej mój ojciec chirurg był aż tak zabiegany i czy jego życie było aż tak nieprzewidywalne jak moje. Weszłam w coś, czego rodzice dla mnie nie chcieli.

Z kolei mój mąż po latach mi wyrzucił: „Wiedziałaś, w co się pakujesz. Wiedziałaś, że pójdziesz zarabiać psie pieniądze do państwowego szpitala, że ciągle cię nie będzie w domu, a jak już będziesz, to niewyspana”.

A znajomi?

Gdy im powiedziałam, że będę położną, to spojrzeli na mnie jak na kretynkę. To tak jakbym im oświadczyła, że będę się realizować jako kucharka albo salowa – nic nie ujmując tym zawodom. Prawie wszyscy poszli na studia humanistyczne: historia, prawo, dziennikarstwo, socjologia, biznes, etnografia. Tylko ja w takim kierunku… Dla nich zawód położnej był tożsamy z…

Marginesem?

To niestosowne określenie, bo położne bardzo ciężko pracują. Myślę, że znajomi widzieli w tym zawodzie zerowy poziom społecznego szacunku, brak wykształcenia uniwersyteckiego. W tamtych czasach ukończenie szkoły położnych nie dawało mi wyższego wykształcenia, dopiero później musiałam zrobić studia pomostowe.

Co dokładnie mówili twoi przyjaciele?

Ci, którzy mnie znali bliżej, mówili: „Mary, co ty gadasz? Napisałaś jedną z najlepszych prac maturalnych w naszym liceum, miałaś świetne oceny. Nie rób tego. Idź chociaż na romanistykę”. Dwa razy starałam się dostać na medycynę, ale mi się nie udało. Dziś Bogu dziękuję, bo wiem, że nie byłabym dobrym lekarzem.

Ale nie zrezygnowałaś?

Miałam ugruntowany pomysł na życie. Zdecydowałam, że będę położną. Moi kumple, z którymi piję czasem piwo, nie będą wpływać na to, jaki zawód wybieram.

W końcu stanęło na twoim. Koleżanki dzwonią, gdy są w ­ciąży?

Tak, odzywają się. Przyjęłam na świat dzieci większości moich przyjaciół.

Najprostsze z możliwych pytań: „Dlaczego chciałaś zostać położną?”.

Niektórzy interesują się psychologią, a niektórzy porodami. Uważam, że narodziny dziecka to niesamowita chwila w życiu człowieka. Jestem głęboko przekonana, że jako położna uczestniczę w wyjątkowym wydarzeniu, jakim jest poród, i jest mi smutno, kiedy ktoś nie widzi, że to jest coś niezwykłego. Nie wtedy, gdy piętnastolatka rodzi nieplanowane dziecko, ale gdy trzydziestopięcioletnia biznes­woman czy też inna nowoczesna kobieta, która zaplanowała, że właśnie teraz zostanie mamą, pyta po porodzie, czemu maluch w nocy płacze. A już największym smutkiem napawa mnie to, że dorosłym ludziom muszę mówić wielkimi literami, że dzieci trzeba przytulać. Jest mi wtedy przykro, mam ochotę się rozpłakać. Ktoś był dziewięć miesięcy w brzuchu i był non stop przytulany, a teraz już nie jest… Ma leżeć spokojnie w łóżeczku, bo mama ma prawo do swojego ciała, bo jest nowoczesną kobietą.

Nie chcę generalizować, oczywiście nie każda dojrzała kobieta ma takie relacje ze swoim dzieckiem, tak samo jak nie każda piętnastolatka potrafi dobrze zająć się niemowlakiem.

Czy to znaczy, że odczuwamy lęk przed małym dzieckiem, małym ciałkiem?

Raczej przed przyjęciem do wiadomości, że nawet w XXI wieku nie wszystko da się skontrolować i załatwić. Dam taki przykład. Para ma około trzydziestu czterech lat i dochodzi do wniosku, że nadszedł czas na dziecko. Odstawiają antykoncepcję i za miesiąc, dwa ma się udać. A jak się nie udaje, to już sześć miesięcy później robią sobie sztuczne zapłodnienie, bo przecież tak zaplanowali. W trzydziestym piątym roku życia mieli spłacić kredyt, mieć dziecko i tak dalej… Żeby była jasność, nie mam nic przeciwko leczeniu niepłodności…

Fizycznie cierpię, kiedy widzę parę trzydziestoparolatków patrzących na leżące w szpitalnym wózeczku dziecko, które rozpaczliwie wyje. Jedyny ruch, który ewentualnie ci rodzice wykonują, to bujanie tym wózeczkiem. I są źli, bo dziec­ko nie powinno płakać, skoro zjadło i zostało przewinięte. Dlaczego nie śpi? Przecież miało spać. I to nie są ludzie z rodzin patologicznych, alkoholowych, których tłuczono i nikt ich nigdy nie przytulił. Oni wiedzą, co to znaczy przytulić człowieka. Nie mówię, że tak zachowują się wszyscy, ale pracując w dużym mieście, spotkałam też takie reakcje.

 

Może sami nie byli przytulani?

To niemożliwe. Może wpływ na to mają ich własne narodziny? Albo fakt, że w naszym życiu udaje się nam bardzo dużo rzeczy zaprogramować i zrobić zgodnie z naszymi oczekiwaniami? Chcemy, żeby dziecko o godzinie dwudziestej trzeciej trzydzieści spało. Ale to pewnie wierzchołek góry lodowej, są też inne czynniki.

Dziecko uniemożliwia kontrolowanie wszystkiego?

Tak mi się wydaje. Bo można bardzo wiele w życiu zaplanować, ale nie można zaplanować porodu. Nie uda ci się zaprogramować dziecka jak pralki, która włącza się lub wyłącza o konkretnej godzinie.

Poród dla takich nowoczesnych kobiet też jest problemem?

To zależy od kobiety.

Czy masz wrażenie, że częściej odczuwają potrzebę medykalizacji?

Często tak, bo świat poszedł technicznie do przodu. Mam świetny samochód, piorę wygodniej, niż prała moja babcia, robię zakupy łatwiej niż mama. Dlaczego nie mam rodzić łatwiej niż one?

Bez bólu?

Szybciej, bez bólu, z mniejszym wysiłkiem.

Kobiety tego oczekują?

Tak, choć jest też bardzo wiele kobiet, które funkcjonują w sposób bardzo nowoczesny, są feministkami, świadomymi swoich praw, a mówią, że macierzyństwo przegrupowało i przewartościowało im pewne sprawy. Macierzyństwo pokazało im, że są rzeczy, które da się kontrolować i których kontrolować się nie da. Rzeczy ważne i ważniejsze. Nie chciałabym generalizować.

Czego kobiety boją się przed porodem?

We wszystkich społeczeństwach, nie tylko w naszych wysoko rozwiniętych, jest coś takiego jak lęk przed porodem. W każdej kulturze ma inne przyczyny. Lęk przed porodem może wynikać ze strachu przed bólem, ale też z prawdziwych lub nieprawdziwych relacji porodowych, czyli z tego, co nam naopowiadały inne kobiety. Może też brać się z uwarunkowań społecznych. Odeszliśmy od rodzin wielopokoleniowych, w których matki i babki rodziły razem w czerwonym namiocie. Nie wiemy, jak się rodzi. Możemy też bać się z najbardziej podstawowego i odwiecznego powodu: narodziny to wydarzenie ślizgające się na granicy życia i śmierci. Można użyć różnych słów, że to jest mistyczne, że to jest duchowe, że to jest niebezpieczne, ale na granicy pierwszego i drugiego okresu porodu, w tym słynnym kryzysie siódmego centymetra rozwarcia, wyrzut adrenaliny jest tak duży jak w sytuacji zagrożenia życia.

Jakie to motywujące…

Tak. To ma ci dać kopa, żebyś dziecko urodziła. Im dalej wstecz w historię ludzkości, tym częściej narodziny były związane ze śmiercią lub zagrożeniem zdrowia matki lub dziecka. Cokolwiek by tu gadać, kobiety i dzieci umierały dużo częściej, wszyscy byli jednak z tym faktem pogodzeni. Kiedyś natknęłam się na zapiski położnej sprzed wieków, jakieś bardzo stare. Pisała, że gdy wracała do domu, to matka, która też była wioskową akuszerką, pytała ją: „I jak, żyje czy nie żyje?”. Jeśli współczesnej położnej w sytuacji okołoporodowej umrze kobieta albo dziecko, to pamięta to przez resztę życia. Możesz w całym życiu zawodowym nie mieć żadnej śmierci.

Co ci to powiedziało o twojej pracy?

Wtedy było większe przyzwolenie na śmierć i na stratę. Śmierć była obecna wokół porodu zawsze.

I jest obecna. Tylko czy my jej nie wypieramy?

Przypominam ci, że jak dzisiaj w wyniku porodu umrze kobieta lub dziecko, to jest to ewenement. Statystyki się zmieniły. Myślę, że archetypowo siedzi w nas to, że narodziny i śmierć są silnie ze sobą związane, że to są granice dwóch światów. Jeżeli spojrzymy na tę kwestię bardziej od strony intelektu, świadomości, to dojdziemy do wniosku, że lęk przed porodem bierze się ze społecznego odejścia od tematu natury, ciała. Współczesne kobiety nie oglądają porodów.

Czy któraś dziewczyna powiedziała ci, że boi się śmierci?

Tak, zdarzyło mi się kilka razy.

Jak pomóc kobiecie przejść przez ten lęk?

Za mało danych, żeby odpowiedzieć. Wszystko zależy od sytuacji, w której ta dziewczyna mi to powiedziała. Jakie są przyczyny i jaka jest to osoba.

Jeżeli kobieta na zimno mówi, że boi się śmierci, to staram się dowiedzieć, z czego wynika jej lęk, czego konkretnie się boi. Jeśli usłyszę od kobiety: „Strasznie się boję, że umrę”, to chociażby była najzdrowsza na świecie, nie zakwalifikuję jej do porodu w domu, bo możliwe, że ona wie, co mówi, i rzeczywiście pojawią się jakieś powikłania albo lęk będzie na tyle silny, że będzie je powodował. Kobieta może mi na przykład powiedzieć, że jej matce podczas porodu pękła macica. Odratowali ją albo i nie. Mam wtedy konkret. Pytam, czy tego się boi. Jeśli potwierdzi, opisuję jej objawy pęknięcia macicy podczas porodu. Mówię, jakie są sposoby monitorowania matki i dziecka. W jakim tempie się reaguje. W jakich sytuacjach ta macica pęknie prędzej niż w innych. Ale nie mogę nikomu dać gwarancji, że nic złego się nie wydarzy. W położnictwie nie ma pewników.

Wiedza łagodzi lęk?

Tak. Czasami przy takim pakiecie niezbędnych informacji kobieta stwierdza: „No tak, bo moja mama rodziła w latach siedemdziesiątych. Podłączyli jej ciurkiem oksytocynę, zapewne bez żadnej kontroli. Zostawili ją samą na sali porodowej, a ona krzyczała, że ma skurcz, który się nie kończy, i nikt nie reagował”. Potem pyta: „Rozumiem, że mnie to się nie przydarzy?”. Odpowiadam jej, że nie, bo my mamy takie pompy, które wyliczają, ile mililitrów leku podawane jest na godzinę. Poza tym cały czas kobietę obserwujemy. Dzisiaj już nie jest tak, że położna włącza oksytocynę i przychodzi za trzy godziny. Rodząca zawsze może wstać z łóżka i powiedzieć, że coś ją niepokoi.

Jak Polki podchodzą do swojej fizyczności? Czy w kontekście porodu ważny jest nasz stosunek do ciała?

Bardzo ważny. Jeśli kobieta ma zły kontakt z samą sobą i swoim ciałem, to przy porodzie to wyjdzie.

Albo w ogóle nie ma.

Czasem kobieta mówi mi, że mdleje na widok krwi. Że to krwawienie po porodzie jest takie ohydne. Wtedy odpowiadam: „Przepraszam, czy pani mdleje co miesiąc, zmieniając podpaski? To jest część pani ciała!”. Są kobiety, które mają tak ekstremalne podejście do tego tematu. Są też takie, które nie wiedzą, jak wygląda ich „cipka”. Nie wiedzą, co to jest szyjka macicy. Nie potrafią jej dotknąć. Nie wiem, czy ktoś robił badania, jaki odsetek populacji dotknął własnej szyjki macicy. Według mnie połowa populacji się na tym rozkłada. Na szczęście są też kobiety, które mają świetny kontakt ze swoim ciałem, więc nie można generalizować.

Co to znaczy „świetny kontakt ze swoim ciałem”?

Wiele osób myśli, że nie po to ludność wymyśliła komputery i szybko latające samoloty, żeby potem wracać do swojej dzikiej, zwierzęcej natury. Cofać się w ewolucji. Ale w czasie porodu ważne jest wypuszczenie z siebie dzikiej samicy. I będę się przy tym upierać.

Nawet gdy ta samica nie jest ładna czy estetyczna?

Tak, ona ma być zwierzęciem. Takim samym, jakim jesteśmy w sytuacjach seksualnych czy macierzyńskich. Zwierzęta nie znają pojęć ładne–brzydkie, estetyczne–nieestetyczne.

Dlaczego to pomaga w czasie porodu?

Bo mózg przeszkadza. Najlepiej mówił o tym Michel Odent, francuski położnik. Intelekt zaburza funkcjonowanie starej kory mózgu, odpowiedzialnej za odruchy i wyrzut hormonów, niezależny od naszej woli. Człowiek tym się różni od innych ssaków, że w jego mózgu jest neokorteks, czyli kora nowa. To jest ta część mózgu, która jest odpowiedzialna za myślenie logiczne. Inne ssaki jej nie mają. Nie ma ona nic wspólnego z naszymi odruchami i z mechanizmami warunkującymi przetrwanie: oddychaniem, pobieraniem pokarmów, wydalaniem, rozmnażaniem się. Aktywny intelekt może zaburzać funkcjonowanie tej starej kory, odpowiedzialnej za instynkty. A rodzenie jest działaniem instynktownym. Instynktowi warto zaufać.

Czyli nie jest prawdą to, co mówi się wielu kobietom, że nie potrafią urodzić?

Nie, to nie jest prawda. Gdyby kobieta nie potrafiła rodzić, to w toku ewolucji albo przystosowałaby swój organizm, żeby nauczył się rodzić, albo ludzkość by wyginęła. Jak na razie nie wyginęła i ma się dobrze.

Z biologicznego punktu widzenia kobiety zostały stworzone po to, żeby urodzić i wychować potomstwo, a przez to przedłużyć życie gatunku. Dziś mogą sterować swoją wolą. Mogą chcieć lub nie chcieć dzieci.

Mają do tego instrumenty.

Tak, ale jeżeli masz już dziecko w brzuchu, w większości wypadków uda ci się je urodzić, bo do tego twoje ciało zostało stworzone. A jeśli jest zagrożenie, że ci się nie uda, to masz fart, bo żyjesz w czasach rozwiniętej medycyny i ktoś ci pomoże.

Często spotykasz się z obawami, że: „nie dam sobie rady?”.

Bardzo często. Gdy kobieta na jakimś etapie porodu mówi, że już nie daje rady, to jest to bardzo ludzkie, normalne zjawisko. To objaw kryzysu, który warunkuje wyrzut adrenaliny. Lęk przed porodem też jest czymś naturalnym. Kobietom często pod koniec ciąży śnią się złe sny, koszmary porodowe. I to jest dobre, nie ma się czym martwić. Ich umysł się oczyszcza, wyrzuca lęki na zewnątrz.

Nie martwię się, gdy kobieta mówi, że boi się porodu. Bo każdy boi się nieznanego. Jeśli jednak kobieta stwierdza, że na pewno nie umie urodzić dziecka, że potrzebuje wspomagaczy – znieczulenia, kroplówki z oksytocyną – to pytam ją, jak rodziła jej babcia. Bez tych wszystkich nowoczesnych wynalazków. „Czym ty się różnisz od swojej babci?” Zanim powiesz, że ból okołoporodowy jest dla ciebie zbyt trudny, poczekaj, aż naprawdę zacznie cię boleć. Poczekaj, aż zobaczysz, jaki ten ból jest. Może rzeczywiście uznasz, że, dzięki Bogu, nie rodzisz w czasach swojej babci, i poprosisz o znieczulenie. Ale nie zakładaj, że nie umiesz urodzić dziecka, bo to nieprawda.