Miłość pod naszym niebemTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


Anielce & Gabrielce

Moim darom Bożym

Wpatrywała się w zwykłą szklankę umieszczoną w metalowym uchwycie. Słońce mocno przygrzewało, intensyfikując zapach ostatnich róż damasceńskich. Były piękne, ale kwitły zdecydowanie za krótko. Niepewność szarpała jej serce. Minął już miesiąc od otrzymania wiadomości od Józka. Codziennie wypatrywała go na drodze. Nie mogła spać, nerwowo odliczała kolejne godziny. Przeszłość wciąż do niej wracała. Przed oczami miała małego chłopczyka – jego uśmiech, pierwsze próby raczkowania, chodzenia. Pytania, które jej nieustannie zadawał, i smutne spojrzenie oczu, których blask gasł wraz z kolejnym rokiem. Im był starszy, im więcej rozumiał, tym bardziej stawał się zgorzkniały i wybuchowy. Helena doskonale to pamiętała. Miała nadzieję, że wreszcie odzyskał radość życia. Oczekiwanie na jego wizytę było dla niej straszną męką. Nic jej nie cieszyło. Była tak blisko spełnienia swojego marzenia... Nie mogła się doczekać, kiedy porozmawia z Józkiem, dotknie go, przytuli.

– A ty co tak siedzisz i rozmyślasz? – zapytał zmartwionym głosem Stefan, wchodząc na podwórko przyjaciółki.

– Och, przestraszyłeś mnie! – odpowiedziała Helena, którą głos przyjaciela wyrwał z zamyślenia.

– Widzę. Siedzisz i myślisz. Nawet w sklepie wczoraj nie byłaś. Przywiozłem ci chleb – burknął, nie chcąc zdradzić, co naprawdę czuł. Martwił się o Helenę, teraz jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. – Dalej nie masz żadnych wiadomości od Józka?

– Dziękuję za chleb. Karolina zrobiła mi zakupy, więc nie szłam do wsi. A jeśli chodzi o Józka, to nie, nie mam żadnych nowych wiadomości. Coraz bardziej się tym denerwuję. Może tylko żartował i wcale nie zamierza przyjeżdżać? – zapytała łamiącym się głosem.

– Przestań, to dorosły chłop. Na pewno mu nie w głowie takie szczeniackie żarty. Jak ma być, to będzie. Lepiej nalej mi kompotu, bo się zgrzałem. Ciepło od pioruna. – Westchnął, podwijając rękawy koszuli.

– Chyba za grubo się ubrałeś. Jest ze trzydzieści stopni, a ty w koszuli z długimi rękawami. Nawet kot schował się w cieniu. – Helena pokręciła głową z dezaprobatą.

– Nie będę przez wieś jeździł jak te fircyki, co to za grosz wstydu nie mają. Niedziela jest, to i wyglądać trzeba.

Helena w duchu przyznała mu rację. Ją też gorszył ubiór niektórych osób. Nie była pruderyjna i zazwyczaj nie przeszkadzały jej skąpe stroje, w jakich teraz lubowali się ludzie, ale gdy widziała w kościele kobiety w sukienkach na ramiączkach i mężczyzn w spodenkach, dziwiła się, że ksiądz ani słowem tego nie skomentował.

Wróciła z kompotem, do którego wrzuciła kilka świeżych listków mięty dla orzeźwienia, oraz drożdżowymi bułeczkami z porzeczkami.

– Proszę. Pewnie zgłodniałeś – wyszeptała, podsuwając mu talerzyk z drożdżówkami.

– Nie, ale takich przysmaków nie jadam zbyt często, więc nie odmówię.

Helena usiadła i smutnym wzrokiem obrzuciła pięknie kwitnące malwy, których rozwinięte kwiaty okalały przednią ścianę domu. Pyszniły się bogactwem kolorów i dostojeństwem postawy, ale nawet widok ulubionych kwiatów nie był w stanie poprawić jej nastroju.

– U ciebie też stonka zaatakowała kartofle? – zagadnął nieporadnie Stefan.

– Stonka? A... Nie... Nie wiem. Nie sprawdzałam. – odpowiedziała, patrząc na niego ze zdziwieniem.

– No to najwyższa pora sprawdzić – prychnął. – Chyba że nie chcesz zrobić zapasów na zimę.

– Tak, tak, masz rację. Muszę to sprawdzić.

– Widzę, że dzisiaj sobie nie pogadamy. Ale to nic. Pomilczeć też jest dobrze.

Helena nawet nie zareagowała. Stefan udawał obojętność, ale w głębi serca bardzo się niepokoił. Nie wiedział, jak mógłby pomóc jedynej osobie, na której w życiu mu zależało. Był coraz bardziej zły na Józka, który po tylu latach milczenia rozbudził w Heli nadzieję. Nie radziła sobie z emocjami, a każdy kolejny dzień czekania odbijał się na jej zdrowiu. Schudła ostatnio i postarzała się o dobrych parę lat. Jej drobna twarz codziennie pokrywała się nowymi zmarszczkami. Nic nie mógł z tym zrobić, a bezradność była czymś, czego nie znosił.

Hania szybko wyszła z obory. Od kilku dni źle się czuła. Kręciło jej się w głowie i brakowało sił nawet na najprostsze czynności. Trzęsącymi się dłońmi zdjęła roboczy fartuch i podeszła do pompy, aby ochłodzić twarz wodą. Zapach krów przyprawił ją o mdłości. Zdezorientowana, wdychała szybko świeże powietrze, próbując uspokoić rozdygotany żołądek. Umoczyła rąbek fartucha i obtarła nim kark i ramiona. Przyniosło jej to chwilową ulgę, ale nadal była bardzo słaba.

– Haniu, co ci jest? Źle się czujesz? – zapytał z troską Janek, podchodząc do opierającej się o pompę żony.

– Nie wiem. Jakoś mi słabo. Łapie mnie chyba coś.

– Idź do domu i się połóż. Pewnie gdzieś cię przewiało. W oborze tyle przeciągów, że łatwo się przeziębić.

– Nie, to na pewno nie jest przeziębienie. Prędzej grypa żołądkowa. – Westchnęła, prostując się z trudem. – Świeże powietrze i chłodna woda trochę mi pomogły. Zaraz mi przejdzie. Zrobię kawę i przygotuję śniadanie. Jak zjem coś konkretnego, to lepiej się poczuję.

– Skoro tak twierdzisz, to tak zrób. Dokończę obrządek i przyjdę.

Hania popatrzyła na odchodzącego męża. Jego widok zawsze ją rozczulał. Mimo upływu lat wciąż czuła się jak młoda mężatka – kochana i rozpieszczana. Naprawdę czekała na każdą chwilę, którą mogła spędzić sam na sam z Jankiem. Nie było ich wiele, bo w gospodarstwie cały czas było coś do roboty, a i dzieciaki wymagały opieki. Na szczęście były już na tyle samodzielne, że przynajmniej wieczory były już spokojniejsze niż kiedyś. Tomek jest już prawie dorosły, a i Dominika jako nastolatka coraz częściej znika gdzieś z koleżankami. Dzięki Bogu po nerwowym początku, spowodowanym chorobą Tomka i podejrzeniami o nowotwór, lato toczyło się w swoim zwykłym tempie, które na wsi – inaczej niż w mieście – właśnie o tej porze roku nieco przyśpieszało. Mimo nawału obowiązków wciąż potrafili z Jankiem cieszyć się sobą, a gorące letnie noce jak co roku podsycały żar, który od tylu lat niezmiennie towarzyszył ich małżeństwu.

Rozmyślania o tym, jak bardzo jest szczęśliwa u boku męża, zawsze nastrajały Hankę pozytywnie. Teraz też poczuła, że wraca jej energia. Mdłości minęły, więc miała nadzieję, że to był tylko chwilowy spadek formy. Latem w gospodarstwie jest tyle pracy, że na chorowanie po prostu nie ma czasu. Ruszyła ku domowi. Z przyjemnością wzięła gorący prysznic. Wykąpana i przebrana w czyste ciuchy, pełna nowej energii zabrała się do przygotowywania śniadania. Lubiła swoją przestronną kuchnię, a gotowanie i pieczenie sprawiało jej wiele radości. Postanowiła zrobić pyszną jajecznicę z kiełbasą i szczypiorkiem. Z uśmiechem otworzyła lodówkę, szybko ją jednak zamknęła. Nieprzyjemny zapach, który się z niej wydobył, spowodował, że żołądek znowu zaczął jej drżeć.

– Fuj... Chyba coś się zepsuło. Śmierdzi niesamowicie. Będę musiała ją porządnie wyczyścić. – Z niechęcią popatrzyła na drzwi lodówki. Od razu straciła apetyt.

– Śniadanie gotowe? – przerwał jej rozmyślania Janek, wchodząc do kuchni.

– Jeszcze nie, zaraz zrobię kawę, a ty idź się kąpać. I wyszoruj się porządnie, bo mi tu w kuchni czuć oborą.

– Tak jest, szefowo! Wszystko wedle rozkazu – zażartował Janek, zobaczywszy jej minę.

– Ty się nie śmiej, tylko znikaj stąd! Muszę wywietrzyć w kuchni.

Janek, zdziwiony, spojrzał na żonę. Co prawda zawsze pilnowała, żeby smród gospodarstwa nie wchodził do domu, ale nigdy z taką determinacją nie wyrzucała go z kuchni. Przecież była przyzwyczajona do wiejskich zapachów.

– Na pewno dobrze się czujesz? – zapytał z troską w głosie.

– Tak, ale idź już się kąpać.

Otworzyła okna na oścież, zastanawiając się, czy faktycznie nie złapała jakiegoś wirusa. Wyjęła ich ulubioną zastawę śniadaniową, położyła na desce chleb, masło i pomidory. Stwierdziła, że zwykłe kanapki wystarczą, dopóki nie wyczyści lodówki i nie sprawdzi, co się zepsuło. „Lepiej wyrzucić nadpsute jedzenie niż ryzykować zatrucie”, pomyślała, wstawiając wodę na kawę. Liczyła na to, że odpowiednia dawka kofeiny postawi ją na nogi i doda jej energii, którą dziś wyjątkowo trudno było jej z siebie wykrzesać.

– Jestem! Czysty i pachnący! – po chwili odgłos bulgoczącej w czajniku wody zagłuszył Janek. Zdążył już wziąć szybki prysznic i się przebrać. Śpieszył się, bo był naprawdę głodny. Od samego rana na nogach, nie zdążył nawet wypić kawy. Nasypał kawy do dwóch kubków, a Hanka do obu nalała wrzątku.

– Paskudztwo... Chyba coś nie tak z wodą... Albo za mocno spalili ziarna... – stwierdziła Hania, z niesmakiem przełykając pierwszy łyk.

Janek, po raz kolejny tego poranka, nieco zdziwiony spojrzał na żonę. Nigdy nie przywiązywała wagi do gatunku kawy, więc rzeczywiście z tą dzisiejszą musiało być coś nie tak. Od razu chwycił za swój kubek.

– Naprawdę? Mnie smakuje. Jest taka jak zawsze...

– Nie czujesz? Jest kwaśna.

– Nie. Nie jest kwaśna. Może naprawdę czymś się zatrułaś, skoro odrzuca cię od kawy?

– Nie wiem, może. Jakoś tak dziwnie się czuję.

– Ostatnio tak reagowałaś na kawę, gdy byłaś w ciąży z Dominiką – zażartował Janek, smarując kromkę domowego chleba grubą warstwą masła. – Pamiętasz? Nawet lodówki nie mogłaś otworzyć, tak byłaś wyczulona na zapachy.

 

– Lodówka... – z przerażeniem szepnęła Hania.

– Co?

– Boże, to niemożliwe!

– Co jest niemożliwe? – zapytał niewyraźnie Janek, który właśnie ugryzł pierwszy kęs kanapki z pomidorem.

– Kawa, lodówka, zapachy, nudności... Janek!

– Co Janek? – odparł, niemal krztusząc się okruszkami chleba.

– Janek! Przecież to są objawy ciąży.

– Nie żartuj sobie. Przecież to niemożliwe – szepnął poważnie, nieruchomiejąc z kanapką w dłoni.

– Nie będę cię tu uświadamiać... Dobrze wiesz, że możliwe... – Popatrzyła na niego, uśmiechając się, choć w jej oczach zamiast radości widać było raczej przerażenie.

Jankowi zrobiło się gorąco. Owszem, mieli ostatnio kilka okazji, by Hanka mogła zajść w ciążę, poza tym od lat się nie zabezpieczali. Hanka chyba nawet nie obserwowała swojego cyklu, bo przy poważnych problemach z tarczycą, z którymi się borykała, trudno było cokolwiek ustalić. Po tak długim czasie starania się o trzecie dziecko właściwie przestali o tym myśleć. Lekarze nie dawali im już nadziei, więc uznali, że widocznie nie będą mieć już więcej dzieci. Na początku bardzo ich to męczyło, ale od jakiegoś czasu byli z tym pogodzeni.

– Haniu, ale to by była przecież wspaniała wiadomość... – po chwili szoku Janek zdołał wypowiedzieć na głos myśl, która pojawiła się w jego głowie, jak tylko dotarło do niego to, co zasugerowała Hanka.

– Janek! Czyś ty oszalał? Ja jestem za stara na rodzenie dzieci... Poza tym ja nie jestem zupełnie zdrowa – szepnęła przerażonym głosem.

– Za stara? Co ty opowiadasz? – Podszedł do niej i przytulił ją delikatnie. – Przecież dalibyśmy sobie radę z opieką nad dzieckiem. Masz do pomocy Dominikę, Tomka...

– Nie rozumiesz! – Odsunęła się od niego ze złością. – To nie chodzi o to, że nie dam sobie rady! Ja mam trzydzieści osiem lat! To już nie jest wiek na rodzenie dzieci. To jest ogromne ryzyko... – W głowie Hani tłukło się tysiące myśli. Przed oczami miała przerażające wizje. Tyle się nasłuchała i naczytała o tym, jak bardzo wraz z wiekiem matki wzrasta prawdopodobieństwo urodzenia chorego dziecka.

– Haniu, proszę cię. Nie martw się na zapas... – Janek kucnął przy żonie i spojrzał jej głęboko w oczy. – Nie płacz... Przecież jeszcze nawet nie wiemy, czy naprawdę jesteś w ciąży, a ty już jakieś czarne wizje roztaczasz. Daj spokój.

– Masz rację! Musimy to sprawdzić! – stwierdziła, wstając od stołu. – Jadę do apteki po test. Natychmiast!

– Ja pojadę. Jesteś tak zdenerwowana, że lepiej, żebyś nie prowadziła – odpowiedział stanowczo Janek.

– Nie będziesz wiedział, jaki kupić!

– Hanka, nie przesadzaj! To nie jest robot kosmiczny, tylko prosty test ciążowy. Myślę, że w aptece dadzą mi właściwy.

Zanim Hanka zdążyła mu powiedzieć, że ma kupić dwa dla pewności, już go nie było. Czas dłużył jej się niemiłosiernie. Chodziła z kąta w kąt, czekając, aż Janek wróci z apteki. Do głowy przychodziło jej tysiące myśli i dla zabicia czasu zaczęła przeglądać internet w poszukiwaniu wiadomości na temat późnego macierzyństwa. Jednak im więcej czytała, tym większe przerażenie ją ogarniało. O większości zagrożeń, które mogły towarzyszyć ciąży w jej wieku, nawet nie słyszała.

W końcu, zdenerwowana, ze złością odrzuciła telefon na stół i stanęła przy kuchennym oknie. Wpatrywała się w bramę, jakby myślami mogła przyśpieszyć powrót Janka. W duchu dziękowała Bogu, że dzieciaki jeszcze śpią. Dominika zawsze lubiła pospać, a Tomek był wczoraj na ognisku z Wiktorią i bardzo późno wrócił. Mimo że do tej pory syn nie dawał jej powodu do zmartwień, nie mogła pozbyć się obaw o jego przyszłość. Tomek wkroczył w trudny wiek dojrzewania, a doświadczenia ostatnich miesięcy i czekający go zabieg usunięcia wodniaka na jądrze dodatkowo skomplikowały mu życie. Bała się, że będzie próbował odreagować ten czas w jakiś głupi sposób. Tym bardziej że niemal całe wakacje spędza z Wiktorią, i trudno przewidzieć, co młodym może strzelić do głowy.

– Tak, ja to niedługo mogłabym babką zostać, a nie matką. Pamiętaj o tym, Panie Boże... – Westchnęła, spoglądając w niebo. – To absolutnie nie jest wiek na małe dziecko.

W tej chwili jej akty strzeliste ku niebu przerwał odgłos wjeżdżającego na podwórze samochodu. Jak oparzona wybiegła na werandę. Wydawało jej się, że Janek robi jej na złość i specjalnie odwleka moment wyjścia z auta.

– Złamałem chyba wszystkie możliwe przepisy, ale na szczęście... – W końcu wysiadł i z uśmiechem na ustach ruszył ku żonie. – Proszę. Cztery sztuki, każdy z innej firmy.

Wręczył Hance reklamówkę z zakupami.

Hanka słowem nie skomentowała jego słów. Jak oparzona pobiegła do łazienki. Zdenerwowana, trzęsącymi się dłońmi wyjęła testy i ułożyła je na pralce. Każdy wyglądał inaczej, więc postanowiła zacząć od instrukcji. Mimo że upłynęło kilka dobrych lat, od kiedy robiła ostatni test, to niewiele się zmieniło. Dwie kreski nadal sugerowały ciążę, chociaż, oczywiście, jak zapewniano w ulotkach, wynik nigdy nie był stuprocentowy.

– I jak tam? – zapytał Janek, pukając do drzwi łazienki.

– Jeszcze nie zrobiłam! – odburknęła.

„Cholera, raptem mu się śpieszy”, pomyślała ze złością.

Zazwyczaj darowała sobie czytanie wszelkich instrukcji, wierząc swojej intuicji i sprytowi. Teraz starała się jednak wykonać wszystko zgodnie z zaleceniami. Gdy umieściła odpowiednią ilość kropel moczu na każdym z testów, czas jakby stanął w miejscu. Zacisnęła mocno powieki i zaczęła się modlić do Świętej Rity. Miała nadzieję, że święta od spraw beznadziejnych wysłucha jej modlitw.

– I jak? – zapytał ponownie Janek zniecierpliwionym głosem.

– Nijak – szepnęła sama do siebie, pomstując na niecierpliwość męża. Nie mogła jednak dłużej zwlekać. Z obawą zerknęła na pierwszy test. Rysowały się na nim bardzo wyraźne dwie grube kreski. Z nadzieją, że to jakiś wadliwy egzemplarz, spojrzała na drugi. Na nim też pojawiły się dwa paseczki. Podobnie jak na trzecim i czwartym.

– Nie, nie, nie! Tak nie może być! Nie chcę! Boże, nie chcę być w ciąży! – wykrzyczała, zgarniając plastikowe prostokąciki i ze złością wrzucając je do śmietnika. – To na pewno pomyłka! To nie może być prawda!

Zapłakana, usiadła na podłodze, opierając się plecami o zimną ścianę. Przed oczami jak w zwolnionym filmie pojawiały się kolejne obrazy chorych dzieci, cierpiących na wszystkie możliwe wady genetyczne, o których przed chwilą czytała.

Maciej z uśmiechem na ustach dokonywał porannego obejścia swoich włości. Musiał sprawdzić, czy w nocy nikt nie postanowił mu zrobić na złość i coś zbroić na budowie. Zdarzało się, że okoliczna młodzież urządzała sobie wakacyjne nocne imprezy za budynkiem, a jego nie było stać ani na monitoring, ani tym bardziej na ochronę. Oglądając kolejne części budynku, po raz kolejny śmiał się sam do siebie ze swojego niedorzecznego pomysłu otworzenia we wsi ośrodka leczenia uzależnień. Ten projekt przestał mu się podobać. Zresztą, tak po prawdzie, nigdy mu się nie podobał. Owszem, był dochodowy, ale wymagał mnóstwa zachodu i wzbudzał protesty mieszkańców wsi. Maciej nie miał sił na dalszą walkę z nimi. Zaproponowane przez Monikę i Karolinę warsztaty terapii zajęciowej zapewne by się w okolicy przydały, ale nie był w stanie podołać finansowo takiej działalności. Nie odrzucał jednak tej propozycji, bo wiedział, jak bardzo zapaliła się do niej Monika. Postanowił więc zrealizować ten plan, ale po swojemu.

No właśnie, Monika... Na samą myśl o niej stracił swój znakomity poranny nastrój. Ich ostatnie spotkanie nie należało do udanych. Musiał sam przed sobą uczciwie przyznać, że zachował się jak idiota. Sam nie wiedział, dlaczego w ogóle wystrzelił z tą propozycją. To znaczy, wiedział – była to bardzo atrakcyjna kobieta, która go fizycznie pociągała. Nie wiedział jednak, po co dawał jej jakiekolwiek nadzieje na coś więcej niż podniecający flirt. Przecież na razie nie zamierzał angażować się w żadne związki, tym bardziej z kobietą o tak skomplikowanej sytuacji życiowej. Miał tyle na głowie, że nie był gotowy na wiązanie się z samotną matką niepełnosprawnego dziecka. A ona bardzo szybko to wyczuła. Widziała jego wahanie i niepewność. Wkurzyła się i miała do tego prawo. Dopiero gdy wściekła wyjechała z Brzozówki, dotarło do niego, jak podle się zachował. Nie przewidział jednego – że się w niej zakochał i że po prostu zacznie za nią tak bardzo tęsknić. Znał ją krótko, ale coś go do niej ciągnęło. Nie potrafił sobie z tym poradzić. Bał się do tego przyznać sam przed sobą, ale musiał to w końcu powiedzieć wprost – życie na tej wsi będzie dla niego trudne. Życie bez Moniki może być po prostu nieznośne. Uznał więc, że nie ma innego wyjścia i musi przekonać ją do powrotu. Tym razem zabierze się do tego odpowiednio i skutecznie.

Miał już na to nawet plan. Postanowił, że do jego realizacji wykorzysta Karolinę. Skoro proponowała mu pomoc, to niech się teraz wykaże. „I to podwójnie”, w myślach uśmiechnął się do swojego pomysłu.

– Pora zająć się interesami – stwierdził, wchodząc do mieszkania, dokonawszy porannego przeglądu.

Wszedł do biura, które było jednym z nielicznych gotowych pomieszczeń w budynku. Włączył komputer i zalogował się do poczty. Na ekranie pojawiło się powiadomienie o nowym mejlu. Firma budowlana przesłała kalkulację kosztów dalszego remontu. Pośpiesznie kliknął w wiadomość i zaczął uważnie czytać.

Zaproponowana wycena znacznie przekraczała jego możliwości finansowe. Wiedział, że dostosowanie pomieszczeń i wstawienie ścianek będzie trochę kosztowało, ale nie spodziewał się prawie stu tysięcy. Do tego musi doliczyć wyposażenie pokoi, pomieszczeń wspólnych oraz kuchni. Nerwowym ruchem zamknął laptop. Wstał zza biurka i wyszedł na korytarz.

Zszedł na dół, zastanawiając się, w którą stronę iść najpierw. Wybrał południowe skrzydło. Przechodził z pomieszczenia do pomieszczenia, licząc na to, że wpadnie na jakiś pomysł optymalizacji kosztów. W skrzydle po prawej stronie miało powstać siedem pokoi dwuosobowych i jeden trzyosobowy. Po lewej były łazienki i toalety. Na szczęście zrobione tak, że nie trzeba było nic w nich zmieniać. Północne skrzydło planował przeznaczyć na sześć jednoosobowych pokoi z łazienkami. Wymyślił, że urządzeniem i wyposażeniem zajęliby się pensjonariusze, którzy chcieliby je zaaranżować po swojemu. W zamian za to mogliby liczyć na niższe opłaty. Wiedział, że takie rozwiązanie praktykuje się w wielu domach opieki i cieszy się dużą popularnością. Starszym ludziom ciężko rozstać się z pamiątkami i ukochanymi meblami, więc taka opcja jest idealnym rozwiązaniem – i dla nich, i dla niego.

Duży hol chciał oddzielić ściankami i zorganizować w nim wspólny pokój dzienny ze stolikami, w którym osoby niebędące w stanie chodzić po schodach mogłyby jeść posiłki. Na szczęście w starej szkole funkcjonowała kuchnia, więc nie trzeba było myśleć nad dostosowywaniem na ten cel któregoś z pomieszczeń. To znacznie obniżało koszty. Niestety nie miał pomysłu, jak obniżyć koszty remontu całego budynku.

Zniechęcony, wszedł na salę gimnastyczną i usiadł. Oparł się o drabinki i głęboko westchnął. Rozmieszczenie pomieszczeń pozwalało na zrealizowanie jego planu. Skrzydło zachodnie było dobrze oddzielone od pozostałych, a jednocześnie łączyło się z nimi. W pomieszczeniach przy sali gimnastycznej chciał urządzić gabinety rehabilitacyjne. Jak się dowiedział, mógłby pozyskać na to środki z dotacji unijnych. Z sali gimnastycznej korzystaliby miejscowi niepełnosprawni, mogliby tam też ćwiczyć seniorzy. Zorganizowałby to sensownie i podzielił koszty. Do każdego skrzydła było osobne wejście, więc połączenie domu seniora z ośrodkiem rehabilitacyjno-edukacyjno-wychowawczym było możliwe. Planował zagospodarować najpierw parter. W trzech skrzydłach chciał założyć prywatny dom dla seniorów i czerpać zyski z jego działalności, a w czwartym miałby powstać ośrodek dla niepełnosprawnych, który finansowany byłby ze środków fundacji i dotacji.

– Niech to szlag! Skąd ja wezmę tyle kasy? – krzyknął, uderzając nerwowo ręką o podłogę. Na otwarcie domu seniora potrzebował przynajmniej dwustu tysięcy. Wyliczył, że w ciągu dwóch lat zainwestowane pieniądze mu się zwrócą. Problem w tym, że nie miał już czego inwestować, bo dotychczasowy remont pochłonął większość jego oszczędności. Gdyby wiedział, że jego wspólnik, z którym planował ten biznes, się wycofa, nigdy by się nie porwał na coś takiego. Teraz nie miał wyjścia. Stara szkoła po prostu musiała zacząć zarabiać. Planowany ośrodek dla niepełnosprawnych mógł być co najwyżej dodatkiem, a prowadząc go, w najlepszym razie wyjdzie na zero. Jedynym zyskiem z tej filantropijnej działalności miała być dla niego Monika.

 

– I co teraz? – pytał sam siebie. – Pieprzone pieniądze! Znowu czeka mnie pielgrzymka po bankach. Tylko kto mi teraz da taki kredyt? – Westchnął, zrezygnowany.

Ale na myśl o Monice złość powoli mu mijała. Poderwał się z podłogi i szybkim krokiem poszedł po dokumenty. Przechodząc przez hol, stwierdził, że musi jeszcze dziś spotkać się z Karoliną i zmobilizować ją do pomocy. Im szybciej ośrodek zacznie funkcjonować, tym szybciej przyjedzie Monika. A wtedy... wtedy wszystko będzie możliwe.

Zdenerwowana Hania niemal biegiem przemierzała wieś. Musiała koniecznie porozmawiać z Karoliną. Janek od rana był tak szczęśliwy, że nawet nie chciał słuchać jej kolejnych wątpliwości. A ona naprawdę bardzo się bała. Zrezygnowała z samochodu, bo uznała, że spacer pozwoli jej rozładować emocje. Oczy miała pełne łez, ale powstrzymywała się przed płaczem. Nie chciała, by ktokolwiek widział ją w tym stanie. Nie miała siły odpowiadać na pytania, co się stało. We wsi wszyscy się znają. Gdyby ją któryś z sąsiadów zobaczył taką zapłakaną, od razu podszedłby z propozycją pomocy. A przecież nikt jej nie mógł teraz pomóc! Bo czy ktoś może sprawić, że mimo swych niemal czterdziestu lat urodzi zdrowe dziecko?

– Dzień dobry! Jak się cieszę, że kogoś wreszcie spotkałam. Myślałam, że w tej wsi nikt nie mieszka.

– Słucham? – zapytała Hanka, zaskoczona. Nie spodziewała się spotkać tu młodej dziewczyny z walizką. No i ten jej dziwny akcent...

– Szukam domu od Heleny Paul. Wie pani, gdzie ona mieszka? – zapytała nieco niegramatycznie.

– Pani Helena? – dopytywała zdezorientowana Hanka, wciąż przyglądając się dziewczynie.

– Tak, Helena Paul. Zna ją pani?

– Znam, ale ona mieszka jakieś pięć kilometrów za wsią, w polach. Ciężko będzie pani tam trafić...

– Jest tam jakiś autobus? – zapytała żałośnie.

– Nie, nic tam nie jeździ – odpowiedziała Hania nieco niegrzecznym tonem. Po chwili jednak się zreflektowała i uznała, że nie powinna wyżywać się na Bogu ducha winnej dziewczynie. – Możemy jednak podejść do mojej przyjaciółki, która mieszka niedaleko. Ona może panią zawieźć do pani Heleny.

Toll! To znaczy, super! – zawołała radośnie młoda dziewczyna, poprawiając się. – Jestem bardzo zmęczona. Najpierw dziesięć godzin w busie, później czekałam na stacji dwie godziny. Nie wiedziałam, że tak długo będę tu jechać – sapała, ciągnąc walizkę i nieustannie poprawiając opadającą na oczy grzywkę.

– Teraz skręcimy w lewo. Z daleka pani przyjechała? – zagadnęła Hania, próbując jakoś kontynuować rozmowę. Już domyśliła się, że dziewczyna jest Niemką.

– Jestem Margarethe. Przyjechałam z Niemiec.

– Miło mi. Jestem Hania – odpowiedziała, wyciągając rękę do dziewczyny. Zmusiła się do uśmiechu. Nie chciała, żeby dziewczyna z jej postawy wyciągnęła jakiś fałszywy wniosek na temat stosunku mieszkańców Brzozówki wobec obcych. – Faktycznie, masz za sobą długą drogę. Co do dojazdów, to racja, bez samochodu tutaj ani rusz.

– Ja nie mam prawa jazdy, nigdy mi nie było potrzebne w mieście. No ale na szczęście już jestem na miejscu.

– Jesteś znajomą pani Heleny? – zagadnęła Hania, nieco zaintrygowana.

– Nie, nigdy jej nie widziałam. To kuzynka mojego dziadka. Prosił mnie, żebym do niej przyjechała. Taka rodzinna historia... – Machnęła ręką, zataczając nią koło.

– To ładnie z twojej strony, że chciałaś spełnić jego prośbę – stwierdziła Hania, licząc na to, że dziewczyna powie coś więcej.

– No tak... Właściwie to chciałam gdzieś wyjechać – odpowiedziała, odgarniając grzywkę. Nie ciągnęła jednak dalej tematu, więc Hania nie naciskała.

– Już prawie jesteśmy na miejscu. Może pomogę ci ciągnąć tę walizkę? Czeka nas podejście pod górkę – zaproponowała Hania.

– Jest okej, dam radę. Tylko wyglądam na taką słabą! – Zaśmiała się radośnie, zatrzymując się na chwilę. Głęboko westchnęła i z podziwem spojrzała na kwitnący krzew różany. – Jak tu pięknie! U Heleny też tyle kwiatów i drzew?

– Jeszcze więcej, ale o tym niebawem sama się przekonasz. Karolina! – Hanka przerwała rozmowę, bo z daleka zauważyła przyjaciółkę, która grała z córkami w gumę na podwórku.

– Cześć, ciocia! A co to za dziewczyna? – zagadnęła z ciekawością mała Gabrysia, gdy tylko zobaczyła obie kobiety przy furtce.

– Gabrysiu, to nieładnie tak wypytywać – skarciła ją delikatnie Karolina, która szybkim krokiem podeszła do bramy. Też była bardzo ciekawa, kim jest ta młoda kobieta. Nie był to nikt z rodziny Hanki, nie słyszała też o żadnej znajomej, która miała ją odwiedzić. Wiedząc jednak, że Hanka nie ma przed nią żadnych tajemnic, nie zamierzała zaczynać od pytań. Była pewna, że przyjaciółka prędzej czy później wszystko jej wyjaśni. – Dobrze, że przyszłyście, bo moje płuca odmawiały już posłuszeństwa. Z wiekiem kondycję mam coraz gorszą. Anielko, idźcie z Gabrysią na trampolinę. Zaraz do was przyjdziemy.

– To jak masz na imiono? – dopytywała niezrażona Gabrysia.

– Margarethe. A ty jesteś Gabrysia, tak? – odpowiedziała z uśmiechem dziewczyna.

– Tak, a to jest moja stalsza siostla Anielka i mama Kalolina.

– Ładne macie imiona.

– Ty masz takie dziwne i jakoś inaczej mówisz – odpowiedziała Gabrysia, patrząc na gościa z poważną miną.

– Gabrysiu, dosyć tego przesłuchania. Pobawcie się chwilę same. Zaraz do was wrócimy – upomniała ją Karolina.

– Chodź, Biśka, poskaczemy – zachęcała Anielka. – Zobaczymy, kto jest lepszy.

Gabrysia, bardzo zaintrygowana dziwną nieznajomą, niechętnie ruszyła za siostrą do ogrodu.

– Karolina, Margarethe to krewna pani Heleny. Pomyślałam, że mogłabyś ją do niej zawieźć... – Hanka zaczęła bez zbędnych wstępów. Wiedziała, że przyjaciółka na pewno nie odmówi.

– Nie ma problemu, zaraz pojedziemy. Pani Helena wie, że masz przyjechać? – zapytała badawczo Karolina, próbując ukryć zdziwienie. Ostatnio wiele rozmawiały ze starszą sąsiadką i dobrze wiedziała, że poza kuzynem nie ma żadnych krewnych.

– Nie, nie wie. Czeka na mojego dziadka, ale niestety on... niedawno umarł – Margarethe ściszyła głos, jakby wypowiedzenie tych słów stanowiło dla niej dużą trudność.

– Bardzo mi przykro... – odpowiedziała Karolina, zrozumiawszy już wszystko. Mimo że Margarethe była posłańcem złych wiadomości, Karolina odetchnęła, nieco uspokojona wiadomością, że to naprawdę ktoś z rodziny pani Heleny. Poza nią, Hanką i Stefanem nikt nie wiedział o zapowiadanym przyjeździe Józka. – No nic, idę po kluczyki. Haniu, popilnujesz dziewczynek?

– Jasne! I tak muszę na ciebie poczekać, bo tak naprawdę przyszłam w innej sprawie. Z Margarethe spotkałyśmy się po drodze.

– Dobrze, to miej na nie oko. Mają dziś wyjątkowo dużo energii – krzyknęła Karolina, idąc w stronę domu. Ciekawiło ją, co Hanka ma jej do powiedzenia, ale uznała, że w tej sytuacji zawiezienie Margarethe do pani Heleny i dowiedzenie się, o co jej chodzi, to priorytet.

– Biedna Helena. Jak ona to zniesie? – zagaiła Karolina już w samochodzie, próbując nawiązać rozmowę z Margarethe, która od dłuższego czasu nie odezwała się ani słowem. Jakby w chwili, w której wspomniała dziadka, ktoś spuścił z niej powietrze. Nie przypominała tej radosnej dziewczyny, która z uśmiechem wkroczyła na jej podwórko.

– Nie wiem – odpowiedziała zdawkowo, dając Karolinie do zrozumienia, że nie ma ochoty na rozmowę z nią. Wbiła wzrok w boczną szybę, jakby chciała pokazać, że kontempluje otaczający je krajobraz. Z zamyślenia wyrwała ją dopiero Karolina, gdy samochód zatrzymał się przed małym domkiem, ukrytym wśród kwiatów.

– Jesteśmy na miejscu. Pomogę ci wyjąć walizkę – zaproponowała, wysiadając z auta i podchodząc do bagażnika.

Wunderbar... – szepnęła Margarethe z zachwytem, gdy stanęła obok samochodu i spojrzała z uwagą na domek.

To dziwnie brzmiące słowo wyrwało z zamyślenia panią Helenę, zajętą zrywaniem malin. Zaskoczył ją widok Karoliny i towarzyszącej jej młodej kobiety. Nie spodziewała się dzisiaj odwiedzin sąsiadki, tym bardziej z gościem. Nie była w nastroju do rozmów. Ze zdziwieniem zauważyła, że Karolina wyciąga z bagażnika dużą walizkę. Ruszyła ku niej, wycierając poplamione sokiem dłonie o fartuch. Podeszła wolno do bramki, ściskając mocno garnuszek, do którego zbierała maliny.