WilczycaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 8

Nigdy nie zapomnę, jak trudny i bolesny był dla mnie moment oderwania od Ingola i Britty. Nasze życie rodzinne było wariackie i zakręcone jak baranie rogi. Mieszkając w Danii, zobaczyłam, jak bardzo się różnimy, i przekonałam się, że jednak można żyć lepiej. Dlatego tak bardzo za nimi tęskniłam, aż do bólu. Gdy byłam mała, nie mogłam zrozumieć, dlaczego nagle bajka się skończyła, w dodatku bez happy endu. Rok później, kiedy chodziłam już do zerówki, wydarzyło się coś jeszcze, co wstrząsnęło mną dogłębnie. Tata zniknął.

Oczywiście byłam przyzwyczajona, że nie ma go całymi tygodniami, ale tym razem minęło naprawdę bardzo dużo czasu, a on nie wracał do domu. Zaczęłam przeczuwać, że wydarzyło się coś złego. Mój lęk był tak silny, że odważyłam się nawet zapytać Reginę, co się dzieje. Najpierw nieśmiało, a później z coraz większą natarczywością, bo nigdy nie chciała dać mi jasnej odpowiedzi. Wyglądało to mniej więcej tak:

– Mamusiu, gdzie jest tatuś? Kiedy wróci?

– Przestań się ciągle, kurwa, pytać. W dupie jest!

Bardzo miła odzywka do wystraszonej dziewczynki, która straciła właśnie ukochaną osobę i nie wie, co z tym zrobić, prawda? Żyłam w niewiedzy bardzo długo, aż w końcu matka wysłała mnie na jakiś czas do babci Aurelii. Babcia miała dobre serce i szybko zauważyła, że coś mnie dręczy. Zapytała, co się dzieje, a kiedy wyznałam, że martwię się o tatę, odparła łagodnym tonem:

– Dziecko, ale mama i tata już nie są razem. Oni się rozwiedli.

Serio?! Moi rodzice wzięli rozwód i nie raczyli mnie o tym poinformować?! Kazali mi żyć w strachu i smutku, choć byłam zaledwie siedmioletnim szkrabem? Oczywiście wtedy nie mogłam tego tak odebrać. Byłam po prostu zdruzgotana.

– Ale dlaczego? – wyszeptałam płaczliwie.

– Cóż, to nie nasza sprawa. Tata znalazł sobie kogoś innego. Tak to czasem bywa, nie przejmuj się.

Tak, jasne. Nie przejmuj się – powiedziano do dziecka, dla którego ojciec był prawie całym światem. Było mi naprawdę źle i jedyne, o czym marzyłam, to zobaczyć go choćby na chwilę, przytulić się do niego i poprosić, żeby mnie nie zostawiał.

Nic takiego nie mogło się jednak wydarzyć. Zamiast tego po powrocie do Polski czekała mnie niespodzianka i jednocześnie wielka życiowa zmiana.

Matka znalazła sobie chłopaka.

*

Wraz z matką przeprowadziłyśmy się na osiedle Morena w Gdańsku. Dodam, że wtedy nie mieszkałyśmy jeszcze w willi Carringtonów, która pojawiła się dużo później. Tymczasem po rozstaniu Regina poznała nowego mężczyznę o imieniu równie poczciwym jak on sam.

Włodek był inżynierem. Bardzo kulturalny pan, uprzejmy, na poziomie, chodząca łagodność, całkowite przeciwieństwo mojej matki. Kolejny, który padł jej ofiarą i pozwolił Reginie robić, co tylko chciała... Zakochał się na zabój, a ja miałam przy tym tyle szczęścia, że był porządnym facetem, który zawsze dobrze mnie traktował. Ba! Czasem mi pomagał, raz nawet zwróciłam się do niego w kryzysowej sytuacji, kiedy złapałam tasiemca. Byłam przerażona i bałam się powiedzieć matce, więc poszłam do niego. Natychmiast zorganizował przejazd do szpitala. Czy to nie paradoks, że mogłam liczyć właśnie na niego, obcego faceta, z którym musiałam zamieszkać, bo nikt nie dał mi wyboru?

Polubiłam go, nie powiem, ale moje serce nadal rozrywała tęsknota za ojcem. Jak bardzo mi go brakowało! Dlaczego mnie z nią zostawił? Wtedy jeszcze byłam za mała, by rozumieć pewne sprawy. Z mamą nie było mi dobrze, ale nadal bardzo ją kochałam, tym bardziej nie mogłam pojąć, dlaczego nas opuścił. Do Włodka zaczęłam mówić „wujku” i wszystkim powiedziałam, że nim jest. Podkreślałam to w każdej rozmowie z dzieciakami z osiedla. Doszło do tego, że opowiadałam im, jak tata wpadł na chwilę w nocy, podarował mi zegarek i tuż przed świtem musiał wyjechać. Zaklinałam rzeczywistość i zmyślałam ile wlezie, byle tylko przekonać siebie i cały świat, że on kiedyś wróci.

Związek Włodka i Reginy miał w sobie coś z patologii, której nikt nie chce oglądać ani tym bardziej doświadczać. Czy moja matka kochała go chociaż przez pięć minut? W żadnym razie! Znalazła sobie po prostu kogoś, kto, po pierwsze, dał jej dom i nas utrzymywał, bo nie przepracowała nawet dnia w swoim życiu, a i tak zawsze opływała w dostatek, a po drugie, mogła się na nim wyżyć, i to dosłownie. Myślę, że było w niej mnóstwo żalu i wściekłości za to, że ojciec zostawił ją dla innej. Nie mogła jednak na nim rozładować całej tej frustracji, więc obrała sobie za cel biednego niewinnego Włodka. W domu działy się takie sceny, jakby ktoś kręcił horror.

Matka chlała, robiła awantury i biła go po mordzie. Tak, jego też, nie tylko mnie, a on, zamiast oponować, pozwalał jej na wszystko i nie odzywał się nawet słowem. Był człowiekiem, który nigdy na nikogo nie podnosił głosu i który szanował innych, nawet kiedy jego nie szanowano. Całkowite przeciwieństwo ojca, który zawsze szedł z Reginą na noże.

Mijały miesiące, a ja zastanawiałam się, czy jeszcze kiedyś zobaczę ojca. Nie wiedziałam, gdzie jest, co robi, matka nadal nic o nim nie mówiła. Aż pewnego dnia, jak zwykle bez uprzedzenia, spakowała walizkę i pojechała do babci, a ja zostałam pod opieką Włodka. Gdybym wiedziała, że tata jest w Danii, zrobiłabym wszystko, by z nią pojechać. Nie miałam jednak pojęcia, że właśnie tam mieszka. Nie mogłam też przypuszczać, że rodzice się spotkają i... jednak się pogodzą. Kiedy czekałam z Włodkiem w Gdańsku, oni znów zostali parą, jak zwykle nie racząc nikogo o tym poinformować.

Regina przyleciała do Polski i bez żadnych skrupułów, bez cienia skruchy i jakichkolwiek wyrzutów sumienia, powiedziała Włodkowi, że wróciła do byłego męża. I co? I... facet zachował się w sposób, który do dzisiaj mnie szokuje i ujmuje jednocześnie. Nie wiem, kim był ten człowiek – chodzącą dobrocią czy głupotą – ale miał w sobie takie pokłady łagodności i zrozumienia, że zasługuje na pamięć. Otóż zaproponował matce, że wyprowadzi się na jakiś czas z własnego domu po to, by Janek mógł z nami zamieszkać na krótki czas i sprawdzić, czy na pewno się dogadamy. Pozwolił jej niespiesznie podjąć decyzję. Pamiętam nawet jego słowa:

– Reginko, ja tobie daję czas. Niech Janek przyjedzie, a ja się wyprowadzę do mojej matki. I później powiesz mi, czy ty chcesz być ze mną, czy nie.

Nie chciała. Wykorzystała go do cna, do bólu, do granic możliwości i porzuciła. Mój ojciec rzeczywiście chwilę tam pomieszkał, a później kupił stary poniemiecki dom, który wraz z matką przerobili na willę Carringtonów. Wcześniej jednak przeprowadziliśmy się do innego mieszkania, a Włodek odszedł w zapomnienie. Nie wiem nawet, czy ktokolwiek mu podziękował.

Kiedy pierwszy raz po tak długiej rozłące zobaczyłam ojca, oszalałam ze szczęścia. Pobiegłam do niego, rzuciłam mu się na szyję i już nie chciałam puszczać.

– Tata! – krzyczałam. Nie mogłam uwierzyć, że znów jest przy mnie. – Wujku, a... – Spąsowiałam na moment. Uświadomiłam sobie, że właśnie pomyliłam ojca z wujkiem, co zostało bardzo źle odebrane.

– Jaki wujek? – warknął. – Więcej się nie myl, słyszysz? – Odepchnął mnie, chcąc pokazać moc swoich słów.

Zamurowało mnie. Mała dziewczynka została zrugana i miała ochotę zapaść się pod ziemię. Zadał mi ból, choć wiem, że nie chciał mnie zranić. Tacy jednak byli moi rodzice, niedojrzali po prostu.

Gdybym była starsza i bogatsza o wiedzę, którą mam teraz, powiedziałabym mu do słuchu. Stary, serio? Znikasz na dwa lata, idziesz do innej baby, masz w dupie, co się ze mną dzieje i co czuję, a teraz masz pretensje? Niestety, dziecko tak nie potrafi. Dziecko tylko cierpi.

Wieczorem zajrzał do mojego pokoju. Siedziałam na łóżku i przeglądałam jakąś książeczkę, ale w rzeczywistości nie byłam w stanie na niczym się skupić. Jego zachowanie bolało mnie tysiąc razy bardziej niż jakiekolwiek przekleństwo Reginy.

– Perełko. – Podszedł bliżej i wyciągnął rękę, by pogładzić mnie po włosach. – Jak się czujesz?

Wzruszyłam ramionami. Chciało mi się płakać, nie byłam w stanie odpowiedzieć.

– Przepraszam za to, co powiedziałem. Naprawdę. Wybaczysz mi? – Tym razem wyciągnął ramiona, by mnie przytulić. Natychmiast do niego przylgnęłam złakniona kontaktu. – No, już nie płacz – wyszeptał mi do ucha. – Tatuś już tu jest i teraz będziemy razem. Poczytać ci?

Nie musiał nic robić – ani czytać, ani opowiadać, ani nawet się starać – kochałam go tak mocno, że wystarczyło, że był blisko. Długo nie wypuszczałam go z ramion, bojąc się, że gdy zasnę, on znowu zniknie. I nie wróci, jak ostatnio.

ROZDZIAŁ 9

Dwa lata później przeprowadziliśmy się do willi Carringtonów. To był rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty drugi. Niedługo potem na świat przyszła Elwira. Miałam siostrę, którą bardzo kochałam, choć zawsze miałam lepszą relację z Maurycym. Wolałabym, aby zamieszkał z nami. Od dawna mieszkał w Kopenhadze, blisko babci Aurelii.

Wpadał czasem w odwiedziny, wykorzystując przerwy w pracy. Jego widok radował serce, bo zawsze bardzo go kochałam, choć widywaliśmy się tak rzadko. Pamiętam, jak odwiedził nas po raz pierwszy w nowej rezydencji Carringtonów.

– Cześć, siostra – przywitał się i pozwolił się przytulić. – Mieszkasz teraz jak prawdziwa lordówa, co nie? – skomentował w ten sposób dom. – Mówiąc szczerze... to cała Regina – dodał półgłosem. – Te złote ramy i papierośnice. I smród petów.

Skrzywiliśmy się jednocześnie.

– Dla ciebie też się znajdzie miejsce! Możesz być moim lordem – odparłam ze śmiechem, bo nic mnie tak nie bolało jak myśl o tym, co zrobiła mu matka.

Regina miała czternaście lat, kiedy wybrała się z koleżanką do cyrku. Była ładną dziewczyną, naiwną, jak wszystkie w tym wieku. Poznała tam żonglera, który tak zakręcił jej w głowie, że straciła z nim cnotę. I tak oto na świecie pojawił się mój brat, syn cyrkowca, który własnego ojca poznał dosyć późno. Szalona historia, prawda?

 

Matka nie miała łatwo. Drugi mąż babci, wojskowy, nie był zachwycony nastoletnią ciążą. To właściwie mało powiedziane: wpadł w szał i powiedział, że nie chce oglądać Reginy na oczy. Jej prawdziwy ojciec pracował w fabryce chemikaliów i został otruty przez kobietę, którą odrzucił, ponieważ kochał moją babcię. Aurelia z kolei czuła się zawstydzona z powodu jej nastoletniej ciąży, dlatego wynajęła pokój w Sopocie, na jakimś poddaszu, gdzie matka przesiedziała całe dziewięć miesięcy. Babcia jeździła do niej, przywoziła jedzenie i środki czystości. W sumie to było trochę takie więzienie dla młodej dziewczyny. Może właśnie tam zaczęło jej odbijać? Może ta samotność sprawiła, że stała się później człowiekiem pełnym nienawiści, który nie potrafi kochać? Nie wiem, ale mogła wrócić do domu dopiero z dzieckiem na ręku.

Kiedy Maurycy zaczął chodzić do szkoły podstawowej, matka wpadła na genialny pomysł: wysłała go do szkoły baletowej w Gdańsku, skąd po roku go wyrzucono za złe zachowanie. Wykopała go wówczas do szkoły baletowej w Bytomiu, gdzie przez cały rok mieszkał w bursie. Mój brat jest utalentowany, został znakomitym tancerzem, a po skończeniu szkoły wyjechał do Kopenhagi, gdzie otrzymał angaż w teatrze. Ktoś mógłby pomyśleć, że zrobił fantastyczną karierę, a ta zawsze wymaga poświęceń. To prawda, ale Regina nie to miała na celu. Ona po prostu pozbyła się go z domu, bo było jej to na rękę. Maurycy widywał ją wyłącznie w wakacje i ferie, a poza tym musiał radzić sobie sam. Ja z kolei byłam z dala od brata i od najmłodszych lat wbijałam sobie do głowy myśl, że muszę mu jakoś zrekompensować brak miłości i opieki ze strony matki. Nie było to bezpodstawne, bo Maurycy nigdy nie wybaczył Reginie i nadal ma do niej wielki żal. Wciąż zadaje pytanie: „Dlaczego? Jak można nie kochać własnych dzieci?”. Ja przestałam się nad tym zastanawiać, to o wiele lepsze dla zdrowia psychicznego. Już dawno pogodziłam się z myślą, że matka jest niereformowalna i pozbawiona empatii. Czego wobec tego można po niej oczekiwać? Życie zrekompensowało mi to po stokroć. Dostałam wiele miłości od obcych ludzi.

Gdy przyjeżdżał Maurycy, rozbijałam świnkę-skarbonkę i starałam się sprawiać mu frajdę drobnymi upominkami. A kiedy zmarła babcia Aurelia, przez lata zastępująca mu matkę, poczułam się jeszcze bardziej odpowiedzialna za starszego brata.

Niedługo po tym, jak zdjęłam gips, Maurycy znów nas odwiedził. Wypiliśmy herbatę i opowiadaliśmy sobie o tym, co działo się w naszym życiu.

– Pomału zaczynam myśleć o powrocie do Polski na stałe.

– Serio? – ucieszyłam się. – A co z tańcem?

– Na razie mam dwadzieścia dwa lata, jestem młody, ale w tym zawodzie niebawem wypadnę z obiegu. I wtedy chyba wrócę tutaj.

– Do naszego domu?! – wykrzyknęłam ze zgrozą.

– No coś ty. – Zaśmiał się, by ukryć zmieszanie. – A co, jest aż tak źle?

– To mało powiedziane. Ostatnio matka tak mocno przywaliła ojcu, że rozwaliła mu łuk brwiowy. Nie masz pojęcia, ile krwi może się polać z takiej ranki. – Zamilkliśmy, by to sobie wyobrazić. Wolałam nie wspominać, że niedawno Regina złamała mi rękę. Tylko by się zdenerwował, a przecież nie mógł nic na to poradzić. Bardzo chciałam go chronić, uważałam to za punkt honoru. I nigdy, nawet przez pięć minut, nie zastanawiałam się, kto powinien chronić mnie. Żyłam w przekonaniu, że taki już mój los.

– Jezu, matka jest... – Zacisnął szczękę i powstrzymał słowa. Od razu zauważyłam, jak wzbiera w nim gniew i żal.

– Pójdziemy na miasto? – Zmieniłam temat, bo nie chciałam, żeby znów płakał.

– Jasne, zawsze chętnie powłóczę się po Gdańsku. – Rozluźnił twarz, więc odetchnęłam z ulgą. – I wiesz co, mała? Zabieram cię na tańce.

– Do klubu? – Policzki zaróżowiły mi się z ekscytacji. Jeszcze nigdy nie byłam w takim miejscu! Pewnie dlatego, że miałam zaledwie siedemnaście lat.

– No oczywiście! Zrób się wieczorem na bóstwo. Skoczymy sobie na godzinkę.

– Ale mnie nie wpuszczą, no co ty!

– Oj, dziewczyno, chyba zapominasz, że twojego ojca zna całe Trójmiasto.

Klub można było nazwać innym światem, alternatywną rzeczywistością, gdzie wszystko mieniło się kolorami i błyskiem cekinów. Każdy chciał tego spróbować, dlatego niemal codziennie takie dyskoteki jak Derby przyjmowały stałych bywalców.

Nie miałam w szafie zbyt wielu odlotowych ciuchów, ale udało mi się wyłuskać czarną mini i bluzkę ze złotymi guzikami. Na głowie upięłam wytapirowaną palmę, paznokcie pomalowałam czerwonym lakierem – pełna gotowość na wieczór marzeń!

Mój brat odstrzelił się jak hollywoodzki gwiazdor John Travolta, ale przystojniejszy. Nie musiał się nawet starać: w Kopenhadze obkupił się w najdroższe ciuchy, a do tego wyglądał nieziemsko, w końcu ciało stanowiło narzędzie jego pracy. Duma łaskotała moje ego, gdy podjechaliśmy taksówką pod klub. Nie mogłam się doczekać, aż powiem o tym Jagnie i Zieli! Zwłaszcza Zieli, która uwielbiała klimaty disco.

Przy wejściu stał mężczyzna – wielki jak dąb, z miną znudzonego buldoga. Na jego widok straciłam pewność siebie, zwłaszcza że obciął mnie od góry do dołu.

– Ja to załatwię, poczekaj – rzucił Maurycy, podchodząc do wielkoluda. Dyskutowali nie dłużej niż minutę, zerkając w moją stronę. Po chwili drzwi stanęły przed nami otworem.

– Załatwiłeś to? Na serio? – szepnęłam do Maurycego.

– Mówiłem ci, jesteś jedną z Carringtonów.

Gdy weszliśmy do środka, zaparło mi dech. Mogłabym określić to tylko jednym słowem: kosmos!

Kolorowe światła zalewały parkiet. Wyściełane czerwonym aksamitem loże obiecywały luksus, a szampan chłodzący się w srebrnych wiaderkach – niezapomnianą zabawę. Kryształowa kula zawieszona tuż przy suficie hipnotyzowała. Gapiłam się na nią w niemym zachwycie, a w tym czasie mój brat poszedł do baru i wrócił z dwoma drinkami.

– Masz. Dzisiaj możesz zaszaleć. Ale więcej nie dostaniesz!

Przyjęłam kolorowy drink z palemką i upiłam ostrożnie łyk.

– Hej, ale w tym nie ma alkoholu!

Maurycy roześmiał się, odsłaniając wszystkie zęby.

– Nie będę własnej siostry deprawował! A teraz chodź, zatańczymy.

Wcale nie chciałam szaleć na parkiecie. O wiele większą przyjemność sprawiało mi obserwowanie ludzi, którzy kołysali się w rytm szalonych hitów disco. DJ właśnie zapodał Sabrinę i jej gorący przebój Boys. Energetyczny numer zmotywował ludzi zalegających w lożach, żeby w końcu się zabawić.

Odszukałam wzrokiem Maurycego i zrobiłam wielkie oczy. Obejmował jakąś dziewczynę ubraną w bardzo krótkie dżinsowe szorty, kowbojskie kozaki i białą kurtkę z bufiastymi rękawami. Wyglądała obłędnie, od razu poczułam się zawstydzona moją niewyszukaną kreacją. Gdy przyjrzałam się uważniej, dostrzegłam, że nie tylko ona ostrzy sobie na niego zęby. Maurycego otaczał wianuszek dziewcząt, które podrygiwały do rytmu i posyłały mu znaczące uśmiechy. Nic dziwnego, mój brat doskonale tańczył, miałam wrażenie, jakbym oglądała teledysk Michaela Jacksona.

Nagle Maurycy pochylił się i pocałował swoją towarzyszkę. Niby nic, ale zaskoczyła mnie pasja, z jaką to zrobił. Nieco speszona, a może również zazdrosna, wycofałam się w stronę baru. Chwilę później zauważyłam, jak mój brat i dziewczyna w kozakach zmierzają wspólnie w stronę toalety, trzymając się za ręce.

ROZDZIAŁ 10

Mogłabym jeszcze wiele razy opowiadać o tym, jak Regina w przypływie szału wywalała mnie na bruk, ale jeden raz pamiętam szczególnie gorzko, do dzisiaj na samo wspomnienie czuję samotność i ból.

Maurycy wyjechał, a ja znów wróciłam do codzienności, która polegała na unikaniu matki, wagarowaniu i zakuwaniu po nocach, by zdobyć w miarę przyzwoite oceny. Nawet nie zauważyłam, kiedy przyszła wczesna wiosna, a wraz z nią Wielkanoc. Dopiero Jagna mi to uświadomiła.

– Jakby co, pamiętaj, że nie ma mnie w niedzielę i poniedziałek. Rodzice znów zabierają mnie do Warszawy.

– A co wtedy będzie? – zapytałam zdziwiona.

– No, Wielkanoc! – Zaśmiała się na widok mojej miny.

– Aha. – Skrzywiłam się. – Kolejna okazja do rodzinnej celebracji. A ojciec na morzu. Albo gdzie indziej, bo rodzicom znów się nie układa. Coś czuję, że będzie drugi rozwód.

– Serio? – Jagna posłała mi współczujące spojrzenie.

– Wiesz, ja bym się nawet ucieszyła.

– Żartujesz.

– Nie. Tata zasługuje na to, żeby być szczęśliwy. Powinien się od niej uwolnić. Odkąd pobrali się po raz drugi, stała się jeszcze bardziej agresywna niż dawniej. Kiedy są razem, najpierw wszystko jest dobrze, a potem zaczyna się szaleństwo. Biją się, wrzeszczą, chleją... Mam tego serdecznie dosyć – przyznałam się, bo Jagna znała całą prawdę i mogłam być z nią szczera.

– Ojciec powinien zabrać cię ze sobą.

– Ma dwie córki. Myślisz, że nas zabierze? Nie sądzę. Nie miałby gdzie nas zostawiać.

Jagna zrobiła zbolałą minę. Wiedziała, że nic nie może dla mnie zrobić, a przecież i tak wielokrotnie ratowała mnie z opresji.

– Przykro mi. W razie czego przyjdź do mnie od razu po świętach, dobrze? Na pewno się jakoś poukłada. Tyle już zniosłaś...

Niestety, nie tylko nic się nie poukładało, ale na dodatek znów zapanował chaos. Totalna rozpierducha. W sobotę, tuż przed Niedzielą Wielkanocną, Regina kazała mi się wynosić. Rankiem zastała mnie w pokoju, jak akurat się przebierałam.

– Ty kurwo obrzydliwa! – Była ewidentnie podchmielona. – Wynoś się. TERAZ!

Wybiegłam z domu, ściskając w dłoni przygotowaną na tę ewentualność torbę, i tym razem naprawdę nie wiedziałam, dokąd pójść. Dla jasności: nie miałam zamiaru nikomu wpychać się na święta i zasiadać z obcymi do uroczystego śniadania, łykając gorzkie łzy upokorzenia i dzieląc się jajkiem.

Zrezygnowana ruszyłam w miasto, nie mając żadnego planu. Czasem zdarzało mi się w takich sytuacjach błądzić godzinami po Trójmieście lub przesiadywać na przystankach autobusowych. Po kilku godzinach znalazłam się w Sopocie. Lubiłam to miasto, miałam nadzieję, że poprawi mi nieco humor. Właśnie rozważałam, czy iść na molo, czy najpierw wstąpić coś zjeść, gdy usłyszałam za plecami znajomy głos:

– Cześć, Karolina. Co tu robisz?

To był mój kolega z klasy, Bartek. Nikt szczególnie bliski, nie byliśmy przyjaciółmi, ale i tak jego widok nieco podniósł mnie na duchu. Potrzebowałam zobaczyć jakąś znajomą twarz.

– A, nic. Tak sobie chodzę.

– Chodzisz? – Uśmiechnął się, nie wiedząc, co mam na myśli. Uznałam, że powiem mu prawdę. Znajomi ze szkoły i tak wiedzieli o ekscesach Reginy.

– Moja matka wyrzuciła mnie z domu na jakiś czas. Jeszcze nie wiem, co zrobię. Dlatego chodzę i się zastanawiam.

Na twarzy Bratka odmalowało się szczere współczucie.

– O kurczę, to faktycznie... syf.

– Wiem, ale nie przejmuj się. Na pewno znajdę jakieś rozwiązanie! – zapewniłam go ze sztuczną wesołością, choć w rzeczywistości zastanawiałam się, czy w nocy będzie bardzo zimno i czy dam radę przespać się na jakiejś ławce.

– Słuchaj, mam pewien pomysł. – Podrapał się po głowie. – Dzisiaj wieczorem wyjeżdżam z rodzicami na całe święta, wracamy dopiero we wtorek po południu. – Sięgnął do kieszeni i wyjął klucz. Podał mi go, a ja instynktownie wyciągnęłam rękę. – Masz. Przyjdź dzisiaj po dwudziestej. Nas już nie będzie.

– Ale...

– Nie przejmuj się. Nic nie powiem rodzicom, tylko zostaw po sobie porządek.

Pokiwałam głową, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Chciało mi się płakać i śmiać jednocześnie, bo nie wierzyłam, że po raz kolejny obca osoba okazała mi wsparcie.

– Dziękuję – wyrzuciłam jednym tchem.

– Nie ma sprawy. Klucz oddasz mi w szkole. A teraz muszę iść, bo niedługo wyjeżdżamy. Do zobaczenia!

Nabazgrał mi adres na jakimś starym kwicie pocztowym i oddalił się pospiesznie, a ja stałam z kluczem w dłoni i bijącym sercem.

*

Dotarłam na Kamionkę. Długo nie mogłam znaleźć bloku, w którym mieszkał Bartek, ale w końcu trafiłam pod właściwy adres. Najpierw dwa razy sprawdzałam, czy w oknach na pewno nie pali się światło. Byłam spocona z przejęcia, ale nie miałam wyjścia – musiałam skorzystać z jego oferty. Zresztą po całym dniu łażenia bez celu byłam wykończona i marzyłam już tylko o tym, by wziąć prysznic i położyć się spać.

Mieszkanie kolegi znajdowało się na drugim piętrze. Nigdy u niego nie byłam, więc nie miałam pojęcia, jak mieszkał. Kiedy w końcu otworzyłam drzwi i wśliznęłam się do środka, moim oczom ukazało się przytulne mieszkanko urządzone całkiem modnie jak na drugą połowę lat osiemdziesiątych: lakierowana meblościanka, tapczan nakryty kocem w kratę, a w kącie telewizor. Czego chcieć więcej? Nadstawiłam ucha. Na górze słychać było tupot stóp, zapewne sąsiedzi mieli dzieci. Poza tym panowała cisza, nie licząc dobiegających zza ściany przytłumionych dźwięków muzyki.

 

Usiadłam na tapczanie i włączyłam lampkę. Salon zalało ciepłe, miękkie światło, które koiło nerwy. Zaczęłam się zastanawiać, czy mogę otworzyć lodówkę i coś przekąsić i czy rodzina Bartka potem to zauważy. Zamierzałąm wziąć szybki prysznic, ale nagle moje powieki stały się ciężkie. Zasnęłam w kilka minut i obudziłam się dopiero nazajutrz, wczesnym rankiem.

Kiedy otworzyłam oczy, przez balkon wpadały blade promienie słońca. Zamrugałam kilka razy, usiłując sobie przypomnieć, gdzie jestem. Rozejrzałam się po obcym mieszkaniu i przetarłam oczy. A więc jednak to nie był sen: naprawdę spałam w nie swoim mieszkaniu i spędzałam święta w pojedynkę.

Musiałam wziąć się w garść.

Najpierw zrobiłam mały obchód. Zajrzałam do łazienki, niewielkiej sypialni i pokoju Bartka, gdzie na ścianach wisiały plakaty piłkarzy. Uśmiechnęłam się, bo tylko tyle o nim wiedziałam – był zapalonym kibicem. Na jego biurku znalazłam złożoną kartkę wyrwaną z zeszytu. To był liścik do mnie.

Możesz śmiało zjeść część zapasów z lodówki, mama i tak zapomni, co tam miała, a po drodze zrobimy zakupy.

W tym samym momencie poczułam, jak skręca mnie z głodu. Burczenie w brzuchu wydało mi się głośne niczym warczenie psa. Nie jadłam wczoraj cały dzień! Pobiegłam do kuchni w poszukiwaniu prowiantu. Wyjęłam z lodówki jajka i margarynę, a potem zaczęłam przetrząsać szafki, żeby znaleźć jakąś patelnię. Kilka minut później łapczywie wcinałam chleb z serem i jajecznicę. Nic mi tak nigdy nie smakowało. Z pełnym żołądkiem i wielką ulgą wróciłam na tapczan.

Musiałam chwilę poleżeć, bo najadłam się jak bąk. W mieszkaniu zapadła cisza i nagle do moich uszu dobieg­ły dźwięki: zewsząd otaczały mnie przytłumione głosy świętujących ludzi. Sąsiedzi za ścianą wyprawiali właśnie wielkanocne śniadanie, słyszałam śmiech i muzykę, a ja siedziałam sama, w obcym domu, nie wiedząc, co będzie jutro.

Dawno nie czułam się równie samotna. Zamarzyłam o dniu, kiedy stanę się pełnoletnia i będę mogła sama sterować swoim życiem. Regina mnie wykończyła. Chyba jeszcze nigdy nie miałam tak wszystkiego dosyć.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?