WilczycaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Sylwia Koperska-Mrozińska, 2020

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© CoffeeAndMilk/iStockphoto.com;

Alexander Mils/Pexels.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8234-511-7

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

U WRÓT PIEKIEŁ

Podjechaliśmy policyjną nysą pod Młyn. Tak mówiono na Areszt Śledczy w Poznaniu, bo znajdował się przy ulicy Młyńskiej. Wielki szary budynek wyglądał przygnębiająco, już przy wejściu miało się ochotę wydyndać. Otworzyły się drzwi samochodu, a ja wstrzymałam oddech. Kiedy jechaliśmy przez miasto, tylko te drzwi dzieliły mnie od wolności, teraz ją traciłam. Policjanci wyprowadzili mnie i Zielę na zewnątrz, rozmawiając między sobą o tym, co żony zrobiły na obiad. Byli całkowicie poza strefą mojego bólu. Chciałam się rozejrzeć, ale mój wzrok utkwił w bramie, dosłownie się w niej utopił – w masywnej, metalowej, ciężkiej bramie, wysokiej na paręnaście metrów. Stała się symbolem mojego koszmaru, widzę ją w snach do dziś. Nic potem nie było już tak przerażającego jak huk tej bramy, za którą skrywało się piekło. Za chwilę miałam przez nią przejść i zrozumieć, że wolność jest widokiem nieba. Na samą tę myśl chciało mi się wyć, a łzy kapały, jakby ktoś odkręcił kran.

Z przerażenia mnie telepało, miałam na ciele gęsią skórkę; pięć dni wymiotów i niejedzenia zrobiło swoje. Maj tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku, mimo bujnej zieleni wokół, dla mnie był niczym najpodlejszy listopad. Tylko dzień był jakby ze mną, poza tym wszystkim. Świeże powietrze drylowało nozdrza, zapach wiosny wypełniał mnie od wewnątrz, ale miałam świadomość, że to moje ostatnie podrygi. Bałam się. Panicznie się bałam. Kurewsko się bałam. Gwałtów, bicia, a nade wszystko izolacji. Czułam każde uderzenie serca.

Moja przyjaciółka Ziela stała obok, ale nie mogłyśmy na siebie nawet spojrzeć. Policjanci nie pozwalali nam też rozmawiać – dla nich byłyśmy wspólniczkami i musieli pilnować, abyśmy nie ustaliły wspólnej wersji wydarzeń. Ale mojej głowy wcale nie zaprzątały kłamstwa. Dopiero wtedy pierwszy raz pomyślałam o konsekwencjach. Byłam w czarnej, smolistej dupie i tego nie dało się już ukryć – do dziś zresztą nie da się o tym zapomnieć. Tylko jedna myśl przewiercała mi głowę: zostawiłam swoją ukochaną Laurę, i serce mi pękało. Dusiłam się na samą myśl, że nie zobaczę dziecka, nie przytulę, nie poczuję zapachu skóry córeczki. Zanim jednak serce po raz kolejny rozdarło mi się na miliony kawałków, usłyszałam ten dźwięk. Złowrogie dudnienie, jakby coś z jękiem i niechęcią ruszyło do przodu. Jezu, to ta brama! Nigdy, ale to nigdy w życiu nie miałam poczucia takiej beznadziei jak wtedy, gdy te straszne wrota wolno się zasuwały, tocząc się po szynie. Klatka po klatce, jakby w zwolnionym tempie, widziałam, jak się zamykają, a w uszach słyszałam huk przegranego życia.

Przede mną był dziedziniec – brzydki, ponury, przygnębiający, z odrapaną elewacją. Nie chciałam tam wchodzić, bałam się zrobić choćby krok, ale policjant pchnął mnie lekko do przodu. No i przeszłam. Tuż za bramą był magazyn. Tu obrano mnie z tożsamości. Musiałam oddać wszystko, z czym wjechałam. Oddać siebie. Dostałam śmierdzący formaliną stary koc i drelichowy uniform do przebrania. Po zameldowaniu pojawił się funkcjonariusz z oddziału, żeby przeprowadzić mnie przez dziedziniec. Idąc wolnym krokiem, spojrzałam w prawo i od razu przeżyłam szok. Wydawało mi się, że w swoim krótkim życiu widziałam już bardzo wielu bardzo różnych ludzi, ale trzy kobiety stojące pod pralnią wprawiły mnie w osłupienie. Nie zetknęłam się nigdy z taką patologią. Wyglądały jak wiedźmy albo przechlane i wyniszczone penery. Opuchnięte twarze, małe oczka, a pod nimi nabrzmiałe worki. Tłuste cienkie hery upięte w końskie ogony eksponowały zakola i duże czoła. Jedna z nich odsłoniła wąskie wargi w uśmiechu. Zatkało mnie: gdzie podziały się jej zęby? Nawet z dużej odległości dostrzegłam, że jest szczerbata, a pozostałe kikuty były czarne i przegniłe.

– O, nowe żony przyjechały! – wrzasnęła ochrypłym głosem, na co wszystkie trzy ryknęły śmiechem. Ten dźwięk przypominał mi zgrzyt piekielnej bramy. Od razu wyobraziłam sobie, jak spotykam się z nimi sam na sam pod prysznicem i zaczynają mnie katować. W tej jednej chwili miałam ochotę raczej umrzeć, niż przeżyć kolejną minutę życia wśród takich baboli.

Zanim weszliśmy do środka, obejrzałam się za siebie, by ostatni raz zobaczyć ołowiane niebo. Może i było pochmurne, ale symbolizowało wolność, która właśnie została mi odebrana. Wreszcie wpuszczono nas na oddział. Wchodziliśmy po schodach, a mnie robiło się ciemno przed oczami, bo wszystko wyglądało jak w Alcatraz: słabe oświetlenie, brudne beżowe lamperie i rzędy cel z metalowymi drzwiami w kolorze musztardy. Na końcu każdego korytarza prysznice. Czułam się, jakbym grała w filmie. Tylko że to wcale nie był film! To było moje życie.

Nagle z któregoś z pomieszczeń wyłoniła się ładna szczupła kobieta, wychowawczyni – później mówiłam już na nią tak jak inni: ,,wychówka”. Wyglądała tak jakoś normalnie i tak też się zachowywała. Dobry człowiek, bo gdy tylko mnie zobaczyła, złapała się za głowę.

– Matko Boska, co ja z tobą zrobię? Gdzie ja cię posadzę? – jęknęła.

Nic dziwnego. Stała przed nią młodziutka dziewczyna ubrana w schludny dresik, chuda i wysoka czarnulka z oczami opuchniętymi od ciągłego płaczu. Łzy się ode mnie nie odklejały, były jak wodospady. Wyglądałam żałośnie i tak też się czułam.

– Proszę – bąknęłam. – Niech mnie pani posadzi gdzieś, gdzie nie zrobią mi krzywdy.

– Jezu, no dobrze. Dam cię na przejściówkę.

Nie wiedziałam, co to jest ta „przejściówka”, ale po chwili stanęłam przed drzwiami celi. Były metalowe i szpetne, równie potworne jak cała reszta. Na chwilę zamknęłam oczy i przypomniałam sobie twarzyczkę Laury. Przez łzy, które się lały, kiedy uniosłam powieki, prawie nic nie było widać.

KUKUŁECZKA

ROZDZIAŁ 1

Wspomnienia z dzieciństwa nadal są tak żywe, jakby wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj. Wiele scen utkwiło mi w sercu i czuję ulgę, że w końcu mogę je z siebie wyrzucić. Od czego by tu zacząć? Sama nie wiem. Może od dnia, kiedy moja szanowna matka, despotyczna Cruella De Mon, po raz kolejny wyrzuciła mnie z domu? Tak, wciąż czuję ten ziąb na całym ciele, gdy pod koniec grudnia musiałam maszerować pieszo po śniegu, na głodniaka.

W normalnych rodzinach okres pomiędzy Bożym Narodzeniem a sylwestrem to frajda. Wszyscy mają wolne, mogą razem posiedzieć albo dokądś wyjechać. Po prostu cieszą się swoją obecnością w spokoju i szczęściu, bo chyba na tym polega miłość? Ja nie znam odpowiedzi na to pytanie, bo Regina nigdy mnie nie kochała. Osiągnęła za to mistrzostwo w nienawiści.

Był poranek, może nie bardzo wczesny, ale zegar nie zdołał nawet wybić siódmej, gdy matka wparowała do mojego pokoju. Nie spałam zbyt głęboko, ponieważ w domu rodzinnym, o którym jeszcze opowiem, nigdy, nawet przez minutę, nie czułam się bezpiecznie. Żyłam w strachu jak zając, który zamieszkał w norze pełnej lisów. Wciąż wyczekiwałam, aż któryś rzuci mi się do gardła, i właśnie coś takiego działo się w tamtej chwili.

Szarpnęła klamkę, a ja natychmiast otworzyłam oczy. Serce waliło mi jak młotem, obawiałam się, że zaraz wyskoczy z piersi. Nie miałam wtedy jeszcze osiemnastu lat i wciąż chodziłam do liceum.

– Ty kurwo! – ryknęła jak potwór. Skuliłam się na chwilę, nie wiedząc, czy bronić się pod kołdrą, czy próbować jakoś wyminąć matkę i uciekać. – Ty paskudo, wypierdalaj z mojego domu, ale to już! – wrzasnęła i zamachnęła się ręką.

Zawsze potrafiła mnie dosięgnąć. Zawsze. Choćbym nie wiem jak była zwinna i szybka, udawało jej się wymierzyć kilka ciosów. Tym razem w ruch poszła jej ulubiona łyżka do butów, z końcówką w kształcie końskiego łba. Już nieraz mnie nią zlała, więc doskonale wiedziałam, co będzie dalej.

Wywlokła mnie z łóżka na ziemię i zaczęła okładać bez litości.

– Żebyś zdychała i zdechnąć nie mogła! – darła się. – Wypierdalaj, pókim dobra!

Zerwałam się z podłogi, nie mając nawet czasu oszacować, czy czegoś mi nie złamała. Fala stresu była obezwładniająca. Z przerażenia łzy ciekły mi po policzkach i z trudem łapałam oddech. Lęk chwycił mnie za gardło. Przez moment wydawało mi się, że już po mnie, ale przypływ adrenaliny, zrodzony ze strachu, kazał mi uciekać. Wybieg­łam na piętro i mało nie pośliznęłam się na dywanie, którym wyłożony był długi korytarz. W ciągu kilku sekund dostałam się do okazałych marmurowych schodów z piękną drewnianą poręczą i wpadłam do dużego holu. Zdołałam włożyć buty, kurtkę i czapkę, gdy zobaczyłam, że Regina stoi na piętrze i wymachuje łyżką. Z jej oczu sypały się iskry, co oznaczało, że na pewno jej nie przejdzie. Musiałam spełnić rozkaz i wynieść się, póki łaskawie była skłonna darować mi życie.

Dobiegłam do dwuskrzydłowych ciężkich drzwi i po chwili poczułam, jak zimne grudniowe powietrze wdziera się do płuc. Byłam bezpieczna, chociaż pozostawiona sama sobie. Miałam ochotę ryczeć, ale powstrzymałam łzy, bo nie chciałam, by policzki mi zmarzły.

 

Nie było żadnego powodu ani żadnego logicznego wytłumaczenia, dlaczego moja matka w tak brutalny i bezduszny sposób wyrzuciła mnie z domu. Robiła tak kilka razy w roku, średnio co dwa miesiące, bez ostrzeżenia. Nie wiem, kto zasiał w niej nienawiść, ale miałam pecha – Regina nie dość, że nie potrafiła kochać własnej córki, to tępiła mnie jak bezpańskiego psa, który nawet nie miał zębów, żeby się bronić.

Nazywałam ją w myślach Cruellą De Mon, bo pod wieloma względami przypominała tę karykaturalną postać: miała w sobie taką samą chciwość i wściekłość. Jeżeli chodzi o styl bycia, porównałabym ją do Alexis Carrington-Colby. O tak, do Dynastii wzięliby ją bez castingu. Uwielbiała drogie ciuchy i diamenty, uważała, że na nie zasługuje. Zresztą to właśnie mi powtarzała jako najważniejszą matczyną radę:

– Pamiętaj, facet musi dawać ci diamenty. No i każda kobieta powinna mieć fiutro z norek. Ale nie z brzuszków, tylko z grzbietów, rozumiesz?

Nigdy nie doszłam do tego, skąd jej się wzięło to „fiutro”. Dzisiaj mnie to śmieszy, ale wtedy wzbudzało złość.

Swoje słowa wcielała w czyn. Zawsze wyglądała jak milion dolców i była gotowa wydać każde pieniądze, byle nosić się z największą – w jej mniemaniu – klasą. W rodzinie krążyła opowieść, jak jeden jedyny raz ojciec wysłał ją do Danii, by kupiła towar. Otworzyli wtedy niewielką hurtownię z chemią gospodarczą i Regina pojechała do swojej matki, żeby złożyć zamówienie. Babcia Aurelia od kilku lat mieszkała w Kopenhadze, więc zawsze nadarzała się okazja do shoppingu, a wiadomo – w Polsce półki świeciły wtedy pustkami. No to pojechała, ale wróciła nie z towarem, lecz z nowym futrem. Czy raczej „fiutrem”. Kiedy ojciec ją zapytał, czemu to zrobiła, wyglądała na zdziwioną.

– No, ale, Janek, ty wiesz, jaka była promocja? Z czterech tysięcy dolarów na trzy i pół. No proszę cię, musiałam kupić!

Wydała całą gotówkę, jaką jej dał. Rozumiecie panią? Roztrwoniła kasę i nawet się nie zastanowiła, co to oznacza dla nas i dla biznesu. Do dziś nie kumam, skąd w tej kobiecie tak gigantyczny egoizm.

Regina zawsze nosiła się modnie, jak paniusia, i lubiła podkreślać swoje atuty, a miała figurę jak Sophia Loren. Jeden z jej looków szczególnie zapadł mi w pamięć: beżowa jedwabna oversize’owa kurtka w haftowane aksamitne kwiaty, do tego zamszowe, jasnobeżowe kozaki za kolano.

Kiedyś, pijana, bujając się na nogach, uderzyła mnie w twarz z otwartej ręki. ,,Natychmiast do swojego pokoju” – syknęła. Nie zrobiłam nic złego, po prostu weszłam jej w drogę, to wystarczyło.

Codziennie na ustach nosiła czerwoną szminkę Paloma Picasso, rzęsy miała wytuszowane, fryzurę à la Kleopatra (fascynowała ją zresztą Elizabeth Taylor), kruczoczarne włosy proste jak struna. Nie dało się zaprzeczyć – była piękna. Tak piękna, że mężczyźni byli w stanie zrobić dla niej wszystko, dlatego opływała w luksusy i żyła w wielkiej rezydencji do złudzenia przypominającej w środku dom Carringtonów. A wiem to, bo kiedy chodziłam do liceum, emitowano nowe odcinki Dynastii. Włączałam telewizję i zupełnie jakbym widziała swoją własną chatę. I matkę. Tyle że Alexis, pomimo wielu wad, nie była tak impulsywną, wulgarną, agresywną, egoistyczną i złą kobietą jak moja Regina.

Z wiekiem stawała się coraz gorsza i bardziej nieznośna. Pamiętam, że kiedy jej matka umierała w Danii, nie spieszyła się do szpitala. Pojechał tam mój brat Maurycy, a ona dojechała już po jej śmierci i od razu pobiegła splądrować dom. Szukała złota i pieniędzy, bo tylko na tym jej zależało. A przecież matka ją kochała, tak jak kochała każdego z nas.

Taka właśnie była Regina. I nadal jest, tyle że od kilkunastu lat nie chcę jej już znać. Teraz jestem dorosła i nie muszę znosić tych wszystkich okropieństw.

W tamten grudniowy poranek wciąż jednak byłam nastolatką i błąkałam się w piżamie po Jaśkowej Dolinie, by znaleźć schronienie. Na szczęście zawsze miałam się do kogo zwrócić. Jagna była całym moim światem i ukochaną przyjaciółką.

Nikogo nie bałam się tak jak matki. Ten lęk, który zrodził się we mnie w dzieciństwie, zżerał mnie od środka. Paraliżował. Przez niego nie byłam zdolna, by się zbuntować. Regina wyrzucała mnie już tyle razy, a ja znów, niezmiennie, czułam się zagubiona i samotna. Nie wiedziałam, czy zdołam tam wrócić, a przecież inny scenariusz nie istniał. Pozostawało tylko pytanie: czy na pewno mnie wpuści? A może przyjdzie kiedyś taki dzień, gdy pozbawi mnie dachu nad głową już na zawsze?

ROZDZIAŁ 2

Drzwi otworzył ojciec Jagny. Choć prawie u nich mieszkałam i doskonale znał moją sytuację, to jak zwykle zrobił zdziwioną minę. Od razu zachęcił mnie gestem ręki, bym weszła do środka.

– Dziecko, znowu cię matka pogoniła? – W jego oczach czaiła się troska i nagana pod adresem Reginy. Potwornie się tego wstydziłam.

– Troszkę się zdenerwowała, ale to dlatego, że się wczoraj pokłóciłyśmy. Nie okazałam jej szacunku, to w sumie moja wina – łgałam jak z nut, ale przecież nikt się na to nie mógł nabrać.

– Karolina, twoja mama chyba zbyt często, jak to ładnie ujęłaś, się denerwuje.

– To naprawdę nic wielkiego. Naprawdę – próbowałam go przekonać, żeby już odpuścił. Przez chwilę spoglądał na mnie z wahaniem, aż w końcu westchnął.

– To co, napijesz się herbaty?

Skinęłam głową z wdzięcznością.

Spędzałam u nich całe dnie, czasem zdarzało mi się nocować. Kiedy Regina dostawała tych swoich niewyjaś­nionych ataków nienawiści, zawsze przybiegałam do tego domu, gdzie wszyscy wiedzieli, co się ze mną dzieje, i traktowali mnie ciepło.

– Jagna jeszcze śpi. Wchodź – zaprosił mnie do środka. – Zjesz coś?

– Chętnie, ale później. Jak wstanie, dobrze?

Pokiwał głową, a ja od razu skierowałam się do pokoju mojej najlepszej przyjaciółki.

Ojciec Jagny to był gość! Jak ja go podziwiałam, jak ja chciałam, żeby w moim domu było tak jak u nich. Wszystko mi się tutaj podobało, a najbardziej to, że w tych wnętrzach czuło się artystyczną duszę.

On był wziętym charakteryzatorem, a jego żona kostiumologiem. Dwójka artystów, którzy wspólnie stworzyli dla córki przytulne gniazdko. Dlatego właśnie lubiłam tu być i nie czułam się jak intruz. Albo podrzutek. A skoro o podrzutkach mowa...

Regina niemal od zawsze traktowała mnie jak kukułcze jajo. Jej cel był prosty: podrzucić mnie komuś i mieć święty spokój. Ile ja przerobiłam cioć i opiekunek, to głowa mała! Kto to zliczy? Kilka z nich zapisało się w moim sercu jako anielskie istoty, a kilka – jako istoty dziwne.

Zacznijmy może od pani Skibińskiej. Jeszcze zanim rodzice kupili dom i zamienili go w odpicowaną willę Carringtonów, mieszkaliśmy w gdańskiej kamienicy. W jednym mieszkaniu my, a w drugim babcia Skibińska. To znaczy nie babcia rodzona, bo ta była w Danii, ale taka od serca. Cudowna starowinka, która traktowała mnie jak wnuczkę. Przysięgam, przesiadywałam u niej całe dnie, a matka pewnie się cieszyła, bo miała mnie z głowy.

Schronienie i substytut kochającego domu znajdowałam jeszcze u innej sąsiadki, pani Heni. Pani Henia miała męża motorniczego i piątkę dzieci. W ich mieszkaniu stał piec węglowy, na którym stawiali gary i gotowali proste potrawy. Zawsze mnie częstowali, na przykład talerzem kaszy manny polanej sokiem malinowym albo pajdą chleba z cukrem. Na pieczywo mieli wiele sposobów, często smażyli je w jajku i wtedy po całym domu roznosił się cudowny zapach. Ten dom kojarzył mi się ze szczęśliwą, kochającą się rodziną, bo tacy właśnie byli. Nawet dzisiaj, kiedy pomyślę o tej kaszy albo o chlebie, cieknie mi ślinka. Jedli proste, ale pyszne rzeczy, grali w gry, bawili się, czytali na głos bajki. Uwielbiałam u nich przesiadywać, choć oczywiście gdzieś w głębi duszy czaił się smutek: czemu ja nie mogłam mieć takiego prostego szczęścia?

Nie zawsze miałam dobrych opiekunów. Doskonale pamiętam panią Klarę, która – nie przesadzam – ubierała się i wyglądała jak Baba Jaga. Nosiła długie spódnice, miała siwo-czarny wielki kok, a na ramiona zarzucała własnoręcznie dziergane chusty. Pani Klara miała brzydką córkę Anię i sześć kotów, przez co w domu nie pachniało najładniej. To nie były czasy kuwet i żwirków dla kota, oj nie...

Zajrzałam do Jagny, która właśnie przebudziła się na swojej antresoli. Pokój był dwupoziomowy. Na dole znajdowało się miejsce do nauki, gdzie na ścianach wisiały plakaty naszych idoli, jak Jennifer Rush i Modern Talking, z autografami dla mojej koleżanki – przywoził je z podróży ojciec Jagny. Na górze była sypialnia, trzymała tam książki i lalki Barbie, którymi mimo swojego wieku wciąż się bawiła. Zazdrościłam jej tego bezpiecznego gniazdka na górze.

– Cześć, Karolina! Co ty... – zapytała zaspanym głosem. – A, czekaj! – Na jej twarzy odmalowało się zrozumienie. – Znowu cię wywaliła? Co za człowiek...

Wzruszyłam ramionami, bo cóż więcej można było dodać. Przyzwyczaiłam się do pewnych rzeczy. Nawet do siniaków, powyrywanych włosów i poranków spędzanych poza domem nie z własnej woli.

– Spokojnie. Wyjeżdża po Nowym Roku do babci. Chce się obłowić na wyprzedażach.

– Och, to świetnie. Będzie chwila odpoczynku.

– Tak – westchnęłam, bo właśnie sobie o czymś przypomniałam. – Tylko szkoda, że od świtu do nocy będę musiała zakuwać. Jak nie poprawię ocen, to mnie zabije.

Z moją szkołą była ciężka sprawa. Bardzo, ale to bardzo chciałam chodzić do tego samego liceum co Jagna, ale tak jak wiele innych marzeń Regina zniszczyła również i to, jej córka musiała przecież uczęszczać do najlepszej placówki w Gdańsku, czyli do „szkoły orłów”. To miejsce nie było fajne z wielu powodów. Wyglądało jak smutny Hogwart: ponure zamczysko wypełnione chorobliwie ambitną młodzieżą. Poziom był tak wysoki, że wszyscy uczyliśmy się od rana do wieczora siedem dni w tygodniu, w okrutnym stresie, a nauczyciele nie odpuszczali. To może brzmi niewiarygodnie, ale nawet na przerwach nie mieliśmy czasu, żeby pogadać, bo ślęczeliśmy przed kolejną lekcją, na której znów oczekiwano od nas akademickiej wiedzy.

Przez kilka lat dusiłam się tam ze strachu i w poczuciu stłamszenia. A wszystko po to, żeby Regina mogła się pochwalić znajomym, jakim to jestem orłem. Próbowałam się buntować i w pewnym stopniu mi się to udawało. W szkole stałam się kimś, kto inspiruje innych. Tak, byłam liderką, a na znak wolności ogoliłam sobie pół głowy, wzorując się na ukochanej Sinéad O’Connor. Nosiłam czarne ciuchy i glany, chciałam być punkiem, skinheadem – kimkolwiek, byle nie Cruellą De Mon jak moja matka. Nauczycielka historii, która szczerze mnie nienawidziła, omal nie padła na mój widok z wrażenia.

I choć ludzie ze szkoły byli w porządku, a ja próbowałam udawać, że nikt mnie nie ogranicza, to ciężko było mi przetrwać tamten okres. To był trudny czas, źle go wspominam, ledwo przechodziłam z klasy do klasy.

Całe szczęście, że miałam blisko Jagnę, która zawsze potrafiła mnie pocieszyć.

– Poprawisz oceny, a w ferie zimowe trochę się zrelaksujesz. Matka cię gdzieś wysyła?

– Nie. Może sama wyjedzie, co byłoby super, ale raczej będzie siedziała w domu i znów zapraszała znajomych na imprezy.

– O nie. To przyjdź wtedy do mnie, jak nie będziesz mog­ła wytrzymać. A co z ojcem?

– Wyjechał po świętach, ale tym razem na krótko. Będzie jakoś po Nowym Roku.

Mój ojciec był marynarzem. Pływał po zimnych wodach Skandynawii na statkach rybackich. To była dochodowa praca, dzięki niej żyło nam się w latach komuny o wiele dostatniej niż innym. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym półki w sklepach świeciły pustkami, a w naszej spiżarni można było znaleźć skrzynki z coca-colą, gumy w kulkach, czekolady Toblerone, żelki Haribo i inne frykasy. Były tam też zamrażarki z ubitymi świniakami i cielakami. Ojciec przywoził różne rarytasy i czasem zapominałam, w jak ciężkich czasach żyliśmy. Potrafiłam włożyć do ust dziesięć gum naraz, barwiąc przy tym łapy na niebiesko. Podobny los czekał modne w tamtym czasie gumy Mamba, które zjadałam w hurtowych ilościach.

Tatę uważam za najważniejszego człowieka w moim życiu. Za bohatera i jedyną osobę, która mnie kochała. Może nigdy nie zasłużył na miano ojca roku, ale któż to potrafił? Mam z nim wiele dobrych wspomnień, w dzieciństwie poświęcał mi sporo czasu. Początkowo pracował jako kierowca taksówki i jeździł starą warszawą – to były dobre czasy, nawet Regina trzymała wtedy poziom, choć nigdy, przenigdy nie okazywała czułej miłości. Po prostu była spokojniejsza. Później ojciec został marynarzem, no i zaczął znikać z domu na kilka miesięcy. Zawsze za nim tęskniłam, a kiedy mama świrowała, to już w ogóle. Muszę jednak przyznać, że kiedy podrosłam, ojciec coraz więcej pił, i mam wrażenie, że zmienił mu się charakter. Myślę, że rozłąki i małżeństwo z Reginą miały na niego fatalny wpływ. Kiedy wracał z morza, robili sobie z mamą prawdziwy honeymoon. Dom zamieniał się w wielką imprezownię, mnóstwo ludzi przyjeżdżało do ojca, żeby coś im załatwił, a my schodziłyśmy na drugi plan. My, to znaczy ja i moja siostra Elwira, młodsza ode mnie o dwanaście lat.

 

Później, kiedy imprezy dobiegały końca, zaczynało się coś o wiele gorszego: awantury. Jedną z nich pamiętam doskonale.

Dlaczego matka zaczęła rzucać w ojca filiżankami? Nie mam pojęcia. Zapewne znów ubzdurała sobie, że ją zdradza – oskarżała go o to nagminnie. Rodzice stali w kuchni, to był późny wieczór. Kiedy trzeźwieli po imprezach, Regina stawała się wyjątkowo agresywna.

– Widziałam, kurwa, jak na nią patrzysz! – pisnęła do ojca i zamachnęła się porcelaną jak piłką bejsbolową.

– Ty chyba chora jesteś, kobieto! – odparował, osłaniając się przed nadlatującym zagrożeniem. Filiżanka roztrzaskała się o ścianę, a na policzku taty pojawiła się krwawiąca rana.

– Wypierdalaj, bo cię zabiję! – Ruszyła na niego z pazurami. Ojciec zrobił kilka kroków do tyłu, ale i tak go dosięgła. Zaczęli się okładać, przy czym to Regina zadawała najwięcej ciosów.

Obserwowałam to wszystko w progu, a widząc, że sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna, zrobiłam to co zawsze. Pobiegłam w sam środek wojny, by ich rozdzielić.

– Mamo! Tato! Przestańcie, błagam!

Dostało mi się. Któreś z nich trzepnęło mnie boleśnie w ramię, ale i tak nie miałam zamiaru porzucać misji.

– Noooo juuuuuuż! – Weszłam pomiędzy nich. Wolałam zostać zmasakrowana, niż patrzeć, jak się biją. Ojciec pierwszy się opanował. Chwycił mnie za ramię, ale stawiłam opór.

– Przeproście się, pocałujcie – wychlipałam.

Regina przestała wywijać rękami i spojrzała na mnie z obrzydzeniem.

– No już dobrze, kurwa, dobrze. Idź już do siebie.

– Ale pocałujcie się na zgodę! – nie ustępowałam.

Posłali sobie całusa w powietrzu i nalegali, bym zostawiła ich samych. Właśnie takie było moje dzieciństwo, byłam jak kukułcze jajo, które czasami samo musiało się ewakuować.