Układ Trójmiejski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Czy oni chcą uderzyć? Ja też znam ludzi, którzy chcą ustalić… Oni mówią, że moja historia go zaskakuje i on nie wie na razie, w którą stronę pójść. On też ma swój film. Pewnie, że kłamie, ale ma swój film.

— To oni wprowadzili ten temat — nie zgadzaliśmy się z Michałem Tuskiem, to Marcin P. wrzucił w obieg sprawę zatrudnienia syna premiera, przekazując to w rozmowie dziennikarzom.

— Przecież to ja wprowadziłem, nie on — oponował młody Tusk, nawiązując do swojego wywiadu w „Gazecie Wyborczej”, gdzie po raz pierwszy ten fakt ujawnił opinii publicznej.

— Zaraz, twoje nazwisko poleciało na miasto.

— A to od nich poleciało, tak?

— A myślisz, że od kogo? Od kogo się dowiedziałeś o sprawie?

— Ja? Ja nie powiem — zaśmiał się i po chwili: — Tylko pytanie jest kluczowe, które mnie denerwuje… On też powiedział na konferencji, wiem, bo byli tam ludzie z „Gazety” i mówili, że jeśli chodzi o szczegóły, to wyda oświadczenie na ten temat. Pytałem się ich o intencje i oni mówią, że to nie było takie jakieś, że ujawnimy wszystko, tylko że on na razie tego nie czytał i musi się przygotować. Onet to przekręcił, bo tam pracuje laska, raczej nie za mądra, w Gdańsku, i Onet to przekręcił, że wyda osobną konferencję na mój temat. […] I „Gazeta Polska” także mówi, że będzie oddzielna konferencja prasowa. Oni jutro idą z nim gadać.

— Kto?

— Z „Gazety”, umówili się przez… Znacie przeora.

— Nie.

— Przeor dominikanów w Gdańsku. Marcin P. chodzi do niego codziennie. Generalnie ten przeor dzwoni do dziennikarzy, coś tam robi, broni go. On tam [Marcin P. — przyp. aut.] rzeczywiście chodzi i modli się do niego.

Tusk pokazał kolejnego e-maila. Zatrzymaliśmy się nad nim chwilę: wynikało z niego, że syn premiera pracował dłużej dla OLT Express, niż twierdził. Zakończył współpracę dopiero pod koniec czerwca. Ostatni e-mail miał datę 10 lipca. Przyznał:

— Wygląda to słabo.

Czy latał liniami OLT Express? Raz, do Warszawy, 15 maja. Sam zapłacił. Był to jego pierwszy i ostatni lot.

Przy lekturze kolejnych e-maili powróciliśmy do negocjacji umowy.

— Czemu nie chciałeś większej stawki? — zapytaliśmy.

— Powiedział [Frankowski — przyp. aut.]: Ja proponuję dyszkę dla ciebie plus VAT. Nie, inaczej. On zapytał, ile bym chciał, ja odpowiedziałem: Generalnie to nie przesadzajmy, nie mam doświadczenia, trójkę miesięcznie. On się śmieje, że dyszkę. On mówi: To spotkajmy się w połowie, niech będzie piątka plus VAT. Negocjacje były takie.

Nagle pokazuje maila, że w sumie było mu obojętne, czy umowa byłaby podpisana z OLT czy Amber Gold. To kłóciło się z głoszoną przez niego wersją, że z Amber Gold nie podpisałby umowy. Między bajki można włożyć jego narrację. Był gotowy podpisać umowę z Amber Gold, gdyby tamci się uparli.

Przy kolejnym e-mailu ponownie rzucił:

— To było słabe — i wyjaśnił: — Razem z kumplem z „Gazety” robiłem wywiad z Frankowskim. […] On chciał robić wywiad, gadałem z kumplem z gazety, on powiedział, że nie chce mu się robić tego wywiadu. Więc jak chcę, to mam zrobić. Oni chcieli ten wywiad zrobić, ale Janusz nie miał czasu, powiedział, że to ja mogę zrobić, on go obejrzy, sprawdzi i tyle.

— Zaraz, ty zrobiłeś wywiad z Frankowskim, a poszedł pod innym nazwiskiem?

— Tak.

Wiedzieliśmy, że nic więcej z niego nie wyciśniemy. Przy tym nie wyglądał na oszusta. Pokazanie nam swojej skrzynki pocztowej i przejście po niej krok po kroku z nami robiło dobre wrażenie. Śpieszył się na wieczorny mecz piłki nożnej. Tak jak i ojciec, gra w piłkę nożną dla relaksu. Zaproponowaliśmy odwiezienie go do domu. W czasie drogi wyrzucił z siebie:

— Ja się boję tego przede wszystkim, że to pójdzie w jakąś stronę, jakiegoś grubego strzału, trochę nieprawdziwą, przekłamaną.

— Jeżeli masz cokolwiek, że doradzasz Amber Gold, to doradzasz piramidzie finansowej, to jest gruba sprawa […]. Musisz sobie wszystko przypomnieć — rzuciliśmy.

— Ja sobie przypominam. Jedyna sytuacja to… to co wam mówiłem, gdzie Frankowski podszedł z tematem, że jest ciężko i ja szyderczo zasugerowałem mu zalegalizowanie wszystkich działań. Szkoda, że nie nagrywałem tego.

— To dziwne, że twój tata nie daje ci wsparcia. Mają najlepszych ludzi od piaru.

— Rozmawiałem z ojcem wczoraj… Jak coś jest, nie ma, dobrze, ten wywiad… nic nie trzeba robić, gdybyś był normalny, nic nie robił, głupi jesteś, taka generalnie rozmowa. Po co rozmawiasz z ludźmi, ja z nikim nie rozmawiam, nie odbieram telefonów, tylko od pięciu najbliższych współpracowników… Sorry, ja nie zamierzam swoich kolegów dymać, bo zbudowali swój obóz obok. Dzisiaj jak zadzwonili, ten Broniewski, to z nim gadałem. Potem zadzwoniłem nawet do Araba, dali mi komórkę do tego całego Arabskiego biednego… Powiedziałem mu, wysłałem wam te pytania, ja nie wiem, co mam robić, ja mogę na nie odpowiedzieć, ja wiem, że u was generalnie nic, ale może podpytaj tego swojego Igora, ja to mogę zrobić, wysłać wam, cokolwiek… No, no dobra, lepiej cicho. Wiesz, dlaczego on tak mówi, bo tam oni wszyscy mają to w dupie. Wszyscy wiedzą, że tam za trzy lata nic nie będzie. Ja nie mówię o ojcu, ale tamta administracja, ten szereg. […]

Tam jest generalnie lenistwo i niechciejstwo, i takie poczucie, że jak w ogóle nie ma tematu, to on umrze. Oni nie rozumieją podstawowej rzeczy, że temat będzie. Moim zdaniem, gdyby P. nie żył i nie było już Amber Goldu, to można powiedzieć: Wbijamy w te pytania PiS, bo oni powiedzą, ja im nie odpowiem i co się stanie? Jutro będą burze i tornada i do widzenia. Ale tak nie będzie, jest Amber Gold, jest też Frankowski, jest źródłem generującym newsa. Dla mnie to jest oczywiste. Z drugiej strony ja wiem, że do więzienia nie pójdę, tak naprawdę ja się z tego wykaraskam, bo czy to jest problem, że to Michał Tusk robił? Nie, to jest problem, że syn Tuska robił. On ma z tego większe problemy niż ja. Ja się tak nigdy w życiu nie denerwowałem. Nigdy takiego stresu nie miałem.

— Dlaczego cię nie uspokoi, dając ci ludzi?

— Nie ma ludzi, co mają ci ludzie robić, oni mają wszyscy milczeć. Nie odbieraj od połowy dziennikarzy, nic nie mów i nie rób. […] On nie ma do mnie zaufania, szczerze… Myśmy też nie mieli okazji do gadki face to face, on jest ciągle za granicą. On przez telefon, w ogóle po tej akcji ma taki film, że nie chce ze mną gadać. Dzwoni do mojej żony, mu odbiło, że podsłuchy, nie, że tak konkretnie, ale przezornie. On moim zdaniem nie ma zaufania do mnie w tej sprawie. Moim zdaniem, wy macie teraz większe zaufanie do mnie niż on.

— On się boi, że ty się w czymś umoczyłeś, ale własnego syna…

— Ale on ma taki charakter, potem przeprosi, przytuli, że będzie dobrze.

— Dla mnie bycie ojcem jest ważniejsze niż bycie premierem — wtrąciłem, bo nie rozumiałem postawy premiera, który dystansuje się od syna w krytycznej dla niego chwili.

— No tak. Ale on też jest wkurzony na mnie. On mi mówi, o mnie się nie martw, ja sobie poradzę, komisji z tego nie będzie, mówi… Będzie dym większy czy mniejszy. Ale jakoś poradzimy sobie. Ja to się boję, że to będzie się ciągnęło do końca życia. A mówię, moim zdaniem gadasz głupoty, że może być odwrotnie, może być mega dym, z którego nie będzie komisji śledczej, ale będzie się ciągnąć długi czas i syfić, i udupią was, a ja, ty się akurat mną nie przejmuj, cały mój stres, to że nie mogę oddychać, aż mnie ściska, wynika z tego, że martwię się, że uwalę tobie cały biznes. I takie gadanie.

Na koniec wróciliśmy jeszcze raz do jego relacji z ojcem. Michał Tusk nie ukrywał, że chwilami jest na niego wkurzony.

— Jest mistrzem w utrzymaniu władzy i partii. Ja nieraz z nim dyskutowałem filozoficznie. Weź, człowieku, zrób coś, autostrady, kolej. A on zawsze mówi, co też nie jest głupie. […] On mówi, wiesz, fajnie, zajebiście. Powiedz mi… Sztuka polega na tym, żebyś mógł tę władzę utrzymać i rzeczy realizować. Niekoniecznie ja muszę to robić.

— Polityka małych kroków.

— Filozofia taka, że jeśli chcesz zmieniać Polskę, to musisz mieć władzę. Oczywiście, są ludzie, jedni gorsi, drudzy lepsi, natomiast on ani jednego dnia nic nie zrobi, gdyby nie utrzymał władzy. Takie to jest kluczowe. Ja od tego jestem, ja się na tym znam. Ja się nie znam na kolei, na tym… Ja się znam na tym, żeby utrzymać tę władzę i żeby to wszystko się odpaliło.

Michał Tusk wyszedł z samochodu i szybko poszedł w stronę swego domu. Spojrzeliśmy po sobie z Michałem Majewskim i uśmiechnęliśmy się, nie potrzebowaliśmy słów. Wiedzieliśmy, że dostaliśmy dużą dawkę nowych informacji, które mogliśmy skonfrontować z tym, co oferował Marcin P. Tego samego dnia, wieczorem, mieliśmy się właśnie spotkać z właścicielami Amber Gold. Ktoś powie, że Michał Tusk, rozmawiając z nami i dając dostęp do swojej skrzynki pocztowej, zachował się naiwnie, może, ale na nas zrobiło to dobre wrażenie.

Spotkaliśmy się z Michałem Tuskiem jeszcze raz, następnego dnia, na lotnisku im. Lecha Wałęsy w Gdańsku, gdzie pracował. Zapytaliśmy go, co myśli o sytuacji, w której się znalazł.

— Chyba za dużo grałem w gry komputerowe o liniach lotniczych i wielkich portach tranzytowych. Najwyraźniej gra się zawiesiła.

Tego samego dnia Michał bez problemów zgodził się na sesję zdjęciową. Pozował fotografowi „Wprostu” na stacji kolejowej, w tramwaju i na plaży. Autoryzacja słów Tuska przebiegła sprawnie, syn premiera wprowadził drobne zmiany do zacytowanych wypowiedzi.

Nasz artykuł ukazał się w kioskach 13 sierpnia 2012 roku. W wersji elektronicznej można go było przeczytać od godziny dwunastej poprzedniego dnia. Tusk zadzwonił z recenzją już o 12.01:

 

— Dziękuję za kwestie ambergoldowe, są uczciwie potraktowane z waszej strony, bo są.

W następnych dniach jednak coś się zmieniło. Michał zamilkł, nie odpowiadał na esemesy. Wyglądało, jakby ktoś przeprowadził z nim rozmowę z przesłaniem — koniec z tą szczerością.

29 sierpnia pojawiliśmy się znowu w Gdańsku. Poszliśmy do biura Portu Lotniczego, by porozmawiać z rzecznikiem. Okazało się, że siedzi biurko w biurko z młodym Tuskiem. Ten, widząc nas, na chwilę zamarł. Ale trzeba powiedzieć, że zachował montypythonowskie poczucie humoru, z którego jest znany wśród znajomych w Trójmieście.

— Michał, zmieniłeś numer telefonu? — zagadujemy.

Młody Tusk milczy. Uśmiecha się półgębkiem. Udaje, że pracuje przy komputerze.

— Naprawdę masz zakaz rozmawiania z nami? Aż taki, że nie powiesz do nas ani jednego słowa?

— Jestem na was wkurzony.

Wszyscy wybuchamy śmiechem.

— Trochę pojechaliście.

— Czym pojechaliśmy? — dopytujemy.

— Samochodem.

Kilka dni później Roman Giertych, w imieniu Michała Tuska, wypowiedział mediom wojnę. W ten sposób zapomniana sprawa pracy syna premiera dla spółki OLT Express, należącej do Amber Gold, znowu zagościła w mediach.

Przykrywka finansowa

Powróćmy do spotkania z Robertem, które otwiera książkę. Mój rozmówca nie zostawił suchej nitki na śledztwie w sprawie Amber Gold. Nikt nie chciał być pierwszy, nikt nie chciał zebrać laurów za sukces śledztwa. Jak najszybciej je zamknąć i zapomnieć o nim. Robić tylko to, co konieczne. Miał podobne przemyślenia do moich.

— Jak ono miało się udać, jeśli wychodziły powiązania z konkretną opcją polityczną? Do tego zamotał się w to syn premiera, władze samorządowe, które czerpały kasę z piramidy w postaci pensji lub dotacji. — Zamilkł na chwilę i rzucił: — Niech pan powie, gdzie jest jedyne miejsce w Polsce, gdzie gangster poziomu Pershinga, Dziada funkcjonuje spokojnie, więcej, jest szanowanym obywatelem, ma pół Stogów? Takim miejscem jest Trójmiasto.

— Mówi pan o Tygrysie?

— Tak, to nim się pan zajmował przy Amber Gold. Na Stogach mieszka jego ekipa. Dzisiaj wchodzi w nieruchomości już poza Stogami. Co jakiś czas słychać o dziwnych zabójstwach na tym tle, ludzie giną. Agenci nieruchomości. I jest cicho sza. Z nim są związani goście, którzy mają kantory walut, punkty lichwiarskie.

— Dlaczego tak jest? — rzuciłem bezwiednie pytanie, przecież odpowiedź znałem. Rozmawiałem z urzędnikiem miejskim, który powiedział wprost, że miasto stara się omijać Stogi, jakby było objęte swoistym immunitetem. Jeden z byłych policjantów opowiadał anegdotę, jak to kiedyś zamknięto dzielnicę w prosty sposób. Prowadzi do niej jeden most i na tym moście pojawili się chłopcy z panzerfaustem.

— Jak można tutaj zrobić cokolwiek, skoro dopiero od kilkudziesięciu lat jedynym komendantem spoza Trójmiasta trzy lata temu został Wojciech Sobczak, a wicekomendantem Zbigniew Maj2. W „Abwerze” wszyscy są z Gdańska. Tutaj się wszyscy pilnują. Nikt z zewnątrz nie jest wpuszczony.

Przyjaciel Nikosia

Chcę w tej książce wykorzystać swoją wiedzę, napisane artykuły, nagrania zebrane z rozmów, by rozwijać poszczególne wątki nitka za nitką. Mam nadzieję, że wtedy czytelnik zrozumie, że układ trójmiejski to nie spiskowa wizja rzeczywistości. On istnieje i ma konkretne twarze.

Niedawno zadałem pytanie jednemu z ważniejszych policjantów w Gdańsku: — Czym według ciebie różni się mafia trójmiejska od warszawskiej czy krakowskiej?

— Ja nie widzę żadnej mafii trójmiejskiej — uciął krótko.

Nie wierzyłem, że w roku 2017 usłyszę twierdzenie, że w Trójmieście mafii nie ma. Rozumiem, że ktoś mógł tak myśleć dziesięć, piętnaście lat temu, ale teraz stwierdzać, że Polska jest krajem wolnym od procesów dziejących się w Europie, zwłaszcza Wschodniej, którą dotknęły wszystkie kryminalne plagi związane z transformacją? Przypomniały mi się słowa wygłoszone w Sejmie 31 sierpnia 1995 roku przez ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego:

— Od miesięcy konsekwentnie namawiam do umiaru w ocenach, jeśli idzie o zjawisko mafijności. Mówię cały czas, że obserwujemy zaczątki pewnych procesów mafijnych, zaś o tej klasycznej, czy zbliżonej do klasycznej, mafii jeszcze mowy być nie może.

Mijają lata i nic się nie zmienia w takim sposobie myślenia. Dlaczego? Wygodniej mówić o grupach przestępczych, nie widzieć powiązań z ludźmi służb, politykami i wielkim biznesem, bo ma się lepsze samopoczucie? Łatwiej wtedy ogłaszać sukces w śledztwach, wyłapując płotki? No, może czasami grube ryby, ale nigdy tych, którzy naprawdę są najsilniejsi. Owszem, próbowano ich dopaść, ale zawsze nieskutecznie.

Już w książce „Polska mafia” starałem się pokazać trójmiejskie układy, a raczej ich korzenie. Może dzięki niej obecna sytuacja stanie się bardziej zrozumiała. Oto jeden z przykładów, jak ręka w rękę szli ci, którzy nigdy nie powinni do siebie się zbliżyć.

Tadeusz, prawa ręka Nikodema Skotarczaka w Polsce lat osiemdziesiątych, był dobrze znany służbom. W latach 1971– –1976 był funkcjonariuszem Milicji Obywatelskiej w Gorzowie Wielkopolskim. Do MO wstąpił 21 lipca 1971 roku i został skierowany do kompanii konwojowej w byłej KM MO w Gdańsku. Od 15 sierpnia 1972 roku był referentem Brygady Służby Wywiadowczej w wydziale kryminalnym byłej Komendy Miejskiej MO w Gdańsku, 11 czerwca 1974 roku na własną prośbę został przeniesiony do byłej KP MO w Krośnie Odrzańskim, gdzie pracował jako referent operacyjny Referatu Kryminalnego. 16 lipca 1975 roku przeniesiono go do Wydziału ds. Walki z Przestępstwami Gospodarczymi KM MO w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie pracował do momentu zawieszenia go w czynnościach służbowych, czyli do 20 kwietnia 1976 roku.

„Jako milicjant prowadził wystawny tryb życia” — odnotowano w jego aktach służbowych. Wszczęto wobec niego postępowanie dyscyplinarne i wyszły na jaw jego sprawki.

Jesienią 1975 roku miał wyłudzić kwotę 5 tys. od obywatela, a w styczniu 1976 kwotę 2,5 tys. złotych od obywatelki, pieniędzy nie zwrócił. W styczniu–lutym 1976 roku, powołując się na znajomości w fabryce mebli w Słubicach, pobrał od obywatelki kwotę 17 tys. złotych na zakup dla niej mebli oraz 9 900 złotych na tzw. koszty własne z tym związane. Mebli nie zakupił, pieniędzy nie zwrócił. Za powyższe Tadeusz z dniem 3 maja 1976 został wydalony ze służby.

Milicyjne znajomości

To właśnie wykorzystywanie swoich znajomości w milicji, a zwłaszcza przyjaźni z majorem Waldemarem G., umożliwiało Tadeuszowi prowadzenie wraz z Nikodemem Skotarczakiem procederu handlu kradzionymi samochodami. Pomimo śledztwa, zebranych przeciw niemu dowodów, Tadeuszowi się upiekło, tak jak i innym osobom uwikłanym w tę sprawę. Po krótkim pobycie w areszcie tymczasowym Tadeusz nagle zapadł na ciężką chorobę. Według biegłych lekarzy miał tętniaka mózgu i nie mógł brać udziału w żadnych czynnościach procesowych. Mijały lata. W połowie 2000 roku na wniosek Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku Tadeusza komisyjnie przebadali lekarze z Poznania, podważając poprzednie ekspertyzy. We wrześniu tego samego roku, na miesiąc przed przedawnieniem zarzucanych Tadeuszowi przestępstw, prokuratura wniosła do sądu akt oskarżenia (o paserstwo, nakłanianie do fałszowania dokumentów, przemyt i handel kradzionymi samochodami oraz inne przestępstwa związane z grupą przestępczą, która działała w latach osiemdziesiątych wokół klubu Lechia Gdańsk) i zaledwie dwa tygodnie później przesłała wniosek o umorzenie sprawy na podstawie amnestii z 1989 roku.

Włos z głowy nikomu nie spadł

Tadeusz postanowił jeszcze bardziej zagrać na nosie prokuraturze. Nie zgodził się na umorzenie sprawy. Wiedział, że za kilkanaście dni zarzucane mu przestępstwa ulegną przedawnieniu. Wybuchła afera. Rozwścieczony ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński podjął decyzję o odwołaniu ze stanowiska prokuratora okręgowego w Gdańsku, Ireneusza Tomaszewskiego, który sprawę nadzorował. Jego następcą został Janusz Kaczmarek. Prowadzącemu postępowanie prokuratorowi Mirosławowi Puto zarzucono „złamanie regulaminu prokuratury”. Miało ono polegać na tym, że prokurator Puto „powinien zlecać opinie lekarskie nie rzadziej niż raz na sześć miesięcy”. Dziennikarze „Super Expressu” zarzucili również gdańskiemu prokuratorowi, że „w 1995 i 1997 roku pytał tych samych lekarzy, którzy stawiali diagnozę nieprzerwanie od 1986 roku”.

Dzisiaj Tadeusz to powszechnie szanowany przedsiębiorca w Malborku. Prokurator Mirosław Puto i Ireneusz Tomaszewski spokojnie robili karierę w prokuraturze. Tak jakby nic się nigdy nie stało. O sprawie zapomniano.

Ciągle ma jakieś układy

W sierpniu 2007 roku w Grand Hotelu w Sopocie spotkałem się z Włodzimierzem. Właśnie przyjechał do Polski. Nie zaprzeczał, że znał Nikodema Skotarczaka.

— Znałem Nikosia, braci Długoszów i innych… Przyjeżdżali do mnie, zostawiali pieniądze. Wysyłałem im towar, jaki chcieli. Nie jest tajemnicą, zeznawałem to na sprawie, że sprzedawałem im alkohol i papierosy. Kupowali ode mnie, trudno mi powiedzieć, czy płacili podatki, cło… Sprawa się przedawniła. Większość ludzi tutaj tak zaczynała…

— Był pan wspólnikiem Nikosia?

— Gdzie tam… Jestem indywidualistą. Nie należałem do żadnej grupy. Nikodem zostawił kiedyś u mnie cztery lub pięć samochodów na placu. Ja spisałem z nim umowę na wydzierżawienie części mojej posiadłości. Któregoś dnia wpadli do mnie policjanci, okazało się, że samochody są kradzione. Dostałem za to dwa lata w zawieszeniu. O Nikodemie dużo może panu powiedzieć Leszek T.

— T.? A jaką miał ksywę?

— Pasta.

— Nigdy w mediach o nim nie słyszałem.

— On teraz mieszka w Hiszpanii. To bardzo bliski przyjaciel Nikodema. Do końca. Oni się traktowali jak bracia. To on woził pieniądze Nikodemowi. Jeździł jako jego kierowca.

— A Tadeusz?

— To był wspólnik Nikodema… Tadeusz jest udziałowcem firmy w Malborku, która się nazywa… Należy do niej hotel. Nieopatrznie zainwestowałem tam pieniądze. Mam 49 procent udziałów. Tadeusz założył drugą spółkę i wyprowadza przez nią pieniądze z hotelu. W maju zrobił bilans i mówi, że ma półtora miliona strat. Byłem u niego ostatnio, by mi oddał pieniądze za moje udziały. Odmówił. Ma ochroniarzy i nie wpuszcza mnie do mojego hotelu. Straszy mnie. Ciągle ma jakieś układy.

— Pan też chyba ma?

— Utarło się, nie wiem dlaczego, że ja miałem układy ze służbami, a ja odsiedziałem pięć lat w więzieniu, od 1977 do 1982 roku. Jak tylko dostałem paszport, od razu wyjechałem z Polski.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?