Układ Trójmiejski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szycie butów PiS-owi

Przepowiednia Frankowskiego się nie sprawdziła. Rząd nie upadł, Sejm nie przegłosował powołania komisji śledczej w sprawie interesów małżeństwa P. Stało się to dopiero po wyborach przegranych przez Platformę Obywatelską w 2015 roku. Wbrew zapewnieniom przedstawicieli rządu i prokuratury śledztwo nie szło sprawnie. Na jego początku doszło do starcia o to, kto powinien prowadzić dochodzenie. Premier Donald Tusk chciał przenieść sprawę z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego do Centralnego Biura Śledczego. Potem upadł pomysł powołania wspólnej grupy. Szefowi ABW Krzysztofowi Bondarykowi udało się jednak zatrzymać ją u siebie. Jednym z argumentów, który mógł mieć znaczenie, było to, że sama policja nie paliła się do przejęcia zabagnionej sprawy. W rozmowie ze mną ówczesny szef Centralnego Biura Śledczego, Adam Maruszczak, twardo powiedział, że nie wyobrażał sobie wspólnego śledztwa z ABW. W policji obawiano się upolitycznienia śledztwa. Słusznie?

Ważna osoba z ministerstwa spraw wewnętrznych tak mi powiedziała w 2012 roku:

— Najchętniej znaleziono by teraz kogoś związanego z PiS, kto miałby kontakty, interesy z Marcinem P. Wtedy nie byłaby to już sprawa samej Platformy.

— I co? Znaleziono? — zapytałem.

— Sprawdzany jest wątek Adama Jedlińskiego.

To byłoby celne uderzenie. Profesor Adam Jedliński to prawnik, przewodniczący rady nadzorczej SKOK-u, przyjaciel prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wątek SKOK-u pojawia się także w 2017 roku, w czasie prac w sejmowej komisji śledczej ds. wyjaśnienia afery Amber Gold. Krzysztof Brejza, poseł Platformy Obywatelskiej i członek komisji, w rozmowie z Piotrem Kraśką w radiu TOK FM stwierdził, że ma dowody na to, że pieniądze na rozruch Amber Gold pochodziły z otoczenia Marcina P., z pożyczek branych ze SKOK-u Stefczyka.

— Znalazłem też bardzo ciekawe wielostronicowe opracowanie dotyczące SKOK-u Stefczyka w siedzibie Amber Gold. Takie materiały były też kolportowane w obiegu wewnętrznym Amber Gold. Marcin P. nie był w stanie wytłumaczyć, skąd one się tam wzięły — mówił poseł Brejza.

Oczywiście po uzyskaniu takiej informacji zadzwoniliśmy z Michałem do Adama Jedlińskiego i zapytaliśmy:

— Czy pan zna Marcina P., kogoś z Amber Gold?

— W życiu go nie spotkałem, nie znam też nikogo z tej firmy. P. ani Amber nie byli moimi klientami. To jakaś prowokacja, która ma uderzyć w SKOK-i — odparł Jedliński.

Drugi na celowniku służb, w tym samym wątku, był PiS-owski radny sejmiku wojewódzkiego na Pomorzu, Przemysław Marchlewicz. Lokalni politycy Platformy kolportowali wiadomość, że miał on kontakty, a może nawet interesy z Marcinem P. Spotkaliśmy się z nim w Gdańsku.

— Ktoś mi szyje buty. W życiu nie rozmawiałem z P., nie miałem interesów z Amber Gold i OLT — uciął Marchlewicz.

— Jest cokolwiek, jakiś punkt zaczepienia? — zapytaliśmy.

— Jestem biznesmenem. Wraz ze wspólnikiem zajmujemy się załatwianiem finansowania na różne przedsięwzięcia finansowe. Przed wakacjami rozmawiałem ze wspólnikiem o tym, że zapewne nie byłoby problemu ze znalezieniem finansowania dla wpadającej w kryzys linii OLT. Ale to była jedna krótka rozmowa telefoniczna. Nie szukaliśmy kontaktów z Marcinem P. i sprawa nie miała ciągu dalszego.

Szef Narodowego Banku uprzedził premiera

Sprawa Amber Gold wracała do mnie, stało się tak przy tzw. aferze podsłuchowej. Jako redaktor naczelny „Wprost” zdecydowałem się na opublikowanie „taśm z restauracji Sowa i Przyjaciele i Amber Room”. W czasie podsłuchanej w 2014 roku rozmowy pomiędzy szefem MSWiA, Bartłomiejem Sienkiewiczem, i Markiem Belką, szefem Narodowego Banku Polskiego, padło ważne wyznanie w odniesieniu do interesującego tematu. Belka stwierdził, że wiele miesięcy przed wybuchem afery uprzedzał premiera o całej sprawie. Mówił Sienkiewiczowi:

— …kilka miesięcy przed faktem zadzwoniłem do Donalda i mu powiedziałem, że sprawa Amber Goldu jest dość poważna, że to jest piramida finansowa, ale jest poważniejsza ze względu na to, że oni są właścicielami tego szybko rozwijającego się OLT Express. Będzie jakaś awantura z tym OLT Expressem, ale przeszło na tematy związane…

Wątek ten zginął wówczas wśród innych, jakie pojawiły się na tym i innych nagraniach z podsłuchów kelnerów.

Zaplątany syn premiera Tuska

Od lat jestem pytany, dlaczego nie opublikowałem w całości rozmowy z Michałem Tuskiem. Proste: bo daliśmy w artykułach to, co było z niej najważniejsze, a resztę uznaliśmy za dokumentację. Gdyby były tam jakieś przestępcze wątki, ujawnilibyśmy ją natychmiast. Nie zamierzaliśmy też ujawniać kuchni wydobywania z rozmówcy informacji. Każdy ma swoje sposoby prowadzenia rozmowy.

Przykre, że Michał Tusk nie wspomniał publicznie, że dostał tekst do autoryzacji, że zachowaliśmy się wobec niego fair. Więcej, jego obrońcy wpisali mnie i Michała Majewskiego w jakiś spisek pod tytułem operacja Tusk, jakbyśmy to my stali za wmontowaniem syna premiera w aferę Amber Gold. A my po prostu wykonywaliśmy dziennikarską pracę. Posiadamy nagranie, które jest dowodem na to, że to nie my pierwsi ujawniliśmy współpracę Michała Tuska z właścicielami Amber Gold. 4 sierpnia na stronie wyborcza.pl ukazał się wywiad z Michałem Tuskiem. Syn premiera, były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, ujawniał koledze z redakcji, że pracował dla firmy Marcina P. Wywiad ten wyglądał na rozbrajanie bomby, która za chwilę ma wybuchnąć. Ale opublikowana rozmowa wszystkiego nie wyjaśniała.

Wokół naszej rozmowy z Michałem Tuskiem narosło wiele mitów. Nie bez znaczenia jest też to, co zeznał przed komisją śledczą ds. Amber Gold syn premiera i jak to się ma do tego, co wówczas, na gorąco nam mówił. Postawiony pod ścianą zdecydowałem się na szersze omówienie tego nagrania.

Na spotkanie ze mną i Michałem Majewskim 30-letni syn premiera, Michał Tusk, umówił się 7 sierpnia 2012 roku w swoim ulubionym pubie „Atelier” w Sopocie, należącym do nieuciekającego od polityki Radomira Szumełdy. Pomimo słonecznej pogody przyszedł ubrany w garnitur. Prosty. Nie markowy, nie szyty na miarę jak garnitury ojca. Wyższy, przystojniejszy od ojca, na twarzy niefrasobliwy uśmiech. Typ luzaka, któremu garnitur ciąży, ale w pracy na lotnisku nie wypada chodzić inaczej. Do tej pory udawało mu się stać z boku, gwiazdą była jego siostra, Kasia Tusk, prowadząca bloga o modzie. Nikt nie sądził, że Michał narobi problemów i o nim także stanie się głośno. O współpracy młodego Tuska z Marcinem P. dowiedzieli się dziennikarze i pojawiły się kłopoty. Michał został z nimi sam. Mówił niechętnie. Zdawał sobie sprawę, że to już nie o niego chodzi, a o ojca. Nie posłuchał doradców premiera. Tak ich podsumował:

— Oni mają inne podejście do ludzi. Siedzieć cicho i nic nie mówić. Jakoś to przejdzie i tak dalej. Ja mam inne doświadczenia, bo nie pisałem książek tak jak Igor [Ostachowicz — przyp. aut.], ale siedziałem przy tych portalach i generalnie mieliłem trochę badziewia. Mam komfort, że nie ma tam drugiego dna. Mogę rzeczywiście mówić wszystko.

Na początku blisko trzygodzinnej rozmowy byliśmy na pan, potem skróciliśmy dystans i przeszliśmy na ty.

Wpierw zapytaliśmy go, dlaczego porzucił dziennikarstwo, pracę w trójmiejskim oddziale „Gazety Wyborczej”.

— To było w tym roku, luty–marzec. Rozmawiałem z kumplem, mam już tego dość. […] Klikalność… Tam nie jest już fajnie. […] Coraz mniej do ciekawego pisania.

Przyznał, że nie rzucił dziennikarstwa ot, tak sobie, po czym wszedł w nieznane. Miał przygotowany grunt.

— Znałem Klosa, Tomasza Kloskowskiego, od 2005 roku. Rozmawiałem z nim o lotnictwie, robiąc teksty. Od niego dostałem cynk, że szukają.

— Szukają, chodzi o OLT?

— Tak. — Tu od razu przeszedł do tego, jak zatrudnił się w porcie lotniczym w Gdańsku. — Znałem go długo, w 2008/2009 roku przeszliśmy na ty. To było takie pieprzenie, że miałem propozycję. Prawda jest taka, że rzeczywiście mówiłem: Zróbcie to… pomysły mogę wam rzucać. Inwestować w marketing w Kaliningradzie. […] Nie oszukujmy się, szczerze zupełnie. Było dużo sytuacji, że może przyjdziesz do nas do pracy? […] Każdy chciał mnie przytulić. […] Wiedziałem, że tam będzie słaba kasa, tym bardziej że to jest spółka, gdzie są zaszeregowania… Prawda jest taka, że już się wypaliłem. Przestało mnie to cieszyć… Przez te siedem lat różne rzeczy śmieszne się robiło. No i jeszcze taka bezpieczna w kontekście rodziny. Dzisiaj jestem dziennikarzem michnikowskim, tej żydowskiej gazowni. Jesteśmy niepokornym oddziałem. Bardzo często sobie dowcipy robimy o Żydach. Często mówimy, że powinniśmy powiesić u siebie flagę Izraela… Nasza pokorność na Czerskiej jest znana. To wiedzą, jak spytacie…

[…] Jak ja zaczynałem w lutym w 2005 roku w „Gazecie”, to wtedy było: Tusk wykończył Unię Wolności. Dobry Geremek… Stary traktował „Gazetę” jako najgorszego wroga… Znałem Mikołaja Chrzana, wicenaczelnego, myśmy się znali, bo on mieszkał naprzeciwko naszego domu. Ty lubisz transport, jesteś pieprznięty, przychodź do mnie do gazety… Więc ja myślę, mała kasa, więc nikt nie powie, że skok na kasę. I jeszcze zatrudniam się w najbardziej wówczas antyplatformerskiej gazecie, czyli „Wyborczej”. Zobaczcie, jak się zmienia rzeczywistość, dzisiaj to jest coś niesamowitego…

Michał Tusk mówił pewnie, nie przerywał, nie robił pauz, aby pomyśleć i ułożyć swoją opowieść, czasami tylko się zawieszał, jak gra, ale szybko wracał do właściwego wątku. Być może odrobił lekcję wcześniej i dobrze przygotował się do spotkania.

— Kloskowski… Sam przyznał to Frankowski… Wierzył, że kasę będzie dostawał, że Amber będzie płaciło… Wcześniej był w Eurolocie, w Anglii był… w Centralwingsie… Mi się tak wydaje, bo tego nie wiem, że [Marcin] P., jak kupił tego Jetera i Yesa… Jeter to taka mała linia z Gdańska, a Yes z Warszawy. To był sierpień–wrzesień zeszłego roku. Wtedy właśnie zrobiłem z nim wywiad. Zadzwoniłem do jego sekretariatu i powiedziałem, że chcę z nim pogadać o jego inwestycjach w lotnictwie. Marudzili strasznie długo, ale potem: Dobra, dobra. Rzeczywiście, gościa zobaczyłem. Opowiadał taką śmieszną historię, że zaczął poznawać lotnictwo, że wtedy Jeter latał do Poznania i Wrocławia z Gdańska. Małymi samolotami, gdzie nawet kibla nie ma. I oni odpalali te wszystkie oddziały Amber Golda. A to była taka firma, że stewardesa jest księgową, a pilot prezesem. Taki klimat. Poznał ich tam wszystkich, spodobało mu się to. Zapytałem go, czy ma licencję pilota, czy jest pasjonatem lotnictwa. Nie, nie, on nie lubi latać, bo jego żona bardzo boi się latać. To był koniec i potem kilka miesięcy później… Cały czas spotykałem się z Kloskowskim i on mówi, że P. przychodzi do nas i pyta się, ma dziwne wizje. Kupił linie lotnicze, nie będziemy wybrzydzać. Kasa jest, wiadomo, jaka jest. Jesteśmy lotniskiem, nie będziemy nikomu zaglądać w zęby. [Marcin] P. się też go pytał, czy on zna jakichś ludzi z branży lotniczej… Pokłócił się z prezesem Jetera… […] Po jakimś czasie, nie pamiętam, sorry, nie robiłem stenogramów, nie przewidziałem komisji śledczej, odpukać powinienem.

 

Wybuchnęliśmy śmiechem.

— Po niedługim czasie Klos do mnie dzwoni i mówi, że oni kogoś szukają i że Frankowski, nie P., mówił, że szukają kogoś od piaru. On to powiedział, i ja już wcześniej w „Gazecie” powiedziałem, że będę odchodził. To było w lutym–marcu. W marcu.

— Czy w czasie tej rozmowy z P. była mowa o tym, że będzie pan u nich pracował?

— W ogóle nie.

— Potem zgłasza się Kloskowski?

— Nie, mówiąc wprost, tak jak się mi wydaje, Kloskowski sam wpadł na pomysł, by do mnie zadzwonić. Frankowski nie wiedział o moim istnieniu. Tak mi się wydaje. Frankowski pytał się Klosa o jakichś tam ludzi… Klos: Czy znam kogoś, a może sam chciałbyś zrobić. Ustaliliśmy w wyniku tej rozmowy, że mnie nie obchodzi, co ludzie robią poza godzinami. A jak wspierają naszego przewoźnika, to tym lepiej. Takie były ustalenia.

— Czy umowa z portem pozwalała na świadczenie usług konkurencyjnych?

— Z lotniskiem? Nie patrzyłem. Wydaje mi się, że chyba nie ma. Nie mam tej umowy, jest w kadrach. To nie była żadna tajemnica, mój kierownik, który jest szefem marketingu i analiz, o tym wiedział.

— Nie rozumiem, skąd wziął się w tym port lotniczy?

— To się działo w tym samym czasie. Tak jak mówiłem, sama oferta, bym pracował na lotnisku, to była oferta długoterminowa. Jak on mnie pytał [Kloskowski — przyp. aut.], że oni szukają kogoś od piaru, było ustalone, że przychodzę do niego. I on wtedy powiedział, bo to zapamiętałem, że to, co robią pracownicy poza godzinami pracy, „to mnie to nie interesuje”. Poza tym, jak to jest dla dobra przewoźnika, który coś u nas buduje.

— To jest przecież oczywisty konflikt interesów — nie rozumieliśmy takiego myślenia Kloskowskiego, z którym zgadzał się Michał Tusk.

— Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że znam trzy osoby w Polsce na lotniskach, nie w Gdańsku, które robią analizy dla linii lotniczych i nie ma z tym problemu.

— Pan współpracował z firmą, która nie przysporzyła portowi dochodu, a straty.

— Nie, straty nie przysporzyła, bo w lotniskach nie generowało to kosztów.

— Jak to?

— Generalnie lotnisko jest taką wesołą, fajną instytucją, że przy pełnej skali… U nas nie było tak, że jak OLT lata, to musimy to i to zrobić i wydać kasę. Straciliśmy zyski. Zarobiliśmy kupę kasy, że ci ludzie kupowali w Baltonie i tak dalej. Nie chcę się kłócić. Panowie macie rację. To jest dwuznaczne i słabe.

— Powiem wprost, pan odchodząc z redakcji, wiedział, że będzie miał port i OLT? Tak czy nie?

Zawahał się i po chwili powiedział:

— Decyzja o odejściu z redakcji była wcześniej.

— Ile w redakcji pan zarabiał?

— Wyciągałem 4 500 na rękę.

— I pan podejmuje decyzję, że idzie pan do pracy o niższych zarobkach? [3 200 zł — przyp. aut.]

— Ja mam żonę, która jest lekarzem. Jakoś sobie tam radzimy. Oczywiście, że żona mówiła, że bez sensu, że to za mało.

To jeden z bardziej zawiłych wątków w opowieści Michała Tuska. Nie chciał się przyznać, że od razu wiedział, że będzie pracował dla portu lotniczego w Gdańsku i OLT Express. Sugerować mu to miał Kloskowski, który wspomniał, że będzie mógł pracować po godzinach.

— Konkluzja była taka, że mogę… że będę insiderem dla przewoźnika, który jest ważny dla Gdańska… On wiedział [Kloskowski — przyp. aut.], że ich nie wydymam dla nich. Jeśli patrzyć dzisiaj, to wydymany mimo wszystko dzisiaj jest OLT.

— I co się dzieje w następnych dniach, zgłasza się P., Frankowski?

— Nie pamiętam, czy Kloskowski dał mi numer Frankowskiego. […] Umowę z portem podpisałem 15 kwietnia.

— Podsumujmy. Zwalnia się pan z „Gazety Wyborczej” i zatrudnia się w porcie lotniczym? A kiedy pan rejestruje swoją firmę?

Tusk nie pamięta daty, ale mówi, że mogła być wcześniejsza niż zatrudnienie się w porcie lotniczym. Kluczy. Wspomina, że wziął urlop z „Wyborczej”. I podczas urlopu już zaczął pracować dla OLT.

— Ale spółkę rejestruje się, jak się ma pierwsze zlecenie? — postanowiliśmy przerwać jego kluczenie na ten temat.

— Spółkę zarejestrowałem, jak wiedziałem, że OLT leci. Jedno okienko to jest bullshit — Tusk zażartował z lansowanej przez ówczesnych rządzących wersji, że przedsiębiorca załatwi wszystko w jednym okienku.

— To nie do nas, to do taty — odparliśmy żartem.

— W sensie ustnym, najpierw była decyzja, że będę pracował na lotnisku, a potem dogadałem się z OLT. W sensie papierów. Najpierw podpisałem umowę z OLT, a potem z portem. Pierwsza faktura była wystawiona 15 kwietnia, więc tego dnia, kiedy zacząłem pracować w porcie.

— Z kim rozpoczęły się negocjacje o pracy dla OLT?

— Z Frankowskim. P. był obecny przy dwóch rozmowach. Była pierwsza rozmowa, na której Frankowski powiedział, że tylko piar, wspomniano o rzeczniku prasowym, ale nie chciałem tego robić.

— Dlaczego P. twierdzi, że to pan się ubiegał, nie udało się, odmówili. Dopiero za drugim razem, po wsparciu i lobbingu Kloskowskiego, zgodzili się.

— Nie znam backgroundu, nie wiem, o czym oni rozmawiali.

— Oni mówią, że odmówili i dopiero po lobbingu Kloskowskiego się zgodzili.

— Tak naprawdę mówi prawdę, bo nasza pierwsza rozmowa wyglądała w taki sposób: Frankowski mówi, żeby zajmować się piarem i tak dalej. Zresztą tak to mogło wyglądać, bo Klos do mnie zadzwonił, znaczy Klos z nimi rozmawiał. Oni mogli pomyśleć, ktoś nam tu przysłał, a Klos wymyśla. Więc oni mogli… że ja przychodzę i się staram. Frankowski mówi o piarze, ja mówię, że nie chcę tego robić, że bardziej analitykę, i wtedy rzeczywiście Frankowski, że nie… że tu są żelazne zasady i on określa całą wizję. Więc w sensie stricto, tak to było. Czy potem był lobbing Kloskowskiego, nie mam pojęcia.

Postanowiliśmy nie odpuścić i uszczegółowić, jak to było naprawdę z tym początkiem współpracy Michała Tuska z Marcinem P. Kto o to zabiegał?

— Wróćmy do pierwszej waszej rozmowy. Nie dogadujecie się…

— Tak.

— To jest rozmowa face to face z Frankowskim?

— P. jest też… Frankowski głównie mówi. Piar. Dokładnie było tak, że się wszyscy zastanowimy. I potem zadzwoniłem do Frankowskiego, tak się mi wydaje, że jednak rezygnuję, bo ja nie chcę tego robić. Powiecie zaraz, że P. mówi co innego niż ja. Ale P. tak mógł zrozumieć, że oni się nie zgodzili.

— Nie doszliście do porozumienia?

— Dokładnie. Przy drugiej rozmowie. Druga rozmowa była taka, że wydaje mi się, że Frankowski do mnie zadzwonił, on musiał wykonać jakiś ruch, żebyśmy się spotkali drugi raz i pogadali. Być może było tak, że Klos do nich zadzwonił, szczerze mówiąc, nie wiem. Spotkanie. P. był przez dwie, trzy minuty, mówi, dobra, dobra, robimy, bo to jest ważny projekt. Rewolucja. Takie tam bon moty. Poszedłem z Frankowskim do jego pokoju i potem z nim gadaliśmy, że zrobimy umowę… i też była taka sytuacja, że wysłał pierwszą wersję umowy z Amber Gold. Napisałem lub zadzwoniłem do Frankowskiego. Generalnie fajnie, fajnie, ale ja mam robić w lotnictwie, a nie w Amber.

— Dlaczego nie?

— Dlatego, że OLT jest linią lotniczą i chciałem pracować dla nich, a nie Amber Gold. Możecie powiedzieć, że to ten sam właściciel. Ale… Nie będę teraz ściemniał, że OLT był wtedy uczciwą firmą i diamentową.

— Przesyła propozycje…

— On powiedział, że to jego niedopatrzenie. On powiedział, wysłał zaraz…

— P.?

— Nie, ja tylko z Frankowskim. Żadnego maila tam mojego nie znajdziecie do P.

— Amber miał wtedy tutaj konkretną konotację.

— Powiem zupełnie szczerze. Ja doskonale wiedziałem, bo ja też dyskutuję na różnych forach, przecież na różnych forach internetowych dyskutuję, dyskutowałem o stanie Amber Gold pół roku temu. Nie będę robił z siebie kretyna. Jest rzeczą oczywistą, że ja wiedziałem, o co chodzi, jak robiłem z P. wywiad, że jest KNF. Nikt wtedy nie mówił, że jest to piramida, bo generalnie Samcik [Maciej, dziennikarz „Gazety Wyborczej” — przyp. aut.] był najbardziej agresywny z gazety. Mówił, że to jest podejrzane. Debil nawet nie uwierzy, że ja nie wiedziałem o tym. To jest oczywiste. Co mam powiedzieć? Z dzisiejszego punktu widzenia głupota. Nie wiem, czy dałem się zwieść, że jest wielka linia… Jak wam pokażę materiały, które robiłem, to jest to sen wariata o wielkim hubie w Gdańsku. Nie będę ukrywał, że zawsze dodatkowa kasa to jest także jakiś przyczynek.

Powiedział, że umowę podpisał w siedzibie Amber Gold i ze śmiechem dodał:

— Siedziba OLT była tożsama z siedzibą Amber Gold. Odpowiadam posłom PiS: Nigdy nie byłem w siedzibie Amber Gold, byłem kilka razy w siedzibie OLT Express.

— O co chodzi w tej umowie?

— Usługi menedżerskie i piar, ogólne określenie. Na czas nieokreślony.

— W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” powiedział pan, że w pewnym momencie poprosił o rozluźnienie warunków współpracy.

— To może zabrzmi pokrętnie, ale tak naprawdę ta sytuacja w czerwcu, że gadałem z ojcem i on tam powiedział, że…

— Stary nie wiedział o tym?

— Stary wiedział, że ja na lotnisku pracuję. Wszyscy myślą, że to rodzinka, my siedzimy, gadamy. My się widzimy raz na 2–3 tygodnie. Ja mam 30 lat, on przyjeżdża co drugi weekend. Nie w każdy weekend możemy się spotkać. On wiedział o tym lotnisku. Fizycznie się dowiedział o OLT, moja żona rozmawiała z moją mamą, jak my sobie radzimy. Powiedziała mojej matce, matka mu powiedziała. Dokładnie tego nie pamiętam.

— Konsultuje pan z nim tę sprawę?

— Nie konsultuję. On już wiedział, wynikła taka rozmowa, już nie pamiętam, że matka mu powiedziała, że ja… Generalnie on też nie jest głupi, więc mówi wprost, że jego zdaniem to jest shit, że KNF i jestem debilem. To znaczy, nie pozwoliłby sobie mówić o tym, że ma jakieś informacje.

Sprecyzowaliśmy, że Donald Tusk w czerwcu powiedział synowi, żeby skończył współpracę.

— On nie powiedział: Masz z tym skończyć. Tak, uznałem, że go posłucham.

Po rozmowie z ojcem, mimo wszystko, Michał Tusk zrobił dla OLT analizę siatki połączeń, wystawił kolejną fakturę. Opowiedział nam, co robił dla nich w ramach współpracy. Minimalizował swą rolę. Zautoryzował dwa, trzy wywiady. I rzeczywiście, patrząc na udostępnioną nam skrzynkę pocztową, nie było tego dużo.

Wspomniał o spotkaniu z Frankowskim na lotnisku, pod koniec czerwca, podczas którego miał mu powiedzieć, że chce zakończyć współpracę.

— Widziałem tego gościa, jak tam się wszystko sypało, naprawdę był zdruzgotany jak dziecko.

To nie był jego ostatni kontakt z Frankowskim. Ten miał później zadzwonić do Michała Tuska, po wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, w którym opowiedział o współpracy z Marcinem P.

— On powiedział, że dobrze zrobiłem, że wszystko powiedziałem, prawda nas wyzwoli, że P. odbiło… że on też boi się… że dobrze, że to zrobiłem, bo P. zacznie wymyślać jakieś teorie.

Rozmowy mają swoje tempo i drogi. Często się pozwala odejść od jednego wątku, by później powrócić do niego, zazwyczaj wtedy ukazuje się pełniejszy obraz, coś nowego się pojawia albo wychodzi kłamstwo. Wróciliśmy do rozmowy z Frankowskim na lotnisku.

 

— Natomiast nie miałem realnych domysłów, że akurat P. coś tam kombinuje. Powiedziałem: Nie chcę ciągnąć od was kasy, zróbmy tak, że zmienimy umowę na taką, która jest o współpracy, a nie jakieś zamówienie. Powiedziałem, że to już nie ma znaczenia, bo nie zakopię tego, więc ja nie mam co szaleć tutaj. Ważne, żebym zakończył swoją współpracę. On pojechał na urlop. Potem ja musiałem pojechać do szpitala […]. Leżałem w łóżku, więc nie mogłem za bardzo się tym zajmować. Siedemnastego wróciłem z powrotem i wysłałem, jeszcze dzisiaj sprawdzałem, wysłałem mu już tę umowę. Cały czas w tych mailach, do faktury, której nie zapłacili z 15 czerwca, przypominałem. Wysłałem tę umowę i był koniec, nikt mi nie odpowiedział na to. Fakturę wysłałem na przełomie czerwca i lipca. […] Później zaczęły się te problemy, to stwierdziłem, że zostawię go w spokoju trochę. Ja się wtedy nie odzywałem do niego, nie dzwoniłem. 25 lipca spotkałem go na terminalu, on chyba wtedy leciał na konferencję do Warszawy. To jeszcze była konferencja, że jeszcze nie zbankrutujemy, ale zawieszamy część rzeczy. Nie doradzałem w tej konferencji, bo coś tak absurdalnego, jeśli chodzi o piar… Zaczynając konferencję od hasła: Jeszcze nie bankrutujemy.

— Gdzie jest kasa z Ambera? — spytaliśmy.

— Największa w domach mediowych i agencjach reklamowych — stwierdził Michał Tusk.

Kiedy dowiedział się o kłopotach Amber Gold i OLT Express? Odpowiedź była zaskakująca.

— O problemach OLT dowiedziałem się z forum lotnictwo.pl. Oni mi nie mówili o tym, co się tam dzieje — oświadczył.

Interesowało nas, czy nie zwrócono się do niego o pomoc, o pośrednictwo u ojca. Zatrudniając syna premiera, musieli na coś liczyć.

— Frankowski kiedyś w rozmowie ze mną powiedział, że P. jest przekonany, że banki ich niszczą, niszczy ich jakiś fundusz związany z Wizz Airem. Co by tu wymyślić? Była taka rozmowa, ale nie żeby prosił mnie o cokolwiek.

Wtedy to Michałowi Tuskowi miało się zapalić „trochę lampek” ostrzegawczych.

— O co poprosił?

— Nie poprosił, to była taka rozmowa, że atakują, że niszczą… że LOT niszczy, że jest ciężko… Ja wtedy, dla ochrony, pomyślałem, że a nuż nagrywa, to powiedziałem: Słuchaj, jak on robi taki interes z tym złotem, to niech on do KRS-u złoży dokumenty. Tak na początek dobry. A nie, że siedzi zamknięty.

— Pan zapytał go, czy jest nagrywany?

— Nie, nie…

— A nie myśli pan, że mają nagrania z pana udziałem?

— Moim zdaniem nie.

— Skąd ta pewność?

— Tak mi się wydaje, to było na lotnisku.

— Czy nie uważa pan, że w biurze P. mógł włączyć nagrywanie?

— Mógł, ale ja nie mam nic do ukrycia. Nawiązując do pytania pana posła z PiS, nie jestem z panem P. na ty, z Frankowskim tak, byłem.

— Rozmawiał pan z nim przez telefon?

— Z Frankowskim tak.

— A z P.?

— Przy okazji, jak był ten wywiad chyba, ja dostałem ten numer, chyba od Klosa. Ja nie wykluczam, że jak rozmawialiśmy, to jeden z tych telefonów mógł być od niego.

Przeszliśmy do rozmowy o funkcjonowaniu Michała Tuska w przestrzeni publicznej. O tym, że dogadał się po cichu z dziennikarzami, także tabloidów, i mu odpuścili. Bycie dziennikarzem pomogło. O tym, że sam był zdziwiony, jak pominięto praktycznie blokadę miasta w czasie jego ślubu, czego jako dziennikarz by nie odpuścił. O dystansie do polityki. Miał mocno krytyczny stosunek do tego, co się dzieje. Nie brał udziału w ostatniej kampanii. Jak widzi możliwość wyjścia z obecnego kryzysu, w jakim się znalazł? Opozycja, małżeństwo P., każdy będzie chciał teraz zagrać nim. A ojciec każe mu milczeć.

— Ja bym gadał. Weronika Marczuk była raz złodziejką, a pół roku później pokrzywdzoną1. Ludzie mają krótką pamięć. Ja się o siebie nie martwię. Jakby PiS rządziło, toby mnie pewnie CBA zgarnęło na 48 godzin. Być może. Płatna protekcja. Cokolwiek. […] Ojciec jest na mnie wkurwiony. Ojciec mówi, co ja mam robić, i gada głupoty, nie kuma, jak to się dzisiaj robi, mediów. Jego przydupasy, ten cały wielki sztab piarowców… Oni też nie kumają. Jestem teraz na frezarce.

Nie ukrywa, że obawia się Marcina P.

— Fakt, nie wiadomo, o co mu do końca chodzi. Czy on będzie miał złą wolę, czy nie… W moich kontaktach nie mam interesu, żeby atakować P. Skoro nie mam, to nie będę na siłę atakował, bo to nie jest w moim interesie. Widać też, że koleś jest trochę nieobliczalny. To sprawa dynamiczna. On teraz się pewnie zastanawia, o co chodzi. Raczej mówi jakieś rzeczy, szuka jakichś nieścisłości, ale nie wymyśla. Oczywiście, one mogą być bardzo groźne.

Postanawiamy na chwilę odejść od sprawy Amber Gold i poznać samego syna premiera.

— Jak się panu tu żyje jako synowi premiera?

— Bardzo dobrze. Nie jestem rozpoznawalny. Przyjaźni sąsiedzi. Jak nie był w polityce, było najfajniej, bo był wiele czasu w domu i było OK. Ja nie pamiętam, żeby ktoś bezpośrednio na mnie… Ja całe życie jestem bardzo porządny, moja żona się ze mnie śmieje, ja raz z nią trawę zapaliłem, jestem człowiek mało użytkowy, jakoś nigdy mnie to nie robiło. Dobre dziecko, które nie robiło problemów. Tak samo z alkoholem, nigdy nie zabrano mi prawa jazdy, nikogo nie biję. Starałem się wszystko robić porządnie, płaciłem mandaty, których nie było dużo, bo jeżdżę normalnie.

— Kiedy pan musiał założyć garnitur?

— Jak przyszedłem do pracy. Miałem 3–4 miesiące staż na studiach. Połączenia transportowe, jakieś takie rzeczy, w 2004 roku — wtedy ojciec nic nie robił, żeby była jasność. Jakiś sweter podarty, wymiętolona marynara, jak to dziennikarz.

— Zaczął pan w garniturze chodzić do pracy dla portu lotniczego?

— Tak.

— Pana wkurza to, że musi zakładać ten garnitur?

— Ja nigdy nie miałem kontaktu ze spółką port lotniczy, żeby była jasność, takie sprostowanie.

— Ile pan ma garniturów?

— Cztery chyba.

— Jaka marka? Zaraz sprawdzę, Victoria… Co to za marka?

— Nie wiem, muszę pójść na zakupy.

— Zegarek jaki pan nosi?

— Nie noszę.

— Nie przywiązuje pan wagi do wyglądu zewnętrznego, do marek, które się nosi na sobie? A jak pana mieszkanie wygląda? Budynek jest okazały, poszedł pan w górną półkę.

— 69 metry kwadratowe, 46 cali telewizor na raty kupiłem. I resztę sprzętu.

— Czemu tylko 46 cali?

— Ja gadżeciarzem nie jestem. I nie 3D.

— Gdzie pan odpoczywa, przy czym się resetuje?

— Od trzech dni głównie na kiblu.

Wybuchamy śmiechem. Michał Tusk ma dużo dystansu do siebie.

— Lubię jakąś tam muzę, Dire Straits, Lady Punk i tym podobne. Muzyka filmowa jakaś. Przeglądam jakieś stare sieciówki z rozkładem jazdy.

— Pan pamięta swój pierwszy tekst?

— Pamiętam o tym, że znak drogowy niewidoczny na rogu Polanki i Abrahama. Krzywy znak stał.

— A ostatni?

— Pożegnalny z czytelnikami. Ostatni, opinia o tramwaju wodnym w Gdańsku. Pływa trzy razy dziennie statek pusty, to jest bez sensu.

— Lepsze relacje miał pan z mamą czy z tatą?

— Wydaje mi się, że z mamą, wiadomo, częściej była w domu, ale były dobre i z jednym, i drugim.

Minęła godzina rozmowy. W tym momencie Michał Tusk, aby uwiarygodnić się, postanowił pokazać nam swoją skrzynkę pocztową, założoną pod nazwą Józef Bąk. Przyznam, że nie wierzyliśmy w to, co się działo. Jego decyzja była zaskakująca. Zapoznaliśmy się z korespondencją i skopiowaliśmy ją za jego zgodą. To na niej bazowaliśmy przy publikacjach, a nie na tym, co otrzymaliśmy wcześniej, co już krążyło wśród dziennikarzy. Pierwsi poznaliśmy pełną wymianę mailową Michała Tuska.

Proponuje nam przejście na ty. Opisuje i pokazuje swoją pocztę. Dręczy go jednak, jak zachowa się małżeństwo P.