Podwójna gra

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Wstęp

2  Część I. Nie­bez­pieczne związki agenta Tomka

3  Część II. Jak zostać przy­kryw­kow­cem

4  Część III. „Romeo”

5  Część IV. „Miami”

6  Część V. Ochro­nia­rze przy­kryw­kow­ców

7  Część VI. „Ruda”

8  Część VII. „Che­ster”

9  Część VIII. „Zwie­rzak”

10  Część IX. „Zoo­m­bie”

11  Część X. „Wiking”

12  Część XI. „Enigma”, czyli naj­słyn­niej­szy pościg za „Sło­wi­kiem”

13  Część XII. Jak znisz­czono przy­krywki

14  Zdję­cia

PODWÓJNA GRA Syl­we­ster Lat­kow­ski

Copy­ri­ght@by Syl­we­ster Lat­kow­ski 2021

Pro­jekt okładki: Piotr Dąbrow­ski

Redak­cja mery­to­ryczna: Jaro­sław Suli­kow­ski

Redak­cja: Elż­bieta Dłu­gosz

Korekta: Firma Korek­tor­ska UKKLW – Wero­nika Girys-Cza­go­wiec, Agata Łojek

Zdję­cie na okładce: Shut­ter­stock

Zdję­cia w książce: archi­wum pry­watne autora

Copy­ri­ght@ TIME S.A., 2021

ISBN 978-83-66630-20-8 Wyda­nie I, War­szawa 2021

Wydawca

TIME Spółka Akcyjna

ul. Jubi­ler­ska 10

04-190 War­szawa

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach:

www.wydaw­nic­two­harde.pl

face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two

insta­gram.com/harde wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Wstęp

Wstęp

To jest opo­wieść o ludziach, któ­rzy prze­kra­czają gra­nice i robią to w maje­sta­cie prawa. Czy jed­nak na pewno w gra­ni­cach prawa? To histo­rie ludzi, któ­rzy myślą jak prze­stępcy, czę­sto muszą dalej niż zwy­kli ludzie usta­wiać gra­nice moral­no­ści i wyzby­wać się skru­pu­łów. Potocz­nie nazy­wają ich przy­kryw­kow­cami.

Kim wła­ści­wie są? To poli­cjanci do zadań spe­cjal­nych pro­wa­dzący podwójną grę. Korzy­sta­nie z agen­tów taj­nych służb to metoda sto­so­wana na całym świe­cie od wie­ków. Już w sta­ro­żyt­no­ści szpie­dzy pod­szy­wali się pod inne osoby, aby zdo­być naj­skryt­sze infor­ma­cje o zamia­rach wro­gów. Nie bez powodu szpie­go­stwo jest okre­ślane mia­nem naj­star­szej, obok pro­sty­tu­cji, pro­fe­sji świata.

Prawo do pro­wa­dze­nia kom­bi­na­cji ope­ra­cyj­nych i ope­ra­cji spe­cjal­nych, w tym do uży­wa­nia funk­cjo­na­riu­szy pod przy­kry­ciem, ma przede wszyst­kim poli­cja i jej eli­tarna jed­nostka Cen­tralne Biuro Śled­cze. Powstało w 2000 roku i służy do zwal­cza­nia naj­groź­niej­szych gan­gów. Od 2007 roku podobne metody (pracę pod przy­kry­ciem) do walki z prze­stęp­czo­ścią kry­mi­nalną sto­suje też Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego. Używa kamu­flażu wyłącz­nie do celów kontr­wy­wia­dow­czych, a jej przy­kryw­kowcy (szpie­dzy) dzia­łają poza gra­ni­cami Pol­ski. Podob­nie postę­puje Służba Wywiadu Woj­sko­wego. Jako ostat­nie do tego grona dołą­czyło Cen­tralne Biuro Anty­ko­rup­cyjne.

Pierw­sza pol­ska ope­ra­cja spe­cjalna z udzia­łem przy­kryw­kowca miała miej­sce 6 lipca 1990 roku w motelu „Geo­rge” pod War­szawą i była nie­le­galna. Pró­bo­wano wyprze­dzić epokę – wów­czas nie ist­niały jesz­cze pod­stawy prawne pozwa­la­jące na sto­so­wa­nie poli­cyj­nej pro­wo­ka­cji, ale pro­wa­dzący akcję prze­ciwko bos­som gangu prusz­kow­skiego byli tak zde­ter­mi­no­wani, że spró­bo­wali metody mniej for­mal­nej. To była pierw­sza nie­udolna próba. Padły strzały. Jeden gang­ster zgi­nął, drugi został ranny. Sąd nie pozo­sta­wił na poli­cjan­tach suchej nitki. Ban­dyci zostali oczysz­czeni z zarzu­tów.

W poło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych poli­cja inten­syw­nie szu­kała spo­so­bów walki ze struk­tu­rami gang­ster­skimi. W Pol­sce rzą­dziły gangi, na uli­cach odby­wały się strze­la­niny, pło­nęły samo­chody i lała się krew, a pań­stwo bez­rad­nie roz­kła­dało ręce. Kilku poli­cjantów posta­no­wiło nie przy­glą­dać się temu bez­czyn­nie. Byli to: Adam Rapacki (były wice­mi­ni­ster spraw wewnętrz­nych), Sła­wo­mir Śnieżko, Jerzy Nęcki, Miro­sław Nowacki i Tomasz Wary­kie­wicz. Adam Rapacki nawią­zał kon­takty ze Sco­tland Yar­dem. Zapro­sił poli­cjantów z Anglii, by opo­wie­dzieli o agen­tach dzia­ła­ją­cych pod przy­kry­ciem oraz akcjach, które dzięki nim prze­pro­wa­dzono i po któ­rych prze­stępcy tra­fili za kratki. Agen­tów spe­cjal­nych dzia­ła­ją­cych pod przy­kry­ciem, czyli funk­cjo­na­riu­szy uda­ją­cych gang­ste­rów, wyko­rzy­sty­wały już od dawna inne poli­cje.

Od początku zało­żono, że zosta­nie zbu­do­wany wła­sny sys­tem. Dla­czego? Wyja­śnił to Tomasz Wary­kie­wicz, zwany Wrza­sku­nem: – W Ame­ryce przy­kryw­ko­wiec to agent jed­no­ra­zo­wego uży­cia. Czę­sto koń­czy w czar­nym folio­wym worku. Przy­znał, że oparto się jed­nak na wzorcu angiel­skim. Wary­kie­wicz, który naj­le­piej z całej czwórki znał angiel­ski, tygo­dniami ślę­czał nad prze­pi­sami angiel­skiego prawa regu­lu­ją­cymi pracę przy­kryw­kow­ców. Pierw­szymi agen­tami pod przy­kry­ciem zostali oni sami. Rapacki dostał numer 100.

W 1996 roku zor­ga­ni­zo­wano spe­cjalną grupę w Wydziale V w Biu­rze Prze­stęp­czo­ści Zor­ga­ni­zo­wa­nej przy Komen­dzie Głów­nej Poli­cji, która miała zaj­mo­wać się ope­ra­cjami spe­cjal­nymi pod przy­kry­ciem. Spe­cjalna grupa – to brzmi dum­nie. Agen­tów było zale­d­wie kilku, i jeden pokój, a w nim spar­tań­skie warunki. Sto­lik, kilka krze­seł i biurko jako jedyne wypo­sa­że­nie.

– Wal­czy­li­śmy o papier. Mie­li­śmy jedną sekre­tarkę – wspo­mina Tomasz Wary­kie­wicz1. – Adam Rapacki zapro­po­no­wał, by dołą­czył do nas Jurek Nęcki. To my go na szko­le­nie, wycie­ramy nim pod­łogę i oka­zuje się, że on ma równo wszystko poukła­dane w gło­wie. Decy­du­jemy, że zosta­nie naszym prze­ło­żo­nym, bo my tego nie chcemy, za dużo jesz­cze mamy do zro­bie­nia. Nie chcie­li­śmy mieć admi­ni­stra­cji na gło­wie. Jurek dostaje ważne zada­nie, ma napi­sać pierw­szą instruk­cję, która potem będzie wydana w for­mie zarzą­dze­nia komen­danta głów­nego poli­cji. Dys­ku­sje nad nią trwają nocami, dniami, bez końca. Powstaje cała nowa nomen­kla­tura. Poja­wia się poję­cie „ope­ra­tor” (poli­cjant dzia­ła­jący pod przy­kry­ciem), nazew­nic­two zwią­zane z lega­li­zo­wa­niem, spo­sób roz­li­cza­nia fun­du­szy na oświad­cze­nie. Do tej pory takiej moż­li­wo­ści nie było. Każdy musiał przy­nieść para­gon, rachu­nek, fak­turę. A tu gość pisał oświad­cze­nie: wyda­łem tyle i tyle.

W tym cza­sie rodzi się w mojej gło­wie pomysł zetbe­ze­tów, czyli jedy­nej na świe­cie for­ma­cji, która pozwala na zabez­pie­cza­nie poli­cjan­tów pod przy­kry­ciem i inte­gro­wa­nie tych ludzi bez dekon­spi­ra­cji. W USA jest tak, że przy­kryw­ko­wiec chowa legi­ty­ma­cję poli­cyjną pod wycie­raczkę, pisto­let zaś do bagaż­nika. A sys­tem zabez­pie­cze­nia polega na tym, że za nim jadą samo­chody z ante­nami i ze SWAT. Mają naj­więk­szą na świe­cie śmier­tel­ność wśród przy­kryw­kow­ców. Po tym, jak Stań­czyk (Jerzy Stań­czyk, były komen­dant główny poli­cji) poroz­rzu­cał pezety2 po Pol­sce, two­rząc oddziały, myśmy teo­re­tycz­nie w nich pra­co­wali, ale fizycz­nie byli­śmy w War­sza­wie. Kata­strofa, jeśli cho­dzi o prze­pisy.

Naj­pierw, w 1995 roku, wyty­po­wano 12 ludzi. Pod­czas kursu każdy z nich miał kon­takt z dwu­dzie­stoma wykła­dow­cami i instruk­to­rami. Przez dwa tygo­dnie 24 godziny na dobę przy­glą­dano się sta­ran­nie wybrań­com. Potem kla­sy­fi­ko­wano: nadaje się lub nie. W przy­padku oceny pozy­tyw­nej wnio­sko­wano do dyrek­tora Biura Prze­stęp­czo­ści Zor­ga­ni­zo­wa­nej o nada­nie funk­cjo­na­riu­szowi numeru. Kurs prze­szło kilku poli­cjan­tów.

Adam Rapacki tak wspo­mi­nał tam­ten czas:

– W roku 1995 napi­sa­łem pierw­szą kon­cep­cję dla ope­ra­cji spe­cjal­nych. Jesz­cze nie było zakupu kon­tro­lo­wa­nego, część rze­czy była robiona w ramach kom­bi­na­cji ope­ra­cyj­nych. Trzeba było bar­dzo uwa­żać, żeby nie prze­kro­czyć cien­kiej linii. Zatrzy­my­wa­li­śmy klien­tów z kara­bi­nami, z mate­ria­łem wybu­cho­wym, a nie poka­zy­wa­li­śmy naszych ludzi. Nie mogli­śmy poka­zać, że w jakimś stop­niu to my kupo­wa­li­śmy coś od nich czy robi­li­śmy coś z nimi. Tę ryzy­kowną kon­cep­cję zaak­cep­to­wał Jurek Stań­czyk. Powoli zaczę­li­śmy sta­wiać zręby pod cały sys­tem ope­ra­cji przy­kryw­ko­wej. Robi­li­śmy akcję, w któ­rej nie poka­zy­wa­li­śmy kulis. Nie wszystko mogli­śmy poka­zać w spo­sób pro­ce­sowy, bo do poka­za­nia nie było pod­staw praw­nych.

 

W 1995 roku nastą­piły zmiany w usta­wach poli­cyj­nych i wresz­cie dosta­li­śmy moż­li­wość pro­wa­dze­nia ope­ra­cji spe­cjal­nych, zakupu kon­tro­lo­wa­nego, dosta­li­śmy nowe narzę­dzia do walki z prze­stęp­czo­ścią. Pierw­szą ope­ra­cję spe­cjalną zgod­nie ze sztuką zro­bi­łem w 1997 roku w spra­wie o nar­ko­tyki.

W Pol­sce rze­czy­wi­ście stwo­rzono uni­kalny sys­tem ope­ra­cji spe­cjal­nych pod przy­kry­ciem. Powstały fachowe okre­śle­nia, takie jak na przy­kład PPP, czyli poli­cjant pod przy­kry­ciem (w żar­go­nie poli­cyj­nym nazy­wany też ope­ra­to­rem), ZBZ – Zespół Bli­skiego Zabez­pie­cze­nia (zetbe­zet). W każ­dej ope­ra­cji spe­cjal­nej z udzia­łem przy­kryw­kowca dzia­łała grupa zada­niowa. Na jej czele stał dowódca zwany cover­ma­nem, który pro­wa­dził akcję i podej­mo­wał decy­zje. To wyłącz­nie z nim kon­tak­to­wał się przy­kryw­ko­wiec (ope­ra­tor). Zwy­kle w pobliżu dzia­łał też inny poli­cjant pod przy­kry­ciem. Ten z kolei miał jedno zada­nie – dys­kret­nie chro­nić ope­ra­tora. Ochro­nia­rze też są sta­ran­nie wyse­lek­cjo­no­wani, rów­nież koń­czą skom­pli­ko­wane szko­le­nia i podob­nie jak przy­kryw­kowcy toczą nie­bez­pieczne gry. Wcho­dzą w skład Zespołu Bli­skiego Zabez­pie­cze­nia.

Zetbe­zety nad­zo­rują przy­kryw­kow­ców, służą im radą, a kiedy trzeba, idą z pomocą. Zawsze znaj­dują się w pobliżu. Wynaj­mują pokój w hotelu albo korzy­stają z miesz­ka­nia kon­spi­ra­cyj­nego. Dla świata zewnętrz­nego są nie­wi­dzialni. Agent spe­cjalny kon­tak­tuje się z nimi za pomocą usta­lo­nych szy­frów.

Kiedy przy­kryw­kowcy wyko­nują ope­ra­cję spe­cjalną, dostają nową toż­sa­mość, czyli, jak to nazy­wają poli­cjanci, zostają zale­gen­do­wani. Wypo­saża się ich w spre­pa­ro­wane doku­menty i od tej pory noszą nowe imię i nazwi­sko, posłu­gują się fik­cyj­nymi nume­rami PESEL i NIP. Uczą się na pamięć nowych życio­ry­sów. Tak przy­go­to­wani pró­bują wejść w struk­turę gangu. Aby wejść w prze­stęp­czy świa­tek, potrze­bują kogoś, kto ich wpro­wa­dzi na mafijne salony. Cza­sem jest to przy­ła­pany na prze­stęp­stwie gang­ster, który zga­dza się na współ­pracę w zamian za zła­go­dze­nie kary, cza­sem sami muszą szu­kać doj­ścia do inte­re­su­ją­cych ich ludzi.

Przy­kryw­kowcy na żad­nym eta­pie ope­ra­cji spe­cjal­nej nie ujaw­niają swo­jej toż­sa­mo­ści. Po jej zakoń­cze­niu także zostają ano­ni­mowi, nawet przed sądem.

Przy­kryw­kowcy two­rzyli eli­tarną grupę poli­cjan­tów, czyli zamkniętą grupę gli­nia­rzy, któ­rzy także dziś nie­chęt­nie wpusz­czają do swego świata ludzi z zewnątrz. Nie lubią też mówić o swo­jej pracy. Pra­cu­jąc nad fil­mami, książ­kami i arty­ku­łami, sty­ka­łem się z ich pracą i pozna­wa­łem ich oso­bi­ście. Wresz­cie udało mi się nie­któ­rych nakło­nić, by opo­wie­dzieli o sobie i o naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nej pro­fe­sji w poli­cji w serialu doku­men­tal­nym „Przy­kryw­kowcy. Podwójna gra” zre­ali­zo­wa­nym dla Canal+ (2019).

Ta książka nie jest pisem­nym odbi­ciem serialu. W cza­sie jed­nej z roz­mów z ofi­ce­rem poli­cji pra­cu­ją­cym pod przy­kry­ciem (pseu­do­nim Romeo) stwier­dzi­li­śmy, że serial powi­nien być punk­tem wyj­ścia do szer­szej, pogłę­bio­nej opo­wie­ści o ludziach, któ­rzy posta­no­wili zacząć wal­czyć z prze­stęp­czo­ścią metodą nową i sku­tecz­niej­szą, bo ban­dyci byli zawsze kilka kro­ków przed poli­cją. Nie będzie to jed­nak lukro­wana opo­wieść.

Przede wszyst­kim jest to książka o ludziach, gli­nia­rzach, któ­rzy przez wiele lat pro­wa­dzili podwójne życie. Opro­wa­dzą nas po świe­cie, z któ­rego na pewno nie wycho­dzi się już takim, jakim się do niego weszło.

To gorz­kie opo­wie­ści.

1 Wyko­rzy­sta­łem frag­ment roz­mowy z Toma­szem Wary­kie­wi­czem, którą prze­pro­wa­dzi­li­śmy z Pio­trem Pytla­kow­skim. [wróć]

2 Pezety – Depar­ta­menty do Spraw Prze­stęp­czo­ści Zor­ga­ni­zo­wa­nej i Korup­cji (dawne wydziały w Poli­cji). [wróć]

Część I. Nie­bez­pieczne związki agenta Tomka

Część I

Nie­bez­pieczne związki agenta Tomka

Kryp­to­nim „Święta”, czyli wyże­lo­wany goguś i posłanka

– Nie jestem jakiś tam książę Julian z „Mada­ga­skaru” – rzu­cił dzien­ni­ka­rzom Tomasz Kacz­ma­rek, naj­słyn­niej­szy w Pol­sce agent spe­cjalny pod przy­kry­ciem, zapew­nia­jąc, że ma dystans do sie­bie. Dzien­ni­ka­rze przy­po­mnieli wtedy słowa fil­mo­wego lemura Juliana: „Do kobiety trzeba się pofa­ty­go­wać, tak? Potem patrzysz jej w oczy… przy­su­wasz się, tak? Tylko tro­szeczkę, a naj­le­piej pra­wie do końca… potem cze­kasz, aż ona się też tro­szeczkę przy­su­nie, prawda? Teraz… wasze wargi prak­tycz­nie się już sty­kają… A potem po pro­stu jej mówisz, jak bar­dzo jej nie­na­wi­dzisz”1. Tra­fili w punkt? Co na to by powie­działa Beata Sawicka, która suge­ro­wała2, że została uwie­dziona i zma­ni­pu­lo­wana, mię­dzy innymi przy pomocy „miłych i czu­łych sms, kwia­tów” oraz „upo­min­ków”, po to, by uwi­kłać ją w sytu­ację korup­cyjną? Agent Tomek, pod przy­bra­nym nazwi­skiem Pio­trow­ski, jak dia­beł miał sku­sić ją do grze­chu. Osa­czył, spro­wa­dził na złą drogę i… zapa­ko­wał do poli­cyj­nej izby zatrzy­mań.

O ope­ra­cjach spe­cjal­nych pod przy­kry­ciem w Pol­sce było cicho, aż do wybu­chu afer Beaty Sawic­kiej, Wero­niki Mar­czuk i willi Kwa­śniew­skich. Ele­men­tem łączą­cym wszyst­kie sprawy był wła­śnie agent spe­cjalny Tomasz Kacz­ma­rek. Czło­wiek o wielu twa­rzach, kilku nazwi­skach i tyluż życio­ry­sach.

Agent Tomek miał sła­bość do luk­su­so­wych samo­cho­dów. Jeź­dził porsche car­rerą i cay­enne, mer­ce­de­sem. Nie­stety nie był mistrzem kie­row­nicy, co zasta­na­wia, bo każdy przy­kryw­ko­wiec powi­nien przejść szko­le­nie z szyb­kiej jazdy. On cią­gle zali­czał stłuczki. W latach dzie­więć­dzie­sią­tych jako poli­cjant wydziału kry­mi­nal­nego Komendy Woje­wódz­kiej Poli­cji we Wro­cła­wiu został ska­zany za udział w wypadku ze skut­kiem śmier­tel­nym. Jechał za szybko. Zgi­nęła młoda kobieta, on miał poła­mane nogi. Roz­bił nie­ozna­ko­wany radio­wóz nale­żący do sek­cji spraw walki ze zło­dzie­jami samo­cho­dów. Kolejną jego sła­bo­ścią były dobre ubra­nia i trunki. Po pro­stu król życia. Dzia­łal­ność „Agenta Tomka” – tak go nazwano – wywo­łała publiczną debatę na temat taj­nych ope­ra­cji pro­wa­dzo­nych przez służby. Jakie są dozwo­lone gra­nice pro­wo­ka­cji? Czy agent spe­cjalny dzia­ła­jący pod przy­kry­ciem jest bez­karny?

Afera posłanki Plat­formy Oby­wa­tel­skiej Beaty Sawic­kiej wybu­chła 1 paź­dzier­nika 2007 roku, tuż przed wybo­rami do par­la­mentu. Tego dnia zatrzy­mali ją agenci CBA, jak potem oświad­czono, w chwili kiedy przy­jęła drugą ratę łapówki. W sumie miała przy­jąć 100 tysięcy zło­tych za pomoc w usta­wie­niu prze­targu na działkę w Helu.

Sawicka miała star­to­wać pod hasłem walki z gło­dem wśród dzieci. Po słyn­nej kon­fe­ren­cji pra­so­wej, w cza­sie któ­rej roz­pła­kała się przed kame­rami, zre­zy­gno­wała ze startu w wybo­rach i z poli­tyki. Zapa­dła się pod zie­mię. Wraz z Pio­trem Pytla­kow­skim dotar­li­śmy do jej zeznań zło­żo­nych przed sądem i po raz pierw­szy opu­bli­ko­wa­li­śmy je w książce „Agent Tomek i inni. Przy­kryw­kowcy”.

Przed sądem opi­sała swoją wer­sję zna­jo­mo­ści z agen­tem Toma­szem, a my dzięki temu od kuchni pozna­li­śmy metody dzia­ła­nia przy­kryw­kowca3 widziane oczami roz­pra­co­wy­wa­nej osoby. Wcze­śniej Cen­tralne Biuro Anty­ko­rup­cyjne za zgodą pro­ku­ra­tora gene­ral­nego opu­bli­ko­wało nagra­nia wideo i audio z udzia­łem Sawic­kiej i agen­tów.

Toma­sza Pio­trow­skiego poznała pod­czas kursu orga­ni­zo­wa­nego w War­sza­wie dla kan­dy­da­tów na człon­ków rad nad­zor­czych spółek skarbu pań­stwa.

„Pod­czas prze­rwy z jedną z moich kole­ża­nek bar­dzo dys­kret­nie uda­ły­śmy się na pod­da­sze klatki scho­do­wej, aby zapa­lić papie­rosa. Paląc te papie­rosy, nagle usły­sza­łam, że ktoś skrada się, tak to potocz­nie można powie­dzieć. Że ktoś wcho­dzi na górę, w zacie­nione miej­sce i wtedy zoba­czy­łam mło­dego czło­wieka, wyspor­to­wa­nego, bo poko­ny­wał te schody po trzy stop­nie, bar­dzo szybko, który popro­sił nas o poczę­sto­wa­nie go papie­ro­sem. Przed­sta­wił się i powie­dział, że jest z naszej grupy, nie koja­rzy­łam go wtedy. I czy może zostać z nami, nam towa­rzy­szyć. Wyra­zi­ły­śmy na to zgodę. Poczę­sto­wa­ły­śmy pana Toma­sza i wtedy zapy­tał – to on pierw­szy – nas, dla­czego na tym kur­sie jeste­śmy, co o nim sądzimy, skąd jeste­śmy i kim z zawodu każda z nas jest. Powie­dzia­ły­śmy, że jeste­śmy z oko­lic, nie uszcze­gó­ła­wia­jąc tego, a ja powie­działam, że jeste­śmy nauczy­ciel­kami, co było zgodne z prawdą, ponie­waż moja kole­żanka rów­nież jest peda­go­giem z wykształ­ce­nia. On powie­dział, że jest przed­się­biorcą i że po tru­dach zimo­wej podróży przy­je­chał z Kato­wic. (…)

Pod­czas tego kursu, po wie­lo­go­dzin­nych wykła­dach, bar­dzo trud­nego w swo­jej czę­ści teo­re­tycz­nej dla słu­cha­czy, wycho­dzi­li­śmy cza­sami do pobli­skiej restau­ra­cji na ulicy Pięk­nej pod nazwą Jazz Club, gdzie jedli­śmy obiad, kola­cję. (…) Tak się skła­dało, że Tomasz Pio­trow­ski zawsze był w moim pobliżu. Sia­dał obok mnie, zama­wiał sto­lik, do któ­rego mnie zapra­szał. Czę­sto jada­li­śmy razem, ale zda­rzały się też wie­czory, gdzie część kur­san­tów opusz­czała lokal, a ja wraz z moją kole­żanką Ewą (posłanką PO – aut.), zosta­wa­ły­śmy jesz­cze jakiś czas. Pamię­tam, kiedy Tomasz Pio­trow­ski przy drinku wypy­ty­wał nas o to, jak to jest być par­la­men­ta­rzy­stą, czym się zaj­mu­jemy, jakie mamy hobby, jakie pro­blemy w pracy, co spra­wi­łoby nam przy­jem­ność, z osobna – co spra­wia­łoby przy­jem­ność mnie oso­bi­ście, ale były też spo­tka­nia, jesz­cze w tym okre­sie kursu, kiedy cza­sami tylko ja z nim zosta­wa­łam. Wtedy odpro­wa­dzał mnie pod miej­sce, w któ­rym miesz­ka­łam, pod hotel posel­ski. Mimo że miał samo­chód zapar­ko­wany nie­da­leko, nie wsia­dał siłą rze­czy, ponie­waż był pod wpły­wem alko­holu. Na początku naszej zna­jo­mo­ści trak­to­wa­łam Toma­sza Pio­trow­skiego jako młod­szego kolegę, podob­nie zagu­bio­nego w mate­rii tego kursu, jak i ja, ale kiedy zaczął coraz czę­ściej do mnie dzwo­nić, mnie odpro­wa­dzać, zapra­szać na kola­cję, obiady, spa­cery, zauwa­ża­łam w nim wię­cej zalet niż do tej pory.

Był to młod­szy ode mnie męż­czy­zna (on miał wów­czas 31 lat, ona 43 lata – aut.). Bar­dzo ele­gancko się ubie­rał. Kiedy był spor­towo ubrany, miał gustow­nie dobraną odzież, mar­kową, dobre buty, spor­towy mer­ce­des, z bia­łym wypo­sa­że­niem w środku, miał przy sobie zawsze dużą ilość pie­nię­dzy. Zawsze bar­dzo przy­jem­nie pach­niał, był czy­sty. Dało się zauwa­żyć, pod­czas jego bar­dzo sze­ro­kiego uśmie­chu, że miał zadbane zęby, wybie­lane. Nosił na sobie złotą biżu­te­rię. Miał ładne, dłu­gie, krę­cone włosy (…).

Ponie­waż wie­dział, że lubię tań­czyć, lubię muzykę, twier­dząc, że jest świeżo po kur­sie salsy, zapro­sił mnie i jesz­cze jed­nego kolegę z grupy na takie spo­tka­nie do klubu war­szaw­skiego, o ile pamię­tam Kwar­tet się nazy­wał. W ostat­niej chwili kolega zre­zy­gno­wał z tego spo­tka­nia, ze względu na sytu­ację rodzinną, ale odwiózł nas pod ten lokal i tam z Toma­szem poszłam. Zro­bił na mnie wtedy bar­dzo pozy­tywne wra­że­nie, ponie­waż przy ogrom­nym tłoku, dużej ilo­ści osób, gwa­rze, nie miał żad­nego pro­blemu z tym, aby w patio posta­wić kolejny sto­lik, tylko dla nas. To był ten pierw­szy raz, kiedy tań­czy­li­śmy, kiedy wesoło spę­dza­li­śmy czas, kiedy pra­wił mi ogromną ilość kom­ple­men­tów i kiedy nie­stety pił ogromną ilość alko­holu, który rów­nież zama­wiał dla mnie. Cza­sami zama­wiał, szcze­gól­nie na początku naszego spo­tka­nia, alko­hol czy­sty, ale póź­niej, w czę­ści dal­szej kon­sump­cji, był to alko­hol typu whi­sky, brandy. (…) Na co zwra­cam uwagę: na to, że ten alko­hol miał inny kolor i dzi­siaj, z per­spek­tywy czasu, wiem, jak ważne jest to w kwe­stiach ope­ra­cyj­nych”.

Beata Sawicka zasu­ge­ro­wała, że agent Tomek mar­ko­wał picie, by ją upi­jać. Wielu moich roz­mów­ców uważa, że Kacz­ma­rek dużo pił. I miał z tym pro­blem. Co działo się dalej?

„Jeste­śmy po zakoń­cze­niu kursu. Tomasz mówi, że jest w Wied­niu, bo bar­dzo ciężko pra­cuje w swoim głów­nym biu­rze w Austrii. Opo­wiada mi, jak dużo czasu zaj­muje mu podróż, że zawsze jeź­dzi samo­cho­dem. Znam tę trasę, ponie­waż sama miesz­kam w rejo­nie przy­gra­nicz­nym i zda­rzyło mi się jechać przez Cze­chy do Austrii. On potwier­dza, że wła­śnie podob­nie tą trasą prze­jeż­dża, więc mamy taki wspólny temat. Wtedy zapy­tał, czy po przyjeź­dzie z Wied­nia może mnie odwie­dzić w War­sza­wie, kiedy będę w Sej­mie. Byłam zdzi­wiona tym pyta­niem, uwa­ża­jąc, że nasze drogi się rozejdą po zakoń­czo­nym kur­sie, ale wyra­zi­łam zgodę na to, aby spo­tkać się z nim, kiedy przy­je­dzie, i przy­jąć zapro­sze­nie na kola­cję. I tak też się stało (…).

 

Wcze­śniej mówił, że jest przed­się­biorcą budow­la­nym, że rezy­duje tutaj, w Pol­sce, w Kato­wi­cach, tam ma miesz­ka­nie przej­ściowe, tam rów­nież miał otwo­rzyć firmę, którą chciał prze­nieść z Litwy i Chor­wa­cji. Tam miały być jego agendy. (…) Mówił, że wspól­nie ze swoim przy­ja­cie­lem Mar­kiem (drugi agent pod przy­kry­ciem, dzia­ła­jący z agen­tem Tom­kiem – aut.), który obec­nie jest w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, i kolej­nym udzia­łow­cem, któ­rego nazy­wał Lu, Ame­ry­ka­ni­nem (do współ­pracy zapro­szono przy­kryw­kowca z FBI – aut.). Te postaci od początku były w jego opo­wia­da­niach i ist­niały mię­dzy nami, w naszych roz­mo­wach. Że wspól­nie budują obiekty spor­towe, kom­pleksy spor­towe, a w Chor­wa­cji budują nie­wiel­kie domy sze­re­gowe, typowe obiekty wypo­czyn­kowe, rekre­acyjne (…).

W nie­dłu­gim okre­sie czasu Tomasz do mnie zadzwo­nił, zapy­tał, czy znajdę dla niego czas. Przy­je­chał i poje­cha­li­śmy na… już nie pamię­tam, czy był to obiad, czy kola­cja. Pod­czas tego pobytu zapy­tał mnie, czy zechcia­ła­bym utrzy­my­wać z nim zna­jo­mość. Mie­li­śmy już miłe wspo­mnie­nia z naszego pobytu w lokalu. Ja zre­wan­żo­wa­łam mu się zapro­sze­niem, aby przy mojej pomocy w jedną z wol­nych nie­dziel zwie­dził gmach Sejmu.

Przy­je­chał do mnie, zwie­dza­li­śmy Sejm. Po zwie­dza­niu poszli­śmy do restau­ra­cji sej­mo­wej na posi­łek, a ponie­waż – jak twier­dził – ma bar­dzo dużo czasu, zapy­tał mnie, czy może zoba­czyć, gdzie miesz­kam. Obe­szli­śmy kilka kory­ta­rzy hotelu posel­skiego i w pokoju, przy winie, roz­ma­wia­li­śmy o tym, co będziemy robić dalej po kur­sie. Wtedy po raz pierw­szy Tomasz otrzy­mał ode mnie upo­minki i były to książki. Jedną z nich była książka pod tytu­łem: „Warto być przy­zwo­itym” pana pro­fe­sora Bar­to­szew­skiego. (…)

Spo­ty­kał się ze mną już cyklicz­nie. Tak jak dziś pamię­tam, co dwa tygo­dnie. Przy­jeż­dżał w tam­tym okre­sie z Wied­nia. Jada­li­śmy w róż­nych restau­ra­cjach war­szaw­skich. Czę­sto poru­sza­li­śmy się tak­sów­kami, ponie­waż Tomasz do każ­dego posiłku lubił zama­wiać alko­hol. Samo­chód swój zosta­wiał przed gma­chem Sejmu, w jed­nym miej­scu. Zawsze było to samo miej­sce i zawsze to miej­sce było wolne dla niego. Otrzy­my­wa­łam od niego kwiaty. Był czło­wie­kiem, który roz­ta­czał wokół sie­bie wspa­niałą aurę pew­no­ści sie­bie, ogrom­nej zarad­no­ści życio­wej. Bar­dzo mnie wzru­szył wtedy, kiedy opo­wia­dał o swoim trud­nym dzie­ciń­stwie i o tym, że nie ma rodzi­ców, bo wyje­chali do Sta­nów Zjed­no­czo­nych i zosta­wili go, gdy miał trzy latka, że wycho­wali go dziad­ko­wie. Tu dzie­ciń­stwo mie­li­śmy podobne, ponie­waż ja tatę stra­ci­łam też wcze­śnie, mając lat 11, zmarł, był mło­dym czło­wie­kiem, wycho­wali mnie dziad­ko­wie, więc bar­dzo dużo wspól­nego tematu w tym zakre­sie mie­li­śmy.

Bar­dzo czę­sto pod­kre­ślał, że jestem kobietą suk­cesu, że do wszyst­kiego doszłam sama, swoją ciężką pracą – podob­nie jak on. Kie­dyś mu opo­wia­da­łam, że w mło­do­ści bar­dzo ciężko cho­ro­wa­łam – to on mi się zre­wan­żo­wał opo­wie­ścią o tym, że miał w swoim życiu bar­dzo przy­kry epi­zod, uległ wypad­kowi, miał zła­mane nogi, sie­dem mie­sięcy był reha­bi­li­to­wany. (…)

Myślę, że to był koniec marca, było jesz­cze chłodno, ale już byli­śmy lżej ubrani, i wtedy kiedy ze mną tań­czył, prze­kro­czył pewną barierę, któ­rej do tej pory jed­nak nie prze­kra­czał, to była ta bariera intym­no­ści. Był już pod wpły­wem alko­holu, mówił, jak bar­dzo mu się podo­bam, jak uwiel­bia moje krę­cone włosy. Wtedy obsy­py­wał mnie poda­run­kami. Nie był zado­wo­lony, że jest z nami moja kole­żanka. Kiedy pro­si­łam, żeby tego nie robił, to powie­dział, że prze­sa­dzam ze swoją ostroż­no­ścią, z tym, że ktoś może nam zdję­cie zro­bić, prze­cież wcale nie jestem znaną publicz­nie osobą, ale jego cza­ru­jące uśmie­chy i kom­ple­menty i to, że i mnie w gło­wie zaszu­miało, cza­sami od drin­ków, powo­do­wały, że byłam dość nie­kon­se­kwentna. (…)

Zaczął od tego, że nie jest w sta­nie być spo­koj­nym, zwy­kłym męż­czy­zną przy zgrab­nej, pięk­nej kobie­cie, która ma swoją pozy­cję zarówno w życiu, jak i pozy­cję zawo­dową, że nie inte­re­sują go młode dziew­czyny, bo cóż one mogą mu zaofe­ro­wać, ale impo­nuje mu taka kobieta, jak ja. Kiedy go pyta­łam, co takiego mogła­bym wnieść w jego życie, opo­wia­dał, że naj­waż­niej­sze jest dla niego doświad­cze­nie i doj­ście do suk­cesu. Wtedy powie­dział, że potrwa to kilka mie­sięcy, więc myślę, że to był począ­tek kwiet­nia, kiedy on zrobi wszystko, żeby firmę prze­nieść do Kato­wic, kiedy ja będę hono­ro­wym gościem przy inau­gu­ra­cji, otwar­ciu tej sie­dziby. Że jego kole­dzy chcą mnie szybko poznać. Pytał, czy pomogę mu w urzą­dza­niu lokalu, biura, jakie mam pomy­sły, jak to wszystko stwo­rzyć pod wzglę­dem ety­kiety. Mówił, że oprócz niego, Marka, gdzieś tam daleko kolegi Lu, któ­rzy chcą inwe­sto­wać tutaj w Pol­sce, poja­wiają się nowe moż­li­wo­ści. On chce przede wszyst­kim utrzy­my­wać ze mną kon­takt, ponie­waż jego zda­niem «razem możemy wię­cej», «stać go na wszystko», powta­rza­jąc: luk­sus mi gene­ral­nie nie prze­szka­dza, a jeśli cho­dzi o moje życze­nia, zawsze to kwi­to­wał: «mówisz i masz, dla cie­bie wszystko». (…)

Chcia­ła­bym powie­dzieć o dosyć trud­nym dla mnie emo­cjo­nal­nie momen­cie mojej zna­jo­mo­ści z Toma­szem, ale też bar­dzo trud­nym momen­cie mojego życia, jeśli cho­dzi o sprawy rodzinne. Jestem już rok w Sej­mie, ponad rok. Jestem posłem pierw­szej kaden­cji. Nie mam doświad­cze­nia, jeśli cho­dzi o orga­ni­za­cję mojego życia rodzin­nego. Zarówno moja naj­bliż­sza, jak i dal­sza rodzina spo­tyka się z nową sytu­acją. Trudno sobie radzimy z tym, że ja bar­dzo wiele czasu spę­dzam w War­sza­wie, że podró­żuję po regio­nie, cza­sami zda­rza się, że jestem w innych mia­stach Pol­ski z przy­czyn służ­bo­wych. Zaczy­nam mieć trud­no­ści w domu. Po dwu­dzie­stu paru latach mał­żeń­stwa przecho­dzimy z moim mężem kry­zys. Moje dziecko, które zawsze miało mamę przy sobie, też trudno sobie radzi z emo­cjami. Ogromną część czasu poświę­cam z mężem i z synem na roz­mowy tele­fo­niczne, ale róż­nie to z tym bywa. I oczy­wi­ście zwie­rzam się z tych moich wszyst­kich pro­ble­mów Toma­szowi Pio­trow­skiemu. Bar­dzo mu dzię­kuję, że zja­wia się co jakiś czas w War­sza­wie, że potrafi mnie wyrwać z mojego śro­do­wi­ska. Znaj­duję u niego bar­dzo dużo zro­zu­mie­nia. Pyta mnie o moje rela­cje z mężem, o mojego syna, o moją naj­bliż­szą rodzinę, mamę, braci.

I znowu jest taki czas, że ja mam trud­no­ści, któ­rymi żyję, bar­dzo się tym emo­cjo­nuję, nie satys­fak­cjo­nują mnie moje suk­cesy zawo­dowe. Jestem zaab­sor­bo­wana tym, co się dzieje w domu, a on ma trud­no­ści biz­ne­sowe, o któ­rych mi opo­wiada, z któ­rymi się boryka, które mają wpływ na jego psy­chikę, zde­ner­wo­wa­nie. Ta emo­cjo­nal­ność, jego sto­su­nek do współ­pra­cow­ni­ków. Opo­wiada mi o tym. Też mnie zapew­nia, że jestem jedyną osobą, przy któ­rej może się roz­luź­nić, przy któ­rej wypo­czywa dobrze, że nasze spo­tka­nia ładują mu, jak to on twier­dził, aku­mu­la­tory, że zupeł­nie ina­czej teraz wraca do kraju, kiedy wie, że się spo­ty­kamy. To zaczyna mieć w jakiś spo­sób wpływ na moją psy­chikę. Jestem tera­peutą z zawodu i doj­rzałą kobietą, więc nie jest mi obce pewne unie­sie­nie emo­cjo­nalne. (…)

Myślę, że był to maj, kiedy już kry­sta­li­zo­wała się kwe­stia wyjazdu na Hel, zapy­tał mnie w samo­cho­dzie, czy rze­czy­wi­ście byłoby dobrze i czy ja bym się zgo­dziła z nim poje­chać. Oczy­wi­ście moty­wo­wał to tym, że moja obec­ność bar­dzo dobrze na niego wpływa i na pewno będzie ina­czej przez pana bur­mi­strza odbie­rany, jeżeli będzie w moim towa­rzy­stwie. Nie pod­kre­ślał wtedy tego, że jestem posłem. Nie wymie­niał tego okre­śle­nia, ale cały czas raczej kie­ro­wał się w stronę tego, że jestem kobietą suk­cesu, że jestem osobą prze­bo­jową i że bar­dzo dobrze wpły­wam na utwier­dze­nie go w prze­ko­na­niu, że on jest tym boga­tym biz­nes­me­nem. To wtedy po raz pierw­szy powie­dział mi, że zara­bia około 50 tysięcy mie­sięcz­nie.

Wtedy po raz pierw­szy powie­dział mi, jakie pie­nią­dze chcą inwe­sto­wać. Zapew­niał mnie, że jest w kon­tak­cie z Mar­kiem i ze swoim zna­jo­mym Lu, że bar­dzo mu zależy na tym wyjeź­dzie, ponie­waż kiedy spo­tka się z nimi (ze swo­imi wspól­ni­kami), to chce być wia­ry­god­nym czło­wie­kiem i chce mieć istotne już infor­ma­cje i prze­tarte szlaki. Wtedy rów­nież poja­wił się taki mały ele­ment, że rywa­li­zuje z Mar­kiem. Że rywa­li­zuje z Mar­kiem o to, że ten suk­ces to on chce, wła­ści­wie to on chce być ojcem tego suk­cesu. Wtedy ja wła­ści­wie ode­bra­łam to, że muszę też go w jakiś spo­sób przed Mar­kiem chro­nić, że nie mogę mówić kie­dyś w przy­szło­ści, że w jakiś spo­sób wspie­ram Toma­sza, tylko że to wszystko, co się dzieje – co w przy­szło­ści ma być jego suk­cesem – oczy­wi­ście sam sobie zawdzię­cza.