Człowiek z lasu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przysługują. Jej za­war­tość możesz udostępnić nie­odpłat­nie oso­bom bli­skim lub oso­biście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Jeśli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich treści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzieło. A ko­piując jej część, rób to je­dy­nie na użytek oso­bisty.

Sza­nuj­my cudzą własność i pra­wo.

Więcej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książki

Opra­co­wa­nie tek­stu

Małgo­rza­ta De­nys

Pro­jekt okładki

Mag­da Kuc

Ilu­stra­cja na okładce

© Ro­bert Kon­rad

DTP

Pau­li­na La­bus

Ko­rek­ta

Ma­ciej Kor­ba­siński

Text co­py­ri­ght © by Syl­we­ster Lat­kow­ski, 2014

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2014

Wszyst­kie zdjęcia po­chodzą z ar­chi­wum au­to­ra

Książka zo­stała wy­da­na pod pa­tro­na­tem ty­go­dni­ka „Wprost”

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Ni­niej­szy plik jest objęty ochroną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark). Uzy­ska­ny dostęp upo­ważnia wyłącznie do pry­wat­ne­go użytku. Roz­po­wszech­nia­nie całości lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy właści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-7554-553-1


ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51 Zapraszamy do naszego sklepu internetowego: www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  Off the record (zamiast wstępu)

  Część pierwsza Chłopaki, zastanówmy się, co robimy Zwierzęta musiały zjeść Poznaliśmy prawdę po trzech latach Kilka miesięcy po rozmowie

  Część druga Początek procesu Akt oskarżenia Trudno było przebić się przez ścianę strachu Powiesił się w celi Policjant ze sprawy Olewnika

  Część trzecia Samobójstwo komendanta To była jego policja Leon To tylko lokalny temat Mogą spalić jej dom Pendrive Wysokiego To nie będzie bestseller Zabójstwo w Stąporkowie Mścili się na nagrobku mojego brata Ryży Truli psy dla zabawy Napad na tira z papierosami Busy w ogniu Broń dla camorry Kradzież za karę Napady

  Część czwarta Tajemniczy zleceniodawca podpalenia Zlecenie Senatora

  Część piąta Wszyscy się znamy

  Część szósta Miejscowa władza skumplowała się z mafią Podsłuch ze Starachowic

  Część siódma Rozmowa w Senacie Nie było woli Stacja BP Miasto Druga rozmowa z Senatorem, czyli pomówienia i anonim

  Część ósma Jager Sesja rady miejskiej oczami lokalnego dziennikarza Senator pośredniczy w pożyczce Jeden z Braci z Rejowa Anonim Karola K.

  Część dziewiąta Dziennikarz lokalnej gazety Zarząd partii Związki Senatora Kariera policjanta Rycerze Kolumba

  Część dziesiąta Podpalenia Wtórpolu Ścigali mnie, a nie tych, co podpalali

  Część jedenasta Uciekłem ze Skarżyska, bo bałem się o swoje życie

  O autorze


Jest to opo­wieść praw­dzi­wa, roz­gry­wa się ona w miej­scach – mia­stach i wio­skach – położonych około 150 ki­lo­metrów od War­sza­wy, sto­li­cy Pol­ski. Dwie go­dzi­ny jaz­dy sa­mo­cho­dem.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Off the re­cord (za­miast wstępu)

1.

Tyl­ko niektórzy godzą się na roz­mowę przy włączo­nym dyk­ta­fo­nie, po­zo­sta­li po­zwa­lają je­dy­nie no­to­wać, a i tak chwi­la­mi z nie­po­ko­jem patrzą na długo­pis kreślący na kart­ce wy­po­wia­da­ne przez nich słowa.

– Tyl­ko off the re­cord – żąda mój rozmówca, po­li­tyk, były mi­ni­ster.

– Cze­go się pan oba­wia? – py­tam.

– Lu­dzi, ja tu­taj miesz­kam. Pan stąd wy­je­dzie, a ja tu zo­stanę – oznaj­mia z po­wagą.

2.

OSO­BA 1, znająca tu­taj wszyst­kich lo­kal­nych po­li­tyków, kie­dyś za­an­gażowa­na po­li­tycz­nie, dzi­siaj naj­wyżej im do­ra­dzająca, po­ma­gająca w kam­pa­niach wy­bor­czych. Właśnie zakończyła ostat­nią kam­pa­nię. Z suk­ce­sem – jej kan­dy­da­ci do­sta­li się do par­la­men­tu:

– Jest taka za­sa­da – rządzi­my raz ja, raz ty – żyj i pozwól żyć. A jeśli ktoś z zewnątrz mie­sza – to wspólny wróg. Oni wszy­scy przez lata się ułożyli, po­wstała jakaś hie­rar­chia; po­li­ty­cy, lo­kal­ny biz­nes, po­li­cja. Jed­ni z tego układu ko­rzy­stają, inni są po pro­stu słabsi albo głupsi i prze­gry­wają.

 

3.

OSO­BA 2: A wiesz, że te lo­kal­ne układy sa­morządowe ist­nieją dzięki wspar­ciu lo­kal­nej pra­sy? Trochę to me­cha­nizm ko­rup­cyj­ny. Na przykład na­czel­ny [tu pada na­zwa jed­ne­go z lo­kal­nych mediów – przyp. aut.] bie­rze od bur­mistrzów, pre­zy­dentów, posłów za przy­chyl­ne pu­bli­ci­ty. Po parę tysięcy bie­rze od głowy.

4.

27 czerw­ca 2011 r., godz. 14.10. Wykręcam nu­mer cen­tra­li Ko­men­dy Wo­jewódzkiej w Kiel­cach i słyszę au­to­mat: „Dzień do­bry, Ko­men­da Wo­jewódzka Po­li­cji w Kiel­cach, proszę cze­kać na zgłosze­nie się ope­ra­to­ra”. I tak przez sie­dem mi­nut, w kółko to samo. Ope­ra­tor się nie zgłosił. Próbuję po go­dzi­nie piętna­stej, także bez efek­tu.

5.

Dra­ma­tycz­ne wy­da­rze­nia w ho­te­lu Mar­ki w Łopusz­nie. 32-let­nia me­nedżerka ho­te­lu zo­stała za­strze­lo­na przez dwa lata star­sze­go od niej męża, chwilę później on sam strze­lił so­bie w głowę. „Ga­ze­ta Kie­lec­ka” usta­liła, że mężczy­zna od lat han­dlo­wał bro­nią, był ska­za­ny m.in. za prze­myt pi­sto­letów ma­szy­no­wych, które miały do­trzeć do ne­apo­li­tańskiej ma­fii.

Kil­ka dni przed­tem, 22 paździer­ni­ka 2011 r., wcze­snym wie­czo­rem, otrzy­muję e-ma­ila od – na­zwij­my go Wy­so­kim – za­ty­tułowa­ne­go „Wid­mo re­wo­lu­cji krąży po Człowie­ku z Lasu… Włoszczo­wa… Łopusz­no… cdn.”. W ho­te­lu zna­le­zio­no dwa ciała z ra­na­mi po­strzałowy­mi. Skąd tak szyb­ko wie­dział, że to od­prysk tej sa­mej spra­wy? In­tu­icja? Po­li­cja do­stała we­zwa­nie o 16.45, kil­ka­naście mi­nut później przy­by­li na miej­sce tra­ge­dii. Me­dia od­kryły tło wy­da­rzeń w ho­te­lu Mar­kiz do­pie­ro kil­ka dni później.

„Ga­ze­ta Kie­lec­ka” do­no­siła:

Pro­ku­ra­to­rzy znają już wstępny prze­bieg wy­da­rzeń. – Nie brały w nich udziału żadne oso­by trze­cie. Około go­dzi­ny 16.30 do ho­te­lu przy­je­chał mąż 32-let­niej pra­cow­ni­cy. Roz­ma­wia­li w po­miesz­cze­niu so­cjal­nym, inni pra­cow­ni­cy naj­pierw słysze­li kłótnię, a po­tem czte­ry strzały. Mężczy­zna po­strze­lił żonę w głowę, szyję i klatkę pier­siową. Po­tem wy­biegł z po­ko­ju, być może próbował uciec, ale gdy na­tknął się na pra­cow­ników ho­te­lu, wrócił do po­miesz­cze­nia i po­strze­lił się w głowę – mówi „Ga­ze­cie” o pierw­szych usta­le­niach śledz­twa Rafał Orłowski z Pro­ku­ra­tu­ry Okręgo­wej w Kiel­cach. Wia­do­mo, że spraw­ca broń miał nie­le­gal­nie.

– Mężczy­zna pra­co­wał jako kie­row­ca busa – wyjaśnia mi później au­tor e-ma­ila, Wy­so­ki. – Ko­ja­rzysz wojnę o szlak firm trans­por­to­wych dowożących lu­dzi do pra­cy i domów?

– Pod­pa­le­nie au­to­busów i busów w Bliżynie przez Człowie­ka z Lasu? – py­tam, ocze­kując po­twier­dze­nia.

– Tak. Ten mężczy­zna pra­co­wał w kon­ku­ren­cyj­nej fir­mie, która chciała wy­eli­mi­no­wać z ryn­ku przed­siębiorcę z Bliżyna. To ku­rier. Jego na­zwi­sko po­ja­wia się w spra­wie prze­my­tu bro­ni dla ca­mor­ry. Miał dwa wy­ro­ki za po­sia­da­nie i han­del bro­nią w Pol­sce, ale sie­dział też we Włoszech. Wpadł tam z pi­sto­le­ta­mi ma­szy­no­wy­mi Skor­pion, broń była ukry­ta w skryt­kach wbu­do­wa­nych w ścia­ny i podłogę busa.

– W e-ma­ilu wspo­mniałeś także o Włoszczo­wie?

– Kil­ka­naście dni wcześniej [5 paździer­ni­ka 2011 r. – przyp. aut.] zadźgano tam nożem mężczyznę. Zaj­mo­wał się między in­ny­mi han­dlem le­wym ole­jem napędo­wym. Przed­tem da­wa­li mu ostrzeżenia, pod­pa­la­li mu dom [kwie­cień 2011 r. – przyp. aut.] i sa­mo­cho­dy [li­piec 2011 r. – przyp. aut.], aż wresz­cie załatwi­li go pod śmiet­ni­kiem blo­ku, w którym miesz­kał.

– To, że wsa­dzi­li za krat­ki Człowie­ka z Lasu, nie kończy tu ni­cze­go, nie zli­kwi­do­wa­no ma­fij­nej sie­ci w święto­krzy­skim. W Szydłowcu zno­wu po­ja­wiły się ha­ra­cze, „wy­kup­ki” sa­mo­chodów. To głowa dana w ofie­rze, żeby resz­cie dali spokój.

6.

Ta książka to za­pis mo­ich trzech lat by­cia świad­kiem, ob­ser­wa­to­rem tego, co się dzie­je nie­da­le­ko War­sza­wy, dwie go­dzi­ny jaz­dy sa­mo­cho­dem, w wo­jewództwie święto­krzy­skim. Opo­wie­dzia­na hi­sto­ria przy­po­mi­na mi kli­ma­ty, ja­kie po­znałem, opi­sując po­rwa­nie i śmierć Krzysz­to­fa Olew­ni­ka. Tu­taj także spo­tkałem pełno­moc­ni­ka ro­dzi­ny Olew­ników me­ce­na­sa Ire­ne­usza Wil­ka i po­li­cjan­ta Re­mi­giu­sza M., który pu­blicz­nie był obar­cza­ny błędami popełnio­ny­mi w śledz­twie w spra­wie po­rwa­nia Krzysz­to­fa (nie­daw­no sąd oczyścił go z za­rzutów). Tak jak w Świer­czyn­ku, Dro­bi­nie, Płocku, i tu­taj lu­dzie w wal­ce z przestępczością zo­sta­li po­zo­sta­wie­ni sami so­bie. Widzę taki sam dra­ma­tycz­ny przykład bier­ności potężnego apa­ra­tu państwa wo­bec tra­ge­dii jed­nost­ki. Kie­dy w Sej­mie sio­stra Krzysz­to­fa, Da­nu­ta Olew­nik-Cie­plińska, po­wie­działa: „Ja już nie wierzę w to państwo!”, wie­lu uznało, że też już nie wie­rzy. Przykłady tego wi­dzie­li na co dzień w swo­ich miej­sco­wościach.

Przez kil­ka lat Olew­ni­ko­wie i ich dra­mat nie sku­pia­li większej uwa­gi. Ot, spra­wa, ja­kich wie­le. Ktoś za­ginął, ro­dzi­na go szu­ka – zwykła rzecz. Wte­dy co kil­ka dni w Pol­sce upro­wa­dza­no kogoś dla oku­pu, a z enig­ma­tycz­nych ko­mu­ni­katów po­li­cyj­nych wca­le nie wy­ni­kało, że dzie­je się coś nad­zwy­czaj­ne­go. Pa­no­wała opi­nia, że wza­jem­ne po­rwa­nia to for­ma roz­li­czeń między gang­ste­ra­mi i le­piej się w to nie mie­szać.

O po­rwa­niu syna przed­siębior­cy z Dro­bi­na pod Płockiem me­dia do­no­siły wstrze­mięźli­wie. Kil­ka razy wrócił do tej spra­wy Mi­chał Faj­bu­sie­wicz w swo­im pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym „997”, po­ja­wiło się też trochę in­for­ma­cji pra­so­wych. Jed­na z nie­miec­kich sta­cji te­le­wi­zyj­nych nakręciła o tym re­por­taż, ale jego głównym bo­ha­te­rem był pry­wat­ny de­tek­tyw Krzysz­tof Rut­kow­ski, za­an­gażowa­ny przez Włod­zi­mie­rza Olew­ni­ka już następne­go dnia po po­rwa­niu syna. Ge­ne­ral­nie jed­nak w me­diach pa­no­wała ci­sza.

Wy­daw­cy te­le­wi­zyj­ni i re­dak­to­rzy pra­so­wi nie czu­li w tej hi­sto­rii blu­esa. Dzien­ni­ka­rze, którzy chcie­li po­dej­mo­wać te­mat na nowo, słysze­li, że spra­wa jest już skon­su­mo­wa­na. O czym tu jesz­cze pisać, to już sta­je się nud­ne! Dzi­siaj to za­brzmi jak aneg­do­ta, cho­ciaż może mało za­baw­na: kie­dy na ko­le­gium re­dak­cyj­nym jed­nej z ga­zet re­por­ter zgłosił chęć opi­sa­nia po­rwa­nia Krzysz­to­fa Olew­ni­ka, usłyszał od sze­fa działu, że to te­mat prze­cho­dzo­ny i żeby zajął się czymś cie­kaw­szym. A po la­tach, kie­dy Olew­ni­ko­wie byli już na ustach całej Pol­ski, ten sam szef działu grzmiał w pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym, że to skan­dal, iż sprawę tego po­rwa­nia zlek­ce­ważono i na­wet me­dia nie do­strzegły jej wagi.

Za­in­te­re­so­wa­nie wzrosło, kie­dy schwy­ta­no sprawców i w paździer­ni­ku 2006 roku zna­le­zio­no ciało za­mor­do­wa­ne­go Krzysz­to­fa. Po­tem przed płockim sądem odbył się pro­ces gan­gu po­ry­wa­czy, za­padły wy­ro­ki.

Ro­dzi­na ofia­ry wciąż prze­ko­ny­wała, że na ławie oskarżonych nie za­sia­dają wszy­scy win­ni zbrod­ni, że ktoś od­po­wia­da za błędy w śledz­twie, a ktoś inny mógł po­rwa­nie za­pla­no­wać i te­raz kry­je się w cie­niu. Olew­ni­ko­wie opo­wia­da­li o bez­dusz­nych po­li­ty­kach, których bez­sku­tecz­nie błaga­li o po­moc, su­ge­ro­wa­li, że oso­by z ważnych ga­bi­netów też w ja­kiejś mie­rze uczest­ni­czyły w spi­sku na życie ich syna i bra­ta. Ich wy­nu­rze­nia trak­to­wa­no jed­nak z dy­stan­sem. Przeżyli dra­mat i te­raz wszędzie wietrzą spi­sek. Opi­nia pu­blicz­na nadal nie wy­ka­zy­wała szczególne­go za­in­te­re­so­wa­nia tą hi­sto­rią.

Wszyst­ko zmie­niło się, kie­dy w płockim aresz­cie popełnił sa­mobójstwo Sławo­mir Kościuk, je­den z mor­derców Krzysz­to­fa. To było już dru­gie sa­mobójstwo w tej spra­wie. Rok wcześniej w aresz­cie w Olsz­ty­nie po­zba­wił się życia Woj­ciech Fra­niew­ski, uzna­ny przez śled­czych za sze­fa gan­gu. A do tej li­sty na początku 2009 roku dołączył trze­ci główny spraw­ca, Ro­bert Pa­zik. Po­wie­sił się w płockim więzie­niu. Taka se­ria po­działała na wy­obraźnię. Spo­wo­do­wała, że na­gle wy­buchło nie­by­wałe za­in­te­re­so­wa­nie Olew­ni­ka­mi i ich tra­ge­dią.

Te­mat podjęły wszyst­kie me­dia. Nagły wy­buch ogólno­na­ro­do­wej fa­scy­na­cji sprawą Olew­ników to praw­dzi­wy fe­no­men społecz­ny. Łzy ojca, drżący głos sio­stry i ich przej­mująca opo­wieść o wal­ce i bez­rad­ności spo­wo­do­wały, że zaczęto się z nimi utożsa­miać. Ich ból stał się bólem po­wszech­nym. Re­akcją na ich płacz był ogólny szloch. Za­da­wa­ne przez nich py­ta­nia po­wta­rza­no jako własne. Dla­cze­go nie ura­to­wa­liście na­sze­go syna i bra­ta? Dla­cze­go zlek­ce­ważyliście na­sze prośby? Dla­cze­go nie chcie­liście w porę schwy­tać ban­dytów?

Dla wszyst­kich stało się ja­sne, że oto w ma­je­sta­cie państwa, pod okiem or­ganów ści­ga­nia i wy­mia­ru spra­wie­dli­wości, popełnio­no straszną zbrod­nię.

W 2011 roku na łamach „Rzecz­po­spo­li­tej” uka­zał się głośny ar­ty­kuł Mai Na­rbutt „Skarżysko, mia­sto pry­wat­ne”. Przy­po­mniała ona, że o tym, co dzie­je się w Skarżysku-Ka­mien­nej, do­wie­działa się cała Pol­ska:

Kie­dy właści­ciel mającej tu sie­dzibę fir­my Wtórpol oświad­czył w stycz­niu 2007 roku, że nie jest w sta­nie za­pew­nić bez­pie­czeństwa pra­cow­ni­kom i musi za­mknąć za­trud­niający nie­mal 800 osób zakład, do mia­sta zje­chały eki­py te­le­wi­zyj­ne i re­por­te­rzy. Ujaw­nio­ne fak­ty szo­ko­wały wszyst­kich. Pod­pa­le­nia bu­dynków i ciężarówek, ostrze­la­nie z bro­ni ma­szy­no­wej domu jed­ne­go z pra­cow­ników, wrzu­ce­nie gra­natów na po­sesję, podłożenie ładunków wy­bu­cho­wych pod mer­ce­de­sa właści­ciela układały się w serię prze­mo­cy na pozór nie­przy­stającą do pol­skiej rze­czy­wi­stości.

– Któregoś dnia do fir­my przy­szedł późnym wie­czo­rem nie­zna­ny mężczy­zna. Po­wie­dział, że to, co działo się do tej pory, jest nie­winną za­bawą. Zro­zu­miałem, że na­sza ro­dzi­na jest śmier­tel­nie za­grożona. Nie­zna­jo­my zro­bił jed­nak błąd – opo­wia­da brat właści­cie­la Ma­rek Woj­te­czek. – Wy­szedł do to­a­le­ty, zo­sta­wiając na sto­le komórkę. Za­dzwo­niłem z niej do sie­bie i miałem jego nu­mer te­le­fo­nu.

Ale wte­dy stało się coś, co spra­wiło, że właści­cie­le fir­my zwątpi­li, czy mogą li­czyć na po­moc po­li­cji. – Pod­czas kon­fron­ta­cji z mężczyzną po­li­cjant na ko­men­dzie w Kiel­cach za­cho­wy­wał się, jak­by był jego ad­wo­ka­tem. Mówił, że mężczy­zna przy­szedł do fir­my sta­rać się o pracę – mówi Ma­rek Woj­te­czek. – Ten po­li­cjant już zresztą tam nie pra­cu­je.

We­zwa­nie mediów było ak­tem de­spe­ra­cji, zwróce­niem się do czwar­tej władzy w sy­tu­acji, gdy za­wiodły in­sty­tu­cje państwo­we.

Dra­ma­tycz­na sy­tu­acja w Skarżysku-Ka­mien­nej, ujaw­nio­na opi­nii pu­blicz­nej, wywołała wstrząs. Śledz­two objął oso­bi­stym nad­zo­rem ówcze­sny mi­ni­ster spra­wie­dli­wości Zbi­gniew Zio­bro. Za­po­wia­da­no, że „wy­czyści się do gołej zie­mi” lo­kal­ne ma­fie, które ter­ro­ry­zują małe i śred­nie mia­sta. Do­cho­dze­nie w spra­wie Wtórpo­lu było prio­ry­te­to­we, przyjęło jed­nak spe­cy­ficz­ny kie­ru­nek – pro­ku­ra­tu­ra po­dej­rze­wała długo że cho­dzi w tym wy­pad­ku o wewnętrzne roz­gryw­ki ma­fii, i uważała, że właści­cie­le Wtórpo­lu nie współpra­cują z nią wy­star­czająco.

Tak samo było w spra­wie Olew­ników, w której osta­tecz­nie główny­mi win­ny­mi sta­li się właśnie oni. Pro­ku­ra­tu­ra ape­la­cyj­na w Gdańsku, pro­wadząca śledz­two, nie ukry­wa, że to oni są na ich ce­low­ni­ku.

Maja Na­rbutt pi­sze da­lej:

– Oglądałem w te­le­wi­zji pro­gram o spra­wie Olew­ni­ka i do­szedłem do wnio­sku, że sy­tu­acja jest po­dob­na. Na­sza fir­ma zo­sta­nie przejęta, a jeśli się nie zgo­dzi­my, wy­da­rzy się tra­ge­dia – mówi właści­ciel Wtórpo­lu Le­szek Woj­te­czek. Zwrócił się do ad­wo­ka­ta Olew­ników, me­ce­na­sa Ire­ne­usza Wil­ka.

– De­tek­ty­wi, których wysłałem, od­wie­dzi­li eme­ry­to­wa­nych po­li­cjantów. Bar­dzo szyb­ko in­for­ma­cje z tych spo­tkań wy­ciekły do przestępców – opo­wia­da me­ce­nas Wilk. – Po­ja­wie­nie się „ob­cych”, lu­dzi z zewnątrz, w Skarżysku-Ka­mien­nej nie­po­koiło śro­do­wi­sko przestępcze.

W tej książce opo­wiem między in­ny­mi o wspo­mnia­nej wal­ce ro­dzi­ny Woj­teczków z lo­kal­nym układem, kie­dy to ban­dy­ci zbra­ta­li się z po­li­cjan­ta­mi, pro­ku­ra­to­ra­mi i po­li­ty­ka­mi.

Część pierw­sza

Chłopa­ki, za­stanówmy się, co ro­bi­my

 

1.

Zwą go prze­kor­nie Małym lub Kajt­kiem, a jest szczupłym, wy­so­kim, czter­dzie­sto­let­nim mężczyzną z krótko ostrzyżony­mi włosa­mi. Kie­dy pierw­szy raz go widzę, ma na so­bie ciem­no­gra­fi­to­wy tani gar­ni­tur, który zwi­sa z nie­go, jak­by ktoś po­wie­sił go na wie­sza­ku. Kaj­tek wbił się w nie­go nie po to, by wyglądać ele­ganc­ko; gar­ni­tur ma dodać mu po­wa­gi i wia­ry­god­ności i – co naj­ważniej­sze – odróżniać go od jego byłych kum­pli, siedzących te­raz za pan­cerną szybą, ubra­nych w czer­wo­ne stro­je dla nie­bez­piecz­nych aresz­tantów, w naj­lep­szym wy­pad­ku w swe­try i dre­sy.

Stoi przed ba­rierką, z twarzą zwróconą w stronę ławy sędziow­skiej.

Przysłuchuję się jego ze­zna­niom w Sądzie Okręgo­wym w Kiel­cach, w sali, która z tru­dem mieści oskarżonych i obrońców. Nie mogąc się po­mieścić, zajęli ławki dla pu­blicz­ności. Słucham go tyl­ko przez chwilę, nie­po­trzeb­nie sięgam do tor­by po apa­rat fo­to­gra­ficz­ny, na co re­agu­je ubra­ny w ko­mi­niarkę, z długą bro­nią w rękach, siedzący za mną po­li­cjant z AT (wy­dział an­ty­ter­ro­ry­stycz­ny po­li­cji). Rychło oprzy­tom­niał, tak jak i po chwi­li sędzia, kil­ka mi­nut wcześniej po­zwo­li­li mi prze­cież spo­koj­nie wejść do sali, zasiąść w jed­nej z ławek dla pu­blicz­ności. Te­raz oka­zu­je się, że spra­wa jest nie­jaw­na. Nie po­wi­nie­nem w ogóle tu­taj się zna­leźć. Kie­dy wy­chodzę, Kaj­tek kie­ru­je w moją stronę wy­chu­dzoną twarz i z za­in­te­re­so­wa­niem mi się przygląda. W jego oczach widzę jakąś de­spe­rację.

2.

Kaj­tek: – To była nie­dzie­la, połowa maja 2002 r. W tym cza­sie od­by­wały się ma­tu­ry. Za­dzwo­nił do mnie Łukasz, syn mo­jej sio­stry, i po­wie­dział, że ma duży pro­blem. Był w So­po­cie z Piętu­siem, Red Bul­lem i Ket­chu­pem. Skończyły im się pie­niądze, pro­sił, bym przy­je­chał po nich. Ra­to­wał. Dzień później Gliz­da pod­rzu­cił mnie do War­sza­wy i stamtąd o szóstej rano wsiadłem w eks­pres. To był wto­rek. W So­po­cie na sta­cji cze­kał na mnie Łukasz. Po­szliśmy coś zjeść. W cza­sie gdy je­dliśmy, Łukasz po­wie­dział, że za­bi­li chłopa­ka.

Kaj­tek od razu pomyślał, że cho­dzi o ma­tu­rzystę.

W Skarżysku-Ka­mien­nej i oko­li­cach było głośno o za­gi­nięciu ma­tu­rzy­sty, 19-let­nie­go Bart­ka z Su­che­dnio­wa. Ro­dzi­na, ko­le­dzy Bart­ka po­roz­wie­sza­li wszędzie ogłosze­nia, sporządzo­ne na kom­pu­te­rze i po­wie­lo­ne na kse­ro, z jego zdjęciem i prośbą o kon­takt. Kaj­tek zo­ba­czył jed­no z nich na sta­cji CPN.

Spra­wa była za­gad­ko­wa. Bar­tek zda­wał właśnie ma­turę. Eg­za­mi­ny szły mu świet­nie. I na­gle, przed ostat­nim eg­za­mi­nem, zniknął. Po południu wziął sa­mochód ojca, bor­dową hondę ci­vic se­dan, i po­je­chał do Skarżyska. Miał wrócić szyb­ko, bo chciał przy­go­to­wać się do ust­nej części eg­za­mi­nu. Do domu już nie do­tarł. Początko­wo ro­dzi­ce myśleli, że roz­bił sa­mochód i boi się wrócić. Były też przy­pusz­cze­nia, że miał wy­pa­dek i mógł stra­cić pamięć.

Nie miał żad­nych kłopotów z rówieśni­ka­mi ani ro­dzi­ca­mi. Lubił piłkę nożną, pa­sjo­no­wał się in­ter­ne­tem, w szko­le uczył się świet­nie. Nie miał również pro­blemów fi­nan­so­wych, jego ro­dzi­ce byli zamożni. Wszy­scy po­wta­rza­li, że nig­dy nie nawiązywał kon­taktów z ob­cy­mi. W dniu za­gi­nięcia Bar­tek ubra­ny był w oliw­ko­wy swe­ter z wąski­mi pa­ska­mi na ściąga­czach, ciem­ne do­pa­so­wa­ne spodnie z kie­sze­nia­mi i gra­na­to­we adi­da­sy.

Ksiądz infułat z Su­che­dnio­wa, miej­sco­wej pa­ra­fii, cieszący się dużym au­to­ry­te­tem Józef Wójcik, wie­lo­krot­nie z am­bo­ny wzy­wał, ape­lo­wał do su­mie­nia sprawców, by przy­najm­niej zo­sta­wi­li w koście­le kartkę, gdzie jest Bar­tek. Za­pew­niał ano­ni­mo­wość i ta­jem­nicę spo­wie­dzi. Bez­sku­tecz­nie.


DANE DO­TYCZĄCE ZA­GI­NIO­NE­GO

Bartłomiej

lat 19

miesz­ka­niec Su­che­dnio­wa

3.

Do po­szu­ki­wań syna bez­rad­ni ro­dzi­ce wy­najęli pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa Krzysz­to­fa Rut­kow­skie­go, wówczas była to gwiaz­da pro­gra­mu TVN „De­tek­tyw”, który na oczach mi­lionów widzów roz­wiązywał spra­wy, z ja­ki­mi po­li­cja nie dawała so­bie rady, ale nic to nie dało.

4.

Kaj­tek: – Łukasz opo­wie­dział, jak to się stało. W so­botę wra­ca­li z działek ra­zem z Mamlą, Red Bul­lem i Ket­chu­pem. Wra­cając, spo­tka­li Mi­nia – swo­je­go ko­legę. Mi­niu był ra­zem z tym ma­tu­rzystą, Bart­kiem. Ten chłopak przy­je­chał sa­mo­cho­dem mar­ki Hon­da. Wi­działem ten sa­mochód później w So­po­cie. Łukasz i jego ko­le­dzy chcie­li, żeby Bar­tek ich pod­wiózł. On im ostro odmówił. Od­je­chał po­tem z Mi­niem. Tam­ci mu­sie­li wra­cać pie­szo do mia­sta.

Gdy do­cho­dzi­li pod swo­je blo­ki, zo­ba­czy­li, że przed klatką Mi­nia stoi ta sama bor­do­wa hon­da. Mi­niu z niej wy­siadł. Bar­tek ru­szył da­lej, miał jed­nak pe­cha, bo wy­je­chał wprost na nich. Stanęli mu na dro­dze, za­trzy­mał się. Nie miał za­blo­ko­wa­nych drzwi, więc bez pro­ble­mu wyciągnęli go zza kie­row­ni­cy i wsa­dzi­li na tyl­ne sie­dze­nie.

Po­je­cha­li w kie­run­ku Ra­do­mia. Pro­wa­dził Łukasz. Po dro­dze kil­ka razy dzwo­nił te­le­fon chłopa­ka, pew­nie któreś z ro­dziców. Nie po­zwo­li­li mu ode­brać tego te­le­fonu.

Z Ra­do­mia po­je­cha­li w kie­run­ku War­sza­wy. Za Grójcem, już na tra­sie szyb­kie­go ru­chu, dwóch z nich wy­siadło z ma­tu­rzystą, a po­zo­stała dwójka po­je­chała na stację CPN, żeby załatwić ja­kieś pi­cie. Kie­dy wrócili, po­je­cha­li da­lej.

Bar­tek mu­siał usłyszeć, że wy­da­li na nie­go wy­rok.

Po dro­dze ude­rzy­li go parę razy. Ma­tu­rzy­sta za­pro­po­no­wał, aby za­dzwo­ni­li do mat­ki, to ona na pew­no im zapłaci, ale oni oba­wia­li się, że ich wyda.

Jadąc w kie­run­ku War­sza­wy, z głównej tra­sy skręcili w pra­wo. Po uje­cha­niu około dwóch ki­lo­metrów wje­cha­li do małego la­sku. Wy­pro­wa­dzi­li chłopa­ka z sa­mo­cho­du. Na głowę naciągnęli mu swe­ter, który wcześniej miał na so­bie. Po­szli kawałek w las. Ka­za­li mu się położyć na zie­mi. Na brzu­chu.

„Chłopa­ki, za­stanówmy się, co ro­bi­my” – po­wie­dział Red Bull.

Piętek, który bał się, że Bar­tek go roz­po­zna, wziął w rękę spo­ry ka­mień i rzu­cił w jego głowę.

Bar­tek błagal­nie wy­char­czał: „Chłopa­ki!”.

Łukasz pod­niósł ten sam ka­mień i po­now­nie rzu­cił w jego głowę. Z ust Bart­ka bryznęła krew, która ochla­pała Red Bul­lo­wi spod­nie.

Po­tem każdy z nich ko­lej­no jesz­cze kil­ka razy ude­rzał w głowę tym sa­mym ka­mie­niem.

Bar­tek jed­nak nadal żył.

Piętek miał nóż, wbił go w tył głowy chłopa­ka, wyciągnął i podał ko­lej­ne­mu, i tak jak z tym ka­mie­niem, każdy go brał i wbi­jał w Bart­ka, w ple­cy, szyję…

Aż nóż się złamał.

Bar­tek już nie żył. Przy­najm­niej tak się im wy­da­wało.

Nie­opo­dal był jakiś dół. Wrzu­ci­li do nie­go ciało, przy­sy­pa­li trochę pia­chem i przy­kry­li gałęzia­mi.

Po­je­cha­li w stronę Gdańska. Po dro­dze za­trzy­ma­li się w Ostródzie, za­szli na jakąś dys­ko­tekę. Tam ukra­dli ko­bie­cie to­rebkę. Z Ostródy po­je­cha­li do So­po­tu.

Kie­dy Łukasz skończył opo­wia­dać o wszyst­kim, dałem mu chy­ba dwieście lub trzy­sta złotych. Mie­li za to coś zjeść i kupić spodnie Red Bul­lo­wi. Krew nie dała się sprać wodą.

5.

Oj­ciec ma­tu­rzy­sty tej nocy, kie­dy za­ginął Bar­tek, prze­bu­dził się o trze­ciej nad ra­nem.

– Wie­działem już wte­dy, że syna mu­siał ktoś zabić – wspo­mi­na. – Prze­czu­wałem to, przez lata nie miałem tyl­ko po­twier­dze­nia… No i ciała…

Zwierzęta mu­siały zjeść

1.

Kaj­tek: – Do Skarżyska wrócili pociągiem, za­miesz­ka­li w moim miesz­ka­niu. Bali się, że ktoś mógł ich zo­ba­czyć i roz­po­znać, jak wcho­dzi­li do sa­mo­cho­du Bart­ka. Na pew­no wi­dział ich Mi­niu.

Kaj­tek dał im pie­niądze na utrzy­ma­nie, nie­dużo, tak by wy­star­czyło na kil­ka pierw­szych dni. Mie­li so­bie do­ro­bić, pra­cując w gan­gu Śruty vel Człowie­ka z Lasu, w którym Kaj­tek trud­nił się kra­dzieżami sa­mo­chodów.

– Na mieście się po­ka­zy­wa­li, ale nie było ich tak widać jak kie­dyś – opo­wia­da Kaj­tek. – Chcie­li wy­je­chać ze Skarżyska, a na to były po­trzeb­ne pie­niądze. Zgo­dziłem się, by ze mną ukra­dli dwa sa­mo­cho­dy.

Były to dwa do­staw­cze mer­ce­de­sy, w jed­nym z nich, wypełnio­nym ziem­nia­ka­mi i ko­białkami z tru­skaw­ka­mi, znaj­do­wały się do­ku­men­ty. Usta­li­li nu­mer właści­cie­la.

Kaj­tek: – Za­dzwo­niłem. Ode­brała żona, podała słuchawkę mężowi. Za­py­tałem, czy jest za­in­te­re­so­wa­ny od­zy­ska­niem sa­mo­cho­du za pie­niądze. Za­pro­po­no­wałem kwotę czte­rech tysięcy złotych. Za­py­tałem, czy zna kogoś, kto zna kogoś, kto mógłby pośred­ni­czyć w prze­ka­za­niu pie­niędzy. On wska­zał Le­cha, zwa­ne­go Ko­men­dan­tem [Lech, zwa­ny Ko­men­dan­tem, na ko­men­dzie po­li­cji był uważany za ważniej­sze­go niż ko­men­dant po­wia­to­wy po­li­cji w Skarżysku; przy­ja­ciel Gru­ba­sa – tak na­zy­wa­li se­na­to­ra Rze­czy­po­spo­li­tej – przyp. aut.]. Po­nie­waż go nie było, a tru­skaw­ki mogły się ze­psuć, za­pro­po­no­wałem taksówka­rza, który mógłby ode­brać pie­niądze. On się zgo­dził. Taksówkarz przy­wiózł nam pie­niądze nad za­lew, na Rejów [miej­sce należące do Bra­ci, na­zy­wa­nych po­tocz­nie w Skarżysku Mafią znad Wody – przyp. aut.]. Sa­mochód wy­sta­wi­liśmy z to­wa­rem tego sa­me­go dnia na ryn­ku [dzierżawio­nym wówczas przez Bra­ci z Re­jo­wa – przyp. aut.].

W wy­ku­pie­niu dru­gie­go sa­mo­cho­du miał pośred­ni­czyć Lech, czy­li Ko­men­dant, ale się wy­stra­szył.

Kaj­tek wyjaśnia:

– Dużo dłużej zeszło ze sprin­te­rem. Minęło parę dni, za­nim doszło do wy­kup­ki. W tym cza­sie w związku z zabójstwem ma­tu­rzy­sty przy­je­chał do Skarżyska de­tek­tyw Rut­kow­ski. Oba­wia­liśmy się, że Rut­kow­ski może po­dej­mo­wać działania w związku z tym sprin­te­rem. Dla­te­go cze­ka­liśmy kil­ka dni. Lech vel Ko­men­dant nie chciał uczest­ni­czyć, bo bał się obec­ności Rut­kow­skiego.

2.

Kaj­tek: – Ja w tym cza­sie do­ko­ny­wałem kra­dzieży w gru­pie Śruty z Cie­cho­sto­wic. Było tak, że Śruta zle­cał mi sa­mo­cho­dy do kra­dzieży, za które następnie bra­liśmy okup. Pie­niądze prze­cho­dziły przez nie­go. Jeżeli sa­mochód był skra­dzio­ny z oko­lic Skarżyska, to w wy­kup­kach pośred­ni­czył najczęściej Lech, Ko­men­dant. Ja w tym cza­sie pra­co­wałem pod Śrutą, od dwóch lat.

Jego gru­pa zaj­mo­wała się na­pa­da­mi na hur­tow­nie, po­ry­wa­niem tirów z to­wa­rem, zbie­rała ha­ra­cze. Później Śruta brał pie­niądze za ochronę fir­my Wtórpol, a po kon­flik­cie z właści­cie­lem, Lesz­kiem, do­brał się do nie­go.

Śruta zaj­mo­wał się także han­dlem nar­ko­ty­ka­mi.

Inne ksy­wy Śruty to Bo­ru­ta i Człowiek z Lasu.

3.

Kaj­tek: – Po tych kra­dzieżach Piętuś za­mie­rzał ucie­kać za gra­nicę, po­pro­sił, by za­wieźć go do War­sza­wy, do ja­kiejś koleżanki, która prze­cho­wy­wała jego pasz­port. Wraz z resztą chłopaków chciał po dro­dze za­je­chać w miej­sce, gdzie za­bi­li ma­tu­rzystę, mie­li za­miar zo­ba­czyć, w ja­kim sta­nie są zwłoki. Chcie­li pożyczyć sa­mochód, ale żaden z nich nie miał pra­wa jaz­dy, więc zgo­dziłem się ich za­wieźć.

To było na początku czerw­ca. Pamiętam, że to był dzień, kie­dy wy­pusz­czo­no z aresz­tu Do­mi­ni­ka S.; sie­dział na sank­cji za ma­te­riały wy­bu­cho­we zna­le­zio­ne w jego domu. Po­dej­rze­wa­no go też o kra­dzieże sa­mo­chodów. Po­pro­siłem go, by po­je­chał z nami, a on się zgo­dził.

W piątkę wy­ru­szy­liśmy do War­sza­wy. Od razu po­ja­wił się pro­blem, bo nie mo­gli so­bie przy­po­mnieć, gdzie byli wte­dy z ma­tu­rzystą. W końcu po­zna­li stację CPN, na której ku­po­wa­li pi­cie. Do­pie­ro później sko­ja­rzy­li, że to jest obok wia­tra­ka, który tam stoi; w Rem­ber­to­wie należało skręcić w pra­wo.

Spo­ro cza­su nam zeszło, za­nim zna­leźli to miej­sce.

Po skręce­niu należało prze­je­chać dwa ki­lo­me­try. Był tam mały la­sek i zakręt. Za­trzy­małem się za­raz za zakrętem. Po­szli. Wrócili po pięciu mi­nu­tach – po­wie­dzie­li, że zna­leźli to miej­sce i jest tak, jak to zo­sta­wi­li.

Wsie­dli do sa­mo­cho­du, mil­cze­li.

Po ja­kimś cza­sie ode­zwał się Piętuś i po­pro­sił, byśmy wresz­cie po­je­cha­li do War­sza­wy po jego pasz­port, który trzy­mał u dziew­czy­ny po­chodzącej ze Skarżyska. Tam go ode­brał.