Uśpiona namiętność

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Podziękowania

O autorce


Tytuł oryginału

BUTTERFLY IN FROST

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redakcja

Maria Wirchanowska

Korekta

Marzenna Kłos

Mirosława Kostrzyńska

Copyright © 2019 by Sylvia Day, LLC

All rights reserved

This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with Graal Sp. z o.o.

Copyright © for the Polish translation by Ksenia Sadowska, 2020

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

włoska robota

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9596-0

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dla rodziny Tabke za to,

że zainspirowaliście mnie Waszą siłą,

współczuciem i wiarą

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

– Dopiero dziewiąta rano, a ja jestem już lekko wstawiona – oznajmia moja sąsiadka Roxanne, która w odpowiedzi na pukanie właśnie otworzyła na oścież drzwi swojego domu i stoi przede mną z błyskiem w oku.

Jej psy – gromko szczekający wyżeł weimarski i jeszcze głośniejszy mieszaniec corgi z chihuahuą – biegną mi na spotkanie.

– A z jakiej to okazji? – pytam.

Przykucam i przygotowuję się na szturm cieplutkich futrzanych istot. Podnosząc wzrok, widzę obcisłe dżinsy opinające długie na kilometr nogi Roxy oraz klasyczną białą koszulę, której końce związała w pasie. Nieodmiennie sprawia wrażenie, jakby nieskazitelny wygląd nie wymagał od niej żadnego wysiłku.

– Poniedziałki są świetną okazją na kieliszek mimozy, pani doktor – odpowiada, szczerząc zęby w uśmiechu.

– Doprawdy? – Entuzjazm psów na mój widok mile połechtał moje ego, więc hojnie obdarzam je pieszczotami. – Nie oczekuj ode mnie krytyki. Jestem znana z tego, że od czasu do czasu zdarza mi się przepisać komuś drinka zamiast pigułek. Albo kilka drinków.

– Ale sama nigdy nie pijesz.

Wzruszam ramionami.

– Bo nie upijam się na wesoło. Rozklejam się całkowicie.

– Tęskniły za tobą – mówi po chwili Roxy, obserwując gorące powitanie, które zgotowały mi Bella i Minnie. – Ja też za tobą tęskniłam.

– Nie wyjechałam przecież aż na tak długo, żebyś zdążyła zatęsknić.

Wstaję i w duchu gratuluję sobie, że jakoś udało mi się uniknąć dwóch rozszalałych psich jęzorów. Wtem Roxy chwyta mnie w szalony uścisk, aż na chwilę tracę oddech. Jest ode mnie wyższa o ponad dziesięć centymetrów, o kilka lat starsza i wyprzedza mnie o lata świetlne, jeżeli chodzi o urok osobisty i urodę.

Cofnąwszy się o krok, mierzy mnie przez chwilę wzrokiem, po czym kiwa głową, jakby doszła do jakiegoś wniosku. Moje spojrzenie przesuwa się po burzy loków sięgających jej do ramion, stanowiących ramę dla owalnej twarzy. Oczy Roxy są brązowe, jaśniejsze o kilka odcieni od jej skóry, i błyszczą życzliwością prawdziwie dobrej duszy.

– Jak Manhattan? – pyta, łapiąc mnie pod rękę i wciągając do domu.

– Szalony jak zawsze.

– A moja ulubiona para gwiazd? – Kopnięciem zamyka za nami drzwi. – Czy nadal są cudowni, czarujący i obrzydliwie bogaci? Spodziewają się dziecka? Mnie możesz powiedzieć. Wiesz, że nie pisnę nikomu słowa.

Uśmiecham się. Ja też tęskniłam za Roxy. Uwielbia plotkować, ale nie robi tego w złośliwy sposób. Mimo to nie potrafi utrzymać tajemnicy dłużej niż przez pięć minut.

– Tak, Gideon i Eva Cross są nadal pod każdym względem niesamowici. Ale nie jestem lekarzem Evy, więc nie umiem ci powiedzieć, czy spodziewa się dziecka. Zresztą, biorąc pod uwagę twoją niebywałą umiejętność wyszukiwania informacji, nie zdziwię się, jeżeli dowiesz się o jej ciąży w tym samym momencie co ona.

– Ha, byłoby świetnie! Ale Kylie Jenner udowodniła swoją ciążą, że nawet sławni ludzie potrafią chronić prywatność. – Jej oczy aż lśnią z podekscytowania. – Więc może Eva spodziewa się dziecka, tylko się z tym nie afiszuje.

Naprawdę nie chcę jej rozczarować, ale…

– Jeśli to coś znaczy, nie widziałam żadnych oznak ciążowego brzuszka.

– Cholera. – Roxy wydyma wargi w grymasie. – No cóż. Mają jeszcze czas, są młodzi.

– I zapracowani.

Jako osoba, która dla nich pracuje, wiem o tym z pierwszej ręki.

– No dobrze, a co Eva miała na sobie, kiedy ją widziałaś? Chcę znać wszystkie szczegóły: ciuchy, buty, dodatki.

– Kiedy? – pytam niewinnie. – Widziałam ją więcej niż raz.

W jej oczach ponownie pojawia się blask.

– Dziewczyno! Chodźmy na lunch do Salty’ego. Opowiesz mi o wszystkim.

– Może dam się przekonać – droczę się z nią.

– A tymczasem… – Roxy znika w salonie, zostawiając za sobą słabnący zapach luksusowych perfum. – Muszę ci wszystko opowiedzieć. Masz sporo do nadrobienia!

– Nie było mnie zaledwie trzy tygodnie, Roxy. Ile mogło się wydarzyć w tym czasie?

Idę za Bellą i Minnie do salonu, gdzie od razu czuję się jak u siebie. Tradycyjny wystrój domu Roxy, utrzymany w bieli z elementami granatu i złota, sprawia wrażenie wygodnej elegancji. Pokój zdobią porozkładane tu i ówdzie mozaikowe dodatki w żywych kolorach – podstawki, misy, wazony i wiele innych drobiazgów – przedmioty, które są dziełem gospodyni. Roxy ma nawet swoje stoisko i pracowników na Pike Place Market.

Jednak całą uwagę każdego, kto wchodzi do salonu, kradnie niczym nieograniczony wspaniały widok na zatoki Puget Sound, który roztacza się z okien salonu.

Panorama Sound, razem z wyspami Maury i Vashon, sprawia, że zastygam z wrażenia. Olbrzymia, czerwono-biała barka obciążona wielobarwnymi kontenerami oddala się powoli od Tacomy, zwalnia, przygotowując się do trudnego manewru u wyjścia z zatoki Poverty. Holownik, maleńki w porównaniu z gigantem, płynie, perkocząc, w przeciwnym kierunku. Prywatne łodzie wszelkiej maści, od jachtów po motorówki kabinowe, stoją na kotwicach w pobliżu brzegu.

Wpatrywanie się w plamy światła tańczące na wodach zatoki i w sunące statki chyba nigdy mi się nie znudzi. To właśnie ten widok był jedną z rzeczy, za którymi tęskniłam w Nowym Jorku najbardziej.

I pomyśleć, że kiedyś zarzekałam się, że skoro urodziłam się w Wielkim Jabłku, tam też umrę. Nie jestem jednak tą samą kobietą, którą byłam niegdyś.

Zerkam w stronę olbrzymiego starego drzewa na skraju urwiska z nadzieją, że dostrzegę dumny profil bielika amerykańskiego. Naga gałąź, która służy mu jako ulubiona żerdź, teraz jest pusta, ale daleki widok samolotów podchodzących od północy do lądowania na lotnisko SeaTac podpowiada mi, z którego kierunku wieje wiatr. Obracam się w stronę Roxy i obserwuję, jak wkłada idealnie białe tenisówki.

– A więc przegapiłaś nasze sąsiedzkie spotkanie – mówi, wstając. – Znowu. Wydaje mi się, że nie byłaś na żadnym od świąt, prawda?

Wycofuję się do holu, żeby uniknąć odpowiedzi, po czym ściągam smycze wiszące na haczykach na ścianie.

– Hmm… Coś mnie ominęło? Ale tak serio, cokolwiek? Nie wydaje mi się.

Co miesiąc na naszych uliczkach pojawiają się tablice informujące o dacie i miejscu następnego spotkania lokalnej społeczności – to wygodne, bo dzięki nim wiem, jak planować swoje podróże służbowe do Nowego Jorku. Mam problem z tego typu imprezami i unikam ich jak ognia.

 

– Emily przyszła ze swoim ogrodnikiem. – Roxy dołącza do mnie, przyczepiając sobie do paska pojemniczek z biodegradowalnymi torebkami na odchody. – Podobno zaczęli się spotykać, o ile można to nazwać w tak niewinny sposób.

Ta wiadomość sprawia, że staję jak wryta, podświadomie wyczuwając podekscytowanie psów z powodu nadchodzącego spaceru.

– Z tym dzieciakiem? Ile on może mieć lat? Szesnaście?

– Boże. – Zachwycona Roxy parska gardłowym śmiechem. – Nie wygląda na więcej, prawda? Tak naprawdę ma dwadzieścia.

– Ojej.

Emily jest poczytną pisarką, która przebrnęła ostatnio przez trudny rozwód. Życzę jej wszystkiego najlepszego, ponieważ sama kiedyś przez to przechodziłam… To niefortunne, że barwny korowód kochanków Emily w wieku jej syna sieje zgorszenie wśród sąsiadów.

– Trauma potrafi naprawdę okaleczyć psychicznie – dodaję.

Pomimo współczucia, staram się nie ujawniać w głosie zbyt wiele emocji. Wszyscy nosimy zbroje na różne sposoby. Moim jest wymyślenie siebie na nowo.

– Słuchaj, rozumiem to. Naprawdę. Ale trzeba być niespełna rozumu, żeby przyprowadzić swoją sekszabawkę na takie spotkanie. Zwłaszcza w sytuacji, gdy owa zabawka kosi trawę twoim sąsiadom. Uwierz mi, te wymowne spojrzenia, które ludzie wbijali w jej plecy, gdy tylko się odwracała… ojojoj!

Schylamy się, żeby przypiąć psom smycze.

– Jak ja za tym tęskniłam – żartuję, jednocześnie odnotowując w pamięci, żeby wysłać do Emily miłą wiadomość.

– To nie wszystko.

– Nie?

Ja prowadzę Minnie, a Roxy – Bellę. Nigdy nie ustalałyśmy takiego układu, wyszło to zupełnie spontanicznie i tak się utrwaliło. Wspólne wyprowadzanie psów kilka razy w tygodniu stało się naszą rutyną – zgodnym z harmonogramem rodzajem terapii polegającym na wyjściu z domu na świeże powietrze, według zaleceń lekarza.

Roxy niemalże podskakuje z podniecenia, dzieląc się kolejną plotką:

– Les i Marge sprzedali dom.

– Nie wiedziałam, że chcieli go sprzedać. – Mrugam ze zdziwienia.

– O to właśnie chodzi! – Roxy śmieje się i kieruje w stronę frontowych drzwi. – Nie chcieli.

– Zaraz, jak to? – Ruszam szybko za przyjaciółką, która już jest na zewnątrz. Minnie biegnie obok, trzymając ogon z dala od drzwi, które za sobą zamykam.

Patrzę w prawo na mój dom – pięknie odnowiony budynek z połowy dwudziestego wieku o pogrążonym dachu przypominającym skrzydła motyla, po czym przenoszę wzrok na stojący tuż za nim tradycyjny dom, który należy – należał – do Lesa i Marge. Wliczając dom Roxy, wszystkie te budynki, położone na działkach między ulicą a zatoką, mają niepowtarzalną lokalizację, zapewniającą nam niczym niezakłócony widok na wody Puget Sound, jak również wyjątkową prywatność. A wszystko to w odległości dwudziestu minut jazdy od lotniska.

Roxy skraca długość kroku, abym mogła ją dogonić, a potem spogląda na mnie.

– Dzień po twoim wyjeździe do Nowego Jorku na ich podjeździe zatrzymał się range rover i siedzący w środku facet zaproponował im gotówkę, by od razu sfinalizowować transakcję, o ile zwolnią dom w ciągu czternastu dni.

Potykam się, a Minnie na chwilę zaplątuje się w smycz. Rzuca mi spojrzenie, które określiłabym jako poirytowane, po czym znowu zaczyna ciągnąć do przodu.

– Czyste wariactwo.

– Prawda? Les nie chciał powiedzieć, jak wysoka była oferta, ale jestem przekonana, że chodziło o duże pieniądze.

Maszerujemy po pochyłym podjeździe. Odwracam głowę, by przyjrzeć się domom usadowionym na zboczu wzgórza. Zaprojektowane zostały celowo z ogromnymi oknami, aby zapewnić maksymalnie szeroki widok, przez co same też robią wielkie wrażenie. Kiedyś nasz mały skrawek Sound był tajemnicą, ale odkąd boom mieszkaniowy opanował Seattle i Tacomę, zostaliśmy odkryci. Wiele rezydencji przechodzi gruntowne remonty, aby zaspokoić gusta nowych właścicieli.

Doszedłszy do drogi, skręcamy w lewo. Po prawej jest ślepa uliczka.

– No cóż, jeśli oni są szczęśliwi – mówię – to cieszę się ich szczęściem.

– Są przytłoczeni. To duży krok, ważna decyzja do podjęcia w tak krótkim czasie, ale sądzę, że koniec końców są szczęśliwi. – Roxanne zatrzymuje się wraz z Bellą. Spokojnie czekamy, aż psy zaznaczą swoje terytorium na żwirze graniczącym z asfaltem. W naszym sąsiedztwie na ulicach nie ma ani krawężników, ani chodników. Jest za to dużo pięknych trawników i mnóstwo kwitnących krzewów.

– Wszyscy staraliśmy się wyciągnąć od nich jakieś informacje – podejmuje wątek Roxy. – Jednak oni w ogóle nie chcieli rozmawiać na temat sprzedaży. Ale… – rzuca mi ukradkowe spojrzenie – … zdradzili co nieco o nowym właścicielu.

– Dlaczego patrzysz na mnie w ten sposób?

– Ponieważ Mike i ja sądzimy, że to ktoś sławny. Reżyser. Albo jakiś artysta. Wyobrażasz to sobie? Najpierw Emily, autorka bestsellerów. Potem ty, chirurg z telewizyjnego reality. A teraz ten gość! Może stajemy się nowym Malibu? Plaża, drinki z parasolką, i to wszystko bez pożarów i stanowego podatku dochodowego!

Wzmianka o mężu Roxy, Mike’u, sprawia, że ogarnia mnie fala ciepła. Podobnie jak ja, jest „nowojorskim emigrantem” i jego dodająca otuchy obecność jest niczym pomost pomiędzy życiem, które zostawiłam za sobą, a rzeczywistością, którą stworzyłam dla siebie na nowo. Światem, który właśnie zatrząsł się w posadach, bo na zawsze straciłam dwójkę lubianych sąsiadów.

– Na jakiej podstawie snujecie swoje domysły? – pytam, podejmując grę.

Jeżeli nauczyłam się czegoś przez ostatnich kilka lat, to tego, żeby akceptować rzeczy, których nie mogę zmienić. Nie było to łatwe zadanie dla kogoś takiego jak ja – maniaka z obsesyjną potrzebą panowania nad swoim życiem.

– Les zwrócił uwagę temu kolesiowi, że nawet nie widział wnętrza domu, na co ten odparł, że wcale nie musi go oglądać. I bez tego wie, że „światło jest idealne”. Rozumiesz? Kto powiedziałby coś takiego? To musi być ktoś zajmujący się sztukami wizualnymi, nie sądzisz?

– Możliwe – zgadzam się niepewnie, zaniepokojona nieoczekiwanym tematem rozmowy.

Droga wznosi się przed nami ostro, a nachylenie jest wystarczająco strome, abym poczuła ukłucie bólu w mięśniach ud.

– Nie musi to jednak oznaczać, że jest sławny – dodaję.

– O to właśnie chodzi. – Roxy wyrzuca z siebie słowa z lekką zadyszką. – Les nie podał konkretnej liczby, ale stwierdził, że to istne szaleństwo, że facet nie zdecydował się kupić po prostu tej ogromnej parceli na końcu ulicy. A tamten dom jest przecież wyceniony na trzy i pół miliona!

Słowa Roxy dają mi do myślenia. Les i Marge mają – mieli – piękny dom, ale z pewnością nie jest on wart aż tyle.

– Wydaje mi się, że raz widziałam nowego właściciela przez te wielkie łukowate okna w salonie – ciągnie Roxy. – Była z nim blondynka, prawdziwa piękność. Szczupła jak supermodelka, z nogami jak marzenie.

Kiedy docieramy na szczyt wzgórza, ledwo zipię, w przeciwieństwie do Roxy, bywalczyni siłowni.

Niecałe pół kilometra dalej znajduje się ulica odbijająca w prawo, prowadząca do Dash Point. Potem droga opada zakosami w dół, aż dociera do poziomu morza. Tam znajduje się Redondo Beach oraz ustawiona na palach w wodzie restauracja Salty’s, z której rozciąga się wspaniały widok na zatokę Poverty i dalej, aż po horyzont. Właśnie zaczynam snuć fantazje na temat ich przepysznej zupy z owoców morza, gdy zza zakrętu wypada biegacz zmierzający sprintem w naszym kierunku. Jego nagłe pojawienie się wywołuje we mnie dreszcz. Bliższe spojrzenie sprawia, że zamieram w połowie kroku. Oddech więźnie mi w płucach.

Mój umysł stara się objąć całą sylwetkę biegnącego mężczyzny, chociaż jest tak wiele szczegółów do zarejestrowania. Ubrany tylko w czarne spodenki i buty, ze swoją mocno opaloną skórą, misternymi tatuażami pokrywającymi całe ramiona oraz napiętą muskulaturą zroszoną kropelkami potu, stanowi ucztę dla oka.

I ta jego twarz. Jak wyrzeźbiona. Z mocno zarysowaną szczęką. Brutalnie piękna, zapierająca dech w piersiach.

Roxy, która w tym czasie znalazła się kilka metrów przede mną, pogwizduje cicho i szepcze:

– Jasna cholera.

Jej głos przypomina mi, że powinnam zaczerpnąć powietrza. Moja skóra jest gorąca i wilgotna od potu. Puls przyspieszył tak bardzo, że nie może to być wyłącznie efekt niedawnego wysiłku.

W pierwszej chwili mężczyzna nas nie zauważa, chociaż biegnie prosto na nas. Myślami musi być gdzieś indziej, podczas gdy ciało działa automatycznie. Jego długie, mocne nogi w zabójczym tempie pokonują kolejne metry asfaltu. Ramiona pracują w miarowym, w pełni kontrolowanym rytmie. To imponujące, jak płynnie porusza się jego ciało przy tej prędkości, tak aerodynamicznie i zwinnie. W tym biegu jest coś zarówno pięknego, jak i potężnego, a ja… Nie mogę. Przestać. Się gapić. Wiem, że powinnam odwrócić wzrok, ale po prostu nie mogę.

– Widzisz to? – pyta Roxy, która najwyraźniej też nie może przestać się gapić.

Z transu wyrywa nas gorączkowe szczekanie psów. Bella i Minnie zauważyły obcego biegnącego w naszym kierunku.

– Hej – karci Bellę Roxy, przyciągając ją bliżej. – Dosyć! Przestań!

Ale ja jestem nadal zbyt zaabsorbowana, żeby zareagować na czas i Minnie postanawia wykorzystać tę nieuwagę. Rzuca się do ucieczki. Jej smycz wyślizguje mi się z ręki, jakbym zupełnie jej nie trzymała. Zanim się orientuję, jest poza moim zasięgiem. Biegnie, przebierając króciutkimi nóżkami, na kursie kolizyjnym z mężczyzną.

– Niech to szlag!

Teraz i ja biegnę w jego stronę. W końcu mnie zauważa. Nie okazuje najmniejszego zdziwienia, gdy oderwany od własnych myśli spostrzega dwie gapiące się na niego kobiety i ich rozbrykane psy. Mocna linia jego ust zaciska się, gdy zamyślenie na jego twarzy ustępuje pełnej koncentracji. Mężczyzna nie zwalnia przy tym nawet odrobinę.

Pierwotny lęk sprawia, że chcę zrobić unik, uciec w przeciwnym kierunku. Nadbiegający facet jest jak pędzący ku mnie groźny cyklon, a mój instynkt samozachowawczy bije na alarm, nawołując do odwrotu.

– Minnie! – wołam i próbuję chwycić smycz w pełnym biegu. Nie daję rady. – Niech to szlag!

– Minnie, misiaczku! – rozlega się krzyk Roxy.

Na dźwięk komendy piesek zatrzymuje się momentalnie, po czym obraca się i biegnie z powrotem do swojej pani.

Ja również zwinnie zmieniam kierunek, aby uniknąć zderzenia z mężczyzną pędzącym prosto na mnie – i wbiegam na sąsiedni pas ruchu.

– TEAGAN!

Przepełniony paniką krzyk Roxy sprawia, że oglądam się w jej stronę… W samą porę, by ujrzeć chryslera 300 pędzącego prosto na mnie.

W przypływie adrenaliny rzucam się naprzód, a pisk hamulców sprawia, że dostaję gęsiej skórki na całym ciele. Nagle od tyłu uderza we mnie tak potężna siła, że zostaję wyrzucona z drogi prosto na trawnik mojego sąsiada.

Zdyszana i wciąż przerażona potrzebuję kilku sekund, aby uświadomić sobie, że nic mi się nie stało.

Oraz że ten gorący, umięśniony, spocony olbrzym, przed którym uciekałam, leży na mnie.

2

– Czyś ty do cholery zupełnie oszalała? – wybucha, spoglądając na mnie z góry.

Widzę, że gotuje się z wściekłości. Widzę też, że z bliska jest jeszcze przystojniejszy.

Jego tęczówki są cudownie orzechowe, ale i szmaragdowozielone z promieniami złota rozchodzącymi się od środka. Ma absurdalnie grube rzęsy, tak gęste i ciemne, że oczy sprawiają wrażenie, jakby były obwiedzione eyelinerem. Brwi, mocne i śmiałe, układają się w łuk, górując nad tymi świetlistymi, płonącymi wściekłością oczami. Ma wydatne kości policzkowe, których szczerze mu zazdroszczę, i usta niczym zasznurowane w cienką, surową linię.

– Czy ty mnie w ogóle słyszysz? – pyta, potrząsając mną.

Tak, oczywiście, że tak – słyszę i analizuję chrapliwą szorstkość jego głosu. Klub jazzowy – takie mam skojarzenie. Sposób, w jaki mówi, przywodzi na myśl miejsce przesiąknięte zapachem whisky i tytoniu.

Siedzi na mnie okrakiem, kapią na mnie krople jego potu. Czuję się, jakbym była podpięta do defibrylatora, którego ostre, sprawiające ból szarpnięcia przywracają całe moje ciało do życia. Klatka piersiowa faluje, gdy z trudem łapię powietrze, i z każdym kolejnym oddechem wchłaniam jego zapach – cytrusy i feromony, ta charakterystyczna woń, jaką wydziela ciało dbającego o siebie, ciężko pracującego, zdrowego mężczyzny.

 

– Teagan – warczy, podciągając mnie za ramiona. – Powiedz coś.

Jego bicepsy, mięśnie klatki piersiowej tańczące pod wytatuowaną skórą i imponujące rzędy mięśni brzucha… Jasna cholera, ależ ten człowiek jest zbudowany.

– Teagan. – Roxy staje przy nim, jednocześnie starając się utrzymać Minnie i Bellę z tyłu. Te dziewczyny należą wprawdzie do innego gatunku, ale je również przyciąga jego zwierzęcy magnetyzm. – Co ty do cholery próbowałaś zrobić?

Mężczyzna opuszcza mnie z powrotem na ziemię i wstaje.

– Chyba sama tego nie wie.

Patrząc na niego z miejsca, gdzie leżę, ponownie uświadamiam sobie, jak bardzo jest wysoki. Wyciąga w moją stronę rękę, a ja sięgam po nią machinalnie, wciąż oszołomiona. Ale gdy tylko nasze dłonie się stykają i czuję jego dotyk, iskra elektryczna uderza mnie mocniej niż jego szarża chwilę wcześniej. Podnosi mnie bez wysiłku, po czym szybko cofa dłoń i z roztargnieniem pociera ją o swoją pierś.

– Mam ważniejsze sprawy do roboty, niż patrzenie, jak zostajesz roztrzaskana przez samochód na praktycznie pustej ulicy – mówi do mnie lodowatym tonem.

W tym człowieku nie ma ani krzty łagodności. Dosłownie. Ani w jego ciele, ani w osobowości. Ani w twarzy, która jest zbyt męska, żeby być piękna, lecz mimo to właśnie taka jest. I z pewnością nie można doszukać się łagodności w jego niesamowitym magnetyzmie! To właśnie zaskakuje mnie najbardziej – owo niebywałe seksualne napięcie, które iskrzy między nami.

Ja również pocieram dłoń, wciąż czując w niej mrowienie.

– W takim razie dzięki za ratunek.

– Tak, dziękujemy – mówi Roxy, trzymając rękę na sercu. – Prawie dostałam zawału.

Czuję na sobie jego przeszywające spojrzenie.

– Na pewno wszystko w porządku?

– Tak, wszystko okej.

Z wyjątkiem tego, że kosmyki włosów wystają mi z rozczochranego warkocza, twarz bez krzty makijażu wydaje mi się nagle dziwnie obnażona, a moje brwi pilnie potrzebują depilacji. Ta myśl sprawia, że czuję się zawstydzona. Żałuję, że wyglądam tak niechlujnie. Wygląd też potrafi być zbroją.

Uświadamiam sobie, że z tym właśnie kojarzą mi się jego tatuaże – ze zbroją wojownika. Atramentowe wzory otulają jego szerokie barki, zasłaniają piersi i łopatki, spływają po jego imponujących ramionach.

Przeczesując palcami włosy, mój wybawca obraca się i rusza przed siebie.

– A tak przy okazji, nazywam się Roxanne. – Moja przyjaciółka wypowiada to tonem, który mojemu wybawcy jasno daje do zrozumienia, że stąpa po kruchym lodzie.

Na te słowa mężczyzna obraca się, wyciągając dłoń i znów imponując atletyczną gracją. Ma gorący temperament, ale wszystko inne w nim jest chłodne niczym lód.

– Garrett.

– Garrett, miło cię poznać. – Roxy podaje mu rękę, po czym wskazuje na mnie. – A ta niefrasobliwa dama to doktor Teagan Ransom.

Mrużąc oczy, Garrett wbija wzrok w Roxy, a następnie zerka na mnie z niedowierzaniem. Ponownie przenosi wzrok na nią, a jego mina zdaje się mówić, że dał za wygraną.

– Trzymaj swoją przyjaciółkę z dala od drogi, Roxanne.

Wypowiedziawszy te słowa, odbiega, znikając tak szybko, jak się pojawił.

Roxy i ja odprowadzamy go wzrokiem, podczas gdy Bella i Minnie rzucają się za nim, ujadając – na tyle, na ile pozwala długość smyczy.

– No cóż – stwierdza Roxy, kiedy schodzimy z trawnika – nie spodziewałam się takich atrakcji, zwłaszcza tak wcześnie rano.

Roztrzęsiona i skonsternowana, chcę się pożegnać i wymigać od dalszego spaceru.

– Teagan – mówi Roxy, dotykając mojego ramienia – na pewno wszystko w porządku?

– Tak.

Ruszam przed siebie, decydując, że będę się trzymać swojej rutyny. Zasada małych kroczków. Moje serce nadal galopuje zbyt szybko, a adrenalina wciąż napędza krew. Reakcja „walcz lub uciekaj” miesza się z szokiem psychicznym.

Pierwszy raz od bardzo długiego czasu coś przypomniało mi, że jestem kobietą.

Pomimo długiego spaceru i nieśpiesznego lunchu, wciąż czuję się nieswojo, kiedy wchodzę na podjazd mojego domu. Przez całe przedpołudnie staram się uspokoić i irytuje mnie, że nie jestem w stanie tego zrobić. Uświadamiam sobie, że choć upłynęło tyle czasu, nie zaszłam tak daleko, jak mi się wydawało.

Gdy mijam garaż i kieruję się w stronę drzwi wejściowych, nie mogę się powstrzymać i zerkam na eleganckiego czarnego range rovera zaparkowanego niedbale na sąsiednim podjeździe.

Twarda bryła lodu w moim wnętrzu wciąż sprawia mi ból.

Jestem wściekła. Miałam zaplanowany każdy kolejny dzień. Codziennie miałam iść naprzód. Nowe miasto, nowi przyjaciele, nowa rutyna. Pół roku terapii i kreowania siebie na nowo. I na co to wszystko? Moi sąsiedzi się wyprowadzają, a ja czuję się oszukana. Jakbym liczyła na to, że nowe życie, które sobie zbudowałam, objęte było gwarancją, że wszystko na zawsze pozostanie bez zmian.

Z determinacją wydycham powietrze, starając się razem z nim pozbyć czyhających w głębi duszy niepokojów. Wyciągam klucze z kieszeni, kiedy zbliżam się do drzwi, i wsuwam je do zamka zasuwy. Otworzywszy go, używam tego samego klucza do zamka znajdującego się w starej oryginalnej klamce. W przedpokoju zamykam oba zamki, rzucam klucz na niski stolik przy wejściu i rozbrajam alarm, zanim minie wyznaczyny na to czas i uruchomi się ogłuszająca syrena.

Wykonanie tych wszystkich czynności w określonym porządku trochę mnie uspokaja. Ale to powrót do domu, do ciszy i samotności, przynosi największą ulgę. Spoglądam z tęsknotą na kanapę, tak bardzo wykończona, że jedyne, o czym marzę, to zatopić się w poduszkach i zapaść w długi sen. Wiem, co zwiastuje to uczucie znużenia, wiem, co nadchodzi. Ta świadomość wcale nie oznacza, że jestem w stanie to powstrzymać.

Spoglądam na ścianę okien wychodzących na zatoki Sound. Lewa połać motylowego dachu wznosi się ponad dwustronnym kominkiem i jadalnią, a clerestorium pod eleganckim wzniesieniem linii dachu dodatkowo doświetla pomieszczenia, całkowicie otwierając dom na majestatyczny widok. Na zachodzie, zaraz za pokrytymi zielenią garbami wysp Maury i Vashon, ku południu rozciągają się zbocza Olympic Mountains. Czasami mgła potrafi być tak gęsta, że całe pasmo zatapia się w niej i znika, ale w bezchmurne dni jak dzisiaj jestem w stanie dojrzeć ośnieżone szczyty ciągnące się wzdłuż wybrzeża.

Napawam się tym widokiem, pochłaniam go całą sobą i pozwalam, aby mnie uspokoił. Stoję pośrodku salonu wystarczająco długo, żeby odprowadzić wzrokiem kolejny masywny kontenerowiec wlokący się do Tacomy. Delikatnie falująca woda mieni się, odbijając promienie słońca, a pływaki sieci na kraby kołyszą się w tym samym rytmie.

Tutaj jest tak cicho – zupełnie inaczej niż w pełnym wrzawy i szaleńczego tempa Nowym Jorku, gdzie nie słyszało się własnych myśli, w tej pulsującej życiem metropolii, która nieustannie wciągała mnie w wir wydarzeń. Tam byłam całkowicie zaabsorbowana prowadzeniem wziętej praktyki lekarskiej i otoczona wiecznie obecną ekipą filmową. Tutaj… Tutaj mogę w końcu cieszyć się samotnością, wolna od spojrzeń innych ludzi, tych oceniających, tych współczujących, tych oczekujących, że zaraz się pozbieram.

Kiedy czuję niespodziewaną wibrację telefonu w kieszeni, nawet nie podskakuję. Zdążyłam uciec myślami do tej samotnej przestrzeni mojego schronienia przed niekończącym się wewnętrznym krzykiem, który kiedyś niemal doprowadził mnie do szaleństwa.

Kiedy na ekranie widzę twarz Roxy, odbieram połączenie wideo.

– Hej.

– Hej, skarbie! –Roxy jest ożywiona, oczy jej błyszczą. – Masz gdzieś pod ręką tablet?

– Zaraz mogę mieć. – Podchodzę do stacji dokującej, gdzie właśnie się ładuje, wdzięczna przyjaciółce, że oderwała mnie od czarnych myśli.

– Podrzucę ci link, ale nie odpalaj go na telefonie. Potrzebujesz większego ekranu.

Na ekranie wyskakuje powiadomienie, więc otwieram stronę, którą mi przesłała. Jestem tylko lekko zaskoczona, gdy widzę oczy Garretta. To dokładnie w stylu Roxy. Jeżeli chodzi o plotki, jest jak pies myśliwski na tropie.

– Szybko ci poszło – szepczę, zmniejszając widok na tyle, aby zobaczyć całą jego twarz.

No, no. Musi być obiektem westchnień wielu kobiet, to nie ulega wątpliwości. Pomimo zobojętnienia na sprawy sercowe muszę przyznać, że onieśmiela mnie ta pewna siebie męskość emanująca ze zdjęcia.

– Cóż, nie jest trudno znaleźć kogoś, kto jest obecny w mediach. – Głos Roxy przepełnia podekscytowanie. – I chociaż muszę przyznać, że Mike miał rację, zgadując, że nasz tajemniczy sąsiad jest artystą, ja obstawiałam reżysera, okazuje się, że częściowo oboje ją mieliśmy, ponieważ Garrett Frost jest zarówno fotografem, jak i malarzem. Robi te niesamowite czarno-białe zdjęcia, po czym przekształca je w barwne abstrakcyjne obrazy. Na dole artykułu jest pokaz slajdów porównujących zdjęcia będące inspiracją z gotowym dziełem. Niektóre są naprawdę oszałamiające.

Fenomen Frosta rozpala elity świata sztuki. Tak brzmi nagłówek długiego artykułu zawierającego również kilka zdjęć Garretta z różnym znakomitościami – niektóre są mi znane, inne nie. Jedno zdjęcie urzekło mnie szczególnie, ponieważ uchwyciło jego uśmiech. Chociaż wydaje się to niemożliwe, ten facet wygląda jeszcze seksowniej z twarzą rozjaśnioną dobrym humorem. Na zdjęciu jego piękne oczy aż błyszczą, a w policzkach pojawiają się urocze dołeczki. Usta ma pełne i jędrne – zmysłowo rozkoszne.

– Nie mogę uwierzyć, że nie świrujesz – karci mnie Roxy. – Ech! To pewnie dlatego, że ciągle spotykasz sławnych ludzi i już się uodporniłaś!

– Nie spotykam sławnych ludzi ciągle. – I na pewno nie jestem odporna. Jakaś cząstka mnie schowana głęboko drży, gdy patrzę na jego twarz.