3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Tylko Cross

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Tylko Cross
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  1

2  2

3  3

4  4

5  5

6  6

7  7

8  8

9  9

10  10

11  11

12  12

13  13

14  14

15  15

16  16

17  Epi­log

18  Od Autorki

Tytuł ory­gi­nału: ONE WITH YOU

Wydawca: Urszula Ruzik-Kuliń­ska

Redak­cja: Marta Höffner

Korekta: Bogu­sława Jędra­sik

Copy­ri­ght © 2016 by Sylvia Day

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Agnieszka Grodzka, Jan Stecki

ISBN 978-83-813-9955-5

War­szawa 2021

Wydaw­nic­two Świat Książki

02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2

Księ­gar­nia inter­ne­towa: swiatk­siazki.pl

Dys­try­bu­cja

Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Nowy Jork ni­gdy nie śpi. Moje miesz­ka­nie w Upper West Side było wyci­szone w takiej mie­rze, jakiej się ocze­kuje po war­tej wiele milio­nów dola­rów nie­ru­cho­mo­ści, ale dźwięki mia­sta i tak prze­ni­kały do środka – ryt­miczny szum opon toczą­cych się po znisz­czo­nych uli­cach, pro­test zmę­czo­nych hamul­ców i bez­u­stanne trą­bie­nie klak­so­nów tak­só­wek.

Gdy wyszłam z kawiarni na rogu ulicy i wkro­czy­łam na jak zwy­kle pełen ludzi Broad­way, ogar­nął mnie miej­ski pośpiech. Jak uda­wało mi się żyć bez kako­fo­nii Man­hat­tanu?

Jak uda­wało mi się żyć bez niego?

Gideon Cross. Uję­łam w dło­nie jego twarz i poczu­łam, jak się do nich przy­tula. Wzru­szył mnie ten pokaz bez­bron­no­ści i czu­ło­ści. Jesz­cze kilka godzin wcze­śniej myśla­łam, że się ni­gdy nie zmieni, że będę musiała zdo­być się na zbyt wielki kom­pro­mis, aby móc z nim żyć. A teraz sta­łam w obli­czu jego odwagi i wąt­pi­łam w swoją.

Czy wyma­ga­łam od niego wię­cej niż od sie­bie? Zawsty­dzała mnie myśl, że naci­ska­łam na niego, by się roz­wi­jał, pod­czas gdy ja sama upar­cie trwam w miej­scu.

Stał przede mną, taki wysoki i silny. W dżin­sach, koszulce polo i bejs­bo­lówce nasu­nię­tej nisko na czoło był nie do pozna­nia. Nikt by się nie domy­ślił, że to Gideon Cross, znany na całym świe­cie biz­nes­men. Był jed­nak tak fascy­nu­jący, że zwra­cał na niego uwagę każdy, kto go mijał. Kątem oka widzia­łam, że ludzie zer­kali na niego prze­lot­nie, by po chwili znów mu się przy­glą­dać.

Bez względu na to, czy Gideon był ubrany na spor­towo, czy miał na sobie szyty na miarę trzy­czę­ściowy gar­ni­tur, co tak bar­dzo lubił, moc oddzia­ły­wa­nia jego szczu­płego, choć musku­lar­nego ciała była nie­za­prze­czalna. Postawa, auto­ry­tet, jakim ema­no­wał za sprawą nie­na­gan­nego pano­wa­nia nad sobą, nie pozwa­lały mu sto­pić się z oto­cze­niem.

Nowy Jork połyka wszystko, co znaj­dzie się w jego obrę­bie, ale Gideon pro­wa­dził to mia­sto na pozła­ca­nej smy­czy.

I był mój. Mia­łam na palcu obrączkę, ale na­dal w pew­nych chwi­lach trudno mi było w to uwie­rzyć.

Ni­gdy nie będzie po pro­stu face­tem. Był bru­tal­no­ścią w otoczce ele­gan­cji, dosko­na­ło­ścią nazna­czoną wadami. Ogni­wem spa­ja­ją­cym mój świat, spa­ja­ją­cym w ogóle cały świat.

Poka­zał, że się ugnie i podda do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści, aby być ze mną. A to odno­wiło we mnie posta­no­wie­nie, by udo­wod­nić, że jestem warta bólu, z któ­rym musiał się przeze mnie zmie­rzyć.

Wokół nas ponow­nie otwie­rano sklepy przy Broad­wayu. Uliczny ruch zaczął się nasi­lać, czarne samo­chody i żółte tak­sówki pod­ska­ki­wały jak sza­lone na nie­rów­nej nawierzchni. Miesz­kańcy tej czę­ści mia­sta wyszli z domów − wypro­wa­dzali psy albo szli w kie­runku Cen­tral Parku, żeby pobie­gać, wykra­da­jąc na tę czyn­ność tyle czasu, ile tylko mogą, nim rzucą się w wir pracy.

Dotar­li­śmy do kra­węż­nika i w tym samym momen­cie zatrzy­mał się przy nim mer­ce­des. Za jego kie­row­nicą sie­dział postawny Raul. Angus zapar­ko­wał ben­tleya tuż za nim. Jeden przy­je­chał po mnie, drugi po Gide­ona. Każde z nas jechało do innego domu. Czy tak wygląda mał­żeń­stwo?

Nasze mał­żeń­stwo tak wła­śnie wyglą­dało, choć żadne z nas tego nie pra­gnęło. Musia­łam wyty­czyć pewne gra­nice, gdy Gideon zwer­bo­wał do swo­jej firmy mojego pra­wie już byłego szefa z agen­cji rekla­mo­wej, w któ­rej pra­co­wa­łam.

Rozu­mia­łam, dla­czego mój mąż chciał, bym dołą­czyła do rze­szy pra­cow­ni­ków Cross Indu­stries, ale że pró­bo­wał mnie do tego zmu­sić, dzia­ła­jąc za moimi ple­cami? Nie mogłam na to pozwo­lić, nie w przy­padku takiego czło­wieka jak Gideon. Albo będziemy razem – i wspól­nie będziemy podej­mo­wać decy­zje – albo dystans mię­dzy nami będzie zbyt duży, by nasz zwią­zek miał szanse powo­dze­nia.

Odchy­li­łam głowę i spoj­rza­łam na jego olśnie­wa­jącą twarz. Dostrze­głam w niej wyrzuty sumie­nia i ulgę. A także miłość. Mnó­stwo miło­ści.

Był tak przy­stojny, że aż bra­ko­wało mi tchu. Jego oczy były błę­kitne jak morze na Kara­ibach, a gęste czarne włosy muskały koł­nie­rzyk. Jakaś pełna czu­ło­ści ręka ukształ­to­wała każdą powierzch­nię i zała­ma­nie na jego twa­rzy, czy­niąc ją nie­ska­zi­telną i do tego stop­nia hip­no­tyczną, że trudno przy nim myśleć racjo­nal­nie. Jego wygląd urzekł mnie, w chwili gdy go ujrza­łam, i na­dal stwier­dzam, że moje synapsy od czasu do czasu nie­ocze­ki­wa­nie się prze­grze­wają. Gideon mnie olśnie­wał.

Waż­niej­szy był jed­nak czło­wiek kry­jący się w środku, jego nie­stru­dzona ener­gia i siła, bły­sko­tliwa inte­li­gen­cja i bez­względ­ność połą­czone z ser­cem, które potra­fiło być tak łagodne…

– Dzię­kuję. – Musnę­łam pal­cami ciemny łuk jego brwi i poczu­łam w opusz­kach mro­wie­nie, jak zawsze gdy doty­ka­łam jego skóry. – Że do mnie zadzwo­ni­łeś. I opo­wie­dzia­łeś mi swój sen. I się ze mną spo­tka­łeś.

– Spo­tkał­bym się z tobą wszę­dzie. – Jego słowa brzmiały jak przy­sięga wypo­wie­dziana z żarem i gor­li­wo­ścią.

Wszy­scy mamy swoje demony. Te prze­śla­du­jące Gide­ona były zamknięte w oko­wach jego żela­znej woli. O ile nie spał, bo kiedy spał, nękały go w bru­tal­nych, gwał­tow­nych kosz­ma­rach. Tak wiele nas łączyło, lecz prze­moc, jakiej doświad­czy­li­śmy w dzie­ciń­stwie, była dra­ma­tem, który nas do sie­bie przy­cią­gał i rów­no­cze­śnie odpy­chał. Utrud­niała mi walkę. Ci, któ­rzy nas prze­śla­do­wali, zabrali nam już zbyt wiele.

– Evo… Jesteś jedyną siłą, która potrafi mnie z tego wycią­gnąć.

– Za to też ci dzię­kuję – wymru­cza­łam, czu­jąc ucisk w piersi. – Wiem, że nie było ci łatwo dopu­ścić mnie do sie­bie, ale tego potrze­bo­wa­li­śmy. I wiem, że mocno na cie­bie naci­ska­łam…

– Zbyt mocno.

Usta wykrzy­wiły mi się w pod­kówkę na dźwięk lodo­wa­tego tonu jego głosu. Gideon nie przy­wykł spo­ty­kać się z odmową, gdy cze­goś chciał.

– Wiem. A ty mi na to pozwo­li­łeś, bo mnie kochasz.

– To coś wię­cej niż miłość. – Chwy­cił mnie za nad­garstki i trzy­mał tak mocno, że całą sobą się pod­da­łam.

Przy­tak­nę­łam, bo już się nie bałam przy­znać, że potrze­bo­wa­li­śmy sie­bie w taki spo­sób, jaki ktoś mógłby nazwać nie­zdro­wym. Tacy jed­nak byli­śmy, to mie­li­śmy do zaofe­ro­wa­nia. I było to cenne.

– Poje­dziemy do dok­tora Peter­sena razem. – Jego wypo­wiedź zabrzmiała niczym komenda, ale patrzył na mnie, tak jakby zadał mi pyta­nie.

– Ależ jesteś wład­czy. – Dro­czy­łam się z nim, bo chcia­łam, żeby­śmy oboje roz­stali się w dobrych nastro­jach.

I z nadzieją. Od coty­go­dnio­wego spo­tka­nia z naszym tera­peutą dok­to­rem Lyle’em Peter­se­nem dzie­liło nas zale­d­wie kilka godzin, i trudno było o lep­sze zrzą­dze­nie losu. W naszych rela­cjach nastą­pił prze­łom. Przyda nam się tro­chę pomocy w okre­śle­niu, jak powinny wyglą­dać nasze dal­sze kroki.

 

Poło­żył dło­nie na mojej talii.

– Uwiel­biasz to.

Chwy­ci­łam brzeg jego koszulki i zmię­łam miękki dżer­sej.

– Uwiel­biam cie­bie.

– Evo.

Objął mnie mocno i pew­nie. Czu­łam na szyi jego roze­dr­gany, gorący oddech. Man­hat­tan nas ota­czał, ale nie mógł nam prze­szko­dzić. Gdy byli­śmy razem, nie ist­niało nic wię­cej.

Zamru­cza­łam z pożą­da­nia, a każda cząstka mnie, która go pra­gnęła, drżała z roz­ko­szy, kiedy znowu tak na mnie napie­rał. Chło­nę­łam go, głę­boko oddy­cha­jąc, i doty­ka­łam twar­dych mię­śni jego ple­ców. Ogar­nęło mnie upa­ja­jące pod­nie­ce­nie. Byłam od niego uza­leż­niona – ser­cem, duszą i cia­łem – a przez wiele dni musia­łam się bez niego obyć, roz­trzę­siona, wytrą­cona z rów­no­wagi, nie­zdolna do wła­ści­wego funk­cjo­no­wa­nia.

Nik­nę­łam w jego znacz­nie więk­szym i tward­szym od mojego ciele. W jego obję­ciach czu­łam się bez­pieczna, kochana i chro­niona. Nic nie mogło mnie dotknąć ani zra­nić, gdy mnie tulił. Chcia­łam, by czuł się w moim towa­rzy­stwie rów­nie bez­piecz­nie. Musiał wie­dzieć, że może zre­zy­gno­wać z czuj­no­ści, ode­tchnąć, a ja nas ochro­nię.

Musia­łam być sil­niej­sza. Mądrzej­sza. Bar­dziej prze­ra­ża­jąca. Mie­li­śmy wro­gów i Gideon na razie zma­gał się z nimi sam. Opie­kuń­czość była jego wro­dzoną cechą, którą głę­boko podzi­wia­łam. Musia­łam jed­nak zacząć poka­zy­wać ludziom, że potra­fię być rów­nie zatrwa­ża­jąca i groźna jak mój mąż.

Co waż­niej­sze, musia­łam to udo­wod­nić Gide­onowi. Wtu­li­łam się w niego i chło­nę­łam jego cie­pło. Miłość.

– Do zoba­cze­nia o sie­dem­na­stej, mistrzu.

– I ani minuty póź­niej – pole­cił surowo.

Zaśmia­łam się wbrew sobie, zauro­czona każ­dym prze­ja­wem jego szorst­kiej strony.

– Bo co? – zapy­ta­łam.

Odsu­nął się ode mnie i spoj­rzał na mnie, tak że aż pod­kur­czy­łam palce stóp.

– Bo cię dorwę.

***

Do apar­ta­mentu ojczyma powin­nam była wejść wyjąt­kowo cicho, bo o tej porze – kilka minut po szó­stej – z dużym praw­do­po­do­bień­stwem mogłam zostać przy­ła­pana na pota­jem­nym wśli­zgi­wa­niu się do domu. Ja jed­nak celowo wkro­czy­łam do niego dum­nie, zajęta myślami o tym, co będę musiała zmie­nić.

Mia­łam czas na prysz­nic – nie­wiele, ale jed­nak – lecz posta­no­wi­łam go nie brać. Gideon od tak dawna mnie nie doty­kał. Upły­nęło zbyt dużo czasu od chwili, gdy jego dło­nie sunęły po mojej skó­rze, a jego ciało było w moim. Nie chcia­łam zmy­wać z sie­bie wspo­mnie­nia jego dotyku. Już tylko to dawało mi siłę, któ­rej potrze­bo­wa­łam, żeby zro­bić to, co muszę.

Lampka na sto­liku roz­bły­sła świa­tłem.

– Eva? Pod­sko­czy­łam.

– Jezus Maria!

Obró­ci­łam się w miej­scu i zoba­czy­łam matkę sie­dzącą na jed­nym z foteli w salo­nie.

– Prze­ra­zi­łaś mnie – rzu­ci­łam oskar­ży­ciel­sko, przy­kła­da­jąc dłoń do łomo­czą­cego serca.

Wstała. Się­ga­jący do ziemi saty­nowy szla­frok w kolo­rze kości sło­nio­wej lśnił i muskał smu­kłe, lekko opa­lone nogi. Byłam jej jedy­nym dziec­kiem, ale wyglą­da­ły­śmy jak sio­stry. Monica Tra­mell Bar­ker Mit­chell Stan­ton obse­syj­nie o sie­bie dbała. Mło­dzień­czy wygląd był narzę­dziem zapew­nia­ją­cym powo­dze­nie tej kobie­cie, która wzięła ślub dla sta­tusu i miała być ozdobą swo­jego męża.

– Zanim zaczniesz – powie­dzia­łam – ow­szem, musimy poroz­ma­wiać o weselu. Ale naprawdę muszę się spa­ko­wać, żeby móc dzi­siaj wró­cić do domu.

– Masz romans?

To obce­sowe pyta­nie zszo­ko­wało mnie bar­dziej niż to, że urzą­dziła na mnie zasadzkę.

– Słu­cham? Nie!

Wes­tchnęła, a jej barki wyraź­nie się roz­luź­niły.

– Dzięki Bogu. Powiesz mi, co się dzieje? Jak poważna była twoja kłót­nia z Gide­onem?

Poważna. Przez chwilę się mar­twi­łam, że swoją decy­zją Gideon dopro­wa­dzi do naszego roz­sta­nia.

– Pra­cu­jemy nad tym, mamo. To było tylko utrud­nie­nie na naszej dro­dze.

– Utrud­nie­nie, które kazało ci uni­kać go przez wiele dni? Nie tak należy sobie radzić z pro­ble­mami, Evo.

– To długa histo­ria… Skrzy­żo­wała ręce na pier­siach.

– Ni­gdzie się nie spie­szę.

– Ale ja tak. Muszę się szy­ko­wać do pracy.

Zro­biła minę świad­czącą o tym, że ją ura­zi­łam, a ja natych­miast poczu­łam wyrzuty sumie­nia.

Kie­dyś myśla­łam, że gdy doro­snę, będę taka jak moja matka. Godzi­nami prze­bie­ra­łam się w jej gar­de­ro­bie, poty­ka­łam w jej szpil­kach, sma­ro­wa­łam twarz jej dro­gimi kre­mami i kolo­ro­wymi kosme­ty­kami. Sta­ra­łam się naśla­do­wać jej lekko chro­pawy głos i zmy­słowy manie­ryzm, prze­ko­nana, że matka jest naj­wspa­nial­szą i naj­do­sko­nal­szą kobietą na świe­cie. To, jak trak­to­wała męż­czyzn, jak oni na nią patrzyli i zaspo­ka­jali jej potrzeby… Cóż, też chcia­łam posiąść tę magiczną moc.

W rezul­ta­cie wyro­słam na jej podo­bi­znę. Róż­niły nas tylko fry­zury i kolor oczu. Jed­nak nasze podo­bień­stwo koń­czyło się na wyglą­dzie. Nie mogły­by­śmy się bar­dziej róż­nić jako kobiety i, nie­stety, byłam z tego dumna. Prze­sta­łam ją pro­sić o radę, chyba że cho­dziło o ubiór albo wystrój wnętrz.

To się miało jed­nak zmie­nić. Od teraz.

W związku z Gide­onem wypró­bo­wa­łam wiele róż­nych tak­tyk, ale nie pro­si­łam o radę bli­skiej mi osoby, która wie­działa, że mam wyjść za mąż za zna­czą­cego i potęż­nego czło­wieka.

– Potrze­buję two­jej rady, mamo.

Moje słowa zawi­sły w powie­trzu, a potem dostrze­głam, że do niej dotarły. Zdu­miona otwo­rzyła sze­roko oczy. Chwilę póź­niej opa­dła na kanapę, jakby ugięły się pod nią kolana. Jej szok był dla mnie moc­nym cio­sem i uświa­do­mił mi, jak bar­dzo się od niej odcię­łam.

Żołą­dek skrę­cił mi się w supeł, gdy sia­da­łam naprze­ciwko niej na kana­pie. Nauczy­łam się uwa­żać na to, co mówię mamie, i robi­łam wszystko, co mogłam, by zataić infor­ma­cje, które mogłyby roz­po­cząć jedną z dopro­wa­dza­ją­cych mnie do szału dys­ku­sji.

Nie zawsze tak było. Nathan ode­brał mi cie­pło i bli­skość związku z matką, podob­nie jak ode­brał mi nie­win­ność. Kiedy mama dowie­działa się, co zaszło, zmie­niła się i stała się nado­pie­kuń­cza do tego stop­nia, że czu­łam się prze­śla­do­wana i przy­tło­czona. Była pewna wszyst­kiego w swoim życiu – z wyjąt­kiem mnie. O mnie zawsze się bała i była wścib­ska, a cza­sami wręcz reago­wała histe­rią. Z bie­giem lat zmu­si­łam się, by w imię wła­snego spo­koju nazbyt czę­sto roz­mi­jać się z prawdą i zata­jać sekrety przed wszyst­kimi kocha­nymi mi ludźmi.

– Nie wiem, jak mam być żoną, któ­rej potrze­buje Gideon – wyzna­łam.

Ścią­gnęła łopatki, a cała jej postawa wyra­żała obu­rze­nie.

– Czy ma romans?

– Nie. – Zaśmia­łam się nie­chęt­nie. – Żadne z nas nie ma romansu. Nie zro­bi­li­by­śmy sobie cze­goś takiego. Nie mogli­by­śmy. Prze­stań się o to mar­twić.

Musia­łam się zasta­no­wić, czy jej ostatni akt nie­wier­no­ści z moim ojcem nie był przy­pad­kiem praw­dzi­wym źró­dłem jej stra­pie­nia. Czy to jej cią­żyło? Kwe­stio­no­wała swój zwią­zek ze Stan­to­nem? Nie wie­dzia­łam, co o tym myśleć. Bar­dzo kocha­łam tatę, ale byłam też prze­ko­nana, że to mój ojczym jest ide­al­nym mężem dla mamy.

– Evo…

– Kilka tygo­dni temu wzię­li­śmy z Gide­onem pota­jemny ślub. – Boże, jak wspa­niale było to powie­dzieć.

Popa­trzyła na mnie i zamru­gała. Raz. Drugi.

– Słu­cham?

– Jesz­cze nic nie mówi­łam tacie – cią­gnę­łam. – Ale zamie­rzam do niego dzi­siaj zadzwo­nić.

W jej oczach zalśniły łzy.

– Dla­czego? O Boże. Evo… Jak to moż­liwe, że się tak od sie­bie odda­li­ły­śmy?

– Nie płacz. – Wsta­łam z kanapy, pode­szłam do niej i usia­dłam obok. Uję­łam ją za ręce, ale ona mnie gorąco uści­skała.

Wdy­cha­łam bli­ski mi zapach i czu­łam spo­kój, jaki można zna­leźć tylko w obję­ciach matki. Przy­naj­mniej przez kilka chwil.

– Nie pla­no­wa­li­śmy tego, mamo. Wyje­cha­li­śmy na week­end. Gideon zapy­tał, czy bym się zgo­dziła, wszystko zor­ga­ni­zo­wał… To było spon­ta­niczne. Pod­ję­li­śmy tę decy­zję pod wpły­wem chwili.

Odsu­nęła się ode mnie. Ujrza­łam jej zalaną łzami twarz i ogni­ste spoj­rze­nie.

– Oże­nił się z tobą bez umowy przed­ślub­nej? Wybu­chłam śmie­chem. Nie potra­fi­łam się powstrzy­mać. Moja matka musiała się sku­pić na kwe­stiach finan­so­wych. Pie­nią­dze od dawna były siłą napę­dową jej życia.

– Pod­pi­sa­li­śmy inter­cyzę.

– Evo Lau­ren! A czy się jej przyj­rza­łaś? Czy też pod­pi­sa­łaś ją spon­ta­nicz­nie?

– Prze­czy­ta­łam każde słowo.

– Nie jesteś praw­niczką! Boże, Evo… Wycho­wy­wa­łam cię na mądrzej­szą kobietę!

– Te sfor­mu­ło­wa­nia zro­zu­miałby nawet sze­ścio­la­tek – wypa­li­łam, ziry­to­wana tym, co sta­no­wiło praw­dziwy pro­blem w moim związku z Gide­onem: zbyt wielu ludzi wtrą­cało się do naszych spraw i absor­bo­wało uwagę, przez co nie mie­li­śmy czasu, by zająć się tym, co naprawdę tego wyma­gało. – Nie martw się o inter­cyzę.

– Powin­naś była popro­sić Richarda, żeby ją prze­czy­tał. Nie rozu­miem, dla­czego tego nie zro­bi­łaś. To takie nie­od­po­wie­dzialne. Po pro­stu…

– Widzia­łem ją, Moniko.

Oby­dwie się odwró­ci­ły­śmy na dźwięk głosu mojego ojczyma. Stan­ton wszedł do pokoju gotów roz­po­cząć nowy dzień. Wyglą­dał ele­gancko w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze i żół­tym kra­wa­cie. Wyobra­zi­łam sobie, że Gideon w jego wieku będzie bar­dzo do niego podobny: fizycz­nie sprawny, dys­tyn­go­wany samiec alfa.

– Czy­ta­łeś ją? – zapy­ta­łam zasko­czona.

– Cross prze­słał mi ją kilka tygo­dni temu. – Stan­ton pod­szedł do mojej matki i wziął ją za rękę. – Nie dał­bym rady wyne­go­cjo­wać lep­szych warun­ków.

– Warunki zawsze mogą być lep­sze, Richar­dzie! – rzu­ciła ostro mama.

– Umowa prze­wi­duje bonusy w związku z waż­nymi wyda­rze­niami, takimi jak rocz­nice i uro­dze­nie dzieci. Nie ma też słowa o karach dla Evy, za to jest wzmianka o ewen­tu­al­nej tera­pii mał­żeń­skiej, gdyby oka­zała się potrzebna. Gdyby doszło do roz­wodu, podział majątku będzie wię­cej niż spra­wie­dliwy. Mia­łem ochotę zapy­tać, czy praw­nicy Crossa prze­glą­dali tę umowę. Wyobra­żam sobie, że gło­śno pro­te­sto­wali.

Matka sie­działa chwilę w mil­cze­niu i ana­li­zo­wała to, co usły­szała. Potem zerwała się na równe nogi i wybu­chła:

– Wie­dzia­łeś, że biorą pota­jemny ślub? Wie­dzia­łeś i nic nie powie­dzia­łeś?

– Nic nie wie­dzia­łem. – Stan­ton przy­tu­lił ją i mówił cicho jak do malut­kiego dziecka. – Pomy­śla­łem, że się przy­go­to­wuje z wyprze­dze­niem. Zazwy­czaj nego­cjo­wa­nie warun­ków umowy przed­ślub­nej zaj­muje wiele mie­sięcy. Cho­ciaż w tym przy­padku nie mógł­bym pro­sić o nic wię­cej. Wsta­łam. Musia­łam się spie­szyć, jeśli mia­łam zdą­żyć do pracy. Szcze­gól­nie tego dnia nie chcia­łam się spóź­nić.

– Dokąd to? – Matka odsu­nęła się od Stan­tona. – Nie skoń­czy­ły­śmy roz­mowy. Nie możesz zrzu­cać na mnie takiej bomby, a potem po pro­stu wyjść!

Odwró­ci­łam się w jej stronę i szłam tyłem do drzwi.

– Naprawdę muszę się już szy­ko­wać. Może spo­tkamy się w porze lun­chu i poroz­ma­wiamy?

– Nie możesz…

– Corinne Giroux – prze­rwa­łam jej.

Matka naj­pierw otwo­rzyła sze­roko oczy, a póź­niej je przy­mknęła. Jedno nazwi­sko. Nie musia­łam mówić nic wię­cej.

Była kobieta Gide­ona to pro­blem, który nie wymaga dal­szych wyja­śnień.

***

Rzadko się zda­rza, by ktoś przy­jeż­dżał na Man­hat­tan i nie czuł się tu od razu swo­bod­nie. Linia hory­zontu tej czę­ści Nowego Jorku została uwiecz­niona w nie­zli­czo­nych fil­mach i pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych roz­po­wszech­nia­ją­cych na całym świe­cie infor­ma­cję, że nowo­jor­czycy kochają swoje mia­sto.

Nie byłam wyjąt­kiem.

Podzi­wia­łam ele­gan­cję budynku Chry­slera wznie­sio­nego w stylu art déco. Potra­fi­łam okre­ślić swoją pozy­cję wzglę­dem Empire State Buil­ding. Podzi­wia­łam zapie­ra­jącą dech w pier­siach wyso­kość Sta­tui Wol­no­ści, która góruje nad mia­stem. Budy­nek Cross­fire też jest klasą samą w sobie. I uwa­ża­łam tak, zanim jesz­cze zako­cha­łam się w czło­wieku, któ­rego wizja dopro­wa­dziła do jego stwo­rze­nia.

 

Gdy Raul zapar­ko­wał mer­ce­desa przy chod­niku, podzi­wia­łam sza­fi­rowe szkło ota­cza­jące bryłę Cross­fire o kształ­cie ostro­słupa. Odchy­li­łam głowę i spoj­rza­łam na lśniącą ścianę, bie­gnąc wzro­kiem na samą górę, na zalany świa­tłem szczyt, gdzie znaj­do­wała się firma Cross Indu­stries. Mijali mnie prze­chod­nie – na chod­niku roiło się od męż­czyzn i kobiet idą­cych do pracy z aktów­kami i tor­bami na zakupy w jed­nej ręce i kub­kami z paru­jącą kawą w dru­giej.

Poczu­łam obec­ność Gide­ona, zanim go zoba­czy­łam. Całe moje ciało wibro­wało świa­do­mo­ścią jego obec­no­ści, gdy wysiadł ze swo­jego ben­tleya, który zatrzy­mał się za mer­ce­de­sem. Powie­trze wokół mnie było nała­do­wane, czuć w nim było ener­ge­ty­zu­jącą ener­gię, która zwia­stuje nad­cią­ga­jącą burzę.

Nale­ża­łam do nie­licz­nych osób, które wie­działy, że tę burzę kar­mił nie­po­kój znę­ka­nej duszy Gide­ona.

Odwró­ci­łam się w jego stronę i uśmiech­nę­łam. Nasze jed­no­cze­sne przy­by­cie nie było zbie­giem oko­licz­no­ści. Zorien­to­wa­łam się, zanim potwier­dziło to jego spoj­rze­nie.

Gideon miał na sobie gra­fi­towy gar­ni­tur, białą koszulę i srebrny kra­wat z mate­riału o sko­śnym splo­cie. Kosmyki ciem­nych wło­sów muskały linię jego szczęki i koł­nie­rzyk w sek­sow­nie zawa­diacki spo­sób. W jego spoj­rze­niu na­dal tliła się gorąca gwał­tow­ność, która na początku mnie parzyła, ale w jego błę­kit­nych oczach były też czu­łość i otwar­tość, które zna­czyły dla mnie znacz­nie wię­cej niż wszystko, co Gideon mógłby mi kie­dy­kol­wiek dać.

Szedł ku mnie, więc i ja ruszy­łam w jego stronę.

– Dzień dobry, Mroczny i Groźny.

Uśmiech­nął się. Roz­ba­wie­nie jesz­cze bar­dziej ocie­pliło jego spoj­rze­nie.

– Dzień dobry, żono.

Wycią­gnę­łam do niego rękę i poczu­łam, jak w poło­wie drogi mocno ujmuje moją dłoń.

– Dzi­siaj rano powie­dzia­łam matce… że się pobra­li­śmy.

Zdu­miony, uniósł ciemną brew, a potem posłał mi trium­falny uśmiech.

– To dobrze.

Śmie­jąc się z jego nie­po­skro­mio­nej zabor­czo­ści, dałam mu lek­kiego kuk­sańca w ramię. Przy­cią­gnął mnie do sie­bie i poca­ło­wał w kącik roze­śmia­nych ust – ruszał się jak bły­ska­wica.

Jego radość była zaraź­liwa. Czu­łam, jak we mnie kwit­nie i roz­ja­śnia wszyst­kie miej­sca, które od kilku dni spo­wi­jała ciem­ność.

– W cza­sie pierw­szej prze­rwy zadzwo­nię do taty.

I prze­każę mu wia­do­mość.

Spo­waż­niał.

– A dla­czego dopiero teraz, nie wcze­śniej?

Mówił łagod­nym gło­sem, cicho, dba­jąc o naszą pry­wat­ność. Wokół prze­pły­wał stru­mień pra­cow­ni­ków biu­ro­wych, ale nie zwra­cali na nas uwagi. Jed­nak waha­łam się z odpo­wie­dzią, bo czu­łam się zanadto wysta­wiona na widok publiczny.

A potem… jesz­cze ni­gdy nie było mi tak łatwo wyja­wić prawdy. Tak dużo ukry­wa­łam przed ludźmi, któ­rych kocha­łam. Cho­dziło o dro­bia­zgi, ale i o ważne sprawy. Sta­ra­łam się utrzy­mać sta­tus quo, a rów­no­cze­śnie mia­łam nadzieję na zmianę, któ­rej potrze­bo­wa­łam.

– Bałam się – odrze­kłam.

Pod­szedł bli­żej i patrzył na mnie badaw­czo.

– A teraz już się nie boisz?

– Nie.

– Dziś wie­czo­rem powiesz mi dla­czego. Przy­tak­nę­łam.

– Powiem.

Objął mnie za szyję. Jego dotyk był rów­no­cze­śnie zabor­czy i czuły. Pozba­wiona wyrazu twarz niczego nie zdra­dzała, ale oczy… te błę­kitne oczy… kipiały emo­cjami.

– Damy radę, aniele.

Miłość zalała mnie gorącą falą niczym odu­rze­nie wywo­łane świet­nym winem.

– Bez dwóch zdań.

***

Dziw­nie się czu­łam, prze­kra­cza­jąc próg firmy Waters Field & Leaman, skoro odli­cza­łam w myślach dni, w cza­sie któ­rych będę mogła jesz­cze mówić, że pra­cuję w tej pre­sti­żo­wej agen­cji rekla­mo­wej. Megumi Kaba poma­chała mi zza biurka recep­cjo­nistki. Postu­kała w słu­chawkę, żeby dać mi znać, że pro­wa­dzi roz­mowę tele­fo­niczną i nie możemy poroz­ma­wiać. Odma­cha­łam jej i ruszy­łam zde­cy­do­wa­nym kro­kiem w stronę swo­jego sta­no­wi­ska. Mia­łam sporo pracy i cze­kało na mnie nowe wyzwa­nie.

Należy jed­nak zaczy­nać od początku. Wrzu­ci­łam torebkę i torbę do dol­nej szu­flady, usia­dłam w fotelu i zaczę­łam prze­glą­dać stronę kwia­ciarni. Wie­dzia­łam, czego chcę. Dwa tuziny bia­łych róż w wyso­kim wazo­nie z czer­wo­nego krysz­tału.

Biel to sym­bol czy­sto­ści. Przy­jaźni. Wiecz­nej miło­ści. A także pod­da­nia się. Wyraź­nie poka­za­łam, na czym mi zależy, gdy wymu­si­łam sepa­ra­cję mię­dzy mną a Gide­onem. I wygra­łam. Ale nie chcia­łam wojo­wać z moim mężem.

Nawet nie sili­łam się na wymy­śle­nie jakiejś mądrej notki na bile­ciku dołą­czo­nym do kwia­tów, jak to robi­łam w prze­szło­ści. Po pro­stu napi­sa­łam prawdę. Sta­wało się to łatwiej­sze z każdą minutą.

Jest Pan cudowny, Panie Cross.

Ubó­stwiam Pana i kocham.

Pani Cross

Strona inter­ne­towa kazała mi sfi­na­li­zo­wać trans­ak­cję. Klik­nę­łam „zamów” i przez chwilę wyobra­ża­łam sobie, co Gideon pomy­śli o tym pre­zen­cie. Mia­łam nadzieję, że pew­nego dnia zoba­czę, jak dostaje ode mnie kwiaty. Czy się uśmiech­nie, gdy mu je przy­nie­sie jego sekre­tarz Scott? Czy prze­rwie wypo­wiedź w cza­sie spo­tka­nia, które aku­rat pro­wa­dzi, żeby prze­czy­tać liścik ode mnie? A może czeka na jedną z nie­licz­nych chwil pry­wat­no­ści?

Uśmie­cha­łam się lekko, roz­wa­ża­jąc różne moż­li­wo­ści.

Uwiel­bia­łam dawać Gide­onowi pre­zenty.

A nie­ba­wem będę miała wię­cej czasu, by je wybie­rać.

***

– Odcho­dzisz?

Mark Gar­rity z nie­do­wie­rza­niem ode­rwał wzrok od mojego wypo­wie­dze­nia. Spoj­rzał na mnie. Ści­snęło mnie w żołądku na widok wyrazu twa­rzy szefa.

– Tak. I prze­pra­szam, że nie mogłam zro­bić tego z więk­szym wyprze­dze­niem.

– Jutro przy­cho­dzisz po raz ostatni? – Opadł na opar­cie fotela. Oczy Marka miały odcień cze­ko­lady i były nieco jaśniej­sze od jego kar­na­cji. Wyra­żały zasko­cze­nie i nie­po­kój. – Dla­czego, Evo?

Wes­tchnę­łam i pochy­li­łam się, by oprzeć łok­cie na kola­nach. Po raz kolejny powie­dzia­łam prawdę.

– Wiem, że jest to bar­dzo nie­pro­fe­sjo­nalne, ale… Muszę teraz zmie­nić prio­ry­tety i nie mogę poświę­cać pracy całej swo­jej uwagi. Przy­kro mi, Mark.

– Ja… − Gło­śno ode­tchnął i prze­cze­sał dło­nią ciemne mocno skrę­cone loki. – Cho­lera… Co mam powie­dzieć?

– Że mi wyba­czysz i nie będziesz miał mi tego za złe. – Zaśmia­łam się śmie­chem pozba­wio­nym weso­ło­ści. – Wiem, że pro­szę o wiele.

Zdo­był się na cierpki uśmiech.

– Nie chcę cię tra­cić, Evo. Wiesz o tym. Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek uświa­do­mi­łem ci, jak wiele wnio­słaś do firmy. Dzięki tobie lepiej pra­cuję.

– Dzię­kuję, Mark. Doce­niam to. – Boże, to było trud­niej­sze, niż myśla­łam, choć wie­dzia­łam, iż jest to naj­lep­sza i jedyna decy­zja, jaką mogę pod­jąć.

Popa­trzy­łam na okno za ple­cami mojego szefa. Jako młod­szy opie­kun klienta miał mały gabi­net z wido­kiem na budy­nek po dru­giej stro­nie ulicy, ale mimo to jego biuro było tak samo nowo­jor­skie jak prze­stronny gabi­net Gide­ona Crossa na naj­wyż­szym pię­trze.

Podział na pię­tra pod wie­loma wzglę­dami odzwier­cie­dlał to, jak defi­nio­wa­łam swój zwią­zek z Gide­onem.

Wie­dzia­łam, kim był: czło­wie­kiem będą­cym klasą samą w sobie. To w nim kocha­łam i nie chcia­łam, żeby się zmie­nił. Chcia­łam wyłącz­nie wspiąć się na jego pię­tro dzięki wła­snym zasłu­gom. Nie bra­łam pod uwagę faktu, iż moja uparta odmowa zaak­cep­to­wa­nia tego, że nasze mał­żeń­stwo zmie­niło plan, ścią­gała go na swój poziom.

Nie zasłynę z tego, że wspię­łam się na szczyt w swo­jej dzie­dzi­nie. Według nie­któ­rych osób zawsze będę kobietą, która wyszła za mąż dla pozy­cji spo­łecz­nej. Będę musiała z tym żyć.

– Dokąd odcho­dzisz? – zapy­tał Mark.

– Szcze­rze mówiąc, na­dal się nad tym zasta­na­wiam.

Wiem tylko, że nie mogę tu zostać.

Moje mał­żeń­stwo nie wytrzyma więk­szej pre­sji, a ja pozwo­li­łam, by zna­la­zło się na kra­wę­dzi, bo sta­ra­łam się zacho­wać dystans, bo chcia­łam być na pierw­szym miej­scu.

Gideon Cross był głę­boki i wielki jak ocean. Odkąd go ujrza­łam, bałam się, że w nim utonę. Teraz już nie mogłam się tego bać. Nie po tym, gdy zro­zu­mia­łam, że jesz­cze więk­szy strach budzi we mnie myśl, że mogę go stra­cić.

Sta­ra­jąc się zacho­wać neu­tral­ność, prze­ska­ki­wa­łam z jed­nej strony na drugą. I choć bar­dzo mnie to wku­rzało, nie pomy­śla­łam, że jeśli pra­gnę kon­troli, to po pro­stu powin­nam ją prze­jąć.

– Czy Lan­Corp jest przy­czyną? – docie­kał Mark.

– Po czę­ści.

Wygła­dzi­łam spód­nicę ołów­kową w prążki, men­tal­nie pozby­wa­jąc się w ten spo­sób żalu do Gide­ona, który zwer­bo­wał Marka. Kata­li­za­to­rem było to, że Lan­Corp zwró­cili się do Waters Field & Leaman z prośbą, żeby ich kam­pa­nią zaj­mo­wał się Mark, a przez to także ja, do czego Gideon odniósł się podejrz­li­wie. Dzia­ła­nia Geof­freya Crossa Pon­ziego uszczu­pliły for­tunę rodziny Lan­do­nów i choć Ryan Lan­don i Gideon odbu­do­wali to, co ich ojco­wie stra­cili, Lan­don na­dal pra­gnął zemsty.

– Waż­niej­sze są jed­nak powody oso­bi­ste – powie­dzia­łam.

Mark się wypro­sto­wał, oparł łok­cie o biurko i pochy­lił się w moją stronę.

– To nie moja sprawa i nie będę wścib­ski, ale wiesz, że Ste­ven, Shawna i ja zawsze będziemy przy tobie, jeśli będziesz nas potrze­bo­wała. Bar­dzo cię lubimy.