W syberyjskich lasachTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SYLVAIN TESSON

W SYBERYJSKICH LASACH

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Interludium

LUTY. Las

MARZEC. Czas

KWIECIEŃ. Jezioro

MAJ. Zwierzęta

CZERWIEC. Płacz

LIPIEC. Spokój

Podziękowania

Przypisy

Inne książki Sylvaina Tessona

Tytuł oryginału: DANS LES FORÊTS DE SIBÉRIE

Opracowanie redakcyjne: BARBARA KACZAROWSKA

Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA, JANINA ZGRZEMBSKA

Fotografia na okładce: © RIA NOVOSTI/EAST NEWS

Skład i łamanie: DINKOGRAF

Copyright © Éditions Gallimard 2011

For the Polish edition

Copyright © 2017, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-65613-66-0

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

INTERLUDIUM

Obiecałem sobie, że przed czterdziestką zaszyję się w leśnej pustelni.

Przez sześć miesięcy mieszkałem w syberyjskiej chacie nad brzegiem Bajkału na skraju przylądka Północnego Cedrowego[1]. Najbliższa wioska o sto dwadzieścia kilometrów, żadnych sąsiadów, żadnej drogi, czasem czyjaś wizyta. Zimą temperatura minus trzydzieści stopni, latem niedźwiedzie na brzegu. Krótko mówiąc, raj.

Zabrałem ze sobą książki, cygara i wódkę. Reszta – przestrzeń, cisza i samotność – już tam była.

Na tym pustkowiu zorganizowałem sobie życie skromne i piękne, skupione wokół najprostszych zajęć. Obserwowałem, jak mijają dni w lesie i nad jeziorem. Rąbałem drzewo, łowiłem ryby na obiad, dużo czytałem, chodziłem po górach i piłem wódkę przy oknie. Chata była idealnym punktem obserwacyjnym, by uchwycić wibracje natury.

Przeżyłem zimę i wiosnę, zaznałem szczęścia, rozpaczy i na koniec – spokoju.

W sercu tajgi przeszedłem metamorfozę. Pobyt nad Bajkałem przyniósł mi to, czego nie dawały już podróże. Duch miejsca pomógł mi oswoić czas. Moja pustelnia stała się laboratorium tych przemian.

Codziennie zapisywałem swoje myśli w zeszycie. Trzymacie w ręku dziennik eremity.

S.T.

Ponieważ należę do lasu i samotności

KNUT HAMSUN

Pan

Wolność zawsze istnieje. Wystarczy zapłacić cenę.

HENRY DE MONTHERLANT

Carnets 1957

Arnaudowi Humannowi

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

LUTY

Las

.

Istnieje z piętnaście gatunków sosów marki Heinz. W irkuckim markecie są wszystkie i nie wiem, co wybrać. Napełniłem już sześć wózków makaronem i sosem tabasco. Czeka na mnie niebieska ciężarówka. Kierowca Misza nie wyłączył silnika, bo na dworze jest minus trzydzieści dwa stopnie. Jutro wyjeżdżamy z Irkucka. W trzy dni dojedziemy do chaty na zachodnim brzegu jeziora. Dziś muszę załatwić zakupy. Decyduję się na super hot tapas Heinza. Biorę osiemnaście butelek: po trzy na miesiąc.

Piętnaście rodzajów keczupu. Właśnie z tego powodu zapragnąłem uciec od tego świata.

9 lutego

Leżę na łóżku u Niny na ulicy Proletariuszy. Lubię nazwy ulic w Rosji. W miasteczkach można znaleźć ulicę Pracy, ulicę Rewolucji Październikowej, ulicę Partyzantów i czasem ulicę Entuzjazmu, po której człapią stare, zmęczone Słowianki.

Nina prowadzi najlepszy pensjonat w Irkucku. Kiedyś była pianistką i występowała w salach koncertowych Związku Radzieckiego. Teraz wynajmuje pokoje. Wczoraj mi powiedziała: „Kto by uwierzył, że pewnego dnia zmienię się w fabrykę naleśników?”. Kot Niny mruczy mi na brzuchu. Gdybym był kotem, wiem, na czyim brzuchu lubiłbym się wygrzewać.

Marzenie, które noszę w sobie od siedmiu lat, ma się spełnić. W 2003 roku po raz pierwszy znalazłem się nad Bajkałem. Idąc brzegiem, co jakiś czas widywałem chaty zamieszkane przez eremitów zadziwiająco szczęśliwych. Dojrzewał we mnie pomysł zaszycia się w lesie, w ciszy i samotności. Minęło siedem lat i oto jestem.

Mobilizuję się, by odsunąć kota. Wstanie z łóżka wymaga olbrzymiej energii. Zwłaszcza gdy chcemy zmienić życie. Zawsze ta pokusa, by zawrócić, kiedy upragniona rzecz jest w zasięgu ręki. Są ludzie, którzy robią nagły zwrot w decydującym momencie. Boję się, że należę do tego gatunku.

Ciężarówka Miszy jest wyładowana po brzegi. Dojazd do jeziora to pięć godzin drogi poprzez lodowate stepy: żegluga przez góry i doliny stężałych fal. Wioski dymią u stóp wzgórz, parowce zatopione w głębinach. Na widok podobnych zjawisk Malewicz pisał: „Kto przemierzył Syberię, nigdy już nie będzie mógł twierdzić, że jest szczęśliwy”. Ze szczytu góry ukazuje się jezioro. Zatrzymujemy się, żeby się napić. Pytanie po czterech wypełnionych po brzegi kieliszkach wódki: jakim cudem linia brzegowa tak idealnie obejmuje kontur wody?

Załatwmy statystyki. Bajkał: długość siedemset kilometrów, szerokość osiemdziesiąt, głębokość półtora kilometra. Wiek: dwadzieścia pięć milionów lat. Grubość lodu zimą: sto dziesięć centymetrów. Słońca nie obchodzą te dane. Promienieje miłością na białej tafli. Chmury filtrują blask, stado plam światła ślizga się po śniegu: trupi policzek się rozjaśnia.

Ciężarówka wjeżdża na lód. Pod kołami kilometrowa głębina. Jeśli wpadniemy w szczelinę, samochód zniknie w ciemności. Ciała w ciszy opadną na dno. Jezioro jest wymarzonym grobowcem dla tych, którzy obawiają się gnicia. James Dean chciał umrzeć jako „piękny nieboszczyk”. Małe skorupiaki Epischura baikalensis oczyszczą ciała w dwadzieścia cztery godziny i zostawią jedynie biel kości na dnie wód.

10 lutego

Noc spędziliśmy w miasteczku Chużyr na wyspie Olchon, skąd jedziemy na północ. Misza nie odzywa się ani słowem. Podziwiam milczących ludzi, wyobrażam sobie ich myśli.

Kieruję się stronę miejsca moich marzeń. Dzień jest ponury. Mróz wypuścił swoje konie na wiatr. Tumany śniegu uciekają spod kół. Burza wciska się w szczelinę między niebem a lodem. Spoglądam na brzeg i odpycham od siebie myśl, że przez sześć miesięcy będę żyć w tych lasach jak z requiem. Są tu wszystkie składniki wyobrażeń o syberyjskich deportacjach: ogrom, sina poświata. Lód kojarzy się z całunem. Niewinnych ludzi na dwadzieścia pięć lat rzucano w ten koszmar. Ja będę tu siedział z własnej woli. Czy mam prawo się skarżyć?

Misza: – Smutno tu.

Potem milczy aż do następnego dnia.

Moja chata znajduje się w północnej części rezerwatu Bajkał-Lena. Jest to dawna siedziba geologów, wzniesiona w latach osiemdziesiątych na polanie wśród cedrowego lasu. Od drzew pochodzi nazwa cypla: Północny Cedrowy. To brzmi jak nazwa rezydencji dla seniorów. W końcu ja też będę tam jak na emeryturze.

Jazda po jeziorze jest gwałtem. Jedynie bogowie i pająki chodzą po wodzie. Trzykrotnie zaznałem uczucia, że łamię tabu. Pierwszy raz, oglądając dno Morza Aralskiego opróżnione przez człowieka. Drugi raz, czytając zapiski osobiste pewnej kobiety. Trzeci, jadąc po wodach Bajkału. Za każdym razem wrażenie zerwania jakiejś zasłony, podglądania przez dziurkę od klucza.

Opowiadam to wszystko Miszy. Nie reaguje.

Wieczorem zatrzymujemy się w stacji badawczej Pokojniki, w samym sercu rezerwatu.

Siergiej i Natasza pracują tu jako strażnicy. Są piękni jak greccy bogowie, tylko bardziej ubrani. Mieszkają w Pokojnikach od dwudziestu lat i ścigają kłusowników. Moja chata leży pięćdziesiąt kilometrów na północ. Cieszę się, że zostanę ich sąsiadem. Przyjemnie mi będzie myśleć o tych dwojgu. Miłość Siergieja i Nataszy to wyspa wśród syberyjskiej zimy.

Wieczorem dołączyli do nas znajomi gospodarzy: Sasza i Jura, syberyjscy rybacy, obaj jak z Dostojewskiego. Sasza ma nadciśnienie, jest różowy, pełen życia. Jego mongolskie oczy mają twarde spojrzenie. Jura jest mroczny, w typie Rasputina, karmiony rybą z mułu. Cerę ma siną jak mieszkańcy Tolkienowskiego Mordoru. Od piętnastu lat nie był w mieście.

11 lutego

Rano wracamy na lód. Z boku przewija się las. Kiedy miałem piętnaście lat, pojechaliśmy do Verdun zwiedzić muzeum pierwszej wojny. Pamiętam salę Chemin des Dames i żołnierzy w okopach zalanych błotem. Tego ranka las jest taką zatopioną armią i widać jedynie wystające bagnety.

Lód trzeszczy. Pęka ściskany ruchem płyt tektonicznych. Linie pęknięć kreślą pręgi na rtęciowej równinie, plując kryształowymi odłamkami lodu. Niebieska krew płynie ze zranionego szkła.

– To piękne – mówi Misza.

 

I nic więcej aż do wieczora.

O dziewiętnastej pojawia się mój cypel. Przylądek Północny Cedrowy. Moja chata. Współrzędne GPS: N 54°26'45.12" / E 108°32'40.32".

Małe, ciemne sylwetki ludzi z psami wychodzą ku nam na plażę. Bruegel malował tak wieśniaków. Zima zmienia wszystko w holenderski obraz: precyzyjny i lśniący.

Pada śnieg, potem nadchodzi wieczór i cała ta biel staje się przerażającą czernią.

12 lutego

Wołodia T., pięćdziesięcioletni strażnik leśny, od piętnastu lat mieszka w chacie na przylądku Północnym Cedrowym z żoną Ludmiłą. Ma przyciemnione okulary i łagodną twarz.

Niektórzy Rosjanie są brutalni, ale jemu można by powierzyć niedźwiadka. Wołodia i Ludmiła chcą wrócić do Irkucka. Ludmiła cierpi na zapalenie żył – musi się leczyć. Jej skóra, jak to u rosyjskich kobiet pojonych herbatą, jest biała jak brzuch żaby: pod masą perłową rysują się kręte nitki żył. Czekali na mnie, żeby móc wyjechać.

Chata dymi w cedrowym zagajniku. Śnieg pokrył dach bezową pianą, belki mają kolor piernika. Jestem głodny.

Domek stoi u podnóża gór wysokich na dwa tysiące metrów. Tajga wspina się na szczyty i kapituluje na tysiącu metrach. Wyżej królują kamień, lód i niebo. Zbocze zaczyna się za chatą. Jezioro leży na wysokości czterystu metrów nad poziomem morza, jego brzeg widzę z okna.

Co trzydzieści kilometrów rozmieszczone są placówki rezerwatu, gdzie mieszkają strażnicy podlegający Siergiejowi. W kierunku północnym, na przylądku Jełochin, mój sąsiad ma na imię Wołodia. Na południe, w małej osadzie Zaworotnoje, mieszka inny Wołodia. Potem, w przypływie melancholii, kiedy będę potrzebował kompana do kielicha, wystarczy mi dzień marszu na południe lub pięć godzin na północ.

Siergiej, szef strażników, przyjechał z nami z Pokojnik. Wysiadłszy z ciężarówki, w milczeniu spojrzeliśmy na wspaniały pejzaż, po czym Siergiej zwrócił się do mnie, dotykając skroni:

– Idealne miejsce do samobójstwa.

Ciężarówką przyjechał również mój przyjaciel Arnaud, który towarzyszy mi od Irkucka. Mieszka tam od piętnastu lat. Ożenił się z najpiękniejszą kobietą w mieście. Marzyły jej się Paryż i Cannes. Kiedy zrozumiała, że Arnaudowi tylko tajga w głowie, rzuciła go.

Podczas kilku następnych dni wszyscy pomogą mi się zainstalować. Potem wrócą do siebie, zostawiając mnie samego. Na razie wyładowujemy sprzęt.

SPRZĘT NIEZBĘDNY

DO ŻYCIA PRZEZ SZEŚĆ MIESIĘCY W LESIE

Dwie siekiery – duża i mała

Plandeka

Worek jutowy

Łom i podbierak do lodu

Łyżwy

Rakiety śniegowe

Kajak i wiosło

Wędki, żyłka, ciężarki, haczyki, muchy i błystki

Naczynia kuchenne

Czajnik

Świder do lodu

Lina

Nóż i szwajcarski scyzoryk

Osełka

Lampa naftowa

Nafta

Świeczki

GPS, busola, mapa

Kolektory słoneczne, kable i akumulatory

Zapałki i zapalniczki

Plecak górski

Worki marynarskie

Mata filcowa

Śpiwory

Ekwipunek wysokogórski

Moskitiera na twarz

Rękawice

Walonki

Czekan

Raki

Apteczka

(10 opakowań paracetamolu na leczenie kaca)

Piła

Młotek, gwoździe, śrubki, pilnik

Flaga francuska na 14 lipca

Race do odstraszania niedźwiedzi

Pistolet na race

Peleryna przeciwdeszczowa

Grill

Składana piła

Namiot

Mata

Latarka czołowa

Śpiwór do –40°C

Kurtka kanadyjskiej policji konnej

Plastikowe sanki

Buty z getrami

Wódka i kieliszki

Spirytus

(w razie wyczerpania poprzedniego artykułu)

Biblioteka osobista

Cygara, cygaretki, papier d’Arménie

Pudełko Tupperware pełniące funkcję nawilżacza

Ikony

(święty Serafin z Sarowa, święty Mikołaj, carska rodzina ostatnich Romanowów, car Mikołaj II, Czarna Madonna)

Drewniane skrzynie

Lornetka

Urządzenia elektroniczne

Zeszyty i długopisy

Prowiant na sześć miesięcy

(makaron, ryż, sos tabasco, suchary, owoce w puszkach, papryka, pieprz, sól, kawa, miód i herbata)

Zabawne, człowiek decyduje się na samotne życie w chacie, wyobraża sobie, jak pali cygaro na tle nieba, pogrążony w rozmyślaniach, a tymczasem odhacza prowiant w zeszycie. Życie to sklepik spożywczy.

Otwieram drzwi do chaty. W Rosji laminat święci triumfy. Siedemdziesiąt lat materializmu historycznego kompletnie zniszczyło poczucie estetyki Rosjan. Skąd się bierze bezguście? Dlaczego nie mogą się tu obejść bez linoleum? Jak to się stało, że kicz podbił świat? Powszechny pęd do brzydoty jest dominującą cechą globalizacji. Aby się o tym przekonać, wystarczy zobaczyć chińskie miasto, poobserwować nowe trendy dekoracyjne na francuskiej poczcie albo jak ubierają się turyści. Zły gust jest wspólnym mianownikiem ludzkości.

Przez dwa dni z pomocą Arnauda zrywam linoleum, ceraty, poliestrowe plandeki i plastikowe tapety pokrywające ściany. Podważamy łomem oszalowanie z kartonu. Spod tych warstw wyłaniają się nagie drewniane bale z zastygłymi kroplami żywicy i jasnożółty parkiet w kolorze pokoju van Gogha w Arles. Wołodia patrzy na nas z konsternacją. Nie widzi, że nagie, bursztynowe drewno jest piękniejsze dla oka niż cerata. Słucha moich wyjaśnień. Jestem burżujem wychwalającym wyższość parkietu nad linoleum. Estetyka jest reakcyjnym zboczeniem.

Z Irkucka przywieźliśmy okno z jasnej sosny z podwójną szybą, które ma zastąpić okienko sączące wątłe światło jak na komisariacie. Aby osadzić futrynę, Siergiej wycina otwór w balach mechaniczną piłą. Pracuje nerwowo, bez chwili przerwy, nie mierzy kątów i potem poprawia błędy spowodowane pośpiechem. Rosjanie zawsze wszystko budują na łapu-capu, jakby w każdej chwili spodziewali się najazdu faszystów.

W wioskach rozrzuconych po całym kraju Rosjanie nie są zbyt pewni swojego losu. Świnka z bajki nie czuła się bezpieczniej w słomianym domku. Życie pomiędzy czterema drewnianymi ścianami pośród zamarzniętych bagien uczy skromności. Osady nie są budowane dla potomnych. To zlepek kilku chat trzeszczących pod naporem północnych wiatrów. Rzymianin budował na tysiąc lat. Rosjanin chce przetrwać zimę.

Chata jest pudełkiem zapałek, które ma stawiać czoło wichurom. Córka lasu, zagrożona rozpadem: belki jej ścian były kiedyś drzewami na polanie. Obróci się w humus, kiedy opuści ją właściciel. Pomimo prostoty zapewnia doskonałą ochronę przed zimnem. Nie szpeci lasu, który daje jej schronienie. Obok jurty i igloo staje na podium najpiękniejszych odpowiedzi człowieka na wrogość otoczenia.

13 lutego

Jeszcze dziesięć godzin poświęconych na opróżnianie polanki ze stosów śmieci. Wyczyścić miejsce, żeby powrócił jego duch. Rosjanie robią porządek ze swoją przeszłością, ale nie z odpadami. Coś wyrzucić? Nigdy w życiu, mówią. Pozbywać się silnika od traktora, którego tłok można by przerobić na lampę? Terytorium dawnego ZSRR jest usiane ekskrementami planów pięcioletnich: resztki zrujnowanych fabryk, maszyn, szkieletów samolotów. Wielu Rosjan żyje w miejscach przypominających plac budowy lub złomowisko starych samochodów. Oni nie widzą śmieci. Psychicznie ignorują spektakl, który roztacza się przed ich oczami. Czasownik abstragirowat’ – abstrahować – jest niezbędnym pojęciem, kiedy się mieszka na wysypisku.

14 lutego

Ostatnia skrzynia to książki. Jeśli ktoś mnie spyta, dlaczego przyjechałem na to odludzie, powiem, że miałem zaległości w lekturze. Przybijam deskę nad pryczą i ustawiam na niej książki. Mam ich z sześćdziesiąt. W Paryżu starannie przygotowałem idealną listę. Kiedy człowiek podejrzewa, że jego życie wewnętrzne nie jest wystarczająco bogate, musi wziąć ze sobą dobre książki, żeby wypełnić własną pustkę. Błędem byłoby wybierać wyłącznie ambitną lekturę, myśląc, że życie w lesie utrzymuje wysoki poziom temperatury duchowej. Czas się bardzo wlecze, gdy ma się tylko Hegla na śnieżne popołudnia.

Przed wyjazdem znajomy doradził mi Pamiętniki kardynała de Retza i Fouqueta Moranda. Wiedziałem już, że nie należy podróżować z książkami, które mówią o miejscu, do którego się wybieramy. W Wenecji należy czytać Lermontowa, a nad Bajkałem Byrona.

Opróżniam skrzynię. Mam tu Michela Tourniera na marzenia, Michela Déona na melancholię, Lawrence’a na zmysły, Mishimę na tęgie mrozy. Przywiozłem małą serię książek o życiu w naturze: radykalny Grey Owl, mityczny Daniel Defoe, Aldo Leopold na wypadek problemów etycznych, filozoficzny Thoreau, choć jego protestanckie ględzenie trochę mnie męczy. Whitman z kolei mnie zachwyca: jego Źdźbła trawy tchną iskrą bożą. Jünger jest autorem wyrażenia „nadzieja w lasach”, mam cztery czy pięć jego książek. Nieco poezji oraz filozofowie: Nietzsche, Schopenhauer, stoicy. Sade i Casanova dla rozgrzania zmysłów. Kryminały z „Czarnej serii” Gallimarda – czasem trzeba odetchnąć. Kilka kluczy do rozpoznawania ptaków, roślin, owadów, wydanych przez Delachaux i Niestlé. To się rozumie samo przez się, że trzeba znać imiona gospodarzy, kiedy się człowiek do nich wprosi. Obojętność byłaby afrontem. Gdyby jacyś ludzie wpakowali mi się do mieszkania i zaczęli się w nim panoszyć, chciałbym, żeby przynajmniej wiedzieli, jak się nazywam. Rząd tomów „Plejady” błyszczy w świetle świec. Książki są jak ikony. Po raz pierwszy w życiu przeczytam powieść jednym ciągiem.

LISTA LEKTUR IDEALNYCH

Z WIELKIM NAMYSŁEM UŁOŻONA W PARYŻU Z MYŚLĄ O SZEŚCIOMIESIĘCZNYM POBYCIE W SYBERYJSKIM LESIE

Quai des enfers (Piekielne nabrzeże), Ingrid Astier

Kochanek lady Chatterley, D.H. Lawrence

Bojaźń i drżenie. Choroba na śmierć, Kierkegaard

Des pas dans la neige (Kroki w śniegu), Erik L’Homme

Un théâtre qui marche (Teatr, który działa), Philippe Fenwick

Des nouvelles d’Agafia (Wiadomości od Agafii), Wasilij Peskow

Indian Creek, Pete Fromm

Les Hommes ivres de Dieu (Ludzie pijani Bogiem), Jacques Lacarrière

Piętaszek czyli otchłanie Pacyfiku, Michel Tournier

Liliowa taksówka, Michel Déon

Filozofia w buduarze, Sade

Gilles, Drieu la Rochelle

Z zimną krwią, Truman Capote

Robinson Crusoe, Daniel Defoe

Un an de cabane (Rok w chacie), Olaf Candau

Zaślubiny, Camus

Upadek, Camus

Robinson des mers du Sud (Robinson południowych mórz), Tom Neale

Marzenia samotnego wędrowca, Rousseau

Historia mojego życia, Casanova

Pieśń świata, Giono

Fouquet, Paul Morand

Carnets (Dzienniki), Montherlant

Soixante-dix s’efface (Siedemdziesiąt zaciera się), tom I, Jünger

Le Traité du rebelle (Traktat buntownika), Jünger

Le Nœud gordien (Węzeł gordyjski), Jünger

Approches, drogues et ivresse (Zbliżenia, narkotyki i pijaństwo), Jünger

Jeux africains (Gry afrykańskie), Jünger

Kwiaty zła, Baudelaire

Listonosz zawsze dzwoni dwa razy, James M. Cain

Poeta, Michael Connelly

Krwawy księżyc, James Ellroy

Eva, James Hadley Chase

Les Stoïciens (Stoicy), seria Pléiade

Krwawe żniwo, Dashiell Hammett

O naturze rzeczy, Lukrecjusz

Mit wiecznego powrotu, Mircea Eliade

Świat jako wola i przedstawienie, Schopenhauer

Tajfun, Conrad

Odes (Ody), Segalen

Vie de Rancé (Życie księdza Rancé), Chateaubriand

Tao-Te-King, Lao-Cy

Élégie de Marienbad (Elegia z Marienbadu), Goethe

Nouvelles complètes (Opowiadania wszystkie), Hemingway

Ecce Homo, Nietzsche

Tako rzecze Zaratustra, Nietzsche

Zmierzch bożyszcz, Nietzsche

Vingt-cinq ans de solitude (Dwadzieścia pięć lat samotności), John Haines

Ludzie z ostatniej granicy, Grey Owl

Traité de la cabane solitaire (Traktat o życiu w samotni), Antoine Marcel

Au cœur du monde (W centrum świata), Cendrars

Źdźbła trawy, Whitman

Zapiski z piaszczystej krainy, Aldo Leopold

L’Œuvre au noir (Nigredo), Yourcenar

Baśnie tysiąca i jednej nocy

Sen nocy letniej, Szekspir

Wesołe kumoszki z Windsoru, Szekspir

Wieczór Trzech Króli, Szekspir

Romans de la Table ronde (Opowieści Okrągłego Stołu), Chrétien de Troyes

 

American Black Box, Maurice G. Dantec

American Psycho, B.E. Ellis

Walden, czyli życie w lesie, Thoreau

Nieznośna lekkość bytu, Kundera

Złota pagoda, Mishima

Obietnica poranka, Romain Gary

Pożegnanie z Afryką, Karen Blixen

Les Aventuriers (Łowcy przygód), José Giovanni

Szóstego dnia po wyjeździe z Irkucka ciężarówka z przyjaciółmi zniknęła na horyzoncie. Dla rozbitka wyrzuconego na plażę nie ma nic bardziej przejmującego niż ginący w oddali żagiel. Wołodia i Ludmiła jadą do Irkucka i do nowego życia. Wyczekuję momentu, kiedy odwrócą głowy, by po raz ostatni spojrzeć na chatę.

Nie oglądają się.

Ciężarówka jest już tylko punktem. Zostaję sam. Góry wydają się surowsze. Pejzaż intensywnieje. Kraina narzuca mi się z całą mocą. Nie do wiary, jak człowiek pochłania uwagę człowieka. Obecność innych pozbawia świat wyrazu. Samotność jest zdobyczą, która przywraca wam radość z rzeczy.

Minus trzydzieści trzy stopnie. Ciężarówka roztopiła się we mgle. Cisza spada z nieba w formie białych wiórków. Być samemu – to słyszeć ciszę. Podmuch wiatru. Ostre igiełki mącą wzrok. Krzyczę na cały głos. Rozkładam ramiona, wystawiam twarz ku lodowatej nicości i wchodzę do ciepła.

Dotarłem do przystani swojego życia.

Wreszcie się dowiem, czy mam życie wewnętrzne.

15 lutego

Mój pierwszy samotny wieczór. Na początku boję się ruszać. Oszałamia mnie wizja nadchodzących dni. O dziesiątej wieczorem ciszę przerywa huk eksplozji. Powietrze się ociepliło, niebo zapowiada śnieg, jest tylko minus dwanaście. Gdyby rosyjska artyleria ostrzeliwała jezioro, chata nie trzęsłaby się bardziej. Wychodzę na dwór i w cieplejszym powietrzu słucham uderzeń. To prądy na jeziorze wprawiają w ruch tafle lodu.

Uwięziona woda błaga o uwolnienie. Lód oddziela żywe organizmy – ryby, kwiaty i algi, ssaki wodne, stawonogi i mikroorganizmy – od nieba. Tworzy zaporę między życiem i gwiazdami.

Izba mierzy trzy metry na trzy. Ogrzewa ją żeliwny piec, który będzie moim przyjacielem. Nie przeszkadza mi pochrapywanie takiego towarzysza. Piec jest osią świata. Wszystko się wokół niego kręci. To bożek, który żyje własnym życiem. Kiedy składam mu ofiarę z polan, oddaję cześć Homo erectus, który ujarzmił ogień. Bachelard w Psychoanalizie ognia snuje hipotezę, że to seks podsunął pomysł pocierania dwóch drewienek, by zapalić hubę. W takim razie człowiek, pieprząc, musiał przeczuwać ogień. Dobrze wiedzieć. By zaspokoić libido, popatrzeć na żar.

Mam dwa okna. Jedno wychodzi na południe, drugie na wschód. Z tego drugiego widać ośnieżone szczyty Buriacji odległe o sto kilometrów. Z pierwszego, poprzez gałęzie pochyłej sosny, łuk zatoki wygięty na południe.

Stół przylegający do wschodniego okna zajmuje całą jego szerokość na rosyjską modłę. Słowianie mogą godzinami wpatrywać się w krople na szybach. Czasem wstają, napadają na jakiś kraj, robią rewolucję, a potem wracają marzyć u okna w przegrzanej izbie. Zimą na okrągło piją herbatę i nie chce im się wychodzić z domu.

16 lutego

W południe na dworze.

Niebo przypudrowało tajgę. Zielonobrązowe cedry aksamitnieją od śniegu. Zimowy las: srebrne futro narzucone na ramiona reliefu. Fale roślinności pokrywają zbocza. Ta wola drzew, żeby wszystko opanować. Las, powolna fala. W każdym zagłębieniu reliefu biel wierzchołków przecinają czarne smugi.

Dlaczego człowiek woli abstrakcyjne chimery niż piękno kryształków śniegu?

17 lutego

Tego ranka słońce wspięło się nad szczytami Buriacji o ósmej siedemnaście. Jeden promień przeniknął przez szybę i położył się na belce. Leżałem w śpiworze. Miałem wrażenie, że drewno krwawi.

Ostatnie płomienie w piecu gasną o czwartej rano. O świcie w izbie jest lodowato. Trzeba wstać i rozpalić ogień: dwie czynności, które celebrują przejście od hominida do człowieka. Zaczynam dzień od dmuchania na żar. Potem kładę się do czasu, aż wnętrze chaty nabierze temperatury jaja.

Tego ranka oliwię broń zostawioną przez Siergieja. To pistolet na race, używany przez marynarzy do wzywania pomocy. Lufa pluje ładunkiem oślepiającego fosforu, który gasi zapędy niedźwiedzia lub innego intruza.

Nie mam fuzji i nie będę polować. Przede wszystkim dlatego, że zabrania tego regulamin rezerwatu przyrody. Poza tym uważam, że mordowanie żywych istot zamieszkujących las, którego jestem gościem, byłoby szczytem chamstwa. Czy chcemy, żeby obcy na nas napadali? Nie przeszkadza mi, że istoty zgrabniejsze, szlachetniejsze i inaczej zbudowane ode mnie żyją na wolności w leśnych ostępach.

To nie jest las w Chantilly. Kiedy kłusownicy natkną się na strażników, dyskusja toczy się ze spluwą w ręku. Siergiej nie patroluje nigdy bez fuzji. Wokół jeziora widać groby z nazwiskami strażników. Prosty betonowy obelisk, czasem z fotografią w medalionie, ozdobiony plastikowymi kwiatami. Grobów kłusowników się nie spotyka.

Myślę o losie norek. Urodzić się w lesie, przeżyć syberyjskie zimy, wpaść w pułapkę i skończyć jako płaszcz na plecach babska, które by trzech minut w lesie nie przeżyło... Żeby choć jeszcze kobiety noszące futra miały grację kun, które się dla nich obdziera ze skóry. Pięć dni temu Siergiej opowiadał mi, że gubernator Irkucka polował na niedźwiedzie z pokładu helikoptera w górach nad Bajkałem. Mi-8 stracił równowagę pod wpływem podmuchu wiatru, rozbił się i zapalił. Bilans: siedmioro zabitych. Siergiej: „Niedźwiedzie tańczyły polkę wokół ogniska”.

Mam też nóż produkcji czeczeńskiej, piękny nóż z drewnianą rękojeścią. Nie rozstaję się z nim przez cały dzień. Wieczorem wbijam go w drewno nad łóżkiem. Wystarczająco głęboko, żeby nie zrobił mi dziury w brzuchu, spadając w samym środku snu.

18 lutego

Chcę załatwić dawne porachunki z czasem. W pieszych wędrówkach znalazłem sposób, by zwolnił swój bieg. Alchemia podróży zagęszczała sekundy. Te spędzone w drodze uciekały wolniej niż inne. Ogarnęło mnie szaleństwo, potrzebowałem nowych horyzontów. Zapałałem namiętnością do lotnisk, gdzie wszystko zaprasza do wyjścia i do wyjazdu. Śniłem, że skończę na terminalu. Moje podróże zaczynały się jak ucieczki, a kończyły wyścigiem z czasem.

Dwa lata temu miałem okazję spędzić trzy dni w drewnianej chacie na wschodnim brzegu Bajkału. Leśny strażnik Anton udzielił mi gościny w swojej maleńkiej izbie. Nosił okulary dalekowidza i powiększone soczewkami oczy nadawały mu wygląd wesołej żaby. Wieczorem graliśmy w szachy, w dzień sprawdzaliśmy pułapki. Mało mówiliśmy, dużo czytaliśmy – ja Huysmansa, on Hemingwaya, którego wymawiał Hemingwaj. On pił herbatę litrami, ja chodziłem po lesie. Wnętrze chaty tonęło w słońcu, gęsi uciekały przed jesienią. Myślałem o swoich bliskich. Słuchaliśmy radia. Spikerka podawała temperatury w Soczi. „Morze Czarne musi być piękne” – mówił Anton. Od czasu do czasu dorzucał drewna do pieca, a gdy minął dzień, wyciągał szachownicę. Piliśmy krasnojarską wódkę z małych kieliszków i przesuwaliśmy pionki. Zawsze miałem białe, często przegrywałem. Te niekończące się dni szybko minęły. Żegnając go, pomyślałem: „To życie dla mnie”. Trwanie w jednym miejscu przynosiło to, czego nie dawała mi już podróż: spokój.

Przysiągłem sobie wówczas, że na kilka miesięcy zaszyję się w takiej chacie. Zimno, cisza i samotność jutro będą cenniejsze od złota. Na przeludnionej, przegrzanej i hałaśliwej Ziemi chata w lesie to eldorado. O tysiąc pięćset kilometrów stąd pulsują Chiny. Półtora miliarda istot ludzkich wkrótce zacznie odczuwać niedostatek wody, lasów, przestrzeni. Żyć w lesie nad brzegiem największego rezerwuaru słodkiej wody na świecie jest luksusem. Pewnego dnia zrozumieją to saudyjscy nafciarze, indyjscy nuworysze i rosyjscy biznesmeni, którzy nudzą się w marmurowych pałacach. Przyjdzie czas, żeby przenieść się trochę wyżej i dotrzeć do tundry. Szczęście będzie się znajdować powyżej sześćdziesiątego stopnia północnej szerokości geograficznej.

Lepiej żyć radośnie na dzikich polankach, niż marnieć w mieście. W szóstym tomie Człowiek i Ziemia, geograf Élisée Reclus – mistrz anarchistów piszący staroświeckim stylem – rozwija wspaniałą myśl. Przyszłość ludzkości leży w „ścisłym połączeniu cywilizacji z dzikością”. Nie musielibyśmy wybierać między głodem rozwoju technicznego a pragnieniem dziewiczych przestrzeni. Życie w lesie jest doskonałym miejscem, żeby pogodzić archaiczne z futurystycznym. Pod koronami drzew toczy się wieczne życie, najbliższe próchnicznej ziemi. Tu odnajduje się kontakt ze światłem księżyca, poddaje się doktrynie lasu, nie rezygnując z dobrodziejstw nowoczesności. Moja chata jest miejscem zaślubin postępu i antyku. Przed wyjazdem z wielkiego sklepu cywilizacji wybrałem sobie kilka produktów koniecznych do szczęścia: książki, cygara, wódka – będę się nimi delektował w surowych warunkach leśnych. Tak się przejąłem przepowiedniami Reclusa, że wyposażyłem chatę w baterie słoneczne, które zasilają laptop. Krzem mojego procesora żywi się fotonami. Słucham Schuberta, patrząc na śnieg, narąbawszy drewna, czytam Marka Aureliusza, palę hawańskie cygaro, świętując wieczorny połów. Élisée byłby zadowolony.

W Co ja tu robię? Bruce Chatwin cytuje Jüngera, który cytuje Stendhala: „Sztuka cywilizacji polega na połączeniu największych przyjemności i ciągłego zagrożenia”. Oto echo nakazu Reclusa. Najważniejsze to kierować swoim życiem, odważnie operując sterem. Przechodzić linię szczytów między odmiennymi światami. Balansować między przyjemnością i niebezpieczeństwem, chłodem rosyjskiej zimy i ciepłem pieca. Nigdzie nie osiadać, zawsze oscylować między jednym a drugim biegunem skali wrażeń.

Życie w lesie pozwala spłacić dług. Oddychamy, jemy owoce, zbieramy kwiaty, kąpiemy się w rzece i potem pewnego dnia umieramy, nie zapłaciwszy rachunku. Jak klient, który ulotnił się z restauracji. Ideałem byłoby przejść przez życie niczym skandynawski troll, który biega po wrzosowiskach, nie zostawiając śladów. Powinniśmy trzymać się zasady Baden-Powella: „Kiedy zwijamy biwak, trzeba zostawić dwie rzeczy. Po pierwsze: nic. Po drugie: podziękowania”. Co najważniejsze? Nie ciążyć nadmiernie planecie. Eremita, zamknięty w swoim drewnianym pudełku, nie zanieczyszcza Ziemi. Z progu chaty obserwuje, jak pory roku tańczą odwieczny taniec powrotów. Pozbawiony maszyn, utrzymuje w sprawności swoje ciało. Odcięty od kontaktów z innymi studiuje mowę drzew. Wyzwolony od telewizji odkrywa, że okno jest prawdziwsze od ekranu. Jego chata zapewnia wygodę i stanowi ozdobę brzegu. Pewnego dnia mamy dość mówienia o „dekoniunkturze” i miłości do natury. Pojawia się chęć podporządkowania czynów ideom. Przychodzi pora, żeby wyjechać z miasta i spuścić na gadanie kurtynę lasu.