Na dzikich ścieżkachTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wstęp

1. Zły początek

2. O ruinach i chaszczach

3. Dzikie ścieżki

4. Czarny cień

5. W stronę morza

Przypisy

Inne książki Sylvaina Tessona

Tytuł oryginału: SUR LES CHEMINS NOIRS

Opracowanie redakcyjne: MAGDALENA HORNUNG

Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA, JANINA ZGRZEMBSKA

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © Éditions Gallimard 2016

For the Polish edition

Copyright © 2018, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-65613-87-5

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

dla L.

Wyjdę z domu, dawne smutki zostaną dziś zapomniane, ponieważ powietrze jest chłodne i ciche, a góry wysokie i wznoszą się aż do nieba, a na leśnych polanach panuje cisza jakby na cmentarzu przy kościele; i rozpalone czoło obmyję rosą, i nie będę już więcej nieszczęśliwy.

THOMAS DE QUINCEY, Wyznania opiumisty[1]


Mapa Francji opracowana przez autorów raportu o stanie opóźnionych w rozwoju obszarów wiejskich. Słaba gęstość zaludnienia, brak komunikacji, wyposażenia, dostępu do usług i zasobów – to kryteria, według których 250 gmin (ciemniej zaznaczone na mapie) zaklasyfikowano do opóźnionych w rozwoju

© Inra UMR CESAER / M. Hilal


Trasa mojej pieszej wędrówki

Wstęp

To był trudny rok. Przez długi czas bogowie sprzyjali naszej rodzinie, a myśmy się pławili w ich dobroci. Może nawet nad niektórymi z nas pochylali się jak wróżki z bajki? Potem ich uśmiech zamienił się w grymas.

Nie byliśmy niczego świadomi i bez ceregieli korzystaliśmy z życzliwości losu. Zwalniała nas ona od najmniejszej wdzięczności i skłaniała do zgubnej beztroski. Nasze życie przypominało obraz Bonnarda. Słońce na białych marynarkach, kompotierki na obrusie, okna otwarte na sad, po którym chodzą sobie dzieci, a na dworze poszept jabłoni: idealna sceneria, żeby dostać obuchem w łeb.

Nie trzeba było długo czekać. Moje siostry, moich siostrzeńców, wszystkich nas dosięgło jedno z tych nieszczęść, które w średniowiecznych opowieściach przenikają mury obronne: cień pełznie uliczkami, dociera do serca miasta, wdziera się na wieżę. Nadciąga morowe powietrze.

Nasza matka umarła tak, jak żyła, wystawiając nas do wiatru, a ja zleciałem z dachu, gdzie urządzałem wygłupy po pijaku. Spadłem z parapetu Nocy i rozbiłem się na ziemi. Osiem metrów wystarczyło, żebym miał pogruchotane żebra, kręgi, czaszkę. No to się urządziłem. Długo nie mogłem sobie darować tego upadku, bo do tej pory moje ciało było maszyną, która pozwalała mi żyć na maksymalnych obrotach. Według mnie prawdziwe życie miało być jak tablica rozdzielcza syberyjskiej ciężarówki: wszystkie kontrolki świecą na czerwono, ale maszyna wali przed siebie i rozjeżdża na miazgę jakąś tam Kasandrę z twarzą Idioty, która staje w poprzek drogi i macha rękami, żeby ostrzec przed katastrofą. Końskie zdrowie? Przywiodło mnie do klęski, przez te osiem metrów postarzałem się o pięćdziesiąt lat.

Pozbierano mnie do kupy. Wróciłem do życia. Gdybym umarł, nawet nie dostąpiłbym łaski, żeby zobaczyć swoją matkę w niebie. Sto miliardów istot ludzkich urodziło się na ziemi od czasu, gdy homo sapiens stał się tym, kim jesteśmy. Czy naprawdę ktoś wierzy, że w ścisku wiekuistej, zapchanej aniołkami termitiery odnajdzie bliską osobę?

W szpitalu obchodzono się ze mną jak z jajkiem. Francuski system opieki zdrowotnej ma tę wspaniałą cechę, że nigdy nikogo nie zmusza do odpowiedzialności. W społeczeństwie starożytnym, kierującym się zasadami etyki, nie należało okazywać tyle samo troski pijakowi, co naprawdę potrzebującym. Uratowano mnie, niczego nie wypominając. Najnowsze zdobycze medycyny, opieka pielęgniarek, miłość najbliższych, lektura tego punka Villona – wszystko to mnie wyleczyło. A zwłaszcza świętość istoty, która codziennie mnie odwiedzała, jakby osobnik mojego gatunku zasługiwał na wierność zwierzęcia. Drzewo za oknem przekazywało mi swoją wibrującą radość. Cztery miesiące później wyszedłem stamtąd kulawy, obolały, z czyjąś krwią w żyłach, z wgniecioną czaszką, bez czucia w brzuchu, z kręgosłupem na śrubkach i oszpeconą twarzą. Życie zapowiadało się mniej beztroskie.

Chciałem dotrzymać przysięgi złożonej podczas szpitalnych nocy. Przykuty do łóżka, obiecałem sobie niemal na głos: „Jeżeli się z tego wyliżę, przejdę całą Francję na piechotę”. Widziałem siebie na kamienistych drogach! Śniłem o biwakach, wyobrażałem sobie, jak idę na przełaj krokiem włóczęgi. Sen znikał, gdy otwierały się drzwi: roznoszono podwieczorek.

Lekarz powiedział: „Przyszłego lata może pan sobie załatwić pobyt w ośrodku rehabilitacyjnym”. Wolałem jednak drogę poprosić o to, co miałyby mi dać owe bieżnie treningowe: o siły.

Lato nadeszło, a wraz z nim czas, żeby rozliczyć się z losem. Idąc, rozmyślając, przywołam wspomnienie o matce. Jej duch ukaże mi się, kiedy będę miesiącami zdzierać buty na wiejskich drogach. Ale nie byle jakich drogach: chciałem iść ukrytymi w zaroślach ścieżkami, przez cierniste poszycia lasów, zryte koleinami trakty łączące wyludnione wioski. Tam jeszcze istnieje geografia dla wagabundy, jeśli tylko umie on czytać mapy i jest gotów zboczyć z trasy i sforsować przełazy. Daleko od szosy kryje się mroczna Francja oszczędzona przez tumult i planowanie przestrzenne, które zatruwa piękno. Kraina ciszy, jarzębiny i sowy płomykówki. Lekarze w języku agentów politbiura zalecali mi „rehabilitację”. Moja rehabilitacja? Zaczęła się od tego, że dałem nogę.

Motywów, żeby iść przez kraj, miałem dziesiątki. Na przykład mówiłem sobie, że spędziłem dwadzieścia lat na przemierzaniu świata od Ułan Bator do Valparaíso i że nie miało sensu poznawanie Samarkandy, skoro jest przecież Indre-et-Loire[2]. Lecz w rzeczywistości impuls do tej ucieczki przez pola dał mi pewien dokument, który wcisnąłem na dno plecaka.

1

ZŁY POCZĄTEK

W pociągu

Czemu TGV tak pędzi? Po co podróżować tak prędko? To absurdalne przelecieć z szybkością trzystu kilometrów na godzinę przez kraj, żeby potem miesiącami wracać na piechotę! Podczas gdy szybkość płoszyła pejzaże, ja myślałem o ludziach, których kocham i to myślenie wychodziło mi znacznie lepiej niż okazywanie im swoich uczuć. W gruncie rzeczy wolałem o nich myśleć, niż z nimi być. Bliscy chcieli zawsze „się zobaczyć”, jakby chodziło o jakąś konieczność, tymczasem myślenie oferowało taką piękną bliskość.

24 sierpnia, na włoskiej granicy

To był mój pierwszy dzień marszu od dworca w Tende, dokąd zawiózł mnie pociąg z Nicei. Poszedłem na miękkich nogach w stronę przełęczy. Jasnowłose trawy falowały w wieczornym powietrzu. Ich ukłony były pierwszym przejawem przyjaźni, czystego piękna. Po tak smutnych sześciu miesiącach nawet muszki w słońcu zapowiadały coś dobrego. Chmura owadów w ciepłym złocie była znakiem dla samotności. Przypominało to pismo. Może mówiły nam: „Przestańcie prowadzić globalną wojnę z naturą”?

Poważne cedry trzymały się na skraju drogi, wbite korzeniami w zbocze: drzewa często wyglądają na pewne swoich praw. Jakiś pasterz schodził krokiem znacznie lżejszym od mojego, pojawił się na zakręcie, żylasty typ jak z powieści Giona. Tutejszy. Ja zawsze wyglądam na faceta z innego świata.

– Cześć – powiedziałem. – Idziesz do miasta?

– Nie – odparł.

– Masz tam stado, na górze?

– Nie.

– Schodzisz odpocząć?

– Nie.

Muszę pozbyć się tego nawyku mieszczucha próbującego zawsze nawiązać rozmowę.

Przełęcz Tende przerywa linię grzbietów masywu Mercantour. Oddziela Włochy od Francji. Postanowiłem zacząć wędrówkę w południowo-wschodnim punkcie kraju i dotrzeć na północ półwyspu Cotentin. Rosjanie mają taką tradycję, że przed podróżą przysiadają na chwilę na krześle, walizce czy pierwszym lepszym kamieniu. Wyciszają się, myślą o tych, którzy zostają, zastanawiają się, czy wyłączyli gaz, ukryli trupa – czy ja wiem co jeszcze? Siadam i ja na ruski sposób, opierając się plecami o drewnianą kapliczkę z Madonną medytującą nad pejzażem Włoch. Potem nagle wstaję i ruszam.

 

Moim chorym oczom się przywidziało, że krowy na zboczach to okrągłe kamienie, które stoczyły się z góry. Najeżone czarnymi sosnami granie przypominały krenelaż wzgórz odcinający się na horyzoncie błękitnego chińskiego Yunnanu widzianego dwadzieścia lat temu. Ale przegnałem nachodzące mnie pod wieczór myśli. Ciążył mi ten natłok analogii.

Przecież obiecałem sobie, że przez kilka miesięcy będę żyć zgodnie z przykazaniami Fernanda Pessoi z jego Wierszy pogańskich:

O roślinie mówię: to jest roślina,

O sobie mówię: to jestem ja.

Nie mówię nic więcej.

Co można powiedzieć więcej?

No, podejrzewam „niespokojnego” Pessoę, że sam nigdy nie dochował im wierności. Czy można uwierzyć, że zadowolił się światem? Wypisuje się takie manifesty i całe życie się je zdradza. W czasie tych tygodni wędrówki postaram się spoglądać na świat krystalicznym spojrzeniem bez filtra skojarzeń i wspomnień. Dotychczas miałem zwyczaj robić z natury i bytów stronę, na której notowałem swoje wrażenia. Teraz, nie zwlekając, muszę nauczyć się cieszyć słońcem bez cytowania Madame de Staël, wiatrem bez recytowania Hölderlina, chłodnym winem, nie widząc pluskającego się na dnie kieliszka Falstaffa. Czyli żyć jak pies, który chłonie spokój z wywieszonym jęzorem, jakby miał połknąć niebo, las czy morze i nawet zapadający wieczór. Oczywiście przedsięwzięcie jest z góry skazane na niepowodzenie. Europejczyk pozostaje Europejczykiem.

Na dwóch tysiącach metrów obok betonowego bunkra wypatrzyłem płaski kawałek gruntu porośnięty gęstą trawą. Rozpaliłem ognisko. Drewno było wilgotne, więc tak mocno dmuchałem, żeby się zajęło, że aż zakręciło mi się w pokiereszowanej głowie. Gorąco wypłoszyło kilka tłustych pająków – już nie robiły na mnie wrażenia, tyle ich widziałem we własnej głowie. Brezent ledwie mnie chronił przed wilgotnymi chmurami, które wypluwała z siebie ciemność. Czułem się niepewnie – to była pierwsza noc pod gołym niebem po upadku. Ziemia znów mnie powitała, tym razem nie tak brutalnie. Wracałem do ukochanego ogrodu: do lasu pod gwiazdami. Powietrze było rześkie, grunt nierówny i lekko pochyły: zapowiadało się obiecująco. Noce na dworze, dla kogoś, kto je lubi i za nimi tęskni, kiedy wieńczą dnie wypełnione bieganiną, są najprawdziwszą wygraną. Uwalniają od stresu, poszerzają horyzonty marzeń. Czyż w miastach Europy nie słychać wołania: Powietrza! Powietrza! Rok wcześniej, kiedy leżałem w szpitalu, marzyłem, żeby wyciągnąć się pod świerkami. I oto wracał czas biwaków.

25 sierpnia, w dolinie rzeki Roya

Noc była dziwna. To się zaczęło około jedenastej. Pierwszy wystrzał rozbrzmiał o dwieście czy trzysta metrów dalej, potem następny i detonacje rozlegały się cały czas w minutowych odstępach. Czasem odstęp kurczył się do trzydziestu sekund. Kto strzelał po nocy? Jakiś stuknięty stariec[3], który urągał ciemnościom?

Stawiając pierwsze kroki, pomyślałem, że jeśli uda mi się przejść pieszo przez Francję, to się z tego podniosę. Porażkę zaś uznam za powtórny upadek. I jakże daleka była perspektywa powrotu do zdrowia! Równie daleka jak półwysep Cotentin! Tylko ruch mógł mnie uratować.

Rano w zagłębieniu terenu ujrzałem owczarnię. Na progu krzątała się jakaś kobieta. Była gładka, różowa, o pucołowatych policzkach Flamandki i nagich bicepsach. Wychodziła z Bruegla i wracała z udoju.

– W nocy słyszałem strzelaninę – zagadnąłem ją.

– To gazowa maszyna do odstraszania wilków. Paf! Paf! – odpowiedziała.

– Ach tak?

– Co potrzeba? – zapytała.

– A co jest?

– Krowi ser. Twardy.

– Poproszę trzydzieści deka. Wilki się boją?

– Kto je tam wie? Trzy euro.

Jednak sprawy poszły w złym kierunku. Ludzie się rozmnożyli, zawojowali świat, zabetonowali ziemię, zajęli doliny, zaludnili płaskowyże, zabili bogów, zmasakrowali dzikie zwierzęta. Wypuścili na ich teren całe pokolenia swoich dzieci i stada genetycznie zmodyfikowanego bydła. Pewnego dnia, jakieś trzydzieści lat temu, wilk, wędrując od Abruzji, trafił do Mercantour. Niektórzy wbili sobie do głowy, że muszą go chronić. Co rozwścieczyło pasterzy, bo obecność drapieżnika zmuszała ich do wzmocnienia ochrony. „Przyjaciele wilka śpią sobie bezpiecznie w miastach” – skarżyli się hodowcy i na alpejskich halach musieli instalować urządzenia imitujące wystrzały, żeby chronić owce przed wilkiem, który powrócił w swoje strony. Gdybym był wilkiem, powiedziałbym: „Postęp? Wielka lipa”.

26 sierpnia, wyjście z Mercantour

Już wieczór zapadał, a ja się wciąż wlokłem. Jak na razie nie przedstawiało się to różowo. Trzy dni łażenia po kamieniach odbiło się na moich plecach. „Co za sens wlec to nieszczęsne ciało aż na północ zniszczonego kraju?” – zastanawiałem się, śledząc harce dwóch kozic, matki i syna, po spiętrzonych blokach skalnych. Czy wielu z nas zazdrości zwierzętom? Koziołek wyskoczył zza skały prosto mi pod nogi. W XVIII wieku na wyspach dziewiczych dzikie zwierzęta przychodziły jeść z ręki pierwszych odkrywców, dopóki nie oberwały z muszkietu w ramach celebracji spotkania z człowiekiem. Mały posłuchał jednak zbawczego nakazu, zrobił w tył zwrot, zrozumiawszy, że nie jestem dla niego odpowiednim towarzystwem.

Minąłem strumyk spływający kaskadą między mchami, przeszedłem brzegiem zielonego jeziora, potem wspinałem się po zboczach. Okrążyłem od północy górę Bégo opuszczoną przez prehistoryczne duchy i czytając w przerwach Trzy opowieści z życia Knulpa, poczułem się kompletnie zdołowany. Hermann Hesse prowadzi swojego bohatera przez miły, złagodzony jesienią niemiecki krajobraz. Oczywiście poczciwy Knulp umrze w końcu samotnie, ale przynajmniej zanim zapłaci wysoką cenę za uroki swojej nieodpowiedzialności, pokaże wieśniakom szlachetne strony życia włóczęgi. Gdybym chciał iść, oddając się marzeniom, w eskorcie dobrych myśli, potrzebowałbym mapy leśnych dróg ze spotykanymi od czasu do czasu oberżami, gdzie na drewnianych stołach pieniłyby się kufle piwa.

W Pas de Colomb ukazał się w dolinie kościółek Madone de Fenestre. We Francji miejsca kultu maryjnego znajdują się w grotach i przy źródłach. Dziewica Maryja okupuje wszelkie osobliwości rzeźby terenu. Widziałem nawet kaplicę Matki Boskiej na Falezie na zboczu przylądka Cap Canaille. Katolicyzm przejął wierzenia pogańskie, aby nie zrywać z duchem miejsca.

Wszedłem do środka, by zaznać trochę cienia pod sklepieniem kościoła. Na ścianach wisiały wota alpinistów uratowanych od upadku. To lina ich przytrzymała, ale milej było wierzyć w pomoc niebios. Na lewo od wejścia znajdowała się świeżo ufundowana stela ku pamięci Hervégo Gourdela, tego przewodnika górskiego z Vésubie, któremu fanatyczni muzułmanie ścięli głowę w zeszłym roku w Kabylii. W szpitalnym łóżku prześladował mnie obraz jego męczeństwa. Widziałem go skrępowanego, z workiem na głowie, skazanego zgodnie z nakazami Koranu. Czułem z nim bratnią więź. Tego wieczoru wspomnienie wróciło.

Tablica na kościelnym filarze informowała o śmierci templariuszy, których ścięto. Czy to było dzieło Saracenów? W X wieku napadli na Prowansję i zniszczyli tutejsze sanktuarium.

Tego wieczoru, owijając się brezentem, wspominałem Gourdela, zanim moje myśli przeszły w sen. W nocy na hali jakaś krowa, przejęta innymi sprawami porykiwała swoje własne requiem.

2

O RUINACH I CHASZCZACH

27 sierpnia, rzeki Vésubie i Tinée

Zagłębiałem się w doliny, mijałem wioski. Na wapiennych skalistych ścieżkach Górnej Prowansji kamienie bardziej wymykały się spod butów. Wieczorem w Saint-Dalmas, czując skrzypienie wrzynającego się w plecy stelażu, pomyślałem o schronisku. Jakże bym pragnął, żeby okazał się możliwy taki dialog:

– Użyczycie dachu nad głową i trochę słomy?

– Dostaniesz chleba i wina, jeśli pomożesz przy sianokosach.

Musiałem naprawdę upaść na głowę, żeby marzyć o tego rodzaju konwersacji. To już nie są czasy Knulpa, biedaku, powiedziałem sobie, kiedy długowłosa brunetka oświadczyła mi na progu: „Chętnie bym panu policzyła według taryfy schroniska, ale nie mamy pozwolenia”. Będę musiał zdrowo kombinować, żeby przez najbliższe miesiące nie podpaść władzom terenowym. Czy znajdę na tej ziemi wolne strefy, oszczędzone przez politykę zagospodarowania przestrzennego?

Jeden z dawnych premierów V Republiki (Jean-Marc Ayrault – okres Anatole’a France’a) zamówił swego czasu raport o zagospodarowaniu francuskiej prowincji. Tekst pod tytułem Hyper-ruralité[4] został opublikowany z inicjatywy innego ministra (Manuel Valls – okres Offenbacha). Cały sztab ekspertów, to znaczy specjalistów od niesprawdzalnego, orzekł, że trzydzieści francuskich departamentów należy do opóźnionych w rozwoju. Według ekspertów wiejskość nie jest szansą, lecz przekleństwem: ubolewają oni nad zacofaniem tych terenów, które wymykają się cyfryzacji, są słabo obsługiwane przez środki komunikacji, niewystarczająco zurbanizowane, nie mają handlu wielkosieciowego ani dostępu do urzędów. To, co my, biedni romantyczni wsteczniacy uważamy za istotę raju na ziemi – dzikość, stan zachowania, odosobnienie – uznano za wskaźniki słabego rozwoju.

Raport miał wydźwięk optymistyczny, autorzy byli ufnymi prorokami: „Odwagi, obywatele wieśniacy! Przybywamy”. Państwo obiecywało, że wkrótce nowoczesność dotrze na ugory. Wi-Fi podciągnie wiochę do normy. Zamiast napisać Par les champs et par les grèves (Przez pola i wybrzeża), przyszły Flaubert, który przemierzał te przestrzenie, mógłby napisać Przez ZUP i ZAC[5]. Mieszkańcy stref zagospodarowanych staną się dobrymi żołnierzami, ludźmi wymienialnymi i odpornymi na to, co w raporcie nazywano „głosowaniem na radykałów”. Bo ukryta myśl była następująca: zapewnić jednolitość psychiczną tego niepokornego ludu.

Wśród proponowanych środków działania można było jeszcze przeczytać o czymś takim jak „prawo do długotrwałych skutecznych eksperymentów” lub konieczność „modernizacji proporcjonalnego rozkładu podatków oraz stymulacji zawierania nowych umów kontraktowych”. Po jakiemu to? Czymże wypełniali swoje życie autorzy tego rodzaju sformułowań? Czy wiedzą, jaka to frajda ocierać sobie usta rękawem po łyku sabaudzkiego wina albo leżeć na trawie i patrzeć, jak sylwetka ptaka ożywia niebo?

Tekstowi towarzyszyły mapy. Typowo wiejskie departamenty, którym rząd miał zamiar biec na ratunek (wywiad państwowy w służbie głuchej wsi, jak mówili ci trubadurzy!), zajmowały szeroką czarną strefę. Zawadzała ona bokiem o południowe Alpy, szła w stronę Wogezów i Ardenów, obejmując niemal cały Masyw Centralny oraz sporo sąsiednich departamentów Górnej Loary. Kilka miesięcy później dowiedziałem się, że tereny te od Mercantour do Lozère pokrywały się z drogą migracji wilka po powrocie do Francji. Mądra bestia! Nade wszystko ceniła sobie spokój. Nie tylko nie atakowała człowieka, ale starała się go unikać.

W szpitalu, skazany na oślą ławkę, oglądałem mapy i z łatwością wyobrażałem sobie trasę. „Natura... lubi się ukrywać” głosił Heraklit w swoim niezrozumiałym, czego należało się spodziewać, fragmencie 123. Jak wszystkie niedokończone istoty, miałem wielką słabość do zakątków. „Obszary opóźnione w rozwoju” były dla mnie okazją. Jedną z map raportu nosiłem na sercu niczym zdjęcie narzeczonej. Mapa obiecywała ucieczkę. Moja trasa nie obejmowała w całości stref opóźnionych w rozwoju. Za Masywem Centralnym chciałem skierować się na północny zachód, żeby dotrzeć do kanału La Manche. Zamierzałem zakończyć wędrówkę na urwiskach brzegowych przylądka La Hague, tam gdzie ziemia rzuca się do morza, stawiając przed wyborem: powrót albo skok anioła. Zawsze uważałem, że falezy są pięknymi granicami.

Zrobiłem podsumowanie. Miałem swój cel: poszukiwanie nieużytków i ugorów. Miałem wytyczoną trasę i dysponowałem mapami opracowanymi w ramach raportów z badań naukowych dla rządu. Wiedziałem, którędy iść, a chodzenie uważałem za główny środek leczniczy pozwalający odzyskać grunt pod nogami. Słowem nigdy jeszcze nie wyruszałem w tak dobrze przygotowaną podróż.

Wioska Marie, górująca nad rzeczką Tinée, jest zbudowana na skale. Moja matka miała na imię Marie i miło mi było pomyśleć, że jej dusza zrobiła tu sobie postój.

 

Przy basenie do prania bielizny stała stara kobieta. Czyżby w lustrze wody kontemplowała niszczące działanie czasu?

– Jestem Dédette, mam osiemdziesiąt lat, tu się urodziłam, tu jestem i tu zostanę!

Oszczędziłem jej informacji, że raport o zacofanej wsi mówi o Francji „mobilnej, połączonej ze światem i nowoczesnej”. „Adieu, Dédette” – zadecydowali wyżsi urzędnicy państwowi.

Schodziłem ku rzece Var stromą ścieżką na prawym brzegu Tinée. To dawna droga dla mułów, wiodąca z Nicei do Barcelonnette. Muły już tędy nie drepczą. Pokutują tu tylko cienie ludu, który w ciągu jednego wieku zszedł w doliny, zostawiając za sobą cierniste chaszcze.

Dalej, w Clans – festyn w wiosce: namioty na placu, ożywienie i gwar. Zamiast podszczypywać pasterki, podśpiewując zdartymi od pastisa głosami, mieszkańcy zorganizowali dzień Gwiezdnych wojen. Patrzyłem z przyjemnością na błaznujących pod platanami mężczyzn przebranych za Dartha Vadera. Potem uciekłem, bo nie po to zasuwałem na piechotę od włoskiej granicy aż nad Tinée, żeby gapić się na popisy robotów. Tym bardziej że zakosy drogi schodzącej w stronę rzeki tak wesoło świeciły na zboczu. Ścieżki w Prowansji wyglądają jak uciekające węże.

30 sierpnia, przełom Var

Dotarłem w południe nad brzeg Var, przeszedłem rzekę wpław, bo woda sięgała mi do pasa. Po drugiej stronie szukałem w zaroślach ścieżki, która poprowadziłaby mnie do góry. Pogubiłem się na zboczach, których nie podtrzymywały już tarasy. Trafiłem na ścieżynę wydeptaną przez zwierzęta – najmniejszy i najbardziej tajemniczy szlak w nomenklaturze dróg, ostatnią nadzieję piechura. Chaszcze zamknęły się za mną i znów znalazłem się na otoczakach u brzegu rzeki. Wieczorem tego dnia po dziesięciu godzinach marszu w upale zebrało mi się na koncie dwanaście kilometrów. Skąd we mnie to upodobanie do takich męczeńskich eskapad? Może z powodu radości, jaka mnie przepełnia, gdy się kończą.

Kiedy się pojawia tego rodzaju niepokój, widzę siebie sprzed roku w szpitalu, przerzucanego z oddziału na oddział, z naszpikowanym rurkami ciałem. Potem przypominam sobie dreszcz, jaki mnie przeniknął, kiedy o własnych siłach zrobiłem kilka kroków poza szpitalną salą, aż do końca korytarza, i poczułem się, jakbym wszedł na Verte drogą Whympere’a. I czarne myśli pierzchają. Pijacy w Rosji, trącając się szkłem, mówią, że „jutro będzie gorzej”. Dość długo się z nimi zgadzałem. Po upadku zmieniłem zdanie: będzie lepiej.

Na razie walczyłem na zboczu porośniętym krzaczastym żarnowcem. Przedzierając się przez nieużytki, miałem okazję zniknąć – szlachetne marzenie. Plądrowałem młodniki, szedłem skrajem jarów, brodziłem po wyspach mułu, uciekałem.

Upadek wystawił mnie na spojrzenia. Przyjaciele, lekarze, bliscy, kierownictwo, specjaliści – wszyscy z zapałem chcieli mnie kontrolować. Nawet terapeuta od uzależnień zajął się wyprowadzaniem mnie na prostą drogę. Czułem się z nim jak w czasach prohibicji (zakazu głupiego życia jak się chce). Podziękowałem, tłumacząc, że boję się polubić tę jego dyscyplinę. Po moim wyjściu ze szpitala wszechobecna kontrola jeszcze się zwielokrotniła. Nasze zwykłe losy wyświetlały się na monitorach, redukowały do statystyk, liofilizowały w instalacjach hydrauliki cybernetycznej, kryły się w elektronicznych chipach plastikowych kart. Czy rodzimy się po to, żeby karmić kartoteki?

Przedzierając się przez krzaki w dolinie Var, podrapałem sobie nogi, ale za to udało mi się wymknąć z wiązki promieni fotoelektrycznych, która obserwuje ludzkie poczynania. „Oko” już mnie nie lustrowało. Ucieczka miała podwójną zaletę: leczyła i pozwalała o mnie zapomnieć.

A przecież mogłem być pozbawiony tej łaski. Tysięcznych milimetra brakowało, a zostałbym inwalidą. Co raczej by mnie unieszczęśliwiło, jako że nie miałem chrześcijańskiego przekonania, że cierpienia są darem nieba. W moim wydaniu życie w fotelu na kółkach ograniczyłoby się do zdobycia pistoletu kaliber 9 mm i wsadzenia sobie jego lufy do ust. Skoro więc odzyskałem władzę w nogach, nie mogę być nieszczęśliwy. Dostałem z powrotem swobodę ruchu, mam prawo czmychnąć, gdy tylko pojawia się cień przymusu, żądania, nakazu, co więcej – gdy tylko dzwoni telefon. Bernanos wyczuwał, o co chodzi, gdy na początku zbioru Francuzi, gdybyście wiedzieli[6] napisał: „W świecie nie ma już zbyt wiele wolności, to prawda, ale jest jeszcze przestrzeń”.

Przestrzeń! Ofiaruje ustronia tym, którzy zechcą przyklęknąć nad mapami i poddać się ich władzy. Tu, na wapiennych grzbietach, a potem na granitowych cokołach będę obsesyjnie rozkładał płachty IGN-u[7]. Te sztabowe mapy to istny cud, można się tylko cieszyć, że posiadamy tak doskonale opracowany obraz całego kraju. Na razie miałem ich w plecaku z dziesięć, wystarczy aż do Ventoux. Mapy zdradzają istnienie nieznanych, równoległych dróg wewnątrz twierdzy, tajemnych przejść, ukrytych schodów, gdzie można zniknąć. Oglądając mapy w skali 1:25 000, zawsze zadaję sobie pytanie, co tam się dzieje pod moim palcem, na końcu tej samotnej ścieżki, na faliście poliniowanym zboczu. Kto mieszka w domu narysowanym pośrodku nieużytków? Ogr? Refuznik[8]? Była tancerka? Mapa to przepustka do marzeń.

Linie rozchodzące się gwiaździście i linie przerywane to wiejskie ścieżki, to ujęte w katastrach trasy pasterskie, drogi dojazdu dla służby leśnej, skraje lasu, drogi z czasów rzymskich, zaniedbane, czasem prywatne, często służące do przeganiania bydła. Cała mapa jest pożyłkowana tymi trasami. To są moje dzikie ścieżki. Zapomniane, pogrążone w ciszy, bez żywego ducha, wśród gąszczu, który zamyka się natychmiast za piechurem. Niektórzy ludzie chcieliby przejść do historii. A nas jest kilku, którzy woleliby zniknąć w geografii.

Sekretne przejścia, dzikie ścieżki są wspomnieniem Francji pieszej, stanowią sieć komunikacyjną kraju niegdyś rolniczego. Nie należą do tras wycieczkowych ani oznakowanych tablicami dróg, po których biega sportowiec czy miejscowy radny uprawia jogging. Nawet w pobliżu aglomeracji mapa 1:25 000 wskazuje możliwe przejścia: wzniesienie terenu, łagodne zbocze, uliczki. Wszędzie przetrwało coś z dawnego ducha. Aż do skupisk miejskich wciskają się ścieżki zwierząt. Jeśli lisom i łasicom udało się przedostać do europejskich miast poprzez fosy i przeciwskarpy, my także możemy utrzymać równowagę na tych niewidocznych linach. Gdybym mógł połączyć te wszystkie ścieżki, posuwałbym się przez kraj wolniej, ale za to uniknąłbym przedmieść i rozpalonego asfaltu.

W latach osiemdziesiątych prowansalski pisarz René Frégni wydał powieść o tym, jak uchylający się od służby wojskowej poborowy jest ścigany po drogach Europy. Ekscytująca książka nosi tytuł Les chemins noirs (Dzikie ścieżki). Od początku wędrówki biedziłem się nad mapami IGN-u, aby wytyczyć sinusoidę incognito. Wprawdzie nie byłem dezerterem, ale czułem unoszący się na tych drogach powiew wolności. Pierwszy problem stanowiło zaplanowanie marszruty przez poszatkowany kraj. Zadanie piechura okazało się trudniejsze, niż myślałem: żeby wyznaczać trasy, musiałem długo studiować kolejne mapy. A to w końcu męczyło wzrok.

Prześladuje mnie pewne marzenie. Wyobrażam sobie powstanie Bractwa Dzikich Ścieżek, które nie ograniczałoby się do wytyczania tras po bezdrożach, ale również reprezentowałoby sposób myślenia nastawiony na to, jak się nie dać naszej epoce. Dzikie ścieżki nakreślone na mapie wiłyby się po ziemi i przedłużały w nas samych, tworząc mentalną kartografię uniku. Nie chodzi tu o pogardę wobec świata ani o manifestowanie ambicji jego zmiany. Nie! Wystarczy nie mieć z nim nic wspólnego. Unikanie świata wydaje mi się połączeniem siły i elegancji. Natomiast pilną sprawą jest organizacja odwrotu. Zasady tego egzystencjalnego wycofania ograniczają się do drobnych nakazów: nie przejmować się bieżącymi aferami, oszczędzać gniew, decydować, o co warto walczyć, co się lubi, a czego się nie znosi, mieszkać wśród książek, chodzić po lasach, zasiadać do stołu z przyjaciółmi, pamiętać o drogich zmarłych, otaczać się bliskimi, pomagać ludziom, których twarze poznaliśmy, a nie tylko wiemy, że istnieją statystycznie. Czyli w sumie odwrócić się od świata. A jeszcze lepiej: zniknąć! „Żyj w ukryciu” – mawiał Epikur (co zresztą jemu samemu się nie udało, skoro pamiętamy o nim po dwóch tysiącach lat). Właśnie jego dewiza przyświeca dzikim ścieżkom.

Tymi bocznymi drogami idą nas całe gromady, bo mamy alergię na wirtualne iluzje. Męczą nas nakazy epoki: Enjoy! Take care! Be safe! Be connected! Obrzydły nam migoczące światła miast. Jeśli rozgnieciemy obcasem blade ekrany naszego życia w high-tech, otworzy się przed nami dzika ścieżka, światło w tunelu przebijające dyspozytyw. To nie program polityczny, lecz zaproszenie do opuszczenia obozu. Żyć to jakby synonim pojęcia „uciekać”. Napoleon powiedział do generała Caulaincourta (w saniach wiozących ich do Paryża po klęsce pod Berezyną): „Są dwa rodzaje ludzi – ci, co rozkazują, i ci, co wykonują rozkazy”. Swego czasu namiętnie interesowałem się Cesarstwem, do tego stopnia, że brałem kąpiel w dwurogu na głowie, i wtedy uważałem to stwierdzenie za ostateczne. Dziś, wyżymając skarpetki z mułu rzeki Var, pomyślałem, że cesarz zapomniał o trzeciej grupie ludzi, o tych, co uciekają. „Sire! – powiedziałbym, gdybym go znał – Uciekać to rozkazywać! A przynajmniej rozkazywać losowi, żeby nie miał nad nami żadnej władzy”.

Nazajutrz miałem, minąwszy Entrevaux, wejść na wyżyny. Tam wysoko wszystko pójdzie dobrze. Powinienem trzymać się ostrza grzbietów. Na grani człowiek czuje się lepiej, idzie lekkim krokiem, niebo jest mu przyjazne, ale istnieje ryzyko, że najmniejsza utrata wysokości zaboli jak rana.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?