Duch śniegówTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SYLVAIN TESSON

DUCH ŚNIEGÓW

Śladami tybetańskiej pantery

Przełożyła

Anna Michalska

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wstęp

CZĘŚĆ PIERWSZA. PODEJŚCIE

Motyw

Centrum

Krąg

Jak

Wilk

Piękno

Prymitywizm

Życie

Obecność

Prostota

Kolej rzeczy

CZĘŚĆ DRUGA. DZIEDZINIEC

Ewolucja przestrzeni

Jednorodne i wielorakie

Instynkt i rozum

Ziemia i ciało

CZĘŚĆ TRZECIA. OBJAWIENIE

Tylko zwierzęta

Miłość na stoku

Miłość w lesie

Na tropie kota

Sztuka i zwierzęta

Pierwsze objawienie

Leżeć w czasoprzestrzeni

Słowa na opisanie świata

Pakt o rezygnacji

Dzieci z doliny

Drugie objawienie

Część zwierząt

Ofiara jaka

Lęk przed ciemnością

Trzecie objawienie

Zgoda na świat

Ostatnie objawienie

Wieczny powrót wiecznego powrotu

Rozdzielone źródło

W pierwotnej zupie

Czas się zbierać!

Pociecha w dzikiej przyrodzie

Ukryta strona

Przypisy

Inne książki Sylvaina Tessona

Tytuł oryginału: La panthère des neiges

Opracowanie redakcyjne: IRMA IWASZKO

Korekta: JAN JAROSZUK, JANINA ZGRZEMBSKA

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Fotografia zamieszczona na s. 117 © Vincent Munier

Mapy na s. 10–12 narysował Sylvain Tesson

Copyright © Éditions Gallimard, Paris, 2019

For the Polish edition

Copyright © 2021, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-727-8

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Matce lwiątka

Wszystkie samice są bojaźliwsze od samców, z wyjątkiem niedźwiedzic i panter. U nich samice, jak się zdaje, są odważniejsze.

Arystoteles, Zoologia, IX[1]

.


Wstęp

Poznałem go pewnej Wielkanocy podczas pokazu jego filmu o wilku abisyńskim. Mówił mi o nieuchwytności świata zwierząt i o tej najwyższej cnocie, jaką jest cierpliwość. Opowiadał o swoim życiu fotografa przyrody i opisywał techniki zasiadki. To wyrafinowana i delikatna sztuka polegająca na wtopieniu się w otoczenie i czekaniu na zwierzę bez żadnej gwarancji, że się ono pojawi. Ta akceptacja niepewności wydała mi się bardzo szlachetna i tym samym niedzisiejsza.

Czy ja, który lubię włóczyć się po świecie albo występować przed ludźmi, byłbym w stanie usiedzieć nieruchomo, bez słowa, całe długie godziny?

Leżąc w pokrzywach, trzymałem się przykazań Muniera: żadnego ruchu ani hałasu. Wolno mi tylko oddychać. Najtrudniejsze było milczenie. Cygara zakazane. „Zapalimy sobie później, nad rzeką, kiedy zapadnie noc i przyjdzie mgła” – obiecał Munier. Perspektywa hawany na skarpie nad Mozelą pozwoliła mi wytrwać na czatach.

Ptaki w zaroślach rzępoliły o zmroku. Eksplozja życia. Nie mąciły spokoju miejsca. Należąc do tego świata, nie zakłócały jego porządku. Współtworzyły piękno. O sto metrów dalej płynęła rzeka. Eskadry mięsożernych ważek śmigały nad powierzchnią wody. Na zachodnim brzegu polował jastrząb. Unosił się majestatycznie, precyzyjnie, niósł śmierć jak sztukas.

To nie był jednak odpowiedni moment, żeby się rozpraszać: dwa dorosłe osobniki wyszły właśnie z nory.

Czy para borsuków dała jakiś znak? Bo oto pojawiły się cztery głowy i z podziemnych korytarzy wyśmignęły cienie. Zaczęły się wieczorne zabawy. Aż do zapadnięcia nocy odbywał się spektakl, w którym mieszały się gracja, komizm i powaga. Leżeliśmy w odległości dziesięciu metrów i zwierzęta nas nie zauważyły. Młode borsuki baraszkowały, wchodziły na kopczyk, turlały się do rowu, gryzły się w karki i dostawały klapsa od któregoś z rodziców, którzy mieli oko na wieczorne figle. Czarne futerka z trzema kremowymi pręgami znikały w listowiu i pojawiały się nieco dalej. Zwierzęta szykowały się do buszowania po polach i nad rzeką. Rozgrzewka przed nocą.

Czasem któryś z borsuków zbliżał się do naszego stanowiska, wyciągał szyję i nagle ukazywał się en face. Ciemne pasy sierści, w których kryły się oczy, nadawały zwierzętom nieco melancholijny wygląd. Borsuk podchodził jeszcze bliżej, widać było jego silne, skierowane do środka łapy zakończone pazurami. Zostawiał na francuskiej ziemi odciski niedźwiadków. Pewna rasa ludzi, dość bezkrytyczna wobec samej siebie, kwalifikowała je jako ślady „szkodników”.

Po raz pierwszy w życiu tak spokojnie tkwiłem w oczekiwaniu na spotkanie. Sam siebie nie poznawałem! Do tej pory gnałem po świecie od Jakucji po Seine-et-Oise[2] wierny trzem zasadom:

▪ Nieznane nigdy nie przychodzi samo, wszędzie trzeba na nie polować.

▪ Ruch jest źródłem inspiracji.

▪ Nuda biegnie wolniej niż śpieszący się człowiek.

Byłem więc przeświadczony, że istnieje związek między odległością a atrakcyjnością zdarzeń. Brak ruchu był dla mnie próbą generalną śmierci. Wspominając matkę spoczywającą w krypcie nieopodal Sekwany, błąkałem się gorączkowo – sobota w górach, niedziela nad morzem – i nie zwracałem uwagi na to, co się działo wokół mnie. Jak to się stało, że po dalekich podróżach wylądowałem z brodą w zielsku nad brzegiem rowu?

Obok mnie Vincent Munier fotografował borsuki. Jego barczysta sylwetka w maskującym ubraniu zlewała się z roślinnością, ale w słabym świetle odcinała się jeszcze widoczna z profilu głowa. Wyraźnie zarysowana twarz o pociągłych rysach, jakby stworzona do wydawania rozkazów, nos, który dla Azjatów jest niewyczerpanym źródłem żartów, posągowy podbródek i ciepłe spojrzenie. Poczciwiec i kawał chłopa.

Opowiadał mi o swoim dzieciństwie. Chodzili z ojcem do lasu i ukryci pod jodłami asystowali ceremonii porannego wstawania Jego Królewskiej Mości, czyli głuszca; ojciec uczył syna, co obiecuje cisza; syn odkrywał zalety nocy przespanej na zmarzniętej ziemi; ojciec tłumaczył, że pojawienie się zwierzęcia jest największą nagrodą, jaką życie może ofiarować kochającym życie; syn zaczynał czatować sam i odkrywał tajemnice organizacji świata, ucząc się ujmować w kadrze przelot lelka; ojciec odkrywał fotografie artystyczne syna. Czterdziestoletni dziś Munier urodził się pewnej nocy w Wogezach. Stał się najwybitniejszym współczesnym fotografem zwierząt. Jego zdjęcia wilków, niedźwiedzi i przepięknych żurawi znajdują nabywców aż w Nowym Jorku.

„Tesson, zabiorę cię do lasu na borsuki” – powiedział, a ja się zgodziłem, bo nie odmawia się artyście, który zaprasza do swojej pracowni. Nie wiedział, że tesson w starofrancuskim to właśnie borsuk. Tego określenia używa się jeszcze w gwarze północno-zachodniej Francji i w Pikardii. Tesson jest przekształceniem łacińskiego taxos, od którego pochodzi słowo taksonomia, nauka o zasadach klasyfikowania organizmów, oraz taksydermia – sztuka wypychania zwierząt (człowiek lubi zdzierać skórę z tego, co dopiero co nazwał). Na francuskich mapach sztabowych trafiają się tessonnières – miejsca naznaczone wspomnieniem rzezi. Na wsi borsuk był bowiem znienawidzony i zawzięcie tępiony. Oskarżano go, że ryje ziemię i dziurawi żywopłoty. Wykurzano go dymem i zabijano. Czy zasłużył na ludzką bezwzględność? To istota nietowarzyska, ponura, zwierzę nocy i samotności, król ciemności, który nie znosi wizyt. Pragnie żyć w ukryciu. Wie, że o spokój trzeba walczyć. Wychodzi z nory nocą i wraca o świcie. Czy człowiek mógł tolerować istnienie symbolu dyskrecji, który dystans wynosi do poziomu cnoty i szczyci się milczeniem? Borsuk jest opisywany jako zwierzę „monogamiczne i przywiązane do jednego miejsca”. Nie mam natury tego stworzenia mimo łączącej nas etymologii.

 

Zapadła noc, zwierzęta rozeszły się po zaroślach, słychać było szmery. Munier musiał zauważyć mój zachwyt. Przeżyłem jeden z najpiękniejszych wieczorów w swoim życiu. Zobaczyłem grupę żywych, w najwyższym stopniu suwerennych stworzeń. One nie walczyły o awans społeczny. Brzegiem rzeki wróciliśmy do drogi. Cygara rozgniotły mi się w kieszeni.

– W Tybecie jest pewne zwierzę, na które poluję od dziesięciu lat – odezwał się Munier. – Żyje na płaskowyżu. Trzeba długich podchodów, żeby się do niego zbliżyć. Wracam tam zimą, jedź ze mną.

– Co to takiego?

– Pantera śnieżna – powiedział.

– Sądziłem, że wyginęła.

– Chciałaby, żebyśmy tak myśleli.

CZĘŚĆ PIERWSZA

PODEJŚCIE

Motyw

Życie miłosne pantery śnieżnej, podobnie jak i tyrolskich instruktorek narciarskich, odgrywa się na tle białych krajobrazów. W lutym pantera wchodzi w okres godowy. Odziana w futro żyje w kryształowym blasku. Samce walczą, samice się oddają, pary się nawołują. Munier uprzedził, że jeśli chcemy ją zobaczyć, musimy zimą dotrzeć w góry na wysokość czterech lub pięciu tysięcy metrów. Spróbuję zrekompensować sobie trudy radością objawienia. Bernadette Soubirous użyła tej metody w grocie w Lourdes. Mała pasterka zapewne marzła w kolana, ale widok Dziewicy w aureoli wynagrodził jej wszystkie cierpienia.

„Pantera” – słowo dźwięczało jak klejnoty. Nie mieliśmy pewności, że na jakąś trafimy. Zasiadka jest loterią, czekając na zwierzęta, trzeba się liczyć z niepowodzeniem. Są ludzie, którzy nie mają zwierzętom tego za złe i znajdują przyjemność w oczekiwaniu. Trzeba jedynie podejść do sprawy filozoficznie i nie tracić nadziei. Niestety, to nie leży w moim charakterze. Ja chciałem koniecznie zobaczyć zwierzę, chociaż przez grzeczność się do tego nie przyznawałem.

Na panterę śnieżną zastawiają pułapki kłusownicy. To dodatkowy powód, żeby się wybrać w podróż. To tak, jakby odwiedzić kogoś cierpiącego.

Munier pokazał mi fotografie z wcześniejszych wypraw. Pantera łączy w sobie siłę i grację, jej futro lśni w promieniach światła, łapy rozszerzają się w spodki, przesadnie długi ogon służy za balans. Przystosowała się do życia w ekstremalnych warunkach i do wspinaczki po skałach. To duch gór, który zstąpił na ziemię, odwieczna jej mieszkanka wygnana na pustkowia przez ludzką zachłanność.

Pantera kojarzyła mi się z pewną kobietą, która już nigdy nigdzie ze mną nie pojedzie. To była leśna dziewczyna, królowa źródeł, przyjaciółka zwierząt. Kochałem ją i utraciłem. Dziecinnie i bez sensu wiązałem jej wspomnienie z tym niedostępnym zwierzęciem. Klasyczny objaw: świat przybiera formę istoty, której wam brak. Jeśli zobaczę panterę, potem powiem dziewczynie, że to ją spotkałem pewnego zimowego dnia na białym płaskowyżu. To było myślenie magiczne. Nie chciałem wydać się śmieszny i na razie nic nie mówiłem swoim towarzyszom. Ale wciąż mi to chodziło po głowie.

Był początek lutego. Chcąc mieć jak najlżejszy bagaż, nieopatrznie włożyłem na siebie cały ekwipunek wysokogórski. W arktycznej kurtce, chińskich wojskowych butach, model Długi Marsz, wsiadłem do podmiejskiej kolejki jadącej na lotnisko. Wśród pasażerów byli piękni afrykańscy nomadzi o smętnych obliczach i Mołdawianin wygrywający Brahmsa na akordeonie, ale to ja zwracałem uwagę swoim strojem, to ja wyglądałem egzotycznie.

Polecieliśmy. Definicja postępu (a więc smutku): w dziesięć godzin przebyć dystans, na którego pokonanie Marco Polo potrzebował czterech lat. Munier, człowiek światowy, w powietrzu dokonał prezentacji. Przywitałem się z towarzyszami, z którymi miałem spędzić miesiąc: Marie, narzeczoną Muniera, dziewczyną o sprężystej sylwetce, realizatorką filmów o zwierzętach, pasjonującą się dziką przyrodą i sportami szybkościowymi, oraz rozczochranym Léo o oczach dalekowidza i głębokim intelekcie, a co za tym idzie – milczkiem. Marie nakręciła film o wilku, kolejny o rysiu, czyli o zwierzętach zagrożonych wyginięciem. Teraz tematem filmu miały być jej dwie miłości: pantera i Munier. Dwa lata wcześniej Léo porzucił swój doktorat z filozofii i został adiutantem fotografa. W Tybecie Munier potrzebował kogoś, kto pomoże urządzić czatownie, zadba o sprzęt i o długie wieczory. Ja z powodu uszkodzonego kręgosłupa nie mogłem dźwigać ciężarów, nie znałem się ani na fotografii, ani na tropieniu zwierząt, nie wiedziałem więc, do czego mogę się przydać. Miałem tylko nie zostawać w tyle i nie kichnąć, kiedy pojawi się pantera. Dostałem Tybet na tacy. Jechałem na poszukiwanie tajemniczej bestii w towarzystwie najprzystojniejszego z artystów, ludzkiej wilczycy o oczach koloru lapis lazuli i zadumanego filozofa.

– Banda czworga to my – powiedziałem, kiedy samolot wylądował w Chinach.

Przynajmniej będę im dostarczał kalamburów.

Centrum

Wylądowaliśmy na wschodzie Tybetu w prowincji Qinghai. Miasteczko Yushu, położone na wysokości trzech tysięcy sześciuset metrów, wystawia dziś ku niebu szarą zabudowę. W 2010 roku zmiotło je trzęsienie ziemi.

W niecałe dziesięć lat chińska machina o monstrualnej energii usunęła gruzy i niemal wszystko odbudowała. Ustawione pod sznurek lampy uliczne oświetlają rzędy idealnie gładkich betonowych bloków. Ciche samochody suną powoli po alejach jak po szachownicy. Miasto koszary pozwala sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał świat w permanentnej budowie.

Trzy dni zajął nam przejazd samochodem przez wschodni Tybet. Naszym celem był łańcuch górski Kunlun na skraju płaskowyżu Czangtang. Munier znał tam stepy zamieszkane przez dzikie zwierzęta.

– Dojedziemy do arterii Golmud–Lhasa – powiedział mi w samolocie – a potem do miasteczka Budong Quan przy linii kolejowej.

– A co dalej?

– Przemieścimy się na zachód do stóp gór Kunlun aż do doliny jaków.

– To prawdziwa nazwa?

– Nie, moja.

Notowałem wszystko w swoich czarnych zeszytach. Musiałem obiecać Munierowi, że jeśli napiszę książkę, nie podam dokładnych nazw miejsc. Miały one swoje tajemnice. Gdybyśmy je wyjawili, przyszliby myśliwi i zrobili spustoszenie. Używaliśmy własnych poetyckich określeń geograficznych, zmyślonych, by zatrzeć ślady, lecz dość obrazowych, aby pozostały precyzyjne: „dolina wilków”, „jezioro tao”, „grota muflona”. Mam swoją mapę wspomnień Tybetu, nie tak precyzyjną jak w atlasie, lecz odwołującą się do marzeń, chroniącą ostoję zwierząt.

Jechaliśmy na północny zachód przez rozdzielone masywami rubieże. Przełęcz za przełęczą, garby oskubane przez stada na wysokości pięciu tysięcy metrów. Tu i ówdzie na płaszczyznach, po których hulał wicher, zima rozłożyła białe plamy. Firn ledwie zasłaniał nagie skały.

Z góry zapewne śledziły nas oczy drapieżników, ale w samochodzie kontempluje się jedynie swoje odbicie w szybie. Nie widziałem żywej duszy. Wiał potężny wiatr.

Powietrze pachniało metalem, jego surowość do niczego nie zachęcała. Ani do spacerów, ani do powrotu.

Rząd chiński wprowadził w życie swój dawny projekt przejęcia kontroli nad Tybetem. Pekin już nie prześladuje mnichów. Istnieje skuteczniejsza metoda niż przymus: rozwój humanitarny i zagospodarowanie przestrzeni. Państwo wprowadza udogodnienia, bunt wygasa. W razie niepokojów rządy się oburzają: „Jak to? Buntujecie się? Kiedy my budujemy szkoły?”. Lenin wypróbował metodę sto lat wcześniej ze swoją elektryfikacją kraju. Pekin wybrał tę strategię w latach osiemdziesiątych XX wieku. Logorea rewolucji ustąpiła miejsca logistyce. Cel był podobny: podporządkowanie sobie społeczeństwa.

Droga biegła nad strumieniami po nowiutkich mostach. Szczyty wieńczyły anteny telefoniczne.

Władza centralna mnoży budowy. Stary Tybet przecina nawet linia kolejowa prowadząca z północy na południe. Do Lhasy, miasta zamkniętego dla obcokrajowców aż do połowy XX wieku, jedzie się teraz z Pekinu czterdzieści godzin. Na tablicach wiszą portrety chińskiego prezydenta Xi Jinpinga. „Moi drodzy – zdawały się mówić slogany – przynoszę wam postęp, zamknijcie gęby!”. Jack London stwierdził już w 1902 roku: „Ktokolwiek karmi człowieka, jest jego panem”.

Mijaliśmy wioski kolonistów, gdzie w betonowych blokach mieszkają Chińczycy w ubraniach koloru khaki i Tybetańczycy w niebieskich drelichach, co potwierdza tezę, że nowoczesność jest zubożeniem przeszłości.

Tymczasem bogowie się wycofują, a razem z nimi zwierzęta. Czy zobaczymy rysia w dolinach, gdzie królują młoty pneumatyczne?

Krąg

Zbliżaliśmy się do linii kolejowej, w bladym powietrzu morzył mnie sen. Tybet miał nagą skórę. Jechaliśmy wśród zwietrzałego granitu i płatów ziemi. Na zewnątrz sanatoryjne słońce czasem podnosiło temperaturę powyżej –20°C. Nie gustowaliśmy w koszarach i nigdy nie zatrzymywaliśmy się w wioskach chińskich pionierów, woleliśmy klasztory. Na dziedzińcu świątyni buddyjskiej na peryferiach Yushu obserwowaliśmy pielgrzymów napływających przed osnute dymem kadzidła ołtarze. Piętrzyły się stosy tabliczek z buddyjskimi mantrami: „Bądź pozdrowiony, klejnocie w kwiecie lotosu”.

Wokół tych wzgórków krążyli Tybetańczycy i wprawiali w ruch przenośne młynki modlitewne. Jakaś dziewczynka ofiarowała mi swój różaniec, który później przez miesiąc przesuwałem w palcach. Jak w narzuconym na grzbiet żołnierskim płaszczu – jedyne nieruchome żywe stworzenie – przeżuwał karton. Zreumatyzowani i upstrzeni wrzodami pokutnicy z drewnianymi łupkami na rękach czołgali się w kurzu, zdobywając zasługi w cyklu reinkarnacji. Powietrze czuć było śmiercią i moczem. Wierni krążyli, czekając, aż minie to życie. Czasem w kręgu mignęła grupa jeźdźców z płaskowyżu przypominających Kurta Cobaina – futrzane kamizelki, ray-bany i kowbojskie kapelusze – rycerzy wielkiej ponurej karuzeli. Jak wszyscy dumni koczownicy, Tybetańczycy lubią krew, złoto i broń. Tamci byli bez strzelb i noży. Pekin zabronił noszenia broni na długo przed rokiem 2000. Rozbrojenie cywilów wyszło na korzyść dzikim zwierzętom: strzelano mniej do panter. Ale z punktu widzenia psychologii efekt okazał się katastrofalny, bo muszkieter bez rapiera jest nikim.

– Kręcą się w kółko jak sępy nad ścierwem – zauważyłem.

– Słońce i śmierć – powiedział Léo – zgnilizna i życie, krew na śniegu: świat to wielki młyn.

W podróż zawsze warto zabierać filozofa.

Jak

Wielkie, chore cielsko Tybetu leżało w rozrzedzonym powietrzu. Trzeciego dnia na wysokości ponad czterech tysięcy metrów natknęliśmy się na linię kolejową. Tory niczym blizna przecinały step, biegły z północy równolegle do asfaltowej szosy. Jechałem nią na rowerze w stronę Lhasy piętnaście lat temu, kiedy budowa linii kolejowej dopiero się zaczynała. Od tej pory tybetańscy robotnicy pomarli z wyczerpania, a jaki zaczęły się gapić na przejeżdżające pociągi. Pamiętam, z jakim trudem pokonywałem dystans ku zbyt rozległym jak na rower horyzontom. Nagrodą za wysiłek nigdy nie był wypoczynek na hali.

Sto kilometrów na północ za wioską Budong Quan wjechaliśmy w zapowiedzianą przez Muniera dolinę jaków. Droga prowadziła na zachód wzdłuż jasnej jedwabistej wstęgi zamarzniętej rzeki o wysokich piaszczystych brzegach.

Na północy rysował się rąbek przedgórza Kunlunu. Wieczorem szczyty płonęły czerwono i odcinały się od nieba. W dzień lodowce się z nim zlewały. Na południu wibrował horyzont dziewiczej wyżyny Czangtang.

Na wysokości czterech tysięcy dwustu metrów przy szlaku stała lepianka. Cisza i światło: świetna okazja na rynku nieruchomości. Na najbliższe dni zainstalowaliśmy tam naszą bazę. Wąskie prycze obiecywały krótkie noce. Przez otwory w ścianach rozpościerał się widok na linię grzbietów startych erozją, która jest neurastenią krajobrazu. Na południu, dwa kilometry od naszej chaty, zwietrzałe granity jakiejś kopulastej góry wznosiły się na wysokość pięciu tysięcy metrów. W dzień ta grań służyła nam za platformę obserwacyjną, wieczorami jej potężne sąsiedztwo nas przytłaczało. Na północy, w szerokiej na pięć kilometrów rynnie polodowcowej, płynęła rzeka. To jedna z tych rzek Tybetu, której wody, pochłonięte przez piaski Czangtangu, nie zobaczą morza. Tu nawet żywioły podporządkowują się buddyjskiej doktrynie wyciszenia.

 

Przez dziesięć dni przeprowadzaliśmy rekonesans w okolicy. Zaraz po pobudce wspinaliśmy się czterysta metrów ponad chatę na linię granitowych grzbietów. Szybko szliśmy pod górę, długonogi Munier sadził wielkie kroki. Docieraliśmy tam na godzinę przed wschodem słońca. Powietrze pachniało zimnym kamieniem. Termometr wskazywał –25°C. Temperatura nie pozwalała na nic: ani na ruch, ani na rozmowy, ani na melancholię. W otępiałej nadziei czekaliśmy jedynie na dzień. O świcie żółte ostrze unosiło pokrywę nocy i dwie godziny później słońce rzucało plamy na poprzerastane trawą skały. Świat był zamarzniętą wiecznością. Zdawało się, że erozja nigdy już nie dotknie stężałych od mrozu gór. Nagle z ogromnego pustynnego krajobrazu, który wydawał się opuszczony, światło poranka wydobywało czarne punkty: zwierzęta.

Żeby nie zapeszyć, nigdy nie wspominałem o panterze, która powinna się pojawić, kiedy bogowie – uprzejme określenie przypadku – uznają, że moment jest odpowiedni. Tego ranka Munier był zajęty czymś innym. Chciał podejść dzikie jaki, których stada zauważyliśmy w oddali. Czcił te zwierzęta i cicho, po swojemu, o nich opowiadał.

– To dla nich tu wracam. W Tybecie nazywa się je drung.

Widział w tych bykach duszę świata, symbol płodności. Ja mu opowiadałem, że starożytni Grecy podrzynali bykom gardła, żeby krew ofiarować podziemnym duchom, dym ofiarny bogom, a najlepsze kawałki książętom. Zwierzęta były pośrednikami, ofiara spełniała rolę modlitwy. Munier jednak interesował się złotym wiekiem ludzkości, który poprzedzał pojawienie się kapłanów.

– Jaki wychodzą z mroku dziejów. To są totemy dzikiej natury, występują już w malarstwie ściennym paleolitu i od tego czasu wcale się nie zmieniły, wyglądają, jakby właśnie otrząsały się z kurzu groty.

Masywne sylwetki porośnięte kłakami czarnej wełny rozproszyły się po zboczu. Munier wpatrywał się w jaki swoim jasnym, smutnym spojrzeniem. Wydawało się, że śni na jawie i liczy ostatnich władców, którzy kroczą po stoku w pożegnalnej paradzie.

Ci dumni oberwańcy z olbrzymimi rogami zostali przetrzebieni w XX wieku przez chińskich kolonistów i jedynie na skraju Czangtangu i u podnóża gór Kunlun można zobaczyć resztki dawnych stad. Od czasu dynamicznego rozwoju ekonomicznego Chin rząd wprowadza intensywną hodowlę jaków. Należy wyżywić półtora miliarda obywateli, a wyrównywanie standardu życia na planecie nie pozwala na pozbawienie ich czerwonego mięsa. Weterynarze skrzyżowali dzikie jaki z rasą domową i otrzymali dzo, hybrydę łączącą silną budowę z łagodnym charakterem. Idealna rasa dla zglobalizowanego świata: zdolna do reprodukcji, zuniformizowana i łagodna, dostosowana do statystycznej żarłoczności. Zwierzęta rodzą się mniejsze, łatwo się rozmnażają, ale zaciera się ich pierwotny gen. Niedobitki groźnej rasy obnoszą swoją rozczochraną melancholię po pustkowiach. Dzikie jaki są depozytariuszami mitu. Czasem państwowi hodowcy chwytają jakąś sztukę, żeby dodać wigoru rasie udomowionej. Los dzo przypomina współczesną bajkę: gwałtowność, siła, tajemnica i chwała zanikają na tym padole. Człowiek miastowy Zachodu także należy do rasy udomowionej. Mógłbym go opisać, bo sam jestem najlepszym przykładem. W ciepełku własnych czterech ścian, wiedziony ambicją posiadania wciąż nowszego sprzętu i pochłonięty ładowaniem baterii swoich wyposażonych w ekrany urządzeń, już się nie buntuję.

Śnieg nie padał nigdy. Tybet wyciągał suche dłonie ku granatowym jak śmierć niebiosom. Pewnego ranka o piątej zaczailiśmy się na zboczu górującym nad naszą chatą na wysokości czterech tysięcy sześciuset metrów.

– Jaki przyjdą – oznajmił Munier. – Jesteśmy na ich wysokości. Każde zwierzę roślinożerne pasie się na określonym poziomie.

Góry były niewzruszone, powietrze czyste, horyzont pusty. Skąd miałoby się pojawić jakieś stado?

W słońcu ukazał się lis, jego sylwetka rysowała się daleko od nas na grzbiecie góry. Wracał z polowania? Ledwie spuściłem go z oka, zniknął. Już go więcej nie zobaczyłem. Pierwsza lekcja: zwierzęta pojawiają się bez uprzedzenia i znikają bezpowrotnie. Trzeba błogosławić ich przelotny widok i cenić go niczym dar. Chodziłem do katolickiej szkoły i pamiętam noce spędzone na adoracji. Godzinami wpatrywaliśmy się w prezbiterium pełni nadziei, że coś się wydarzy. Księża wyjaśnili nam mgliście, o co chodzi, lecz ta abstrakcja wydawała się nam mniej atrakcyjna niż piłka czy cukierek.

Pod kościelnym sklepieniem z czasów mojego dzieciństwa i na tym tybetańskim zboczu panował ten sam niepokój, nieokreślony i łagodny, lecz nieustanny i tym samym dokuczliwy: kiedy skończy się czekanie? Jest różnica między nawą kościelną a górami. Klęcząc, ma się nadzieję bez dowodu. Zaadresowana do Boga modlitwa wznosi się ku niebu. Czy On odpowie? Czy w ogóle istnieje? Na czatach wiadomo, na co się czeka. Zwierzęta to bogowie, którzy już się objawili. Nie ma wątpliwości, że istnieją. Jeśli przyjdą, doczekamy się nagrody. Jeśli nic się nie wydarzy, zwiniemy manatki i wrócimy na drugi dzień. A gdy zwierzę się pokaże, będzie radość. Przywitamy towarzysza, co do którego mamy pewność, że istnieje, tylko nie wiemy, czy złoży nam wizytę. Czatowanie jest skromną wiarą.